Kiedyś przymusowo nalezało iśc na pochód. Nie było przeproś, lista sprawdzana
co jakiś czas. Żadne tam zwolnienia, choroby etc. Nie powiem, na pochodzie
urywaliśmy się dość szybko i myk na piwo. Najwieksza frajda była jednak
wtedy, gdy przez megafon zapodawano "Wiesław, Wiesław" a my
wrzeszczelismy "Czesław, Czesław". Na czesć Niemena oczywiście. Nigdy nie
dotarłam do trybuny honorowej, odbijaliśmy na Królewskiej w stronę
Starówki :))