21.12.05, 00:24
biaława
majaczeje nieobjętym ogromem.

Z okien chałup biją łuny; czasem żuraw zaskrzypi przy studni, zachrupocze
śnieg pod nogami albo gont lub płot trzaśnie na mrozie i znowu cisza,
rozlewająca w sercach spokój słodki.

Hej! jak tu dobrze, przestronne i spokojnie, hej!

- Już są gwiazdy - szepnęła Marcysia wchodząc.

Wawrzon z opłatkami na talerzu podszedł do Kubickiego. Zaczynają się łamać,
postacie się chylą, ramiona się obejmują, usta szepczą, a w oczach błyszczy
rozradowanie dusz wierzących i pobratanych.

Snopek żyta stał w kącie, a na białym przykryciu stołu postawiła Wawrzonowa
miski z kartoflami i barszczem, na grzybach. Dzieci sprawiały się cicho, bo
na wszystkich twarzach leżało religijne namaszczenie. Po barszczu z
kartoflami, Marcycha podała śledzie, opiekane w mące na oleju, grzyby
smażone, kapustę ze śliwkami, potem kluski z makiem, a na ostatku racuszki na
oleju, bo chłopi w wigilię nie używają nabiału. Wszyscy jedli dosyć
łapczywie, tylko Kubicki nie mógł przełykać, tak go dusiło rozrzewnienie.

- Proszę panusia, toć nie honor ostawiać na misce! prosił Wawrzon.

- Nie ślacheckie to jedzynie, ale z dobrygo serca, to muszą pon przyjąć -
dodała stara.

- Dziękuję, nigdy warn nie zapomnę, że jesteście tacy dobrzy!

- A bo i pon lo nos taki, że i rodzony nie byłby lepszy i milszy. Pon już
całkiem swojak.

- A bom i swojak, człowiek jestem taki, jak i wy, i lepiej mi pomiędzy wami,
lepiej...

Zamilkł, ale było mu coraz cieplej i coraz zaciszniej; gorycz, żal;
osamotnienie odchodziły gdzieś na lasy, a on czuł, że mu teraz bardzo dobrze,
że jest jakby z rodzonymi i serdecznymi... Ten świerszcz, ćwierkający za
kominem, ten stół, ci ludzie, ten nastrój, ta cisza wokoło, przerywana tylko
trzaskaniem płotów i skomleniem psów, hukiem przebiegających pociągów; te
oczy rozradowane i dusze pełne dobroci - wszystko to przywodziło mu na pamięć
dawne jakieś obrazy rodziny, dzieciństwa i przenikało go czułością
melancholijną.

Przyniósł im od siebie herbatę, cukier, wódkę, co tylko miał w zapasie.

- Bierzcie, moi kochani, bierzcie - szeptał czując, że duszę by im dał, gdyby
zechcieli.

Potem Marcycha zaczęła czytać z Historii Świętej o Narodzeniu Pana Jezusa.

Wawrzonowa szykowała herbatę, a gospodarz pykał s krótkiej fajeczki i kołysał
nogą kolebkę z najmłodszym.

- Loboga! Jezusie nosłodszy! - szeptała kiedy -liekiedy Wawrzonowa załamując
ręce. - O bidota serdeczna, o Paniątko kochane, na słomie, w oborze się
urodziło! Taki król i w mizeracji!

Kubicki słuchał tylko i rozmarzał się coraz głębiej. Nie drażniły go ich
twarze, naiwne wykrzykniki, stroje proste ani chropowate czytanie Marcysi,
którą sam czytać nauczył - nic - czuł, jakby tu wzrósł pomiędzy tymi ludźmi i
tymi ścianami, jakby poza tę chatę nigdy się nie był wychylał i był tym
samym, bo i zaczynał czuć tak samo, i tak samo zaczynał się rozrzewniać
niedolą Jezusową, i tak samo w sercu czuł wielką wiarę i wielką miłość do
Tego - w stajence urodzonego.

Tak mu dobrze było, tak słodko, tak spokojnie, że przemykała mu chwilami myśl
jakaś i wtedy ogarniał wzrokiem Marcychę i myślał:

- Zostanę tutaj... co tam! zostanę - i ciepło jeszcze większe czuł w sercu, i
marzenia jakieś niejasne o szczęściu cichym, przy ziemi, przy swoich,
majaczyły mu w mózgu uparcie. - Co tam, zostanę!

Podziękował im serdecznie za wigilię i poszedł do siebie.

Chodził po izbie i rozmyślał, i coraz częściej sobie mówił: - Zostanę! - i
widział ten chłopski dom i Wawrzonów, jako jedyną ostoję dla siebie, i snuło
się przed nim to przyszłe życie, jak smuga jasna, jak pola okryte runią,
wiosenną, pełne ciszy i spokoju. Drugie kury zaczynały piać, a on wciąż
chodził i rozmyślał, i zupełnie świadomifr powtarzał:

- Zostanę. Gdzie ja będę szukał i czego?

Drzwi skrzypnęły do sieni, wyjrzał i zapytał:

- Idziecie do kościoła?

- Tak, matula w południe idą; jo
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka