kuazynak
05.12.16, 20:28
...czyli w środku bardzo, bardzo nieprzyjemnej sytuacji, która mnie właściwie w żaden sposób nie dotyczy. Wypadłem w niej chyba dość głupio, nie wiedziałem i właściwie nadal nie wiem jak się należało wtedy i należy w przyszłości zachowywać. Przeczytajcie proszę i oceńcie. Spotykam się z dziewczyną od niecałych trzech miesięcy. Obaj jesteśmy 22-letnimi studentami tej samej uczelni, chociaż różnych kierunków. Ja pochodzę z innego miasta, więc wynajmuję pokój w trzypokojowym mieszkaniu razem z innymi dwoma kolegami, ona jest "miejscowa", mieszka więc z rodzicami. Z oczywistych względów na noce spotykamy się u mnie. U niej jeszcze nigdy nie byłem, zostałem zaproszony na niedzielny obiad, żeby w ogóle zobaczyć gdzie mieszka i poznać jej rodzinę. Wiedziałem tylko tyle, że poza nią i rodzicami ma jeszcze o rok starszego brata, który też z nimi mieszka i tyle. Obiad miał być na 16:00, przyszedłem dziesięć minut wcześniej z kwiatami dla niej i dla jej mamy, butelką w miarę dobrej wódki (60 zł) dla jej ojca. Zapoznanie i początek spotkania bardzo przyjemny, opowiedziałem o sobie, swoich rodzicach, rodzeństwie i ogólnie pożartowaliśmy. Przez około godzinę po moim przyjściu, w czasie obiadu a przed deserem brat mojej dziewczyny, którego poznałem nie odezwał się ani słowem, poza "cześć, Bartek" na początku, gdy przyszedłem i wszystkich poznawałem. No i właśnie gdy mama dziewczyny podała deser, jej ojciec zaczął strofować syna, że nie uczy się, ani nie pracuje, tylko całymi dniami siedzi u siebie w pokoju. Wynikło to jakoś z rozmowy, gdy powiedziałem, że co prawda studiuję dziennie, ale pracuję w niepełnym wymiarze godzin przy wprowadzaniu danych w pewnej firmie. Wspomniany Bartek na pretensje ojca odpowiadał krótko, ale dość nieprzyjemnie i agresywne, w międzyczasie włączyła się jego matka również go krytykując, w końcu siostra powiedziała też parę słów (ja oczywiście milczałem w tym czasie) i wtedy Bartek powiedział coś jakby "mnie się czepiacie, a Olce dajecie pieniądze na kiepskie studia wieczorowe, też nic nie robi tylko się kur**wi z kolejnymi ziomkami". Prawie dokładnie coś takiego. Chwila konsternacja, Ola zaczęła krzyczeć i bluzgać na niego, jego rodzice też, przy okazji zresztą również ją krytykując, żeby wzięła się do pracy i że jak u mnie zostaje na noc, to mogłaby nie kłamać... itp... itd... Nie chce mi się opisywać tego, co było mówione, wyglądało i brzmiało to tak, jakby cała skrywana złość w tej rodzinie nagle się wylała. Przeklinali wszyscy, bardzo, bardzo ordynarnie się wyrażali, chyba każdy każdego się o coś czepiał... A ja siedziałem w środku, jak ta ofiara, nie wiedziałem kompletnie co mam zrobić, jak się zachowywać, nawet gdzie podziać oczy. Bezpośrednio mnie się nikt nie czepiał, nic złego nie powiedział (poza tym jednym wspomnieniem, że ona czasami u mnie nocuje), po prawie 40-stu minutach takiej awantury (a nic nie zapowiadało jej końca), wstałem, przeprosiłem i powiedziałem, że muszę już jechać, bo chociaż to niedzielny wieczór, to mam dzisiaj tę swoją dorywczą pracę. Powiedziałem "dziękuję bardzo za pyszny obiad, do widzenia", ubrałem się szybko i wyszedłem. Gdy wychodziłem, awantura trwała nadal, zdawkowo mnie pożegnano, z rytualnym "przepraszamy za to, że był pan świadkiem rodzinnego nieporozumienia"... Od tamtej pory minęła doba... Jeszcze raz pytam, jak powinien był się prawidłowo zachować w takiej sytuacji? Po jakim czasie i w jaki sposób zareagować? Co kulturalny człowiek wówczas robi? Pozdrawiam!