polsycjana
19.01.18, 00:45
Byłam ze swoim chłopakiem na pierwszym weselu rodzinnym, znaczy mojej rodziny. Jesteśmy razem rok, on wielokrotnie mówił, że nie umie i nie lubi tańczyć, ale jakoś nie było okazji, żebym to sprawdziła. Do tej pory jak chciałam iść poszaleć na parkiecie to szłam z przyjaciółkami do klubu a on spotykał się ze swoimi kumplami w barze. I zdarzyło się to nieszczęsne wesele, nietypowo zresztą w styczniu. Poszliśmy i powiedziałam, że chociaż trochę z nim chcę pobyć na parkiecie, on się naprawdę starał, ale wtedy zrozumiałam co to znaczy nie umieć tańczyć. Po prostu masakra. Skończyło się na kilku siniakach na łydkach i udach z powodu jego kolan, trzech uderzaniach łokciem i siniaku na plecach, po za mocno ściskał i totalnie zmasakrowanych stopach i zdeptanych butach. To był naprawdę horror. Wściekłam się i strzeliłam wielkiego focha, on mnie przeprosił, ale nie poczuwa się do winy, bo mówił że sama wiedziałam jak jest. Proponował mi zresztą, żebym tańczyła z innymi, z kim tylko chcę, on się doskonale bawi przy rozmowie i za stołem. Ochłonęłam trochę ale ciągle jestem zła. Mam rację? Jak w ogóle grzecznie postąpić na weselu nie swoim oczywiście gdy jest się z partnerem, z którym taniec grozi poważnym uszkodzeniem ciała i który tańczyć nie znosi?