W moim życiu nowego 18-latka dzieje się ostatnio bardzo wiele. Dorastam,
kształtuje się - szukam. Moje zachowanie bywa różne - bardzo często potrafie
być krytyczny i trafiam "prosto w serce" jak mówi moje otoczenie. Ja
natomiast w ogole tego nie rozumiem... Jestem człowiekiem szczerym, mówię co
myśłe i staram się iść w swoim życiu do przodu - progresywnie... Moi koledzy
jedynie liżą zycie i za wszelką cene , o, jak ja tego nienawidze, staraja się
coś udowodnić, przed kimś.. niewiadomo dokładnie kim. W całym tym krutnym
okresie życia wychodzi za natura ludzka jest parszywa, a kazdy jest wrogiem
ktoremu trzeba szeptac mile slowka , trzeba mu dogadzac - bo jak go
skrytykujesz i pokzesz ze robi glupio, bez sensu, zle - to zaraz cie
zaatakuje i zrowna z ziemia.. Naprawde gubie sie w tym wszystkiem i moze
sztuka savoir vivre-u mowi o sprawach traktowania sie nawzajem ale nijak
jednak sie ma do prawdziwego zycia i prawdziwych sytuacji...
Ostatnia deska ratunku jest dla mne nadzieja

nadzieja ktora polega na tym
ze ciagle wydaje mi sie ze znajde ludzi ktorzy sa soba, a jak cos robia to do
konca , nawet jezeli mialo by to byc zle w skutkach... Ale tez nei boja sie
swoich problemow - i kiedy poruszana jest nie przyjazna sfera to czuja sie
naniej przynajmniej tak komfortowo jak na kazdej innej i chca ja poruszac -
bo przeciez tylko tak osiagniemy zycie lepsze, doskonalsze - eleminujac nasze
ślepe mechanizmy myslowe ktore czynia z nas ludzi ktorzy podejmuja zle
decyzje i zle czynia....