Dodaj do ulubionych

Audycja MfPRDKW

    • mfprdkw Rozdział VI 04.02.05, 14:46
      Rozdział VI
      Śladami Lenina.

      Złośliwi mogą twierdzić, że brak mi kompetencji i odpowiedniej wiedzy by
      zabierać głos na ten temat. Uprzedzę więc wszelkie pomówienia i na początek
      wykażę ze kompetencje owszem i mam.
      Jako dziecko byłem wrednym i wkurzającym bachorem, do tego strasznie ruchliwym i
      było mnie wszędzie pełno. Dlatego rodzina nazywała mnie "Półdiablę Weneckie".
      Mój starszy brat wymyślał rożne rzeczy by mnie czymś zająć i by mięć chwilę
      spokoju. Kiedyś wręczył mi dzieła zebrane Włodzimierza Iljicza Lenina (pełne
      wydanie to 55 tomów, iloma my dysponowaliśmy niestety nie pamiętam) mówiąc
      "Policz ile jest w nich literek a". Dostawszy tak odpowiedzialne zadanie wziąłem
      się z werwą do roboty. Wyposażony w kredki zaznaczałem kolorem (powiedzmy że
      czerwonym) literki 'a' w tekście by je potem zliczyć.
      Nie skończyłem nawet pierwszego tomu, gdy zorientowałem się ze ktoś mnie tu robi
      w trąbę. Wyraziłem głośno swoje wątpliwości, a brat na to "To policz literki b,
      jest ich dużo mniej". No to wziąłem się do roboty kolorując (powiedzmy ze na
      zielono) literki 'b', rzeczywiście było ich mniej. Zanim przejrzałem podstęp,
      było w domu trochę spokoju.
      Na literkę 'c' już się nie nabrałem
      Ale na tym nie koniec, ponieważ innego pożytecznego zastosowania dla "Dzieł"
      nikt w domu już nie wymyślił, zostały one zawiezione na działkę na podpałkę w
      kominku. "Dzieła" były oporne, wrzucone w całości paliły się marnie, dlatego
      każdą kartkę z osobna (lub kilka naraz) należało wyrwać, zmiąć i dopiero wtedy
      wrzucić do kominka. Okładki nadal paliły się marnie, ale za to interesującym
      zielonkawo-niebieskim płomieniem.

      Wędrówkę śladami Lenina zaczniemy od Chaty Zamkowskiego.
      W kronice za rok 2002 znalazłem wbitą pieczątkę z wizerunkiem Lenina i napisem
      "Idziemy tam, gdzie Włodzimierz nigdy nie był". Trzeba przyznać ze ciekawe
      przedsięwzięcie jeśli chodzi o wędrowanie śladami Lenina. Niestety nie udało się
      znaleźć kolejnych wpisów wyprawy, a to dlatego, ze albo kronik w schroniskach
      nie było, albo nie było za dany okres.

      Kolejnym miejscem które należy odwiedzić jest Chata pod Rysami. Nie trzeba
      wchodzić do schroniska by spotkać się oko w oko z historią. Oto na skalach jest
      wymalowany na czerwono napis "Stopy V. I. Lenina". Od niego zaczynają się świeżo
      odmalowane (również na czerwono) stopy Lenina wędrującego na Rysy, a tam gdzie
      było stromiej i musiał się wspomagać górnymi kończynami - czerwone dłonie.
      Upamiętniono tez miejsce odpoczynku malując odcisk odpowiedniej części ciała i
      podpisując "Tady sedel".
      Dalej ślady były nieodnawiane i do chwili obecnej zupełnie znikły z powierzchni
      skał. Regularne dba się natomiast o ślad stopy Lenina na szczycie Rys. O ile
      wchodzący od strony słowackiej przygotowani są na ten widok, o tyle idąc od
      strony polskiej można być mocno zaskoczonym.
      Planuje się w przyszłości odrestaurowanie śladów Lenina wiodących do kibelka. Ma
      to być wykonane fosforyzującą farbą. Dlaczego? Jeśli ktoś próbował tam dotrzeć z
      chaty pokonując ciemną nocą, w deszczu, wietrze, mgle ten dystans 90m po
      śliskich skalach na skraju przepaści, wie ze takie oznaczenie prócz wartości
      historycznej ma bardzo wysoką wartość praktyczną.
      Okruchy ideologii pozostały po Leninie wewnątrz schroniska. Na ścianie wisi
      tabliczka z namalowaną trupią czaszką i podpisem "Śmierć wegetarianom", a obok
      jest dopisane "Wegetarianie wszystkich krajów - strzeżcie się". Przesłanie to
      podkreśla powieszony na ścianie tasak do samosądów.
    • mfprdkw QNIEC 04.02.05, 14:49
      Trzy dziurki w nosie i skonczyłosie.
      To tyle jesli chodzi o Audycje Glowna MfPRDKW.

      Ci, ktorym malo zapraszam do posluchania audycji pobocznych w
      Archiwum MfPRDKW
      • aard łeeeee /obalamsetkę! 04.02.05, 14:55

        • mfprdkw Re: łeeeee /obalamsetkę! 04.02.05, 18:36
          Tak jak wspomnialem - zapraszam do Archiwum. Audycje Glowna przerobilismy,
          tematyke okologorska trzymaja jeszcze:
          -Tam gdzie Vinnitchqui rosną na drzewach
          -Niska Pętla
          -Piosenki Kursowe i inne
    • mfprdkw Krótki Upalny Kawałek 01.08.05, 21:02
      czyli
      Dziennik z podróży do Łodzi i z powrotem

      sobota, 30 lipiec 2005
      7 godz. 35 min. 81 km

      zużyte mapy:
      Mapa topograficzno-turystyczna 1:100 000, ark. Warszawa-Zachód, WZKart 1994
      Mapa topograficzno-turystyczna 1:100 000, ark. Skierniewice, WZKart 1997
      Mapa topograficzno-turystyczna 1:100 000, ark. Łódź, WZKart 1996
      Łódź, plan miasta 1:25 000, PPWK 1993

      10:45 - 11:45, 18.3 km (51% asfalt)
      Żyrardów - Jesionka - Radziwiłłów Maz. – Bartniki - rzeka Rawka
      asfalt - 9.4 km
      drogi leśne, wiejskie itp - 8.9 km

      Skoro świt wyjechałem z Żyrardowa i przejechałem przez pobojowisko na mieście po
      wczorajszej nawałnicy. Wczoraj lało, a dziś mimo że jeszcze nie było 11-ej już
      upał - psy leżały w zacienionych kałużach, drzewa poprzyjmowały pozycje
      horyzontalne w poprzek szlaków komunikacyjnych... sielanka. Przebiłem się przez
      miasto, a potem wertepami przez las (tu prawie nie było śladów burzy), wieś,
      przy drodze opalały się jeżyny, wiał w-morde-wind (cholera! to było do
      przewidzenia!), zużyłem pierwszy bidon picia, a przednia przerzutka się
      zbuntowała i przestała wchodzić na 3-kę. W Bartnikach minąłem ładny neogotycki
      kościółek (no co? Lubię neogotyckie kościółki. Jestem z Żyrardowa, tam cała
      osada fabryczna jest z czerwonej cegły i są trzy neogotyckie kościółki – jeden
      wielkości katedry). Aż w końcu dojechałem do rzeki Rawki, gdzie zrobiłem dłuższy
      postój ("dłuższy", czyli "> 10 min").

      Niestety nie znalazłem zejścia nad wodę, a brzegi zarośnięte były chaszczami,
      zresztą i tak zapomniałem ręcznika (szlag! po dwakroć szlag!!!). Zatrzymałem się
      więc przy drewnianych ławach na pustym, leśnym parkingu. Spróbowałem przekonać
      przerzutkę do sprawnego działania, ale nie przyjmowała żadnych argumentów i była
      ogólnie oporna. Nie działała nawet ręczna zmiana biegów (ręczne założenie
      łańcucha na odpowiednią zębatkę), bo łańcuch zaraz spadał... co ciekawe,
      wcześniej łańcuch nie wskakiwał mi na 1-kę (ale działała ręczna zmiana biegu), a
      teraz robił to bez żadnych problemów. No nic, za to trochę podregulowałem tylną
      przerzutkę.

      Do tej pory jechałem bez mapy na pamięć, a trasa mieściła się głównie na
      arkuszu "Warszawa-Zachód", teraz włożyłem do kieszeni arkusz "Skierniewice".
      Wysłałem też pierwszy komunikat do Łodzi, b00g13 później opowiedział jak go
      odebrał: "Rawka, nazwa brzmi znajomo... Rawka, Rawka, Wielka Rawka, Mała
      Rawka... którędy on kurwa jedzie?!?!?!"

      12:00-13:30, 16.5 km (100% asfalt)
      rzeka Rawka - Miedniewice - Skierniewice - Maków - lasek za Makowem

      Upał narastał, nadal wiał mordewind powodując bluzgi z mojej strony, mimo że
      całkiem przyjemnie chłodził. Zacząłem od przeprawienia się przez rzekę (na
      szczęście były mostki, inaczej też bym klął mimo niewątpliwej ochłody) i przy
      drugiej odnodze, obok drewnianego młyna znalazłem kąpielisko. Zatłoczone,
      głośne, ten leśny parking był jednak sympatyczniejszy, zresztą i tak nie miałem
      ręcznika, jak bym się tam bez niego pokazał? Za torami minąłem 'Sklep
      warzywno-spożywczy "Mars"', taki akcent sci-fi.

      Pozostało przebić się przez Skierniewice, gdy wjeżdżałem do miasta, zobaczyłem
      za drzewami jadący różowy pociąg... udar słoneczny??? Brałem taką możliwość pod
      uwagę i byłem na nią przygotowany, ale żeby tak szybko? Jakoś się przebiłem, w
      Makowie minąłem masywny okruch baroku w postaci kościoła i zatrzymałem się w
      lasku za tą miejscowością, gdzie zmieniłem mapę na arkusz "Łódź".

      13:45 - 14:40, 10.1 km (78% asfalt)
      lasek - Święte (Święte Laski) - Chlebów - Bobrowa - Trzcianka
      asfalt 7.9
      nie-asfalt 2.2

      Po przerwie w lasku ruszyłem dalej przez Święte (min. Przez przysiółek Święte
      Laski). Szkoła ma jebutny napis na całą ścianę "Szkoła w Świętem", ale taki
      naprawdę jebutny! Potem przeciąłem drogę na Lipce Reymontowskie i w Bobrowej za
      pomnikiem upamiętniającym potyczkę AK z Niemcami, nagle skończył mi się asfalt
      pod kołami! To skandal tak człowieka zaskakiwać, przecież z mapy wynika, że
      asfaltu nie ma już od Chlebowa!!! Dobrze, że rozpieszczony nawierzchnią, nie
      zmieniłem opon na szosowe, tak sobie podumując wjechałem w las... a jak las się
      skończył, dowiedziałem się jaki to las - doświadczalny SGGW w Rogowie. Rogów
      hmmm, byłem kiedyś w Rogowie - jest tam alpinarium i arboretum przy stacji
      doświadczajnej SGGW - ale wydawało mi się że nie wdziałem go w bliskim
      sąsiedztwie mojej trasy. Rzut okiem na mapę i sprawa się wyjaśnia - Rogów jest
      jakieś 12 km na południe. A naprzeciwko tej tablicy, głaz z tablicą
      upamiętniającą potyczkę Batalionów Chłopskich, obok zmurszała, ale wytrzymująca
      mój ciężar ławeczka. Idealne miejsce do zadumy, nawiązania bliskiego kontaktu z
      historią i... przygotowania kawy. Idealne, gdyby nie te wszechobecne mrówki, już
      po chwili oblazły mi cały plecak, więc czym prędzej ruszyłem dalej.

      Za drogą (zaznaczonej na mapie kolorem czerwonym) Brzeziny - Łowicz, asfalt
      ponownie się pojawił, pojawił się też sklep na początku Trzcianki. Hurra,
      kończyły mi się właśnie płyny, więc zakupiłem wodę mineralną, a także lody Alf
      (jak sci-fi, to sci-fi), które przywrócą mi równowagę termiczną po kawie.
      Następnie przy stoliku pod drzewkiem odmierzyłem do kubeczka z kaczuszką sześć
      łyżeczek własnej mieszanki 3w1, dodałem z termosu wrzątek i voila - kawa gotowa
      do spożycia. Akurat moja tradycyjna 2 o'clock z małym obsuwem. Siedzący przy tym
      samym stoliku miejscowy żul, reagował tylko na odgłos nadjeżdżającego samochodu
      i uważnie przyglądał się osobom podjeżdżającym do sklepu. Jednak nikt już się
      nie dosiadał i nie było kogo naciągnąć na piwo, postanowił spróbować swoich
      zdolności przekonywania na mnie. Albo nie był wystarczająco przekonywujący, albo
      ja byłem zbyt oporny, bo mu się nie udało i odszedł spod sklepu. A może za późno
      się zdecydował, gdy już kończyłem kawę i miałem zamiar się zbierać? Wcześniej
      mógłby to być dobry wstęp do rozmowy z miejscowym.

      15:00 - 15:45, 12.5 km (100% asfalt)
      Trzcianka - Zawady - Ząbki - Grodzisk - Dmosin - Szczecin - lasek za Szczecinem

      Chwilę po tym jak wzmocniony kawą i lodami ruszyłem dalej, minąłem niedoszłego
      rozmówcę spod sklepu. W Grodzisku rozglądałem się za śladami świadczącymi od
      dawnej obecności grodu w okolicy, ale oczywiście nic nie dostrzegłem i
      zatrzymałem się na kolejny postój w lasku za Sczecinem.

      16:05 - ?, 3.2 km (100% asfalt)
      lasek - Nowostawy - Niesułków

      Daleko z lasku nie zajechałem, w Niesułkowie miałem na mapie zaznaczony kościół
      w czerwonym kółeczku - znaczy zabytkowy. Jadę, patrzę i rzeczywiście - drewniany
      kościółek z XVII wieku i do tego otwarty, zobaczyłem jakieś panie krzątające się
      obok - "Aha, pewnie sprzątają, w końcu sobota". Zajrzałem więc do środka,
      obszedłem dookoła i porozmawiałem z panią.

      -Ten kościół jest zabytkowy. Przyjechałyśmy tu z córką z Brzezin, żeby
      posprzątać. A pan dokąd jedzie?
      -Do Łodzi.
      -Aha, a którędy.
      -Eee... - poszukiwałem przez chwilę w myśli nazw miejscowości przez które mam
      zamiar przejechać, bezskutecznie.
      -Przez Brzeziny? - czyli najruchliwszą w okolicy trasą, nadrabiając przy okazji
      jakieś 13 km.
      -Nie.
      -Przez Stryków? - trochę lepiej, trasa chyba równie ruchliwa, ale tylko +5 km.
      -Nie. A o, tam - wskazałem z grubsza kierunek.
      -Aaa, na Łódź! - no wydawało mi się, że to właśnie mówiłem.
      Połaziłem jeszcze trochę i gdy się zbierałem, widzę że ta pani z córką próbują
      coś zrobić z samochodem.
      -Tłumik się urwał i trzeba go tymczasowo przymocować - pospieszyła pani z
      wyjaśnieniami, trzymając w ręku trochę drutu.
      -Może pomóc? - zaproponowałem. Na samochodach co prawda się nie znam, ale
      przymocowanie czegoś drutem, jest bardzo przydatną umiejętnością, którą posiadam.
      -Dziękuję, nie trzeba.
      Nie to nie, nie będę się narzucał. Kontynuowałem więc zbieranie się do dalszej
      podróży - uzupełniłem wodę w bidonie, pochowałem wszystkie wyjęte rzeczy,
      założyłem bandamę i rękawiczki. Tymczasem operacja umocowania tłumika zakończyła
      się na nieudanych próbach wejścia pod samochód i usłyszałem gł
      • mfprdkw Krótki Upalny Kawałek cz. 2 01.08.05, 21:03
        Nie to nie, nie będę się narzucał. Kontynuowałem więc zbieranie się do dalszej
        podróży - uzupełniłem wodę w bidonie, pochowałem wszystkie wyjęte rzeczy,
        założyłem bandamę i rękawiczki. Tymczasem operacja umocowania tłumika zakończyła
        się na nieudanych próbach wejścia pod samochód i usłyszałem głos:
        -Może by pan jednak nam pomógł

        Z dziką przyjemnością. Wlazłem pod blachosmroda i połączyłem prowizorycznie
        tłumik z resztą rury wydechowej okręcając je drutem. Gdy wylazłem po naprawie,
        pani mi podziękowała i zmartwiła, że tak się pobrudziłem. Rzeczywiście ręce
        trochę się przybrudziły, ale wcześniej i tak nie były idealnie czyste - gdyż
        grzebałem już przy rowerze. A nogi to zdecydowanie nie pod autem sobie
        pobrudziłem. Pani zaproponowała umycie się pod szlauchem, jeśli kościelna go nie
        schowała. Takiej propozycji nie mogłem odrzucić - trafia się prysznic, akurat
        żeby się trochę obmyć, a jednocześnie ochłodzić.

        Umyłem ręce, nogi i gdy się wycierałem kościelna rzuciła, że taki przystojny
        chłopak, a córka tej pani co sprzątała kościół jest jeszcze panienką. Matka
        początkowo oponowała i stwierdziła "A bo pani to zaraz by swatała", ale po
        chwili podchwyciła pomysł. Zostałem zasypany pytaniami czy palę, piję ("Trochę"
        "A jedno piwko to nie szkodzi"), czy katolik ("Bo tu połowa chłopaków to
        mariawici, o tam widać nawet kościół"), a skąd ("Byłam kiedyś w Żyrardwie")...
        Po czym zaczęła zachwalać córkę, że po studiach i w ogóle (aaa, więc w tym rzecz
        - dziewczyna ma już co najmniej 23 lata, a jeszcze panienka i pewnie chłopaka
        nie ma, to wszyscy się o nią martwią), kościelna też potwierdziła, że wspaniała
        dziewczyna. Po czym, gdy doszliśmy do samochodu, w którym czekała córka, pani
        zaczęła mnie zachwalać, że może byśmy wymienili telefony... ale dziewczyna
        ucięła rozmowę krótkim "Mama, wsiadaj do samochodu" i pojechały ostrożnie, by
        nie zgubić tłumika, do Brzezin. Ja zaś ubawiony i odświeżony ruszyłem dalej
        wjeżdżając (wg tablicy pod kościołem) w Park Krajobrazowy Wzniesień Łódzkich (na
        mapie nie mam go jeszcze zaznaczonego).

        ? - 17:25, 10.7 km (89% asfalt)
        Niesułków - Lipka - Sierżnia - Skoszewy - Boginia - Kalonka
        asfalt 9.5
        antyasfalt 1.2 km


        Najpierw obejrzałem sobie w Lipce neogotycki (sic!) kościółek Mariawitów i
        tablicę ogłoszeń przed domem sołtysa, gdzie moją uwagę zwrócił plakat Matrix
        Clubu - klubu muzycznego w Kędziorkach k. Brzezin. Nadal jednak w moim rankingu
        przoduje dyskoteka w Firemen Clubie, której plakaty widziałem kiedyś na wsi w
        okolicach Żyrardowa. Niedługo potem zaczął się najfajniejszy na trasie do Łodzi
        zjazd. Rozpędziłem się, a z prawej mignął mi jakiś kościół - Sanktuarium Maryjne
        w Skoszewach, litery były tak duże jak na szkole w Świętem, toteż nawet przy tej
        prędkości zdołałem to w ułamku sekundy przeczytać, kiedy przemykało obok. Nagle
        zacząłem współczuć sobie-niedzielnemu jadącemu tędy w przeciwnym kierunku. Po
        chwili zastanowienia stwierdziłem, że jednak powinienem współczuć sobotniemu, bo
        miałem wrażenie że teraz mam jednak przewagę podjazdów*, no i ten wiatr jutro
        byłby w plecy. Ale wrażenia są ulotne , wiatr może się zmienić, poza tym jeszcze
        nie bardzo się identyfikowałem z niedzielnym i lepiej mi na samopoczucie
        wpływało współczucie jemu niż sobie. Przy tym też pozostałem. Niestety w Bogince
        zjazd się skończył, a ja skręciłem w prawo.

        Tak dojechałem do Kalonki, która jest tuż pod granicami Łodzi - to widać, bo
        skrzyżowanie jest prawdziwym zagłębiem - dwa sklepy i bar. W jednym z nich
        zainstalowałem się na ostatni postój i zakupiłem chłodzenie w postaci loda
        fioletowego z białą polewą (negatyw?). Zmieniłem też mapę, tym razem kieszeń
        wypełnił plan Łodzi.

        * - wrażenie było słuszne, do Łodzi musiałem się wznieść jakieś 120-140 metrów

        17:40 - 18:20, 9.7 km (61% asfalt)
        Kalonka - Łódź
        asfalt 6 km
        zdecydowanie nie asfalt 3.7 km

        Po lewej minąłem jakąś nieczynną stację radarową (albo cuś innego?) wystającą z
        lasu i już wkrótce wjeżdżałem w granice Łodzi. Skręciłem w czerwony szlak i od
        razu skończył się asfalt... no ładnie, asfalt to ja miałem przez większość
        drogi, a ledwie wjechałem do Łodzi, to się skończył. Chwilę później zobaczyłem
        pana prowadzącego świnię na smyczy. Minąłem jeszcze duuużą pompę przy drodze,
        pomalowaną na maskujący w trawie żywo-zielony kolor. Może bym spróbował w jedną
        osobę pompować i jednocześnie pławić się pod nią, ale cel już bliski, więc
        popedałowałem dalej.

        Po przekroczeniu ulicy Strykowskiej, zaczął się asfalt składający głównie z
        łat... jedynie za tablicą "Układamy kostkę brukową", sprężył się żeby nie
        wylądować na bruku i zaprezentował się od najlepszej strony - jednolity, równy.
        Ale niecałe 100m za tablicą znów wrócił do normy, znaczy do łat. Zauważyłem zaś
        co najmniej dwa hydranty wyglądające na dosyć nowe, a przynajmniej niedawno na
        niebiesko pomalowane. Dobrze, że gdy gdzie indziej hydranty znikają z miast,
        tutaj się dobrze trzymają, w taki upał człowiek to docenia (ciekawe, czy ta
        ulica pod względem hydrantów jest reprezentacyjna dla całej Łodzi). Doceniłbym i
        ja, ale byłem coraz bliżej celu.

        Przejechałem obok krańcówki na Warszawskiej i wkrótce potem zobaczyłem znak
        "Zakaz wjazdu rowerów" ustawiony przy ulicy, którą właśnie jechałem. Zgłupiałem.
        Po raz pierwszy widziałem chyba taki znak. Jadąc dalej próbowałem zrozumieć o co
        tu chodzi, a w taki upał ciężko się myśli, ale w końcu załapałem - pewnie gdzieś
        w pobliżu jest ścieżka rowerowa. Rzut jednym i drugim okiem dookoła i po chwili
        zlokalizowałem ścieżkę po lewej. Z bólem serca opuściłem gładki, niezbyt
        ruchliwy tutaj asfalt na rzecz kostki i tak dojechałem do skrzyżowania z którego
        zagłębiłem się w uliczki z domkami by namierzyć cel.

        b00g13 gdy podawał mi adres, wspomniał też bym przedzwonił gdy będę w pobliżu,
        to mnie dalej popilotuje. Może bym skorzystał z oferty, gdyby to było
        labiryntowe blokowisko, ale tutaj? Wolne żarty, można to wręcz potraktować jako
        obrazę! "Nie ucz eSKaPeBola błądzić". Za to przybyłem w najmniej odpowiednim
        momencie i wyciągnąłem b00g13-ego z wanny, a następnie sam wziąłem prysznic. Nie
        wiem po co mi dwa (pierwszy zabrałem spod kościoła w Niesułkowie), ale... potem
        się zastanowię. O dziwo, nic mnie nie bolało, wyglądało na to że nawet nie będę
        miał zakwasów - no cóż, pogoda i przerzutka wymusiły jazdę spacerową z częstymi
        odpoczynkami. Mordewind i przewaga podjazdów, sprawiły że przez większość czasu
        nawet nie odczuwałem braków w przerzutce.

        Co prawda do rozpoczęcia grilla zostało jeszcze trochę czasu, ale ja byłem już
        nieźle przypieczony - głównie paszczowo i od strony południowej. Jutro powinno
        mnie przypiec dla równowagi od strony północnej... to znaczy dla niedzielnego
        będzie to strona południowa, ale to niech on się tym martwi.
        • meteor2017 Krótki Upalny Kawałek cz. 3 05.08.05, 00:14
          sobota/niedziela, 30/31 lipiec 2005
          grill u b00g13-ego

          Był to grill na pożegnanie domu. A grill, jak to grill - polega na grillowaniu.
          Okazało się, że to impreza overclockerów i smażyły się różne rzeczy... najpierw
          spalili BIOS, potem procesor (K5), a na koniec obudowa komputerowa wraz z
          zawartością została zamieniona na kominek. Dobrze się zaczynało i ktoś zaśpiewał
          "The roof, the roof, the roof is on fire", skoro to impreza pożegnalna tego
          mieszkania... Dowiedzieliśmy się, że na dach jest pokryty papą, zostało jeszcze
          sporo podpałki do grilla, ale gospodarz był oporny i nie współpracował... droga
          przez pięterko była dzielnie broniona babcią, ściany nie zachęcały do
          wspinaczki, a rosnąca obok jabłonka była co prawda wysoka, lecz o wiotkich
          gałęziach. Trzeba było niestety zrezygnować i delektować się zbliżającą powoli i
          efektownie burzą.



          niedziela, 31 lipiec 2005
          6 godz. 25 min. 85.5 km

          Łódź - przed wyruszeniem

          Rano zorientowałem się, że zapomniałem przed burzą zdjąć suszącej się garderoby,
          którą wczoraj rozwiesiłem. No i była bardziej mokra niż w momencie, gdy ją
          wieszałem. Bandamę i koszulkę postanowiłem dowiesić do plecaka na dosuszenie,
          gorzej było z rękawiczkami - jechać w mokrych rękawiczkach? Boli! A może bez
          rękawiczek? Jeszcze bardziej boli!!! Zdecydowałem się na to pierwsze, ale zaczął
          padać deszcz. Na szczęście do południa przestało i mogłem ruszyć w drogę powrotną.

          12:00 - 13:20, 23.7 km
          Łódź - Kalonka - Boginia - Skoszewy - Sierżnia - Lipka - Niesułków - las za
          Niesułkowem
          asfalt A 20 km
          asfalt B 3.7 km

          Jako że na dzisiejszy dzień zapowiadano kolejne deszcze, postanowiłem nie
          kombinować, nie szukać innej drogi, co mogłoby wydłużyć jazdę, tylko pojechać
          sprawdzoną trasą. Od granic Łodzi było prawie cały czas w dół - nieliczne
          podjazdy jedynie na chwilę przerywały swobodną jazdę z górki. Trzeba jeszcze
          dodać, że było ciepło ale nie upalnie, wiał lekki wiatr, ale nie w pysk - pełen
          komfort. Na podjeździe w Skoszewach współczułem sobotniemu, bo takie zjazdy jak
          on tutaj, miałem prawie cały czas - obejrzałem też dokładniej sanktuarium, ale
          architektonicznie było zupełnie nieciekawe. Trochę brakowało mi sprawnej
          przedniej przerzutki, jeszcze gdy był ładny zjazd i miałem dobry napęd
          grawitacyjny, to cieszyłem się swobodnym zjazdem (mimo, że mógłbym szybciej),
          zaś gdy nachylenie nie było wystarczające by mnie porządnie rozpędzić, to kląłem
          tą przerzutkę ile wlezie i wściekle pedałowałem dalej. Tak dojechałem do
          Niesułkowa, gdzie skończyła się droga w dół i od tej pory była względna
          równowaga zjazdów i podjazdów.

          Tak dobrze mi się jechało, że jednak postanowiłem pojechać nieznaną trasą przez
          Lipce Reymontowskie i w Niesułkowie zmieniłem drogę. Zaczęło kropić, a ja
          wjechałem w las który tablica nazywała "Lasami Spalsko-Rogowskimi". Wkrótce
          namierzyłem wiatę i zatrzymałem się by przeczekać deszcz.

          Nie minęło pół godziny, deszcz przeszedł, a ja ruszyłem dalej, gdy nagle...
          zaczęło znowu padać, z minuty na minutę coraz bardziej. Zastanawiałem się czy
          wracać pod wiatkę, czy ukryć się w chaszczach, czy jechać dalej, gdy wyjechałem
          z lasu (hmmm, wjechałem w Lasy Spalsko-Rogowskie, a wyjechałem z Parku
          Krajobrazowego Wzniesień Łódzkich) prosto na sklep. Uzupełniłem zapas wody,
          ciasteczek i umieściłem się za ławą pod daszkiem by przeczekać nagły wzrost
          wilgotności powietrza.

          Umilałem sobie czas wyciągnąwszy mapę i ucząc się dalszej drogi na pamięć, gdy
          jeden z miejscowych zapytał:
          -A czego pan tak szuka w tej mapie?
          -Patrzę jak jechać dalej.
          -A dokąd pan jedzie?
          -Do Żyrardowa.
          -Aaa, to do Brzezin, a stamtąd trasą na Skierniewice - no bomba! +13 km, co
          takiego tam jest, że wszyscy chcą przez te Brzeziny?
          -Tak, ale wolę jechać bocznymi drogami. Mniejszy ruch, przyjemniej się jedzie.
          -Aha, no to przez Kołacin, Kołacinek... - tu nastąpiła chwilowa pauza - ...Lipce
          Reymontowskie.
          -I tak właśnie mam zamiar, tylko przeglądam teraz trasę żeby potem zbyt często
          się nie zatrzymywać by sprawdzić drogę.
          Wkrótce przestało padać, zrobiło się nawet słonecznie, więc pojechałem dalej.

          14:10 - 15:20 21 km (100% asfalt)
          Wola Cyrusowa - Kołacin - Kołacinek - Zacywiki - Podłęcze - Wólka Krosnowska -
          Mszadla - Lipce Reymontowskie -las za Lipcami
          asfalt 21 km

          Po niebie snuły się białe, niewinne chmurki, zaś Wola była Cyrusowa, a nie
          Cytrusowa jak na mapie... szkoda takiej ładnej nazwy. Minąłem neogotycki
          kościółek i pomnik pamięci chłopów z 1863. Bocznymi drogami, zaglądając co i
          rusz do mapy dojechałem wreszcie do Lipiec Reymontowskich, są znane z tego, że
          mieszkał tu Reynmont i opisał ją w "Chłopach". Wjechałem tam ulicą Boryny. Wieś
          dosyć duża, jest w niej Muzeum im. Wł. St. Reymonta które jest Oddziałem Muzeum
          Mazowsza Zachodniego w Żyrardowie, ło! Nie miałem nastroju na zwiedzanie, a i
          tak właśnie było zamyka (czynne do piętnastej). Przejeżdżając przez Lipce
          minąłem kopiec Kościuszki (malutki, trochę wyższy od człowieka), współczesny
          kościół kamienno-ceglany (całkiem przyjemny - od większości współczesnej
          architektury sakralnej różni się tym, że nie bolą oczy od patrzenia na niego),
          drewnianą kaplicę cmentarną z XIX wieku (zaznaczoną na mapie czerwonym
          kółeczkiem - dosyć fotogeniczna) i wyjechałem ulicą Reymonta w las, gdzie
          zatrzymałem się w bocznej dróżce na kawę.

          Leżę sobie na koszuli i plecaku (ściółka była mokra), piję kawę, zagryzam
          ciasteczkami z Woli Cyrusowej i nagle coś mnie tknęło. Spojrzałem na najbliższe
          drzewo - sosna, spojrzałem na następne - niesosna... szary pień przypominający
          słoniową nogę, spojrzałem na liście - buk!!! Rzeczywiście tak jakoś swojsko, jak
          w Beskidzie się czułem. To najbliższy bukowy las (a właściwie bukowo-sosnowy)
          mojego miejsca zamieszkania jaki znam.

          Gdy skończyłem kawę, komisyjnie ustaliłem (komisja jednoosobowa), że ta
          koszulka, która suszy się na plecaku jest tak samo mokra jak ta którą mam na
          sobie, natomiast ma tą zaletę że nie ma rękawów. Założyłem więc ją i ruszyłem dalej.

          15:55 - 18:25 40.8 km
          las - Święte - Maków - Skierniewice - Miedniewice - Rawka - Bartniki -
          Radziwiłłow Maz. - Jesionka - Żyrardów
          asfalt - 31.9 km
          nawierzchnie różne, lub ich brak - 8.9 k

          Wyjeżdżając z lasu dowiedziałem się, że opuszczam Lasy Spalsko-Rogowskie, a na
          najbliższym skrzyżowaniu wróciłem na znaną już trasę. Za Skierniewicami uważnie
          przyjrzałem się chmurom - jakby zmężniały i urosły, zaś brzuchami szorowały
          chyba po ziemi, bo były brudne. Ogólnie nie wyglądały zbyt przyjaźnie, więc
          postanowiłem nie robić postoju, tylko grzać ile wlezie do Żyrardowa. W
          Skierniewicach-Rawce jest niezły zjazd i wyjeżdża się na skrzyżowanie drogą
          podporządkowaną, a naprzeciwko jest reklama zakładu pogrzebowego... hmmm, daje
          do myślenia. Nad Rawka zatrzymałem się tylko na kilka minut, by odsapnąć,
          uzupełnić wodę w bidonie i skompromitować kilka ciastek.

          W okolicach Jesionki poczułem kilka kropel, ale mogły to być omamy, gdyż byłem
          już trochę zmęczony. Omamem na pewno nie były konie - przy drodze pasła się
          klacz ze źrebakiem, gdy mnie dostrzegły zaczęły galopem uciekać drogą. Tymczasem
          z naprzeciwka nadjeżdżały dwie dziewczyny na rowerach, gdy zobaczyły galopujące
          w ich kierunku konie, stwierdziły że tak bardzo im nie zależy na dotychczasowym
          celu jazdy i natychmiast zawróciły. Konie natomiast skręciły na łąkę i droga
          ponownie była pusta.

          Bez większych już przygód dotarłem do domu - zmęczony po ostatnim odcinku.
          Niecałe trzy kwadranse później zaczęło padać, a kolejny kwadrans potem przyszedł
          deszcz. Zdążyłem przed burzą! I to by było na tyle. :)
          • huann up! /a czemu to może jutro ;> 26.06.06, 19:41

            • aard zatem czemu? /czemu? :> 27.06.06, 09:45

              • mfprdkw No właśnie? 27.06.06, 10:52
                Ja nic nie wiem, zatem pytajniczków hordę wstawiam: ???????????? ????????????
                ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????

                I jeszcze jedną jako odwód: ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                • huann Re: No właśnie? 28.06.06, 15:37
                  mfprdkw napisał:

                  > Ja nic nie wiem, zatem pytajniczków hordę wstawiam: ???????????? ????????????
                  > ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                  > ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                  >
                  > I jeszcze jedną jako odwód: ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                  > ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ???????????? ????????????
                  > ???????????? ???????????? ???????????? ????????????

                  za dużo znaków binarnych w treści ;p
              • huann będzie jutrodziś! /napyskjużpadamimampowodytak? :> 28.06.06, 00:46

                • huann cz. 1 28.06.06, 13:35
                  O 10:00 przekręciłem klucz poszedłem na śmietnik podpompowałem koła – w drogę!
                  Wyjechałem bez śniadania na 0,5 l mocnej rozpuszczalnej kawy espresso z zimnego
                  mleka i 3 łyżeczek cukru.
                  Witaminy i mikroelementy allertec plecak z niecałym litrem coli i 10 zł.
                  Będzie musiało starczyć na jak najdłużej -
                  - później będzie że nie będzie
                  Brzezińska nadal rozpruta, co gorsza – przy M1 ścieżka rowerowa takoż. Będzie to
                  mieć znaczenie zwłaszcza przy powrocie, pojadę jezdnią z zakazem ruchu rowerów,
                  ale nie uprzedzajmy faktów, fakty same się upomną o siebie w odpowiednim czasie.
                  Gorąco. Trochę bocznego wiatru, górka na Marmurowej i już połacie pól i już
                  miasto zostaje tam, gdzie naprawdę jego miejsce – z tyłu. Przede mną świat
                  Skoro droga – film kręcić można
                  Surrealnie jest zacząć wycieczkę od ul. Nad Niemnem. Albo mi się tak
                  przynajmniej wydawało – więc kręcu-kręcu i tablica z przekreśloną Łodzią. Jakie
                  to podnoszące na duchu.
                  Zaczęło się robić z górki, tę trasę mam wyćwiczoną na pamięć, po każdej kolejnej
                  zimie zapoznaję się z kolejnymi koleinami i nowymi dziurami w szosie. Po drodze
                  fotki i znów kręcenie filmów – raz na postojach (specjalnie w tym celu), czasem
                  z jazdy, trzęsie, trzymam mocno kierownicę jedną ręką, drugą aparat jezus maria
                  dziury!dziury!...
                  Po godzinie jestem na pętli autobusów miejskich w Skoszewach. Tu kończy się może
                  najdłuższa z autobusowych macek łódzkiego MPK. Dalej już tylko topole rzędy
                  topól lewy wiatr szumi wszystkim i przewraca listki na inną ze stron świata
                  Świat się powiększa - trochę chałup, trochę krzaków, dużo pól po obu stronach
                  drogi, góra-dół – dół-góra, mijają mnie kolejne auta, coraz to jakieś
                  rozgrzebane, dopiero w połowie wybudowane zarysy letniskowych rezydencji.
                  Tabliczki nazw miejscowości: Sierżnia, Lipka, Niesułków, Szczecin, Dmosin...
                  Truskawki zawiewają od pól połaci, z daleka widoczne postaci pochylone nad
                  zbiorem, jakieś dzieci, psy, rowery typu ukraina rzucone na miedzy byle jak –
                  byle gdzie
                  Naraz z sadu przydrożnego coś kwili przeraźliwie – przez chwilę myślę, ze to
                  tuczarnia, potem, że dziecię w kołysce, w końcu słychać – audycja w radio, w
                  nieptasim radio...
                  Widać tak łatwiej zbierać owoce.
                  Po tym ich poznamy.
                  Za Dmosinem w krajobraz wdzierają się linie wysokiego napięcia, trzeszczą górą,
                  przejeżdżam mostek na Mrodze, dalej już wielka niewiadoma – nigdy wcześniej w tę
                  stronę nie zapuściłem się aż tak daleko – a to dopiero połowa drogi do Skierniewic!
                  Ospałe wioski: Ząbki, Zawady, Trzcianka, gniazdo przydrożnego bociana, liczne
                  kapliczki, niektóre wypasione pod niebo, piorunochrony pogodnych dni, tylko po
                  co komu piorunochron w pogodny dzień
                  Asekuracja asekuracja w cieniu ławeczka dziadek babcia oni z pewnością wiedzą po
                  co ja nie wiem więc jadę dalej: las, koniec asfaltu, droga koszmarna, szczekają
                  psy z leśniczówki na skraju, po chwili wyjazd na zaciszną dolinkę prażącą się w
                  słońcu – Bobrowa. OSP po prawej, rozstaje, tyle ich tutaj, jadę na czuja, w
                  końcu ziemia i tak okrągła, nie zgubię się
                  Dobrze jadę, tak czy inaczej bym zresztą tak jechał, Chlebów, nazwa mnie wita na
                  tabliczce, sól też będzie, ale to w Puszczy, to potem, teraz jeszcze nic o tym
                  nie wiem ja
                  Wraca asfalt, trochę cienistych lasów mieszanych, kolejne filmiki, baterie
                  siadają :/ Dalej jest niczym nie wyróżniająca się wieś o nazwie Święte, z
                  przysiółkami profanum: Nowaki i Laski między innymi.
                  Rozglądam się za szkołą z napisem: jest! Niestety w remoncie, napisy zdjęli,
                  więc zdjęcia już nie będzie, zresztą jak można zdejmować to co już zdjęte
                  Maków – duża wieś i rzeczywiście dużo przydrożnych maków, mija mnie czerwony
                  maluch, w innej sytuacji nawet bym go prawie nie zauważył, teraz jednak go
                  zapamiętuję: jest to maluch nie czerwony a makowy, cóż za przypadek, zapamiętany
                  czerwony maluch 10 km przed Skierniewicami...
                  Łebki wiejskie na rowerach się chcą ścigać – przez parę km raz oni mnie, raz ja
                  ich, ciekawe, ile oni już dziś przejechali, a ile jeszcze przejadę ich ja
                  Nie uprzedzajmy, nie uprzedzajmy
                  Jeszcze las, jeszcze mostek na rzeczce Zwierzyniec (ciekawe, czy bogata w faunę,
                  czy po prostu ot tak?), wykańczam resztki coli, na niebie pojawia się pierwsza
                  tego dnia chmurka – biały strzępek na Skierniewice – i oto są – trochę baterie
                  się podładowały, kręcę wjazd, znów siadają domki podmiejskie jakieś
                  przedsiębiorstwa tężeje ruch na drodze kapelusik czarny na poboczu
                  Zawracam, zabieram, nowy kapelusik, pewnie ktoś zgubił może jechał motocyklem na
                  Warszawę to ten kierunek, dojedzie z gołą głowa cóż ten wiatr wyczynia figle
                  gałązki strącić też potrafi i dach od obejścia podwórka
                  Przejazd kolejowy jedno drugie skrzyżowanie most drogowy przy parku miejskim, w
                  alejkę z zakazem wjazdu nie dotyczy rowerów w dół, znów mostek – tym razem
                  parkowy, jadę wzdłuż rzeczki przez park i oto już jest wiadukt kolejowy –
                  umówione miejsce spotkania z Meteorem.
                  Jest 13:18, dojeżdżam te 60,8 km w 3 h i 18 min.

                  The end of part I
                  • huann cz. 2 28.06.06, 14:15
                    Siędę sobie na pieńku, w parku miejskim Skierniewice ławki brak.
                    Jak pomyślałem, tak siadłem.
                    Przewinęło się z dziesięciu rowerzystów i 4 pociągi górą do Warszawy, albo tylko
                    w tym kierunku, a oto i jest Meteor! :D
                    Przywitał mnie kawą zimną – mmm jak dobrze! ciasteczkami lokalnymi (z
                    pewnością!) po pożarciu w cieniu na spulchnionym niewidzialną drapą undergroundu
                    trawniczku wsiadamy na rumaki – i chacha! – w drogę, w świat!
                    Najpierw jednak czołg na cokole, co gąsienice ma i co na niego wdrapa się Meteor
                    i zdobywa jak Reichstag jak Berlin jak Kurski Łuk – ja fotki, a gorąco i sennie
                    wokół dwukół czworokół i wogąsienicół, a tu takie ważne zdobycie! dworzec sprite
                    i mineralka z lodówki łącznie za 4,50 to dobrze to bardzo dobrze że lodówki są
                    na świecie
                    Ze Skierniewic droga prosta czasem kreta – jedziemy ul. Unii Europejskiej, w
                    Krynicy Morskiej jest ulica Teleekspresu, jak to ludzie lubią sobie oswajać
                    nienazwane grozę anonimowego asfaltu w pobliżu swych siedlisk – jeszcze nie
                    spotkałem się z ul. Unii, albo Teleekspressu np. pomiędzy miejscowościami, tam
                    krówki tylko skubią przydrożne ale wiadomo – krowa nie człowiek i nazw nie zmienia
                    Podmiejskie torowisko kolejowe i domki i sklep ‘Mars’ – kosmos zawsze jest
                    blisko, nie zapominajmy w słoneczny dzień o gwiazdach
                    Bunkier po prawej, podziemie wznosi się częścią naziemną nad ziemię –
                    piorunochron ziemskich spraw bieskich
                    I oto Rawka – pluski i kąpiele po lewej, środkiem most z roztopionym w upale
                    asfaltem zostawiamy odciski butów i opon samochody chlapią asfaltem plusku plusk
                    Meteor zostawia ślady a ja cykam
                    młyn drewniany na to wszystko
                    Puszcza. Jedziemy przez las, z szosy ścieżką ukazuje się Jar Rokita – Jar Maria
                    Rokita przechrzczony na, suchy o tej porze roku
                    Mostek nad jarem, cieniście i liściasto bezludnie a za chwilę znów działki
                    piaszczysta droga w słońcu kurz zjeżdżamy w bok na łąki i chynchy zielone i
                    zielone starorzecze z rzęsą wodną wbrew temu przebrlimy owe także ni to mostek
                    ni grobla, jeszcze trawy po pas znów w słońcu gorącu i oto mostek kolejny na
                    Rawce i kąpielisko i panowie moczą kije a panie baczą na dzieci
                    Cóż za ochłoda wspaniała! Woda jest taka w sam raz, pół godziny dobre b.dobre
                    łazimy po wodzie, Meteor pływałby gdyby nie płytkość filmiki i fotki
                    Wybywamy przy wtórze jazgotu suki jamnik podmiejskiego sznytu przed nami
                    Bolimowska Puszcza i łąki i Budy Grabskie – znów trochę asfaltu, znów mostek na
                    Rawce – dziś ostatni.
                    Po prawej chwila postoju w rezerwacie ‘Kopanicha’ wysoka skarpa w lesie, w dole
                    liściasto i wilgotno u góry sosnowo, gryzą krwiopijcy, jemy ciasteczka zapijamy
                    czym tam mamy krwiopijców opuszczamy na sposób bolimowski i jedziemy dalej.
                    Koniec szosowania, przecinamy trasę Skierniewice – Bolimów i ZAPUSZCZAMY się.
                    Po drodze na Polanę Siwica paśnik dla płowej zwierzyny – nasze rumaki płowe od
                    kurzu, ale choć dajemy im siana – nie chcą. Meteor wynajduje sól do lizania
                    zwierząt – wygląda jak ciemnoróżowy pumeks. Jest więc i sól, jest w swoim czasie.
                    Z paśnika kilka rozstajów niepewnych i oto jest Siwica – mrowie much końskich i
                    lekko zamglony w późnopopołudniowym skwarze horyzont nad morzem traw wśród
                    puszczy przy drodze krzaki
                    Objeżdżamy od północy, przy gajówce rowery w krzaki i torując sobie wśród traw
                    po pas i pokrzyw ała wchodzimy trochę w głąb polany.
                    Z Siwicy już blisko do skraju puszczy, działki wyludnione i zakrzaczone, krzaki
                    krzaki pokłady krzaków, elegancki dywanik z asfaltu prowadzi nas nieuchronnie
                    już w stronę zachodu słońca, po drodze mnóstwa maków ileż habrów i chabrów!
                    Fotki fotki fotki kotek.
                    Film z kotkiem Bełchów sklep cola zimna 1 l Meteor lody.
                    Przejazd: tor kolejowy opuszczony i szlaban.
                    obok nowy, ale używany.
                    Opuszczony zakrzaczony tunel zielony na skraju trochę śmieci dalej mrok
                    Jeszcze kilka minut i przy 97,3 km pożegnanie przy ciasteczku i piciu z Meteorem
                    – On na wschód, ja na zachód.
                    Jest 18:23 a do domu jeszcze ponad 5 dych......

                    Koniec cz. 2
                    • huann cz. 3 28.06.06, 14:36
                      Wieczór się robi coraz zapadniejszy muszek powrotnych niestety potwornych roje,
                      Zakulin i Łyszkowice stąd szosą na Brzeziny robi się pod górkę, przy 110 km mam
                      kryzys pierwszy poważny dziś i tak późno jak na 2 tygodnie niejeżdżenia trzeba
                      do domu!
                      Uchań to wieś z psami na szosie, co drugi budysta i nic go nie rusza co drugi
                      choleryk i rzuca się pod pedzącą tym razem z górki meridę i ujada jakoś udaje
                      się zwiać
                      W Trzciance powrót na poranną trasę, za trochę wieś Kałęczew charakteryzująca
                      się z pięcioma kierunkowskazami na Kałęczew w lewo i w prawo oraz środkiem
                      Kałęczew, teraz z górki na mostek na Mrodze, Dmosin o 19:25, szczeniak wilczy
                      chodzi na przystanku gdzie ławeczka na 5 minut wszystkich ślini oprócz mnie nie
                      ma tam nikogo do półfinału muszę zdążyć na 21:00 sił coraz gorzej - jadę, w tę
                      stronę mam niestety zazwyczaj pod górkę ale wiatr ucichł, chmurzy się krawawo
                      słońce przebija nisko już po lewej stodoła porannego baru ‘Tropic’ z wmurowanym
                      tyłem malucha w kolorze zomo i przystawioną obok drabiną średniego szczebla
                      kolejny łącznik horyzontu z wertykałem od Lipki do Skoszew pod górkę mija mnie
                      kolarz a ja już nie mam siły by się z nim ścigać zbytnio, 130 na liczniku dziś
                      mam godzinę do meczu jadę już cały czas asfaltem przez Boginię i Borchówkę,
                      ostatni podjazd w Kalonce do granic Łodzi patrzę na szybkość – 14 km/h,
                      pocieszam się, że obstawiałem 12, na Marmurowej jestem 20:38, zapalam światełka
                      ostatnie pstryki wyczerpanych baterii na szczęście już mam prawie cały czas z
                      górki Brzezińska, rozkopy ścieżki rowerowej po lewej, walę w dół mimo zakazu
                      jezdnią, wszystko w swoim czasie wszystko w czasie zmieścić się w miasto ze wsi
                      mam jeszcze 10 minut do 21:00 rozkopy na wiadukcie kolejowym na Brzezińskiej
                      pruję nie zważam na nic byle szybciej byle szybciej 20:55 zatrzymują mnie
                      światła przy Spornej na minutę jest 20:56 jeszcze Wojska Polskiego do WiN,
                      skręcam pod blok: jest 21:00.
                      Włączam tv o 21:01: 11 h i 1 min, 149,7 km, Francja-Hiszpania po minucie gry
                      0:0, skończy się na 3:1 dla Francuzów ale nie uprzedzajmy faktów,
                      Nie uprzedzajmy

                      Fine part 3, ostatniej.

                      To pisałem ja, przegrzany po wczoraj, podświadomie chłodząc się strumieniem
                      wspomnień przy grzance z komputera, a jakże.
                      • aard wciąga :)) 28.06.06, 15:27
                        A czemu na tym wątku? czy li tylko z powodu Meteora (nie naguję absolutnie wagi
                        Powodu, jeno doszukuję się innych)?

                        Bo ja właśnie się zastanwiam, gdzie zamieścić zapółtoramiesięczną rowelację ze
                        Słowację?
                        • huann Re: wciąga :)) 28.06.06, 15:30
                          aard napisał:

                          > A czemu na tym wątku? czy li tylko z powodu Meteora (nie naguję absolutnie wagi
                          >
                          > Powodu, jeno doszukuję się innych)?

                          pewnie potemu, że to trasa wytyczona przez Meteora blisko rok temu (patrz wyżrej).
                          >
                          > Bo ja właśnie się zastanwiam, gdzie zamieścić zapółtoramiesięczną rowelację ze
                          > Słowację?

                          albo tu, jeśli będzie upalnie, albo tam, jeśli będzie zdroż(e)nie, albo siam i
                          owam, jeśli będzie jeszcze inaczej! :)
                          • aard szprychy, bagażnik i siodełko 28.06.06, 15:43
                            huann napisała:

                            > albo tu, jeśli będzie upalnie, albo tam, jeśli będzie zdroż(e)nie, albo siam i
                            > owam, jeśli będzie jeszcze inaczej! :)

                            Dobra :)
                      • huann a tu jest parę fotek z wyjazdu: 28.06.06, 19:03
                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=735&w=30569294&a=44360062

                        i niżrej.
                        • meteor2017 końtrelacja? 28.06.06, 21:01
                          Będzie i końtrelacja... gdzieś, kiedyś, być może jak b00g13 da...
                          • aard W takim razie 28.06.06, 21:43
                            tutaj
                            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10322&w=15427741&a=15427741
                            można o to poprosić ;)
    • mfprdkw Rowerowa fotorelacja z Mazowsza 07.08.05, 21:33
      meteor2017.fm.interia.pl/teksty/rowery_2005-08-06.html
      Zachęcamy do zapoznania się z ofertą katalogową naszego sponsora.

      Stronę polecają:
      -Magistrat w Żyrardowie
      -Starostwo Powiatowe w Żyrardowie
      -Urzędy Gmin Radziejowice, Wiskitki, Jaktorów
      -Kolarski Klub Sportowy "Cyklista" Żyrardów
      -Pielgrzymka Akademicka, którą mijaliśmy w Starych Wiskitkach
      -Hrabia Sobański
    • mfprdkw Dialog z kopyta 26.01.06, 19:17
      -Podczas badań geologicznych w szafie, dokonałem drogą odkrywkową odkrycia. Otóż
      pod warstwą odzieży która przeżyła pierwotny i wtórny okres bycia modną,
      natrafiłem na artefakt w postaci książki z autografem pod tytułem "Dialogi na
      cztery nogi". Podczas lektury zainspirowałem się (trzecią częścią zawartości
      półlitrówki) i postanowiłem również dać się ponieść dialogowi... Złośliwi będą
      twierdzić, że jestem w stanie wydusić z siebie jedynie monolog, ale...
      -...dysponuję rozdwojeniem jaźni.
      -O właśnie, a w razie potrzeby posiadam też rozstrojenie, rozczworowanie,
      rozpięcioczetrzeszerzenie...
      -I tak dalej, więc dyskusja może być bardzo burzliwa. Ale najważniejszy jest
      dobry tytuł. Razem dysponujemy dwiema nogami, więc może "Dialogi na dwie nogi"?
      -Eee, nijakie takie.
      -To dosztukujmy jeszcze jedną i będą "Dialogi na trzy nogi".
      -Trzecia noga jest jak piąte koło u wozu. A poza tym dialog nie na nogach
      pisany, tylko na kolanie.
      -Palcem na wodzie.
      -Jak kura pazurem.
      -Ale za to dynamiczny co koń wyskoczy.
      -Niech więc będą "Dialogi z kopyta".
      -Kopytka.
      -No to klops.
      -A propos, dokonałem eksportu parówek z twojej lodówki.
      -Zuch, obrotny jesteś, ile dewiz za nie dostałeś?
      -Nic, to był eksport w darze do głodnych narodów.
      -A dokąd? Do Somalii, Korei?
      -Do mojego żołądka.
      -A co na to żołądek?
      -Trwa tam obecnie rewolucja, parówki niezbyt się polubiły z pomidorami, a te z
      marchewką.
      -Kto górą?
      -Czerwoni, ale pomarańczowi tuż za nimi i też się pchają na górę, dlatego mam
      zapytanie - którędy do łazienki?
      -Prosto i na lewo, potem znowu prosto, mijasz dwie przecznice, na światłach w
      prawo, na skróty przez park i trzecie drzwi na wprost. Pukaj trzy razy.
      -Puk puk puk.
      -Hasło!
      -Zapomniałem, poproszę o podpowiedź.
      -Dlaczego Kazimierz Wielki był wielki?
      -Bo gdyż ponieważ zastał Polskę w dechach i słomie, a zostawił w cegle i
      betonie... Zaraz! Ale byś mnie zagiął, ale już sobie przypomniałem ten dowcip:
      bo przed nim królem był Łokietek.
      -Dobrze, ale nie dostatecznie. Dlaczego był wielki?
      -Możni uznali, że mały król jest niezbyt reprezentacyjny i karmili następcę
      środkami przyspieszającymi wzrost.
      -Jakimi środkami?
      -Sterydami.
      -Sterydami? W tamtych czasach? Przecież Polska była wtedy biedna i rozbita, a
      sterydy były z importu za dewizy i do tego na kartki. Mlekiem ćwoku, mlekiem!
      Ale sądząc po pozorach, ty mleka za młodu nie piłeś, tylko kopciłeś.
      -Poniekąd racja, za swoich lat młodzieńczych mleka nie pijałem, tylko herbatę i
      mocniejsze trunki.
      -Alkoholik?
      -Ależ skąd, kawoholik.
      -Człowiek musi mieć jakiś nałóg. Człek bez nałogów, aż się prosi o
      zagospodarowanie, dlatego lepiej mieć nałóg niezbyt uciążliwy, żeby się jaki
      gorszy nie przyplątał. A wiesz, że kawa też od Kazimierza?
      -Sprowadził?
      -Były nadwyżki zboża, więc je zagospodarował.
      -To dlaczego teraz pija się kawę z importu, a nie rodzimą zbożową?
      -Bo zaczęliśmy nadwyżki zboża eksportować, a kawę importować od Turków w postaci
      łupów po zwycięskich bitwach.
      -A gdy to oni dali nam łupnia?
      -To w kraju panował kryzys kofeinowy i ochoczo przedsiębrano nową wyprawę
      przeciw niewiernym.
      -Słusznie, niewiernych trza prać, bo to naród niemyty. I ma kawę i inne łupy.
      -Łupki.
      -W zasadzie to granity lepsze, a od biedy mogą być i piaskowce.
      -Panocku, u nas na Mazowszu ino pioch.
      -I trzymacie go dla siebie? A zima ładna tego lata, tyle że piachu do sypania
      chodników brakuje. Nie wstyd wam?
      -Troszku wstyd, dlatego nie oram, ino ugorem trzymam i las zapuszczam, żeby tak
      bezwstydnie nie wystawał... ale i tak boczkiem na drogie wylizie.
      -To go do betoniarki i zamurować, będzie miał za swoje.
      -Ale dyć go troszku szkoda, przeca jaki on jest, taki jest ale swój, tutejszy.
      -Pan tu mieszka? A którędy biegnie czerwony szlak, bo go przed zgubiłem na tych
      polach.
      -Dokąd idziecie.
      -Na Wysoką Górę, a potem do Wieś Kolonia Zarzeczna.
      -A po co bez górę? Nie lepiej drogą? Szybciej będzie.
      -Ja turysta.
      -Trzeba było tak od razu. Przy drodze jest bar.
      Nasi przyjaciele postanowili w nim odpocząć zmęczeni ciągłą pogonią za
      uciekającym wątkiem i zamówili staropolską kawę zbożową po zbójnicku.
      -Ja to mogę tak dialogować do upadłego, czyli do końca drugiej flaszki, po przy
      trzeciej wysiadam.
      -Za późno, nie dryńdnąłeś, a to był przystanek na żądanie.
      -No i dobrze, mógłby nam hamując rozlać kawę.
      Jechali autobusem i wątek gonił się sam, a raczej za pośrednictwem kierowcy.
      -Im więcej ją piję, tym silniejszy do niej pociąg czuję.
      -Zboczeniec! Czyżby kolejarz?
      -Bileciki do kontroli proszę.
      -Nie mam, gdyż nie posiadam.
      Dalszy rozwój wydarzeń zapowiadał się dramatycznie, panie na sali mdlały z
      wrażenia i za ciasnych gorsetów, kilku panów też dla towarzystwa. I nie wiadomo
      co by wyciekło z tej nabrzmiałej sytuacji, gdyby pękła, ale nagle pociąg się
      zatrzymał.
      -gdzie jesteśmy?
      -W Łodzi.
      -To, to ja wiem, ale na jakim morzu.
      -Na Dunajcu.
      -Po czym poznałeś.
      -Po flisaku pytającym z której strony miniemy górę.
      -Flisak... to ten w koronie?
      -Nie, to góra.
      -No przecież wiem, że góral! Poznałem po wysokości nad poziom morza.
    • mfprdkw Krótki Upalny Kawałek 3w1 14.07.06, 18:38
      W postaci linka, bo bez zdjęć sporo trąci:
      meteor2017.fm.interia.pl/teksty/upalny_kawalek_3w1.html

      Jeszcze nie dokończony, ale ciąg dalszy nastąpi.
      • huann Re: Krótki Upalny Kawałek 3w1 13.07.07, 00:52
        mfprdkw napisał:

        > Jeszcze nie dokończony, ale ciąg dalszy nastąpi.

        no ba!
        już w najbliższy poniedziałek pewnie i to kolejny cd!:)

        ale póki co czekamy na ciąg dalszy poprzedni, a tu jeszcze dzień i by sie taaaki
        wątek zarchiwizował!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka