Dodaj do ulubionych

Audycja MfPRDKW

15.09.04, 00:52
Witamy serdecznie wszystkich sluchaczy na RU. Od dzisiaj nadawac tu bedzie
Mazowiecka filia Psychodelicznego Radia Dalekie Kresy Wschodnie. Prosimy nie
regulowac odbiornikow i tak zajelismy wszystkie czestotliwosci, nic innego
nie znajdziecie, musicie sluchac nas, he he.

Zaczniemy z grubej rury. Pierwsza audycja bedzie "Szarża Ciężkiej Kawalerii
Kubkowej" - laureatka konkursu jubileuszowego magazynu internetowego Inkluz w
kategorii "Nic nie jest takie, jakie się wydaje".

Zyczymy milego sluchania
Obserwuj wątek
    • mfprdkw Szarża Ciężkiej Kawalerii Kubkowej 15.09.04, 00:54
      Kącik Opowieści Różnych, Innych i Takich Sobie MfPRDKW ma przyjemność
      przedstawić państwu z cyklu "Opowieści przy kubku" słynną:

      Szarżę Ciężkiej Kawalerii Kubkowej

      Słońce przestało się już wznosić i coraz gwałtowniej jęło opadać w kierunku
      horyzontu, a bitwa nie traciła nic ze swej zajadłości. Od wczesnego ranka
      dzielne wojska Kubkowego Królestwa zmagały się z podstępnymi niekubkowymi
      najeźdźcami. Szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną, raz na drugą
      stronę, ale żadnej ze stron nie udało się jak do tej pory złamać wroga.
      Tak wyglądała sytuacja na polu bitewnym, gdy ze wzgórza rozległa się dobywająca
      z setek gardeł pieśń "O kubku, prowadź mnie na wrogi moje". To Ciężka Kubkowa
      Kawaleria nie biorąca do tej pory udziału w bitwie szykowała się do szarży,
      która mogła przesądzić losy bitwy.
      Widząc to z pola bitwy, dzielni żołnierze Kubka, ostatkiem sił mocniej ścisnęli
      swoje powyginane i okrwawione kubki i z nowym zapałem jęli rozbijać czerepy
      najeźdźców. A kubki znalazłbyś tam najróżniejsze - proste blaszane emaliowane
      alibo lśniące metalem w dłoniach najbiedniejszej hałastry, bogatsze zaś rody
      miały kubki malowane, a na nich sceny z życia w dworkach - uczty, polowania,
      zabawy a jak kto mógł się pochwalić dzielnymi przodkami, to miał na kubku
      sceny przedstawiające wielkie czyny swoich ojców.
      Każdy z zapałem wywijał swoim kubkiem, mając nadzieję, ze kiedyś to on będzie
      przedstawiany na rodowych kubkach, jak gromi rzesze podstępnych wrogów
      Królestwa.
      W tym momencie z pieśnią na ustach szeregi Ciężkiej Kubkowej Kawalerii ruszyły
      powoli naprzód

      O kubku prowadź mnie na wrogi moje
      O kubku nagrodź bitewne me znoje
      Gdy walka trwa chroń mnie wytrwale
      Bym mógł zakończyć dzień w pełnej chwale

      Ciężka Kubkowa Kawaleria nabierała rozpędu, a nieprzyjaciel zorientowawszy się
      w nowym natarciu, zwierał swe szeregi tam gdzie zmierzała szarża, by odeprzeć
      straszliwe uderzenie

      O kubku bądź ze mną w pojedynku
      O kubku utrzymaj mnie w ordynku
      Nie pozwól by wszelkie dzikie pogany
      Powiodły me córki na obce stragany

      Pędzili jak wściekła lawina zmiatająca wszystko ze swej drogi, jak fala
      powodziowa zatapiająca wszystko bez litości, jak burza gromem swym ogłuszając,
      oni pieśnią grzmieli

      O kubku, kubku niezmierzony
      O kubku mój niezwyciężony
      Syna ci oddam w służbę, na znoje
      A Ty go prowadź na wrogi moje

      Choć wydawało, się ze już szybciej się nie da, oni wciąż przyśpieszali, jadąc
      po łagodnym stoku wzgórza coraz szybciej i szybciej

      O kubku daj mi w walce zginąć
      O kubku powolną śmierć ominąć
      Prowadź mnie do czynów wspaniałych
      By mnie sławili od wielkich po małych

      W tej chwili rycerze wznieśli swe kubki które oślepiająco zalśniły w słońcu. A
      kubki były przepiękne, gdyż w Ciężkiej Kubkowej Kawalerii służyli synowie
      najznaczniejszych rodów. Na przepięknie zdobionych kubkach znalazłbyś
      przedstawione największe i najsłynniejsze bitwy w dziejach Kubkowego Królestwa,
      największe czyny największych bohaterów królestwa na kubkach w dłoniach ich
      potomków, a także wspaniale, niebotyczne, niezdobyte zamki, oraz olśniewające
      swą urodą damy serca młodych rycerzy. Były to niewątpliwie najpiękniejsze i
      najmocniejsze kubki w Kubkowym Królestwie, wykonane przez najznamienitszych
      płatnerzy, a ozdobione przez światowej sławy artystów.
      Z miażdżącym impetem Ciężka Kubkowa Kawaleria runęła na wroga zmiatając z
      powierzchni ziemi pierwsze szeregi, masakrując wtóre, a następne zmuszając do
      odwrotu. Z setek gardeł na polu bitwy dobył się ogłuszający okrzyk i
      nieprzyjaciele zdziwieni furią z jaka rycerze Kubka zaatakowali ich na widok
      szarży , zaczęli się cofać, a wkrótce bezładnie uciekać i gdy Słońce znikało za
      horyzontem wielka armia niekubkowego najeźdźcy była już tylko wspomnieniem, a
      wystraszeni wojownicy bezładnymi kupami uciekali by opuścić granice Kubkowego
      królestwa.
      Był to dzień wielkiej chwały Ciężkiej Kubkowej Kawalerii, której szarża
      rozstrzygnęła losy bitwy. Kolejny wielki triumf tej formacji i triumf Kubkowego
      Królestwa.


      Na podstawie podań spisał To Mi popijając z Kurakowego Kubka Rodowego
    • mfprdkw Re: Audycja MfPRDKW 19.09.04, 14:54
      W związku ze zbliżającym się rajdem (np. Połoniny 2004), Kącik Porad Wszelakich
      MfPRDKW przedstawia:

      Co Prawdziwy Turysta ładuje do wora

      Zacznijmy od tego, jaki ten wór powinien być: oczywiście setka i nie ma co do
      tego żadnych wątpliwości (chyba że ktoś znajdzie większy!!!). Ładujemy do
      niego:

      - czekoladę;
      - bierzemy oczywiście przewodnik interesującego nas terenu "...dla Prawdziwego
      Turysty", wyjmujemy go potem w miejscach publicznych (od pociągu poczynając) i
      ostentacyjnie czytamy tak by napis "...dla Prawdziwego Turysty" był dobrze
      widoczny;
      - czekoladę;
      - menażka: wyprodukowana przy pomocy najnowszych technologii wykorzystywanych w
      przemyśle kosmicznym i armii amerykańskiej, hermetycznie zamykana, złożona z
      pięciu warstw metalu, odporna na gorąc pieca hutniczego i potworne zimno próżni
      kosmicznej, ze specjalnie profilowaną nienagrzewającą się rączką, z własnym
      napędem i zapasem powietrza na 12 godzin, z systemem samonaprowadzającym i
      wbudowanym procesorem, niewykrywalna przez radary...;
      - czekoladę;
      - scyzoryk o 30cm ostrzu z nożyczkami i cążkami (do pedicure i manicure),
      zestawem pilników i pilniczków, korkociągiem, otwieraczem do konserw (ale nie
      do butelek, gdyż Prawdziwy Turysta otwiera butelki zębami!!!), lutownicą,
      pęsetą, śrubokrętem, nożycami do metalu, i w ogóle zestawem narzędzi. Jest to
      oczywiście niezbędne minimum, można zakupić scyzoryk z dużo bogatszym
      wyposażeniem;
      - czekoladę, dla odmiany białą;
      - siekierę, taką duuużą! topór!!! żeby można ściąć porządne drzewa na ognisko
      (uwaga!!! doskonale na opał nadają się te duże opatrzone zielonymi tabliczkami
      z białym orłem), oraz wybudować obozowisko. Uwaga: do wybudowania obozowiska na
      okres dłuższy niż jedna noc, potrzebny będzie bogatszy zestaw narzędzi;
      - czekoladę, tym razem nadziewaną;
      - saperkę, niezbędna przy budowie latryny;
      - ponieważ czekoladę już wzięliśmy, to pakujemy mleko w tubce dla urozmaicenia;
      - lornetkę do przyglądania się odległym szczytom, a także do podglądania ptaków
      i sąsiadki;
      - czekoladę gorzką;
      - lunetę, do oglądania różnych obiektów niebieskich, oglądania Tatr z
      Bieszczadów oraz bliższego przyjrzenia się sąsiadce;
      - czekoladę z alkoholem;
      - palmtopa z GPS-em, zestawem map satelitarnych o skali 1:1/10 uaktualnianych
      on-line, Cywilizacją i Małyszem;
      - czekoladki miętowe;
      - śpiwór, hermetycznie zamykany, zapewniający optimum w temperaturach
      zbliżonych do zera absolutnego, z systemem obiegu zamkniętego, zapasem tlenu na
      24h na wypadek awarii ww. systemu, poduszkami powietrznymi (przy wykorzystaniu
      tych samych technologii co w lądowniku 'Pathfinder'), oraz z pluszowym misiem;
      - czekoladę z bakaliami;
      - trzytomowy (każdy tom po 600 stron, format A4) szczegółowy przewodnik po
      faunie, florze i skałach, z ilustracjami do każdej pozycji. Należy poznawać
      środowisko naturalne w którym przebywamy!;
      - czekoladę orzechową;
      - skrzynkę browaru do świętowania na zdobytych szczytach (uwaga! świętowanie na
      każdym punkcie wysokościowym powoduje konieczność uzupełniania zapasów co drugi
      dzień lub częściej, oraz znaczne wydłużenie trasy);
      - czekoladę jogurtową;
      - łódkę Bols, na wypadek niepogody, lub wręcz powodzi;
      - czekoladę specjalną (np. 'Knister Q');

      Na zewnątrz plecaka przypinamy: karimatę, namiot, kubek, siekierę, saperkę,
      kijki narciarskie, kask, raki, czekan, 20m liny, i duuużo wszelakiego szpeju
      (wszelkie karabińczyki, kości, uprząż itp.). Sami obwieszamy się znaczkami GOT-
      jakimiśtam, rajdowymi, przewodnickimi, honorowego krwiodawcy, złotymi
      serduszkami WOŚP, orderami za odwagę itp. im więcej tym lepiej.

      Podany wyżej zestaw stanowi oczywiście sensowne minimum, warto oczywiście dodać
      różne elementy wg własnych preferencji. Oczywiście nie jest to wersja doskonała
      (choć bliska doskonałości), oczekujemy więc na państwa sugestie.
      Prawdziwa Turystka stanowi odrębny przypadek, a lista taka tej długości, co
      powyższa, dotyczyłaby samej kosmetyczki. Nie będziemy się tym tutaj zajmować,
      ale mam nadzieję że nasze Szanowne Panie uzupełnią tą lukę.

      Prawdziwy Turysta To Mi życzy udanego wyjazdu!!!

      -------------------------
      UWAGI do kolejnej edycji:
      Niektórzy twierdzą, ze prawdziwy twardziel otwiera butelki okiem - być może, co
      nie zmienia faktu że otwieracza nie zabieramy;
      Inni zauważyli że proponowany zapas czekolady nie starczy nawet na racje
      głodowe - chciałbym przypomnieć, że jest to zapas na trzy dni (dla niektórych
      nawet na dłużej), później należy uzupełnić jej braki w najbliższym sklepie.
    • mfprdkw Mielonka - Fikty i Fakcje 23.09.04, 17:00
      MfPRDKW ponownie wita słuchaczy. Mamy przyjemność zaprezentować w Kąciku Nauki
      i Wiedzy tekst o wiele mówiącej nazwie:

      Mielonka - Fikty i Fakcje

      "Nie naprawiaj czegoś co działa", to zaiste mądra rada lecz sprzeczna z
      krnąbrną duszą człowieka. Jeśli coś działa chcemy by działało lepiej, jak coś
      jest dobre, chcemy by było jeszcze lepsze... A oto jakie bywają tego skutki.

      Dawno, dawno temu wyprodukowano Mielonkę.
      Jaka mielonka jest każdy widzi.
      Czy można wyprodukować lepsza konserwę?
      Odpowiedź jest prosta: NIE!
      Ale nim się o tym przekonano, uczyniono wiele prób i o nich w tej chwili
      opowiemy.

      Pierwsze próby wyprodukowania czegoś lepszego od Mielonki doprowadziły do
      powstania produktów mielonko-podobnych, jednakże o znacznie mniejszych walorach
      smakowych. Wydawało się ze nie da się tą droga już niczego osiągnąć i
      poszukiwania trzeba będzie zarzucić, gdy na Mazowszu, gdzieś pod Sochaczewem
      samotny naukowiec wyprodukował Pasztet (zwany Mazowieckim), który znamy tez pod
      nazwą Beton.
      Mimo dalszych prób i wyprodukowania Pasztetu Podlaskiego, to Pasztet Mazowiecki
      okazał się najwyższym osiągnięciem poszukiwań i wkrótce znowu zaczęto wątpić w
      możliwość wyprodukowania czegoś lepszego od Mielonki. Mimo wszelkich walorów
      smakowych, nie dorównywał on Mielonce i mógł tylko służyć jako urozmaicenie
      diety mielonkowej. Również konsystencją ustępował Mielonce, nie wspominając już
      tego ze nie nadawał się do spożycia na ciepło.

      Jednakże poszukiwania nie zostały zarzucone, jedynie zmieniono teren
      poszukiwań, skoro Mielonka jest szczytowym osiągnięciem jeśli chodzi o konserwy
      wieprzowe i wołowe, to może należy poszukiwać rozwiązania problemu w konserwach
      drobiowych lub rybnych?

      Mięso drobiowe nie spełniło pokładanych w nim nadziei, jedyne konserwy nadające
      się do jedzenia jakie udało się wyprodukować, to Pasztety Drobiowe. Jedynym
      wartym wspomnienia osiągnięciem w tej dziedzinie był pomysł wprowadzenia
      różnych smaków: i tak mamy pasztety drobiowe z pieczarkami, pomidorami, papryką
      itp.

      Zupełnie nową jakość udało się uzyskać w przy produkcji konserw rybnych,
      albowiem już na początku prób udało się stworzyć (w laboratorium w Stargardzie
      Szczecińskim) Paprykarz (nazywany w literaturze - szczecińskim). Do
      przeskoczenia królującej na półkach sklepowych Mielonki było jeszcze daleko,
      ale ten początkowy sukces rozbudził na nowo nadzieje.
      W całym kraju powstawały rożne odmiany paprykarza i najprzeróżniejsze sałatki
      rybne (z makreli, "Neptun" itp.). Jednak już wkrótce okazało się, ze mimo
      pozornej różnorodności (smakowej, konsystencji itp.), tak naprawdę konserwy te
      niewiele się od siebie różnią i jedynie w sferze kanapkowej mogą próbować
      konkurować z Mielonka (ale tylko próbować), próby na ciepło zdecydowanie
      wykazały wyższość Mielonki.

      Istotnym epizodem "rybnych poszukiwań" są próby z tuńczykiem i chociaż nie
      osiągnięto w jego przypadku nowej jakości, a konserwa z tuńczyka to był nadal
      po prostu tuńczyk. Choć konserwy z tuńczyka nie podjęły nawet walki o
      zastąpienie na półce Mielonki, to zadomowiły się jednak w dziale rybnym.

      Wydawało się ze po tych porażkach producenci Mielonki mogą spać spokojnie nie
      obawiając się prób wyparcia ich ukochanej konserwy z serc konsumentów, jednak
      żyłka odkrywcy i eksperymentatora pchnęła człowieka w najnowszy epizod
      tzw. "Wojen sklepowych o Mielonkę", albowiem tym razem alchemicy żywnościowi
      wyruszyli na poszukiwania do królestw roślin i grzybów.

      Eksperymenty w "Trzecim Królestwie" przyniosły liche efekty w postaci Pasty z
      Boczniaków, czy Pasty z Pieczarek.

      Z produktów roślinnych zaś, Pasta z Fasoli nie warta by była nawet wspomnienia
      i w zapomnieniu dożyłaby kresu dni swoich, gdyby nie to, że ten produkt zwrócił
      uwagę na rośliny strączkowe, a zwłaszcza soję. Tym epizodem wkraczamy na
      grząskie podłoże historii współczesnej. Właśnie z soja są wiązane gorące
      nadzieje na zdetronizowanie Mielonki, mimo jak na razie nikłych efektów.

      Pierwszym wytworem szalonych technologów żywieniowych był Pasztet Sojowy.
      Daleko mu do zwykłego Pasztetu, a co dopiero do Mielonki, jednakże to był
      dopiero początek.
      W poszukiwaniu drogi na tron powstał Paprykarz Sojowy... Chwilowo zachwiał on
      rynkiem konserw rybnych i choć wszystko wróciło do normy, to staruszek
      Paprykarz Szczeciński musi się mieć stale na baczności gdyż ma obok siebie
      groźnego rywala. Mielonka zaś, niezagrożona cały czas zajmowała swoje miejsce
      na półce.
      I wreszcie kolejna nowinka: wyprodukowano Mielonkę Sojowa!!! Ludzie na całym
      świecie wstrzymali oddech oczekując emocjonującego pojedynku i... być może
      rewolucyjnych zmian na rynku konserw. Będziemy oczywiście trzymać rękę na
      pulsie i o wszystkim na bieżąco informować.

      Czy po latach na tronie, zasłużona Mielonka odda koronę sojowemu rywalowi? Oto
      pytanie naszych czasów.

      Ekipa MfPRDKW trzyma kciuki za Mielonkę






      Wiadomość z ostatniej chwili:

      Mielonka Sojowa w teście kanapkowym nie była nawet w stanie podjąć pojedynku z
      Mielonką zostając daleko w tyle!!! Eksperci twierdza ze test na ciepło
      przyniesie jeszcze bardziej druzgoczącą porażkę!!! Zatem niech żyje i króluje
      nam Mielonka!!!
      Jednakże eksperci radzą uważnie obserwować wydarzenia na sojowej polce, gdyż
      być może nie jest to ostatnie słowo producentów konserw sojowych. Oczekujemy
      zatem z niepokojem kolejnych nowinek.

      To Mi degustator Mielonki
    • mfprdkw Porajdowy Psychotest 04.10.04, 21:17
      W związku z minionym rajdem Kącik Porad Wszelakich MfPRDKW prezentuje:

      Porajdowy Psychotest

      Niektórzy z nas po powrocie z rajdu zachowują się dosyć dziwnie (przykładem
      jest autor tego tekstu), czy powinniśmy się z tym zwrócić do lekarza, czy nie
      jest to jeszcze nic groźnego? Odpowiedź na to pytanie da nam poniższy
      psychotest.

      Przeanalizuj swoje reakcje i zachowanie w pierwszym tygodniu po powrocie z
      rajdu i odpowiedz TAK, lub NIE na poniższe pytania:

      1. Czy pierwszego dnia po powrocie stwierdziłeś, że wcale Ci się nie spieszy
      pod gorący prysznic, że może to sobie poczekać przynajmniej do wieczora?

      2. Czy stwierdziłeś, że łóżko z pościelą jest za wygodne, wyjąłeś śpiwór i
      przeniosłeś się na podłogę?

      3. Czy robiąc obiad wyjmowałeś mielonkę i makaron (lub ryż, lub kaszę) i
      przygotowywałeś sobie "pawia"?

      4. Czy jedząc na obiad makaron (lub ryż, lub kaszę) polany czymś w rodzaju sosu
      stwierdzałeś "pawia przecież je się w menażce" i przekładałeś do niej posiłek?

      5. Czy zaopatrzyłeś się w kilkanaście glutów, kilo rodzynek, zapas owoców i
      orzechów, by codziennie wieczorem delektować się glutem?

      6. Czy zacząłeś pić kawę, herbatę, ziółka itp. tylko i wyłącznie ze swojego
      blaszanego kubka?

      7. Czy specjalnie dociążałeś swój miejski plecak (np. dodatkowymi książkami,
      albo bukową metrówką), gdyż był zdecydowanie za lekki i źle się z tego powodu
      chodziło?

      8. Czy stwierdziłeś, że chodzenie po płaskiej (i twardej) powierzchni jest dużo
      bardziej niewygodne niż po nachylonej?

      9. Czy miejskie powietrze wydało Ci się wręcz namacalnie wypełnione spalinami,
      że ciężko przez dłuższy czas tym oddychać?

      10. Czy miasto wydało Ci się wypełnione wszechobecnym hałasem?

      11. Czy miałeś okno w domu otwarte niezależnie od temperatury panującej na
      zewnątrz (np. ujemnej), żeby się nie udusić?

      12. Czy skracając sobie drogę szedłeś na azymut, dziwiąc się co na Twojej
      drodze robią te budynki i ogrodzenia, nie ma natomiast porządnego krzala?

      13. Czy nosiłeś codziennie w plecaku kompas, niezbędnik, mapy, zapas czekolady,
      oraz mnóstwo innych przydatnych rzeczy i nie wiedziałeś czemu inni się dziwią,
      gdy wyjmowałeś to z plecaka?

      14. Czy KAŻDĄ wolną chwilę starałeś się spędzać w plenerze, tam gdzie jest mało
      ludzi (np. w lesie za miastem)?

      15. Czy w snach powracałeś do rajdowej wędrówki?

      Teraz policz ile razy odpowiedziałeś TAK (jest to Twoja ilość punktów) i
      sprawdź swój wynik poniżej.

      ---------------
      0-3 pkt. - Jesteś jak najbardziej zdrowy i normalny, aczkolwiek nie wiem czy w
      tych okolicznościach jest to komplement ;-)

      4-6 pkt. - Masz lekkie objawy "syndromu porajdowego", ale nie wpadaj w panikę,
      poczekaj, a samo wkrótce Ci przejdzie;

      7-9 pkt. - Z pewnością masz "syndrom porajdowy" i warto się zgłosić do
      psychiatry, jednak nie przejmuj się, to nic poważnego i leczenie będzie
      krótkie, jednak na przyszłość uważaj na siebie;

      10-12 pkt. - Zapadłeś na "chorobę porajdową" i powinieneś natychmiast zgłosić
      się do lekarza, leczenie będzie długie, a ponowny wyjazd na rajd z pewnością
      spowoduje nawrót choroby, być może nawet w cięższych objawach. Zatem czy warto
      się leczyć?

      13-15 pkt. - Masz ciężką, nieuleczalną "chorobę porajdową". W żadnym wypadku
      nie zgłaszaj się do lekarza, gdyż zamkną Cię u "czubków" jako beznadziejny
      przypadek! Czy myslałeś już o tym by zostać przewodnikiem ? (jeśli już nim
      jesteś, to była to mądra decyzja ;-))

      Wasz dr rehab. To Mi
    • mfprdkw dla Prawdziwego Turysty 07.10.04, 18:55
      Z przyjemnoscia informujemy, ze mozna zakupic juz trzy przewodniki Dla
      Prawdziwego Turysty!
      Bieszczady - klasyka, juz 10. wydanie
      Beskid Niski - 2 wydanie
      Gorce - najnowsze dziecko serii - 1 wydanie!

      Poradnik, Co Prawdziwy Turysta Ładuje Do Wora ma byc umieszczony w
      przewodnikach, jak tylko zostanie pozbaniowiony nielicznych, jeszcze
      istniejacych luk.
    • mfprdkw Bukowa Metrówka - Poradnik Użytkownika 09.10.04, 22:03
      Tym razem w Kąciku Porad Wszelakich MfPRDKW coś dla szczęśliwych posiadaczy
      bukowych metrówek, czyli:

      Bukowa metrówka - poradnik użytkownika

      Witam serdecznie!!!
      W dzisiejszym wydaniu MfPRDKW przedstawia krótki poradnik dla szczęśliwych
      posiadaczy bukowych metrówek. Wiadomo powszechnie, że bukowa metrówka służy do
      dociążenia zbyt lekkiego plecaka i większość sądzi, że na tym kończą się jej
      możliwe zastosowania. Chciałbym więc przybliżyć Państwu szereg innych
      zastosowań tego jakże uniwersalnego przedmiotu:

      -okazuje się, że metrówka jest niezwykle pomocna przy długich, ostrych(!)
      podejściach, gdy jesteśmy już zmęczeni i chcemy chwilę odsapnąć: można się nią
      podeprzeć przyjmując wygodną, wyprostowaną pozycję;
      -dysponując dwiema (lub trzema) metrówkami i dwoma plecakami można skonstruować
      prowizoryczną ławeczkę dla 2-3 osób;
      -jest ona niezwykle pomocna przy walce o miejsca w pociągu (autobusie), służy
      zarówno do przebicia się przez tłum, jak i zablokowania przejścia, dając
      dodatkową chwilę czasu na zajęcie miejsc osobie, która jest już w środku;
      -stanowi ona niezwykle przekonywujący argument w dyskusji;
      -stanowi doskonały środek wychowawczy, można dziecku różne głupoty wybić z
      głowy;
      -można ją wykorzystać do obrony przed agresywnymi palantami uzbrojonymi w
      odbijak używany do gry w palanta;
      -nadaje się do użycia jako narzędzie do ćwiczeń zamiast hantli, sztangi itp.;
      -służy też do uprawiania "metrówkowych" sportów np. rzut metrówką;
      gdy grupa dysponuje większą ilością metrówek, mogą one służyć jako budulec np.
      przy budowie przeprawy, drogi przez bagna, schronienia itp. (UWAGA: należy po
      wykorzystaniu konstrukcję rozebrać, gdyż metrówki mogą się jeszcze przydać);
      -metrówka nadaje się doskonale jako główny eksponat do zielnika;

      Poniższe zastosowania są możliwe w przypadku, gdy właściciel nie jest zbyt
      mocno związany uczuciowo z metrówką, lub w wyjątkowo krytycznej sytuacji:

      -metrówka może służyć jako opał;
      -można ją przerobić na deseczki, podstawki pod kubek, łyżki, figurki,
      wykałaczki itp. albo wyrzeźbić z niej totem;

      Oczywiście powyższa lista nie wyczerpuje możliwych zastosowań bukowej metrówki,
      dlatego zachęcamy słuchaczy do nadsyłania propozycji zastosowań, których nie
      uwzględniliśmy, mogą się Państwo w ten sposób przyczynić do popularyzacji
      bukowych metrówek w naszym społeczeństwie.

      Poniżej opisujemy kilka wybranych egzemplarzy metrówek.

      -------------------------

      Bukowa Metrówka "VINNITCHEQ"

      długość: 104 cm
      średnica przekroju: 7.5 - 8 cm
      objętość: 5000 cm sześciennych
      waga: 5 kg
      Pochodzi ona z Beskidu Niskiego z obszaru pomiędzy Działem i Jaworzyną
      Konieczniańską, skąd została przyniesiona przez autora w czasie rajdu "Beskid
      Niski XXXVII". Stanowi ona wzorzec jednostki zwanej "metrem beskidzkim"
      lub "metrem bukowym", mB=104cm i znajduje się w domu autora niniejszego
      poradnika.

      --------------------------

      Bukowa Metrówka "VURBS - Vielce Ultra Rozumna Buczynka Szymona"

      długość: ściśle tajne
      średnica przekroju: ściśle tajne
      objętość: ściśle tajne
      waga: ściśle tajne
      "VURBS" i "Vinnitcheq" to dwie bliżniacze metrówki, pochodzenie jest to samo i
      została przyniesiona przez Szymona B. Miejsce pobytu jak i wymiary "VURBSa" są
      objęte ścisłą tajemnicą ze względu na jej idealne proporcje mogące mieć
      zastosowanie w wielu gałęziach nauki.

      --------------------------

      Świerkowa Metrówka Bez Nazwy

      długość: ???
      średnica przekroju: ???
      objętość: ???
      waga: ???
      Metrówka pochodząca z Beskidu Sądeckiego i została stamtąd zabrana przez
      Marcina G. w czasie wycieczki orientacyjnej Kursu Przewodnickiego 2001/2002.
      Niestety zaginęła w czasie podróży. Nie znamy zatem jej wymiarów gdyż nie
      została przedtem wymierzona, nie została też nazwana i, co najbardziej bolesne,
      nie znamy jej miejsca pobytu.

      --------------------------

      W tym miejscu zwracamy się do Państwa z kolejnym apelem, tym razem o nadsyłanie
      informacji, opisów (zdjęcia mile widziane) innych znanych bukowych metrówek, co
      pozwoli nam uzupełnić skromną jak na razie listę. Ponieważ nie jesteśmy
      rasistami, proszę nie ograniczać się do metrówek tylko bukowych (zgodnie z
      powiedzeniem: "świerkowa metrówka też człowiek").

      Do zobaczenia na Bukowinie z bukową metrówką na ramieniu
      To Mi i jego bukowa metrówka Vinnitcheq
      • neochuan Re: Bukowa Metrówka - Poradnik Użytkownika 10.10.04, 00:49
        eh, wspomniało mi się z ostatnich wędrówek metrówek sztuk 5, które popierały
        ognisko będąc znakowanemi żółtą farbą. eh, na bazie, na bazie... i koza była i
        miała NS-a z tabliczką "kozanostra". znacie li??

        ps. 1000 metrówek może służyć do mierzenia rzeczywistego kilometrażu przebytej
        marszruty. w tym celu, w 1000 osób jedziemy na rajd kameralny z SKPB lub
        pokrewnemi. każdy zabiera metrówkę i układa podczas marszruty jeden za drugim
        jedną za drugą. po 1 kilometrze czynność powtarzamy w tej samej kolejności. po
        całodziennej marszrucie każdy liczy, ile razy kładł swoją metrówkę, np. 28,4
        dziesiąte raza, oznacza przebieg dzienny liczący 28,4 km. pod warunkiem, że
        rajdowiczów było 1000. oczywiście, w zaistniałej sytuacji rajd w samotności
        oznacza znaczne skrócenie dziennego przebiegu ze względu na skrajne wytężanie
        sił organizmu podczas pomiarów. dlatego też zalecane są grupy liczące min. 134
        osoby. niewątpliwą zaletą pomiarów tą metodą jest zbędność noszenia w plecaku
        krzywomierza, co niewątpliwie nieco odciąży nasz bagaż i streści ruchy.
        no i pomiary metrówką wszak uwzględniają (w przeciwieństwie do
        bezdusznego "curvimetra") wszelkie wypukłości i wklęsłości składające się na
        atrakcyjność turystyczną naszych gór jako takich.

        tak, czy inaczej - metrówka lurez!
        • mfprdkw Re: Bukowa Metrówka - Poradnik Użytkownika 10.10.04, 10:21
          Tyle ze jesli beda to metrowki beskidzkie to jest blad w rozwiazaniu zadania :P
          Jak wiadomo - metr beskidzki (patrz metrowka Vinnitcheq) mB = 1.05 m
          Zatem grupa przeszla 29,82km

          Zeby usprawnic pomiary mozna targac ze soba dwumetrowki, albo nawet
          trzymetrowki (i znow pytanie - zwykle, czy beskidzkie?)
    • mfprdkw Ekspedycja do Jara 17.10.04, 19:29
      Tym razem Kącik Opowieści Różnych, Innych i Takich Sobie MfPRDKW prezentuje
      opowiadanie przygodowe oparte na faktach:

      Ekspedycja do jara

      Posłuchajcie o ludkowie o czynach bohaterskich, o śmiałkach pełnych
      poświęcenia, o groźnych siłach przyrody. Będzie to opowieść o pewnej ekspedycji
      do jara... do tej czeluści wygryzionej w ziemi przez czas i niezmordowaną wodę.

      Pewnego popołudnia, grupa rozlokowała się na skałkach pod Kamieniem aby w tym
      uroczym miejscu przygotować posiłek, który by zregenerował siły nadszarpnięte
      kolejnym marszem w upale, pod gorę, z ciężkimi worami przygniatającymi do ziemi
      za sprawą Matki Grawitacji.

      Jednakże zapas wody nie wystarczył na pełne przygotowanie posiłku, poza tym
      potrzebna była woda na dalszą podróż. Należało wysłać ekspedycję do jara.
      Zgłosiło się dwóch śmiałków: Aleksander i Rafał, na czele ekspedycji miał zaś
      stanąć Tomasz Półprzewodnik. Dokonali oni zbiórki pustych butelek, opróżnili
      pełne butelki, wrzucili je do plastikowych worków, wzięli jeszcze gara do
      napełnienia i żegnani pełnymi obaw spojrzeniami grupy wyruszyli.

      Najpierw ześlizgnęli się skarpę między dwiema skałami... Był to zjazd
      karkołomny, Matka Grawitacja pomagała aż za bardzo, jednakże szczęśliwie
      wszyscy wyszli z niego bez uszczerbku, by zaraz wpakować się w bagno u stop
      skarpy. Bagno czyhało na nich w ukryciu i dopiero gdy na nie zjechali, z
      głośnym mlasknięciem zaatakowało ekspedycję. Jedynie refleks i młodzieńczy
      zapał uratował śmiałków przed niechybną zgubą. Wykorzystując pniaki gdzie się
      dało, a czasami jedynie swą szybkość, przemknęli się przez niebezpieczny teren.

      Nie uszli daleko, gdy wyznaczoną trasę przecięła im droga... piękna, wygodna
      droga, która zachęcała by nią pójść.
      -Chodźmy nią, po co iść krzakami, bagnami kiedy mamy wygodną drogę.
      -Nie możemy nią iść, nie zaprowadzi ona nas do celu.
      -Ale jest taka wygodna, chodźmy nią, na pewno gdzieś prowadzi.
      -Ale nie tam gdzie my chcemy, a u góry na nas czekają.
      Po chwili wahania ruszyli więc dalej by wejść w krzal. Krzal początkowo nie był
      groźny, jedynie trochę bardziej się męczyli i trochę wolniej szli, ale nic to.
      Jednak z prawej strony zaszła nagle jarogeneza i pojawił się jar.
      -Jest jar!
      -Ale ten jest jeszcze za mały. Nie ma w nim wody, albo ledwo ciurka.
      -To co zrobimy?
      -Pójdziemy wzdłuż niego to dojdziemy do większego. Jary występują stadami.

      Ruszyli wiec dalej, po chwili jakby na potwierdzenie tych słów z lewej zaszła
      kolejna jarogeneza i równolegle do ich marszruty pojawił się kolejny jar.
      Poczuli się osaczeni jarami... nastrój ten pogłębiał coraz większy i coraz
      bardziej uciążliwy krzal, oraz młode jodełki, które nagle wyrosły przed
      wędrowcami i ograniczały pole widzenia.

      Gdy wkrótce jodełki zniknęły, ukazał im się monumentalny widok. Oba jary boczne
      znacząco się pogłębiły, a przed nimi ziała czeluść... to ogromny jar do którego
      oba ww. wpadały, a z naprzeciwka jeszcze kilka... jarowisko! Kto widział kiedyś
      jarowiska i jary głębokie wie czemu nasi śmiałkowie na chwile przystanęli nie
      mogąc wymówić ani słowa. Ten widok... te jary...

      Gdy już nasycili oczy tym wspaniałym widokiem, rozpoczęli ostatni odcinek
      wędrówki. Spadek już był znacząco większy, bujny krzal chwytał śmiałków za nogi
      grożąc wywrotką, skrywał obalone drzewa i wykroty. Ekspedycja posuwała się dużo
      wolniej by uniknąć licznych czyhających na nią pułapek.

      Gdy zaczął się ostry spadek, krzal się skończył, jeszcze tylko ostry, na łeb na
      szyję zjazd (szczęściem nikt łba ani szyi nie rozwalił sobie) po śliskim
      podłożu pokrytym bukowymi liśćmi z lądowaniem w wodzie, kamieniach, różnych
      gałęziach... i Hurra, nareszcie u celu! W Jarze! I to nie w jakimś małym,
      młodziutkim jarze, lecz porządnym, ostrym, głębokim dobrze uwodnionym Jarze
      przez duże 'Ji'. Chłopcy skosztowali zimnej wody jarowej, która smakuje niczym
      nektar, niczym najprzedniejsze z miodów, a w gorący dzień jest ukojeniem dla
      ciała. Jeszcze tylko napełnili gara, butelki i byli gotowi do drogi powrotnej.
      Gara wziął Tomasz, mając za zadanie uronić jak najmniej z cennej zawartości,
      zaś wory pełne butelek targali Aleksander i Rafał.

      Tym razem Matka Grawitacja była przeciwko naszym śmiałkom, zwłaszcza ze byli
      ciężsi o litry życiodajnego płynu wprost z jarowych otchłani. Zaczęli się
      drapać na czworaka na ścianę jaru, po kilku chwilach wyłonili się z otchłani,
      cali umorusani błotem wymieszanym z bukowymi listkami. Droga pod gore krzalem
      była by iście ciężka, szczęściem była już jako tako przetarta i choć obciążeni
      i zmęczeni to jakoś ją ponownie pokonali. Minęli jodełki, pożegnali się z
      jarami, nie zwrócili nawet uwagi na zwodnicza drogę i dotarli ponownie do bagna.

      Tu przystanęli, oceniając możliwość powrotu tą samą drogą którą przeszli...
      jednak głębokie ślady napełnione mętną woda skłoniły naszych śmiałków do
      szukania alternatywnej drogi. Po długim przyglądaniu się powierzchni bagna i
      kilku próbach, wybrali trasę która wyglądała na suchszą i bardziej pokrytą
      zwalonymi balami... rzeczywiście do połowy bagna dotarli bez kłopotów, a
      dalej... a dalej z głośnym Hurrraaa!!! jak najszybciej ruszyli by dopaść niemal
      pionowej, ale za to suchej ściany.

      Przyklejeni do ściany, przypomnieli sobie, ze muszą się jeszcze na nią wdrapać.
      Jednak w myśl mądrości ludowej, ze lepiej za dużo nie myśleć, po prostu ruszyli
      przed siebie, a raczej nad siebie i wbrew staraniom Matki Grawitacji, wbrew
      wszelkim prawom fizyki i wbrew zdrowemu rozsądkowi dotarli na sam szczyt nie
      wylewając ani kropli cennej wody jarowej.

      Tam przywitały ekspedycje zdziwione i przerażone spojrzenia grupy, które
      zatrzymały śmiałków w miejscu... Grupa wyglądała jakby ujrzała upiory. I
      rzeczywiście, chłopcy zorientowali że wyglądają troszkę inaczej niż wtedy gdy
      wyruszali. Z butami oblepionymi gęsta, śmierdzącą mazią, cali ubłoceni i
      oblepieni rudymi liśćmi, z dzikim błyskiem w oczach ściskający i chroniący
      swoją zdobycz.

      To Mi vel Tomasz czyli Półprzewodnik Beskidzki
    • mfprdkw Mycie gara 19.10.04, 21:48
      Kącik Opowieści Różnych, Innych i Takich Sobie MfPRDKW ma przyjemność
      przedstawić krótki, acz mrożący krew w żyłach horror, pod wszystko mówiącym
      tytułem:

      Mycie gara

      Przedmiot zainteresowania - krótkie wprowadzenie:

      Opisane wydarzenia dotyczą gara do gotowania mielonki, którego właścicielką
      jest niejaka Magdalena B. Posiada on karbowane brzegi dostarczające podniet
      estetycznych, a jednocześnie będących utrapieniem osób myjących go. Z zewnątrz
      posiada gustowną warstwę sadzy, zaś poprzez dziury uczynione w ściankach
      poprowadzony jest kabłąk wykonany z kilku splecionych ze sobą drutów.

      Wydarzenia bezpośrednio poprzedzające mycie gara:

      Gar został zabrany na obóz wędrowny "Z Dziabką za Meteorem, czyli Niska Pętla
      Bieszczadzka" prowadzony w dniach 20-28.VII.2002 przez Magdalenę B. i Tomasza
      K. Zgodnie z przeznaczeniem służył on do gotowania mielonki jak też
      przygotowywania różnych innych specyfików.
      Utrzymywany był on we względnej czystości, raz nawet jego wnętrze zostało
      doprowadzone do niespotykanego połysku przez niejakiego Bartłomieja Ś.
      W momencie powrotu został on powierzony przez Magdalenę B. pozostającą w górach
      Tomaszowi K. powracającemu na Mazowsze. W trakcie podróży został w nim
      przygotowany Przysmak Bez Nazwy (patrz "Meniu"). Po skonsumowaniu Przysmaku,
      gar ze względu na brak ku temu korzystnych warunków nie został umyty.
      Ze względu na negatywny stosunek Tomasza K. do mycia (patrz "Słowniczek"), gar
      nie został od razu umyty, lecz szczelnie zapakowany został porzucony na
      podłodze. Działania zmierzające do umycia gara nie zostały podjęte przez
      dłuższy okres ze względu na odległy termin zwrotu gara, jak też podejrzenie
      (słuszne) że zawartość gara zaczęła żyć własnym życiem.

      Mycie gara:

      Dnia 25.VIII.2002 ze względu na zbliżający się termin zwrotu gara, Tomasz K.
      podjął zdecydowane kroki zmierzające do umycia go.
      Ostrożne oględziny pokazały, że zawartość zaschła i jest martwa, jednakże nie
      było możliwe usunięcie jej na sucho, zatem Tomasz K. namoczył gar na większość
      dnia.
      W godzinach wieczornych Tomasz K. wykorzystując nauki wyniesiona z
      Przysposobienia Obronnego uzbroił w gąbki, druciaki, płyn do mycia naczyń, kwas
      solny, tasak, saperkę, toster bojowy, ponadto wdział strój ochronny i maskę
      przeciwgazową. Tak przygotowany zamknął się w kuchni.
      Już pierwszy rzut oka wykazał że zadanie będzie trudne, albowiem zaschnięte
      resztki na ściankach gara okazały się formami przetrwalnikowymi, które pod
      wpływem wilgoci wróciły do życia. W głębinach namoczonego gara przemykały
      niepokojące cienie.
      Tomasz K. zaczął od nalania do gara płynu do mycia naczyń... od razu zawrzało,
      zabulgotało, a z gara wyłoniły macki siekące wściekle naokoło. Widok ten
      przeraziłby każdego, jednak Tomasz K. po chwili zaskoczenia opanował się i tnąc
      macki tasakiem, polewając je kwasem solnym przebił się z powrotem do gara, by
      wlać tam resztę płynu do mycia naczyń.
      Macki ze zdwojoną siłą zaczęły pustoszyć kuchnię, lecz tym razem Tomasz K.
      zachował zimną krew i kontynuował ich likwidację. Po kilku minutach w
      zdemolowanej kuchni zapanował spokój i tylko złowieszczy bulgot dochodzący z
      gara zakłócał błogą ciszę. Tomasz K. wykorzystał chwilę spokoju na pozbieranie
      macek, zapakowanie ich do mocnych, plastikowych worków i spuszczenie do zsypu.
      Tymczasem zawartość gara zaczęła kipieć galaretowatą mazią nieokreślonego
      koloru. Tomasz K. natychmiast przystąpił do sprzątania jej z podłogi mopą,
      jednakże mazi było coraz więcej i wkrótce połowa kuchni była pokryta mazią i
      wydawało się że już nic nie może jej powstrzymać... Tomasz K. widząc, że sam
      nie da rady zaczął na wszystkich częstotliwościach nadawać: S.O.S. Mayday Help
      Hilfe Pomości Pomocy...
      Rozpaczliwe wezwania na pomoc przyniosły skutek, albowiem w wejściu do kuchni
      zjawili się: facet z kosiarką, który o 6-ej rano kosił trawnik na osiedlu,
      demoniczny sąsiad z wiertarką, młotkiem i deską boazerii, Hydraulik Dźwięku,
      kapitan Żbik... na koniec niespodziewanie wpadła Hiszpańska Inkwizycja.
      Posiłki te podjęły akcję likwidacji mazi i po półgodzinie przy wysokich
      stratach własnych udało się ją usunąć. Posiłki liżąc rany i zabierając
      poległych towarzyszy powoli opuściły pobojowisko w jakie zamieniła się kuchnia.
      Wyglądało na to że gar został pokonany, ale najpierw należało dokończyć jego
      czyszczenie. Tomasz K. przystąpił energicznie do czyszczenia gara z nadal go
      oblepiających półżywych resztek. Było to ciężkie zadanie, Tomasz K. zużył
      kilkadziesiąt gąbek i druciaków nim wreszcie oczyścił gar, jednakże
      niewykluczone jest że z usuniętych resztek coś się wylęgnie w kanalizacji lub
      na wysypisku. Strzeżcie się więc wszyscy, bo nie znacie dnia ani godziny.

      To Mi vel Tomasz K. pogromca stworów z gara rodem
    • mfprdkw przydlugi wstep do kolejnej audycji 21.10.04, 22:11
      Heja!
      Jest coraz zimniej, drzewa maja coraz mniej lisci, ale coraz wiecej ich gnije
      w kaluzach, ostatnie kasztany na leb spadaja, dni sa coraz krotsze... a ja dzis
      widzialem faceta, ktory na rowerze wiozl sanki...
      Wniosek jest oczywisty - zimac coraz blizej, zatem pora sie do niej
      odpowiednio przygotowac (w ramach przygotowan nastepny post)
      • mfprdkw List sniegowy 21.10.04, 22:13
        List śniegowy

        To jest śniegowy list, jeśli prześlesz go do 10 osób, to tej zimy będzie dużo
        śniegu. Będzie można dzięki temu podnieść sobie poziom adrenaliny podczas
        wariackiej jazdy na sankach, jabłuszkach, nartach, odbyć bezkrwawe, ale pełne
        rozmachu bitwy na śnieżki, dokonać aktu kreacji i stworzyć sztuczną istotę,
        czyli bałwana.

        Jeśli nie prześlesz tej wiadomości, ryzykujesz że na Ciebie, a może nawet na
        całą ludzkość spadnie surowa kara...

        - Zenek Mamut nie wysłał tej wiadomości dalej i zakończyła się epoka lodowcowa,
        a mamuty wyginęły;
        - Wojciech herbu Sczerbaty Szczerbiec z Podonucowa Dolnego, właściciel sieci
        karczm na zimowym szlaku handlowym przez zamarznięty Bałtyk do Szwecji, nie
        przesłał tego listu i "Mała epoka lodowcowa" skończyła się, a Bałtyk przestał
        zamarzać.

        Ci którzy wysłali tą wiadomość znajomym zostali nagrodzeni:

        - Józef S. rozesłał ten list i jadący z wizytą do Moskwy Adolf H. z licznym
        orszakiem utknął w nagłym ataku zimy;
        - Jędrzej Gąsienica-Curuś-Bachleda-Byrcyn mieszkający obok wyciągu rozesłał tą
        wiadomość i przez cały sezon zimowy było w Tatrach pod dostatkiem śniegu, a
        cepry licznie zjeżdżały się do Zakopanego i pokoje były cały czas zajęte.

        Jeśli prześlesz ten list do:

        - 10 znajomych, to tej zimy będzie dużo śniegu;
        - 100 znajomych, to obfitość śniegu tej zimy sprawi, że zostanie ona
        ogłoszona "najśnieżniejszą zimą stulecia";
        - 1000 znajomych, to Bałtyk zacznie zimą zamarzać i będziemy mogli zimą na
        piechotę udać się do Szwecji;
        - 10000 znajomych, to w Tatrach i Sudetach powstaną lodowce i będzie tam można
        jeździć na nartach okrągły rok;
        - 100000 znajomych, to nadejdzie epoka lodowcowa.
    • mfprdkw Co ja mam w kieszeni? 27.10.04, 13:46
      W trakcie wyjazdu, lub po wyjeździe zdarza się, ze wsadzimy rękę do kieszeni i
      zdziwieni zawartością bezwiednie zadamy światu pytanie:

      Co ja mam w kieszeni?

      Ekipa MfPRDKW zajęła się wnikliwą analizą tego zagadnienia, a wyniki
      przedstawiamy w Kąciku Nauki i Wiedzy.
      Zacznę od wyjaśnienia kilku terminów:

      Akumulacja kieszeniowa - proces gromadzenia różnych rzeczy w kieszeniach,
      prowadzący do ich zapełnienia.

      Zapełnienie kieszeni - zgromadzenie w kieszeni przedmiotów w ilości (we
      właściwej dla danej kieszeni jednostkach) równej pojemności kieszeniowej.

      Pojemność kieszeniowa - określa ile przedmiotów mieści się w kieszeniach,
      mierzona zazwyczaj w (centy)-metrach sześciennych.

      Erozja kieszeniowa - proces polegający na usuwaniu przedmiotów z kieszeni. Może
      być erozja świadoma, czyli usunięcie przez właściciela kieszeni przedmiotów
      zbędnych (np. w celu zmniejszenia jej wagi), może tez być erozja nieświadoma,
      czyli gubienie.

      Bilans kieszeniowy - różnica między akumulacją, a erozją.

      Poziom równowagi - czyli ilość przedmiotów, przy której bilans kieszeniowy w
      typowych warunkach jest zerowy.

      Kieszeń otwarta - kieszeń bez dodatkowych zabezpieczeń przeciwerozyjnych.
      Poziom równowagi jest tu niski.

      Kieszeń domykalna - kieszeń posiadająca różne urządzenia do jej zapięcia
      (guziki, suwaki, rzepy), co zmniejsza erozję i podnosi jej poziom równowagi.

      Wspomnę jeszcze o zjawisku zwanym zalaniem, lub potopem.
      Polega ono na przedostaniu się do wnęk kieszeniowych cieczy nazywanej przez
      chemików H2O pochodzenia atmosferycznego (przemoczenie deszczem), bądź teź
      gruntowego (wpadnięcie do strumienia, jeziorka, studni).
      Powoduje ono pewne zniszczenie przedmiotów wrażliwych na H2O (papierki,
      zapałki, baterie - te jeszcze dobre), wdanie się rdzy w inne, a także
      rozpuszczenie (cukierki) co może prowadzić do nieprzyjemnej lepkości we wnęce
      kieszeniowej.


      Przygotowani teoretycznie możemy się zając konkretnymi zagadnieniami.
      U mnie akumulacja najintensywniej zachodzi w kieszeniach polara, pytanie "Co ja
      mam w kieszeni?" zadałem ostatnio, po powrocie z gór (9 dni w Bieszczadach + 3
      dni autokarówki).

      A zatem oto co znajdowało się w kieszeniach polara:

      -kompas;
      -1.5 paczki chusteczek higienicznych;
      -frotka;
      -pomadka do ust o smaku wiśniowym;
      -szczoteczka i pasta do zębów;
      -2 zapalniczki;
      -paczka kisielu;
      -2 torebki foliowe;
      -2 cukierki;
      -skuwka od pióra;
      -3 kostki cukru;
      -scyzoryk;
      -papier toaletowy;
      -gumka myszka;
      -łyżka z Nowicy (aktualnie uznana za zaginioną);
      -znaleziona moneta 5-groszowa.

      Wasz geolog od okryć wierzchnich To Mi

      -------------------------------
      suplementy czytelników
      -------------------------------

      Do naukowego materiału To Miego chciałbym drogą drobnego uzupełnienia rozwinąć
      temat erozji nieświadomej, której gubienie jest li jedynie niewielkim przejawem.

      Pragnę zwrócić uwagę przedpisacza na proces zmniejszenia zapełnienia kieszeni
      drogą dyfuzyjną, polegającą na współuczestnictwie osób trzecich. Zjawisko to
      zostało opisane w fundamentalnych dziełach:

      -Szybki Józio - "Kieszonkostwo- teoria i praktyka" - PWN, Warszawa, 1956;
      -Pickpocketer John - "Jak opróżnić zawodnikowi kieszenie" - Oxford Press, 1978.

      pozdrawiam
      Szymon

      ----------------------------

      Zapomniałeś o bardzo istotnym zjawisku zwanym trzęsieniem schowków ubraniowych,
      w wyniku którego dochodzi do naruszenia naturalnych struktur kieszeni,
      rozerwania szwów, pojawienia się pęknięć, dziur, dziurek etc. Zjawisko to jest
      szczególnie niebezpieczne dla zachowania pierwotnych (tj. sprzed trzęsienia)
      zasobów kieszeniowych.

      Może także dojść do tzw. obrywów (dotyczy zwłaszcza garderoby z lumpexu) kiedy
      to po wielu dniach łojenia w deszczu lub w wyniku ogólnego zmęczenia materiału,
      tkanina z której powstała nasza kurteczka bezpowrotnie gubi kieszenie i nie
      tylko...

      A teraz podaję zawartość moich posiadających zdezelowane suwaczki przepastnych
      magazynów przytwierdzonych do polaru i wiatróweczki aktualnie spoczywających na
      wieszaku vis-a-vis mego kompa:

      -papierki po krówkach sztuk 4, (jaka szkoda, że tylko papierki...Mmmm, budzą
      się wspomnienia, mniam, mniam...);
      -4 gumki-frotki, w kolorach których nie należy łączyć;
      -złamana świeczka i pudełko zapałek, świadczące o nienajlepszej pogodzie
      podczas mego ostatniego pobytu w górach;
      -2 skasowane we wrześniu bilety;
      -klucze od dwóch mieszkań, garażu i łańcucha do roweru (ważą ok. tony i nie
      muszę dodawać, ze nie wiem po co ten złom noszę);
      -dowód rejestracyjny samochodu moich rodziców (Boże, myślałam, że ma go mój
      tato, co gorsza on chyba tez tak myśli, stojąc w tej chwili gdzieś w korku...);
      bliżej nie sprecyzowane karteczki i wizytówki;
      -jedna zużyta bateria.

      Właściwie nie jest tak źle, kiedyś chodziłam przez tydzień z radiem w kieszeni,
      muszę w tym miejscu dodać, ze wbrew pozorom nie było ono takie znowu małe,
      dysponuję bowiem takim miejscem w mojej kurtce, w którym bez trudu mieszczą się
      książki. I jeszcze jedno traumatyczne wspomnienie: nosiłam w paltku 2 szczury,
      po jakimś wyjeździe, któregoś pięknego dnia rozsypały się, szczelnie
      wypełniając fusami każdą szczelinę mojego telefonu komórkowego, to był
      prawdziwy koszmar, nie polecam!

      Pzdr,
      Sącząca kawę w Urzędzie Wojewódzkim jedyna na świecie prawdziwa biurwa
      tj.
      Anna J.
          • neochuan Re: Co ja mam w kieszeni? 27.10.04, 13:59
            no to może poszła z małym dymkiem??
            ja kiedyś w bałuciance zakupiłem drewniany liść będący emanacją popielniczki.
            dobrze, ze nie palę oprócz ogniski innych takich, bo by liść poliźć z dymem...
            • mfprdkw Re: Co ja mam w kieszeni? 27.10.04, 14:18
              > no to może poszła z małym dymkiem??

              Alez Drogi Neo (31,11 za kilogram w twardej walucie), owa łynia była
              beznikotynowa, a rzeklbym nawet, ze antynikotynowa i nawet na malego dymka by
              nie poleciala!
              Podejrzewam, ze raczej wzbogaca sciolke jakiego lasu na Mazowszu Wschodnim
              gnijac w lisciach. Boleje nad tym ze nie znam dokladnej lokalizacji jak w
              przypadku innych zaginionych lyzek (pewien jar w Żywieckim / w jagodzinach na
              Jaśle).

              Z podważaniem
              Ekipa MfPRDKW za posrednictwem swego przedstrawiciela
              • neochuan Re: Co ja mam w kieszeni? 27.10.04, 14:22
                mfprdkw napisał:
                Boleje nad tym ze nie znam dokladnej lokalizacji jak w
                > przypadku innych zaginionych lyzek (pewien jar w Żywieckim

                który konkretnie??

                / w jagodzinach na
                > Jaśle).

                małym, czy dużym??
                • mfprdkw Re: Co ja mam w kieszeni? 27.10.04, 14:37
                  > > pewien jar w Żywieckim
                  >
                  > który konkretnie??

                  Jeden z tych co podchodza od wschodu pod grzbiet miedzy Jałowcem (1111) a
                  Suchym Groniem (1062). Ta odnoga poludniowa. Sympatyczne miejsce na obiad.

                  > > w jagodzinach na Jaśle).
                  >
                  > małym, czy dużym??

                  Po prostu Jaśle ;)
                  A dokladnie to tuz pod nim - na grzbiecie, ktory biegnie na wschod, aczkolwiek
                  ciagnie go na polnoc i w koncu decyduje sie na NE i laduje w Strubowiskach i
                  Przysłupie. Sympatyczne miejsce na biwak.
    • mfprdkw Krótki Krwisty Kawałek 09.11.04, 20:19
      Kącik Opowieści Różnych, Innych i Takich Sobie MfPRDKW prezentuje pierwszy
      odcinek z cyklu "Cyklistyckie Story":

      Krótki Krwisty Kawałek



      Piątek 20 czerwca 2003.

      Niebo tego dnia było niesamowite, chmury jak spienione rumaki galopowały po
      niebie, a pogoda zmieniała się z minuty na minutę. Raz świeciło słońce głęboko
      osadzone w błękicie, a chwile później stado białych baranków wpadało na
      niebieskie pastwisko by momentalnie ustąpić miejsca górom lodowym o brudnych,
      nabrzmiałych deszczem brzuchach. Przez cały dzień ludzie i drzewa walczyły z
      wiatrem, a trawy jak morze po którym przebiegają fale, albo jakby ktoś je
      czesał olbrzymim, niewidzialnym grzebieniem.

      Jednak prawdziwa magia ujawniła się nocą. Gdy wracałem do domu po czarnym
      niebie przemykały chyłkiem szare chmury, na ich tle jak olbrzymy w ciemnościach
      tańczyły drzewa, a kiedy zbliżałem się do latarni, do drzew dołączały jak
      bliźnięta ich cienie. Całe ulice i zaułki szaleńczo podrygiwały w tym mrocznym
      karnawale, skrajem ulicy przemknął czarny kot, a gdy już dotarłem do domu, na
      wycieraczce sąsiadów spała czarna kotka, jednakże obudziła się na odgłos moich
      kroków, wstała, otarła się o moje nogi i rozpłynęła się w mroku piętro niżej.

      Wiedziałem ze coś wisi w powietrzu i cos się stanie lub właśnie stało. Co
      bardziej spostrzegawczy słuchacze stwierdzą, "No tak, to oczywiste, następnego
      dnia jest początek astronomicznego lata" a inni dodadzą "A dzień wcześniej były
      25 urodziny Garfield'a"...

      Sobota 21 czerwca 2003

      Dzień ten jeszcze bardziej niż poprzedni zapowiadał nadchodzące wydarzenia.
      Wiatr wiał jeszcze bardziej, a na niebie znikąd pojawiały się wielkie granitowe
      góry zaciągające nad światem ciężką kotarę deszczu, a nim ten przestał padać
      już promienie słoneczne rozbłyskały w tysiącach spadających z nieba diamentów.

      Przeczekałem jedną ulewę, a gdy słońce wyłoniło się zza chmury, wziąłem rower i
      wyruszyłem do dziadka. Niestety kolejna chmura pojawiła się na horyzoncie i to
      tam gdzie właśnie zmierzałem. Pod osłoną lasu udało mi się ja ominąć, ale
      zaczęła się zbliżać w moim kierunku przyświecając sobie czasem błyskami.

      Normalny człowiek pewnie by czym prędzej uciekał przed zbliżającą się
      nawałnicą, lecz ja mając ją za plecami zająłem się zrywaniem rumianku. Dopiero
      gdy miałem pokaźny bukiet, z wiechcią rumianku na plecach, ruszyłem z kopyta by
      umknąć przed deszczem.

      Jeszcze jakiś czas chmura mnie goniła, ale w końcu zrezygnowała i mając ja po
      lewej ręce mogłem się już spokojnie z nią ścigać, kto dotrze pierwszy do
      dziadka. Mi się to udało, a chmura zrezygnowana przeszła bokiem. Kolejne jednak
      nie zrezygnowały i u dziadka przeczekałem dwie kolejne ulewy by w przerwie
      ruszyć w drogę powrotna.

      Rumianek wystający z plecaka wesoło furkotał na wietrze, a ja spostrzegłem ze
      jadę prosto w kolejną deszczową chmurę. Po chwili wiedziałem ze nie uniknę z
      nią spotkania, miałem tylko nadzieje ze dojdzie do niego w miejscu zwiewnej
      muślinowej zasłony mżawki która przeważała, a nie jedynego czarnego słupa
      deszczu siekącego bezlitośnie ziemię.

      Wkrótce delikatny deszczyk oznajmił ze wjeżdżam pod chmurę, po chwili już
      ciężkie krople odbijały się ode mnie pędzącego wiekowym asfaltem. Nagle ktoś na
      górze zrobił mi zdjęcie z fleszem i kilkaset metrów dalej uderzył piorun, ja
      zaś wjechałem w regularna i gęstą ulewę przemakając momentalnie, a gdy grad
      zaczął mnie siec miałem już pewność ze wpakowałem się centralnie w czarny słup
      który niedawno miałem nadzieje ominąć. Gdy już z niego wyjechałem, zmieniłem
      plany i zamiast wjeżdżać w przemoczony las postanowiłem potoczyć się dalej
      asfaltową drogą.

      Skoro już i tak byłem przemoczony, mogłem się spokojnie potaplać i nie ominąłem
      żadnej większej kałuży na drodze. Najlepsze, największe i najgłębsze kałuże
      były gdy już dojechałem do miasta. Ludzie oglądali się jak na idiotę, gdy
      jeździłem w te i z powrotem co bardziej zakałużonymi ulicami i z okrzykiem
      radości rozjeżdżam i rozbryzguję kolejne kałuże, powinni się cieszyć ze omijam
      kałuże gdy przejeżdżam obok nich.

      Rumianki o dziwo przeżyły deszcz, grad i wiatr i mogłem je w domu wręczyć
      mamie, która miała imieniny. A ja zapiaszczony, przemoczony (podobnie jak
      rower) i przemarznięty wziąłem szybko gorący prysznic (razem z rowerem). Tego
      mi było trzeba, jeszcze gorącej herbatki, a rowerowi trochę smaru i wszyscy
      żyli długo i szczęśliwie.

      Tak oto pożegnałem wiosnę a powitałem lato: pierwszą w tym roku przeżytą w
      terenie burzą.

      To Mi wprost z ociekającego wodą bicykla
    • mfprdkw Inwazja Porywaczy Ciał II 13.11.04, 09:36
      Inwazja Porywaczy Ciał II

      Uwaga, uwaga! Oto komunikat specjalny MfPRDKW! W ostatnich dniach nastąpiła
      inwazja Obcych, w związku z tym przerywamy program i za chwilę nadamy relację
      jednego ze świadków wydarzeń. Prosimy zachować spokój, będziemy Państwa na
      bieżąco informować o rozwoju sytuacji.

      --------------------------------------------

      6 sierpnia 2003 r.

      Gdy wybrałem się na przejażdżkę rowerem, była ładna pogoda. Słonko świeciło,
      niebo było błękitne upstrzone białymi chmurami... właśnie te chmury wzbudziły
      mój niepokój. Niewielkie białe chmury jak ławica, bądź flotylla pokrywały całe
      niebo od horyzontu do horyzontu. Całe ich mnóstwo unosiło się lekko na niebie
      od czasu do czasu przesłaniając Słonce. Sprawiały wrażenie ogromnej floty
      sterowców, bądź tez innych statków powietrznych. Z pewnością były obce,
      albowiem człowiek ze swoim umiłowaniem do stałości i prostych geometrycznych
      form nie stworzyłby takiej różnorodności kształtów, na dodatek stale się
      zmieniających. Obecność statków-chmur niepokoiła mnie, ale ludzie wokół zdawali
      się ich nie dostrzegać, więc wmówiłem sobie że to tylko moja wyobraźnia i
      wszystko jest w porządku.

      Ponownie się zaniepokoiłem przekraczając autostradę. Gdy udało mi się
      przejechać przez pasy w jedną stronę i utknąłem na samym środku pośród
      pędzących maszyn, czułem się jak mała żabka z gry "Frogger". Kierowcy z rękoma
      opartymi na kierownicach mijali mnie pędząc w swoich blaszanych puszkach, które
      zamknięty w sobie kawałek przestrzeni przemieszczały z miasta A do miasta B.
      Mogłem ich dostrzec tylko przez moment gdy z zawrotną prędkością mnie mijali,
      ale miałem wrażenie ze wszyscy są podobni do siebie, beznamiętnie patrzący
      wprost na drogę, jak maszyny albo kukły. Powróciło wrażenie obcości. Może
      zostali podmienieni i teraz pędzą wypełnić świat sobie podobnymi? Ja natomiast
      zacząłem się uważniej rozglądać wokoło.

      Gdy przejeżdżałem obok zalewu, wydało mi się ze widzę dno przy przepuście. O
      ile dobrze pamiętam , to dna normalnie w tym miejscu nie było widać. Może woda
      stała się bardziej przezroczysta? Albo wybetonowali dno? Albo z powodu upałów
      spadł poziom wody? Gdy podjechałem obejrzeć to z bliska, okazało się ze tuż pod
      powierzchnią wody unosi się materac z drobnych pierzastych wodorostów,
      szczelnie odgradzając powierzchnię od głębin. Nie wiadomo było co się w nich
      lub pod nimi kryje i aż strach było o tym myśleć. Cały zalew był nimi pokryty,
      sprawiały wrażenie kłębiących się małych robaczków i trudno było ocenić jak
      grubą warstwę tworzą... może do samego dna? A może to jest jedna wielka
      wylęgarnia? Jeśli taka drobina-robaczek to larwa z której cos się wylegnie?
      Jeśli tak, to będzie tego dużo, bardzo, bardzo dużo i biada nam.

      Jakby na potwierdzenie moich obaw, na brzegu zobaczyłem chmiel, który wężowymi
      splotami oplatał olchę. Może rzeczywiście wylągł się z tych wodnych larw, bo
      wokół było go pełno, oplatał barierki przy drodze, znak drogowy... plenił się
      wokół jak czerwone zielsko, tyle ze dla kamuflażu był zielony. Nie wiedzieć
      czemu pamięć podsunęła mi obraz Barszczu Sosnowskiego, tej ogromnej i jadowitej
      rośliny, w dodatku trudnej do wyplenienia. Co prawda nie porusza się jak
      tryfidy, a przynajmniej nikt tego nie widział do tej pory. Na myśl o tym
      wstrząsnął mną dreszcz i czym prędzej ruszyłem dalej.

      Jazda lasem przebiegała początkowo bez niespodzianek, gdy nagle zerwałem cos
      lepkiego, a chwilę potem następne i następne... Jechałem zrywając kolejne nitki
      pajęczyny, mocniej naparłem na pedały, gdyż pajęczyny były coraz większe,
      bardziej lepkie i było ich coraz więcej. Balem się, że któraś mnie zatrzyma i
      już się stąd nie wydostanę. Próbowałem zrywać je z siebie, ale cały czas
      kolejne mnie oblepiały. Na koniec przebijałem się przez całe ich sieci. Na
      domiar złego ścieżka była zatarasowana ściętymi drzewami i gałęziami, musiałem
      więc z niej zjechać i wytężyć wszystkie siły by nie utknąć bezradnie ściółce.

      Wreszcie wypadłem z lasu na drogę, przyśpieszyłem chcąc uciec stąd jak
      najdalej, a jednocześnie pospiesznie zrywałem z siebie i roweru pajęczyny po
      których przemykały małe pajączki. Zdrowy rozsadek podpowiadał że w naszym
      klimacie nie ma jadowitych pająków, zresztą były to tylko malutkie pajączki i
      widywałem już dużo większe. Ale w obecnych okolicznościach tego typu argumenty
      nie mogły nikogo przekonać, kto wie jak obce były te małe pajączki i co kryły w
      sobie.

      Na sam koniec zobaczyłem u ciotki na rabatce wyrastające na wysokość człowieka
      czerwone zielsko...

      Gdy piszę teraz te słowa, na rozgwieżdżonym niebie za oknem widzę jasno
      świecącą Czerwoną Planetę i już nie musze się zastanawiać skąd przyszła inwazja.

      Mam nadzieje ze moje słowa zostaną poważnie potraktowane i uda się coś zrobić
      póki jeszcze jest czas... jeśli jeszcze mamy czas.

      Wasz korespondent z miejsca inwazji To Mi

      --------------------------------------

      Prosimy nie wyłączać odbiorników, będziemy Państwa na bieżąco informować o
      sytuacji i podjętych działaniach. Prosimy też Państwa o podzielenie się
      własnymi spostrzeżeniami, albowiem im pełniejsza będzie informacja o postępie
      inwazji tym skuteczniej będziemy mogli jej przeciwdziałać. Stąd apel "Widziałeś
      Obcego, albo coś obcego, podziel się tym z nami!"

      Apelujemy tez o zachowanie spokoju, w tych trudnych chwilach będziemy z
      Państwem, ekipa MfPRDKW będzie czuwała od rana do wieczora, a nawet przez całą
      noc.
    • mfprdkw Ogólna Teoria Hamowania na Nartach Biegowych 22.11.04, 11:37
      Z okazji panujacych warunkow atmosferyczno-pogodowych, przerywamy na chwile
      cykl audycji cyklistyckich, aby wyemitowac material pierwszej potrzeby
      (zwlaszcza w rejonach co bardziej zasypanych)
      -----------------------------------------

      Ekipa MfPRDKW nie ustaje w naukowym badaniu zagadnień codzienności i
      wyjazdowości, które prezentujemy Kąciku Nauki i Wiedzy. W trakcie sylwestrowego
      pobytu w Wisłoku w Beskidzie Niskim z poświęceniem życia nasz korespondent
      zbierał materiał doświadczalny i udało mu się opracować:

      Ogólną Teorię Hamowania na Nartach Biegowych

      "Na Przyjaciela" - jest to moja ulubiona metoda hamowania, po prostu wpadamy na
      osobę która stoi przed nami. Tu mogą być różne skutki:
      - zatrzymamy się na tej osobie;
      - wywalimy się razem z tą osoba tworząc kłębowisko kończyn, nart i kijków, a
      próby rozplatania i wstania dostarczą niezapomnianej rozrywki innym;
      - nie zatrzymamy się i razem z tą osobą zaczniemy jechać, wtedy najlepiej się
      wywalić, gdyż ta osoba lepiej sobie poradzi sama niż z nami na plecach.

      Uwaga: Hamowanie na osobach nieznajomych (spoza grupy) jest niewskazane, gdyż
      często kończy się rękoczynem i dodatkowymi obrażeniami.

      "Na Drzewo" - niezwykle bolesna, ale skuteczna metoda.

      "Na Krzak" - podobna do poprzedniej metody, ale mniej kontuzjogenna i mniej
      skuteczna.

      "Pługiem"- są dwa odmienne skutki tej metody:
      - skrzyżowanie nart i wywalenie;
      - rozkraczenie się i wywalenie;

      "Przez Zakręcenie" - dokonując próby zakręcenia (np. przez tzw.
      przestępowanie), skutkiem jest poplątanie nart i wywalenie. Inna nazwa: "Przez
      Poplątanie".

      "Przez Upadek Kontrolowany" - po prostu wywalamy się i w odróżnieniu od
      poprzednich metod możemy wywalić się tak jak chcemy, a nie jak nam wyjdzie. Są
      również dwie podstawowe odmiany tej metody:
      - wywalenie na bok, jest bardziej widowiskowe gdyż narty szorując potrafią
      wzbić niemały obłok śniegu, jednak jeśli śniegu nie jest dużo, ryzykujemy
      bolesne potłuczenie się;
      - wywalenie się na tyłek, dużo mniej wdzięku jest w tej odmianie, ale szyneczki
      trochę amortyzują upadek. Jeśli dysponujemy plecakiem (bardzo zalecane!), to
      wywalamy się wtedy bezboleśnie na plecak.

      Wszystkie powyższe metody zostały przećwiczone (niektóre wielokrotnie -
      dziesiątki razy), obrażeń większych nie odniosłem, przez jakiś czas miałem
      tylko kolekcje siniaków i do tej pory bolą mnie dwa palce.



      Życzę metra śniegu pod ślizgiem
      To Mi na zimowo
    • mfprdkw Krótki Mokry Kawałek 23.11.04, 13:51
      Z racji odwilży, wracamy do dwukółów.

      -------------------------------------

      Kącik Opowieści Różnych, Innych i Takich Sobie MfPRDKW prezentuje kolejny
      odcinek z cyklu "Cyklistyckie Story":

      Krótki Mokry Kawałek

      Niedziela 5 października 2003

      Dzień był chłodny, a niebo było pokryte równą, szarą warstwą chmur, która
      przepuszczała do powierzchni Ziemi niewiele światła. Na szczęście nie padało i
      o suchej nitce udało mi się dojechać do dziadka

      Jednakże wkrótce jeszcze bardziej pociemniało, kolor chmur przesunął się w
      kierunku czerni, a z nieba zaczęły spadać krople wody. Wkrótce rozpadało się na
      dobre, a po godzinie coraz intensywniejszego deszczu zacząłem nabierać
      podejrzeń, ze jest rasowa trzydniówa. Jednego byłem pewien, że do wieczora nie
      przestanie padać.

      Nie było sensu czekać aż przestanie, gdyż noc by mnie tu zastała i wiedząc że
      sflorzę się dokumentnie, pozostało mi tylko przygotować się do jazdy. Rzeczy z
      plecaka szczelnie zapakowałem w folie, nogawki spiąłem agrafkami by nie
      zaczepiały o zębatki i założyłem kurtkę. Na koniec w plecak zatknąłem jak
      chorągiew pokaźną gałąź (a właściwie krzak)fioletowego chabru. Z szopy
      wyprowadziłem rower i odjechałem w mokry świat.

      Początkowo wilgoć miała dostęp jedynie do zewnętrznych warstw, więc zbytnio jej
      nie odczuwałem, ale wkrótce patrzyłem na świat przez zakapane szkiełka
      okularów. Świat wokół był zamazany z powodu wilgoci na moich oknach na świat i
      szybko umykał do tylu przy chlupocie rozjeżdżanych kałuż. Jak w nierealnym śnie
      przejechałem przez opustoszałe i płynące ulice miasteczka.

      Gdy mknąłem pośród nasiąkniętych wodą pól, powoli zaczynałem czuć że wilgoć
      wdziera się głębiej w miejscach bardziej eksponowanych i mniej wodoodpornych.
      Powoli, ale nieustępliwie. Tymczasem jechałem przez wieś nie obszczekiwany
      przez psy schowane w budach i nie musząc omijać na drodze kur, które skulone
      siedziały w kurnikach.

      Wkrótce mijałem zalew pokryty fantazyjnym wzorem jaki tworzyły uderzające weń
      krople, zaś woda spadająca z przepustu dodawała swoje trzy grosze do
      wszechobecnego szumu deszczu. Chwilę później zagłębiłem się w mroczny tunel
      drogi biegnącej lasem. Rosnące przy drodze olbrzymy swoimi konarami tworzyły
      szczelny strop chcąc przechwycić jak najwięcej światła, co sprawiało że w dzień
      taki jak ten, na dole rozproszonego światła prawie już nie było.

      Teraz już czułem ze wilgoć ostatecznie rozprawiła się z moimi zabezpieczeniami,
      był ze mnie po prostu mokry Kuran. Czułem że dłonie zaciśnięte na kierownicy
      powoli kostnieją i wkrótce zrobią się sine, również przejmujący chłód zakradł
      się w stopy dysponujące skutecznym chłodzeniem zimnej wody bez przerwy
      wlewającej się do butów i wylewającej się z nich. W pewnym sensie stanowiłem
      jedna całość z rowerem. Zimna i mokra metalowa konstrukcja poprzez gumę
      kierownicy, skórę rękawiczek przechodziła w równie zimny i mokry organiczny
      mechanizm. Zapiaszczone mechanizmy roweru żałośnie chrzęściły, zaś hamulce
      głośno protestowały gdy próbowałem je zmusić do pracy, natomiast ja czułem ze
      wkrótce zaczną mi skrzypieć stawy.

      Dojechawszy do miasta przeszedłem kładką nad torami, panorama miasta była
      skryta w gęstych zasłonach deszczu, natomiast ludzie na stacji kulili się pod
      daszkiem w panicznym strachu przed woda. Jeszcze tylko szybka jazda po
      kałużach, mijając przemykających ludzi i samochody ciągnące za sobą pióropusz
      rozchlapywanej wody i byłem w domu.

      Na słomiance sąsiadów leżała czarna kotka, puszysty kłębek suchutkiej czerni
      przyglądał mi się z obrzydzeniem w oczach. Mój stan wyraźnie wzbudzał jej
      dezaprobatę, lecz cierpliwie znosiła moja obecność, jednak gdy ta się
      przedłużała, albowiem nie mogłem znaleźć kluczy, kotka zrobiła koci grzbiet,
      przeciągnęła się i z pogardą dla mojej wilgotności ruszyła po schodach w górę.

      smarowania. Wreszcie z kubkiem gorącej herbaty usiadłem przebrany w suche
      rzeczy przy komputerze by napisać Krótki Mokry Kawałek, tymczasem za oknem
      deszcz rozbijał się o mój parapet udowadniając światu, ze 'suchość' jest stanem
      nienaturalnym i chwilowym.



      zmokły To Mi na zmokłym rowerze
      • neochuan Re: Krótki Mokry Kawałek 23.11.04, 13:58
        Broken bicycles, old busted chains
        With rusted handle bars, out in the rain
        Somebody must have an orphanage for
        All these things that nobody wants any more
        September's reminding July
        It's time to be saying goodbye
        Summer is gone, but our love will remain
        Like old broken bicycles out in the rain

        Broken bicycles, don't tell my folks
        There's all those playing cards pinned to the spokes
        Laid down like skeletons out on the lawn
        The wheels won't turn when the other has gone
        The seasons can turn on a dime
        Somehow I forget every time
        For all the things that you've given me will always stay
        Broken, but I'll never throw them away

        /tom waits/

        --
        a little drop of płazą
        • neochuan Re: Krótki Mokry Kawałek 23.11.04, 14:24
          No shadow no stars
          no moon no cars
          November
          it only believes
          in a pile of dead leaves
          and a moon
          that's the color of bone

          No prayers for November
          to linger longer
          stick your spoon in the wall
          we'll slaughter them all

          November has tied me
          to an old dead tree
          get word to April
          to rescue me
          November's cold chain

          Made of wet boots and rain
          and shiny black ravens
          on chimney smoke lanes
          November seems odd
          you're my firing squad
          November

          With my hair slicked back
          with carrion shellac
          with the blood from a pheasant
          and the bone from a hare
          tied to the branches
          of a roebuck stag
          left to wave in the timber
          like a buck shot flag

          Go away you rainsnout
          go away blow your brains out
          November

          /tom waits/
            • mfprdkw Hę? 28.11.04, 14:04
              > i teraz ten chaber zawiera w sobie pierwiastek!

              Czyzbys nalezala do klanu matematykow, ze chcesz pierwiastkowac chabry?
              la la la lalala

              Tak czy inaczej, taki bukiet chabrow doskonale sie sprawdza zamiast lampki
              nocnej
              lalala la la la
    • mfprdkw Wróżby andrzejkowe 28.11.04, 13:43
      Andrzejki tuż tuż, więc Kącik Porad Wszelakich MfPRDKW przedstawia szkic który
      może się przydać przy przygotowaniach do Andrzejek:

      Wróżby andrzejkowe

      Do wróżb Andrzejkowych należy się dobrze przygotować, kiedyś przygotowując
      wróżby do Andrzejek na Wydziale, przez całe proseminarium i kilka przerw, czy
      okienek przygotowywałem z Dorotką losy z imionami. Ja przygotowywałem żeńskie,
      Dorotka męskie.

      Robiliśmy to dosyć sumiennie i dlatego zajęło nam to tyle czasu, ale nie
      pominęliśmy chyba żadnego istotnego imienia, było tez sporo nietypowych (za to
      Tomków i Dorotek było kilka ;-)). Ponadto umieściliśmy symbolicznie po jednym
      imieniu zagranicznym i pustym losie.

      Potem zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić jeśli ktoś będzie homoseksualistą?
      Początkowo rozważaliśmy dorzucenie jednego imienia innej płci do każdej z
      torebek, ale uznaliśmy że celem losowania jest poznanie imienia, wiec może ta
      osoba powinna losować z torebki z imionami tej samej płci? Ale jeśli ta osoba
      jeszcze nie ma sprecyzowanych preferencji seksualnych i nie wie że ma losować z
      imion tej samej płci? Ustaliliśmy więc że wszyscy powinni losować z imion
      przeciwnej płci, ale umieściliśmy los z przekierowaniem do drugiej torebki.

      Tu pojawiła się kolejna zagwozdka: jak zinterpretować podwójne przekierowanie?
      Albo potrójne?

      Jeśli już uwzględniamy różne możliwości, to dorzuciliśmy cos dla bigamistów,
      czyli los "Wylosuj dwie karteczki". Ustaliliśmy że losy zwracamy, można zatem
      na tą karteczkę trafić kilka razy z rzędu, a więc i poligamia jest uwzględniona.

      Na tym zakończyliśmy, aczkolwiek model można z pewnością skomplikować. A oto
      kilka możliwych interpretacji co ciekawszych kombinacji:

      -podwójne przekierowanie - osoba ukrywająca skłonności homoseksualne i pod
      presja otoczenia znajdująca partnera płci przeciwnej;
      inna interpretacja: jest to osoba o niesprecyzowanych preferencjach
      seksualnych, znajdująca ostatecznie partnera płci przeciwnej (ta interpretacja
      ma tą zaletę, że podobnie można interpretować wielokrotne przekierowanie, im
      więcej przekierowań, tym większe niezdecydowanie);
      można tez interpretować jako biseksualność;

      -najpierw los "Wylosuj dwie karteczki", i ostatecznie na koniec losowania jedno
      imię jest żeńskie, a drugie męskie - świadczy już bez wątpliwości o
      biseksualnosci;

      -"Wylosuj dwie karteczki", z ktorych potem co najmniej jedna jest pusta -
      bigamista (lub poligamista), ale znajduje niewystarczającą liczbę partnerów.


      Chiromanta To Mi
    • mfprdkw Rzut oka na południowe stoki Tatrów 06.12.04, 19:58
      Rzut oka na południowe stoki Tatrów.

      Spis treści:

      0 Przedmowa
      I Słowacy nie gęsi i swój język mają
      II Kultura ludowa ceprów.
      III Jak poznać rodaka.
      IV Tatrzańskie sporty ekstremalne.
      V Co w trawie świszczy?
      VI Śladami Lenina.




      Przedmowa.

      W czasie wakacji MfPRDKW wysłało na Słowację w Tatry Wysokie dwie ekspedycje
      naukowe. Nasi korespondenci z poświęceniem i narażeniem życia wędrowali
      zbierając materiał naukowy, który po obróbce prezentujemy w niniejszej
      publikacji w Kąciku Nauki i Wiedzy MfPRDKW.

      Materiały zostały zebrane w lipcu i sierpniu 2003r.
    • neochuan przerwa na piosenkę. 08.12.04, 09:59
      JAK

      jak po nocnym chlebie płynące bite śmietany nad ciastem
      jak w żuwaczkach abderyty babka przeżuwana czasem
      jak wyciągnięte z piekarnika RUmiane serniki wasze
      a tu są nasze, a tu są nasze

      jak suchy keks w tę mdlistą noc
      jak winny-li-niepiwny z piekarnika wyrzut
      że się tyje kiedy schudło tylu tylu tylu
      jak suchy keks w tę mdlistą noc
      jak lizać cukry przez szybę widziane
      jak pić nalewę z butli potrzaskanej

      jak suchy keks w tę mdlistą noc
      pudrowy cukier, pudrowy cukier
      on mi zachrupie, ja go zachrupię
      jak w kostkach cukier (znów szerzej w dupie… L )

      jak suchy keks w tę mdlistą noc
      jak bić śmietankę nad lodami
      jak świt z toruńskimi piernikami
      jak torcik miły, śliczne polany
      jak wafla zjeść
      wuzety treść
      jak do was, ostro mdławicowe
      ten już zapchany zlew…

      jak jeść do końca potem odsapniesz, potem odsapniesz
      gaci nie zapniesz, gaci nie dopniesz,
      gaci nie dopniesz - gaaaaci – nie zapniesz…

      /piosenka jest własnoscią jego twórcy.
      tekst został zamieszczony jedynie w celach edukacyjnych./
    • mfprdkw Rozdział I 09.12.04, 18:02
      Rozdział I
      Słowacy nie gęsi i swój język mają.

      Przebywając na Słowacji w zasadzie nie spotykamy się z barierą językową, możemy
      bez większych problemów porozumieć się gdy my mówimy po swojemu, a Słowacy po
      swojemu. Pomocna jest znajomość języka rosyjskiego, albowiem wiele słów
      słowackich jest taka sama, lub podobna do rosyjskich (np. liczebniki).

      Czasami może jednak dojść do nieporozumień językowych, dlatego poniżej
      prezentujemy niektóre częściej spotykane słowa o nieoczywistym znaczeniu.

      Trudne słowa

      jemny
      Tajemnicze słowo, którego znaczenie znają bodajże tylko Słowacy. Spotykane jest
      często na produktach spożywczych, "jemna" może być czekolada, margaryna,
      mielonka. Jednak "jemny" nie oznacza o "jadalny", gdyż "jemna" może być pasta
      do zębów (z podobnych powodów nie oznacza ono "ziemny" co mogłoby pasować do
      orzeszków, czy ziemniaków). Nie oznacza też "smakowity", bo choć pasta do zębów
      jeszcze może być tak określana, to "syntetika", czyli materiały syntetyczne już
      nie bardzo. Uzasadnione jest podejrzenia, ze "jemny" jest słowem podobnego typu
      co "fajny", czyli ze jako "jemne" może być określane w zasadzie wszystko.

      denny
      Jest to epitet, którym są określane lokale o marnej reputacji np. "denny bar"

      hubovy
      Może to zdziwić, ale "hubowy" oznacza "wykonany z huby". Okazuje się ze Słowacy
      to naród praktyczny i potrafią wykorzystać nawet tego powszechnego pasożyta
      drzew w przemyśle spożywczym, czego przykładem może być "natierka hubowo-
      sojova" (czyli "hubowo-sojowa pasta kanapkowa").
      Odrębną kwestia są walory smakowe tych produktów, wspomniana wyżej pasta jest
      bowiem gorsza od najgorszego wyrobu z soi, jest wręcz niejadalna. Miejmy jednak
      nadzieje ze Słowacy udoskonalą technologię produkcji i poprawią smak tego
      specjału.

      Terminologia piwna

      svetle
      jest to słowo umieszczane na etykietach piw wysokiej jakości. Informuje że nie
      mamy do czynienia z pierwszym lepszym sikaczem, jeno że flaszka zawiera
      naprawdę "świetne" piwo.

      tmave
      piwo słabo odfiltrowane, nie jest klarowne i przezroczyste, a właśnie mętne.
      Nie należy wstrząsać bo wtedy wszelakie resztki fermentacji unoszą się z dna i
      tworzy się bełt.

      capowane, vycapny
      piwa dzielimy tak jak sery. Jedną z wyróżnianych kategorii są piwa pleśniowe.
      Tak jak sery pleśniowe, piwa te mogą być w rożnych kolorach: jasne (rożne
      odcienie żółtego), ciemne (cala gama brązów i czerni), a także zielone
      (osławiony Honoratkowy "ludwik"). Tak jak i sery pleśniowe, piwa pleśniowe
      różnią się smakiem i aromatem: od łagodnych w smaku i zapachu (np.
      Honoratkowy "ludwik"), po takie o intensywnym smaku (długo noszonej onucy) i
      zapachu (jak w poprzednim nawiasie).
      Pivo capovane (vycapne) należy do tej ostatniej kategorii piw pleśniowych,
      bo "capem zajeżdża".

      leziak
      bardzo mocne piwo, którego spożycie zaleca się w pozycji leżącej lub półleżącej
      (np. na leżaku), albowiem natychmiast zwala z nóg i nawet pozycja siedząca nie
      uchroni przed wylądowaniem pod stołem.
      • neochuan Re: Rozdział I 09.12.04, 18:41
        ps. 1. a co z 'nasmarką'?? bo, że oprócz 'natierki' występuje
        jeszcze 'nasmarka', to chyba autorstwo powyższego wie??

        ps. 2. 'kurva!' - popularny okrzyk wśród dzieci bawiących się na zakrętach
        Głównej I Jedynej Ulicy Lesnicy (słowackie pieniny) na widok turysty
        wyłaniającego się zza rzeczonego zakrętu z dużym plecakiem. oznacza mniej
        więcej: 'uwaga!'(w domyśle: ojciec, szykuj czworopaki, turysty idą).
        b. rzadko nieuzasadniony, źródłosłów okrzyku nieznany, prawdopodobnie od
        łacińskiego 'crovuum'.
    • mfprdkw Rozdział II 17.12.04, 23:03
      Rozdział II
      Kultura ludowa ceprów.

      Stuptuty (ochraniacze) - czyli o modzie tatrzańskiej
      Ważnym elementem "atmosfery" w podtatrzańskich miejscowościach i na szlakach
      jest moda górska. Spacerując po Smokowcu, lub idąc na Rysy warto obserwować
      mijanych ludzi żeby zorientować się "co się w Tatrach nosi".
      Ciekawym elementem mody tatrzańskiej jest noszenie stuptutów, niezależnie od
      pogody. Nawet jeśli deszcz nie pada, jest sucho, nie ma błota ni śniegu,
      wkładamy stuptuty, najlepiej współgrające kolorystycznie z resztą stroju (np.
      fioletowe do stroju zielono-żółtego). Ciekaw jestem czy ta moda przyjmie się to
      na nizinach.

      Telefony komórkowe
      Tatry to dziwne góry, w których zasięg jest w większości miejsc. Dlatego też
      pojawiła się moda noszenia komórek na szyi (ta szerokich taśmach, podobnie jak
      ostatnio niektórzy noszą klucze), żeby można było sprawnie odebrać dzwoniący
      telefon, bez przerywania spaceru po górach.
      Powszechnym zjawiskiem jest dzwonienie do rodziny i znajomych ze szczytów, by
      się pochwalić swoimi osiągnięciami - "Mamo, jestem na Rysach... w Tatrach...
      najwyższy szczyt w Polsce, musze już kończyć bo bateria mi siada", "Cześć,
      dzwonie z Krywania, czy podlałeś kwiatki?", "Zgadnij gdzie jestem?". Ponadto na
      szczytach można złapać zasięg polskiej sieci komórkowej, z czego Polacy
      skrupulatnie korzystają dzwoniąc do kogo się da.

      Stonoga
      Jest to typowy sposób chodzenia po górach, gdy są one umiarkowanie zatłoczone.
      W sposób naturalny formują się większe grupy ludzi idących jeden za drugim,
      noga w nogę, czyli stonogi.
      Stonogi najczęściej powstają na podejściach, gdy za idącą wolno osobą (grupą)
      zbierają się kolejne osoby idące odrobinę szybciej, ale nie na tyle szybko, by
      sprawnie ją wyprzedzić. Ponadto tworzeniu stonogi sprzyja ludzki instynkt
      stadny, oraz umiłowanie do miłego uchu gwaru zagłuszającego przerażającą gamę
      odgłosów przyrody, albo co jeszcze gorsze: ciszę.

      Stonogołamacz
      Ponieważ stonoga ma zadziwiającą zdolność do blokowania całej szerokości
      ścieżki (nieważne czy ledwie mijają się na niej dwie osoby, czy obok siebie
      mieści się spokojnie pięc osób), na drodze ewolucji powstał gatunek
      udrażniający ścieżkę.
      Idąca grupa plecakowców wysyła przodem tzw. stonogołamacza. Jest to osoba o
      największej masie, sile i plecaku. Zwłaszcza gdy idzie w dół ma niesamowita
      silę przebicia, gdyż wykorzystuje siłę grawitacji do nabrania rozpędu. Przy
      konfrontacji ze stonogą, idzie swoją częścią ścieżki i toruje drogę pośród
      ludzi. Jeśli ktoś nie zdąży, lub nie ma zamiaru ustąpić miejsca, naraża się na
      konfrontację z plecakiem i już przy następnych plecakowcach z respektem schodzi
      im z drogi.
      Stonogołamacz powinien mieć dobrze wypakowany wszerz plecak. Osiąga się to
      przez dopięcie z boku karimaty, czy namiotu. Dosyć skuteczne jest też dopięcie
      kijków albo butów, zaś niewątpliwie najlepsze efekty osiąga się przez
      przypięcie raków.
    • mfprdkw Rozdział III 25.01.05, 16:34
      Witam po Świętach i Sylwestrze... Wreszcie w domu, zapraszam więc do letury:

      Rozdział III
      Jak poznać rodaka.

      Wędrując po Tatrach Słowackich spotkamy wielu rodaków. Niniejszy rozdział to
      skrócony kurs rozpoznawania Polaków.

      Nie ma problemu odróżnić rodaka od obcokrajowca, gdy ten prowadzi ożywioną
      rozmowę, szczególnie w większych grupach znajdzie się co najmniej jedna osoba
      gadająca. Także na wyższych szczytach łatwo zlokalizować Polaków, albowiem
      łapiąc zasięg rodzimej sieci komórkowej, nie omieszkają skorzystać z okazji by
      pochwalić się rodzinie i znajomym jak to wysoko się właśnie znajdują. Gorzej
      jeśli osoba uparcie milczy, wtedy trzeba zastosować bardziej zaawansowane
      metody wnioskowania.

      Jednoznacznie na Polaków wskazują T-shirty z polskimi napisami, bandama z
      napisem RMF FM, czy inna część garderoby z napisami w rodzimym języku. Czasami
      rodaka poznamy po spożyciu przywiezionych jeszcze z Polski produktów
      spożywczych.

      Skutecznie wyróżnia krajan marka sprzętu turystycznego, a wiec kurtki, plecaki,
      polary marki Alpinus, Janysport, Jansport, Natalex, Campus, Wolfgang każą
      domniemywać o narodowości właściciela. Aczkolwiek tu nie możemy już mieć 100%
      pewności, albowiem można czasem spotkać Słowaka z Alpinusem na plecach.

      Jeśli powyższe metody nie dadzą nam odpowiedzi co do narodowości, możemy
      zastosować fortel i pozdrowić delikwenta słowami "Cześć" lub "Dzień dobry",
      taka sama odpowiedz zidentyfikuje rodaka, a odpowiedz "Dobry
      den", "Ahoj", "Ciao" lub bardziej egzotyczna zidentyfikuje Słowaka lub kogoś
      zza jeszcze innej granicy.

      Podobnie Polaka poznamy, gdy ktoś powita nas słowami "Dzień dobry" czy "Cześć",
      natomiast powitanie "Ahoj", "Dobry den" nie identyfikuje stuprocentowo Słowaka,
      gdy może to być rodak który chciał miejscowych pozdrowić po miejscowemu.
    • mfprdkw Rozdział IV 28.01.05, 21:11
      Tatrzańskie sporty ekstremalne.


      -Turystyczne gotowanie na czas
      Odbywa się przed schroniskiem, lub w schronisku w miejscu wyznaczonym.
      Dobieramy zawodników - turystów zaopatrzonych w kuchenki turystyczne. Ustalamy
      jaką potrawę gotujemy (każdy gotuje to samo), np. klasyczny paw i rozpoczynamy
      konkurencję.
      Wygrywa osoba, która pierwsza ukończy gotowanie, a ugotowana przez nią potrawa
      nadaje się do jedzenia.

      -Turystyczne gotowanie na smak
      Poprzednia konkurencja nie uwzględniała walorów smakowych potrawy, choć
      ugotowany posiłek teoretycznie nadawał się do jedzenia, jego smak mógł
      odstraszyć nawet kogoś bez kubków smakowych.
      Dlatego w kolejnej konkurencji kucharz-turysta nie ma ograniczeń smakowych, ani
      co do wyboru gotowanej potrawy (poza tym ze składniki musi donieść do
      schroniska na własnych plecach). W ten sposób otrzymamy różnorodność potraw i
      Włoch ugotuje nam paste, Węgier upitrasi gulasz, Słowak syr wypraży, znawca
      przygotuje spamburgera, a kursant i tak zrobi klasycznego pawia.
      Tak na marginesie, to ja startowałem z następującą potrawa: makaron-łazanki +
      sos pomidorowo-paprykowy (z dodatkiem przyprawy 'Madarsky gulas') a w nim
      świeży pokrojony w cząstki pomidor + dobrze wyprażona mielonka bogato
      przyprawiona (z czego połowę stanowił znowu 'Madarsky gulas'). Zdaniem
      niezależnych ekspertów była to najlepsza przygotowana przeze mnie potrawa.
      Wracając do tematu, potrawy ocenia jury smakoszy, które po degustacji
      wszystkich potrawy wyłania zwycięzcę konkursu.

      -Konkurs długości stonogi
      W pogodny dzień siadamy sobie wygodnie przy uczęszczanym szlaku (warto się
      zaopatrzyć w suchy prowiant i mokre picie) i liczymy ilość osób w
      przechodzących stonogach. Oczywiście wygrywa stonoga o największej liczbie
      nóżek.

      -Pojedynek stonóg
      Wybieramy uczęszczany, wąski fragment szlaku o urozmaiconym przebiegu (góra-
      dół, łańcuchy, ostre podejścia itp.) i na obu jego końcach zakładamy bramki.
      Formujemy przy nich dwie stonogi o jednakowej liczebności i potencjale.
      Potencjał stonogi mierzymy dodając punkty za osoby w dobrym obuwiu, czy też z
      większym plecakiem, natomiast odejmujemy za osoby w klapeczkach, tenisówkach, w
      szpilkach, pod wpływem alkoholu, gadające przez komórkę... Otrzymana liczba, to
      właśnie potencjał stonogi.
      Stonogi na umówiony sygnał puszczamy z obu końców i niech się dzieje co chce.
      Na koniec zliczamy ile osób z danej stonogi dotarło do drugiego końca szlaku.
      Wygrywa ta stonoga, z której większej liczbie osób udało się przetrwać, albo
      jeśli jest ich tyle samo, ta w której jest mniej osób kontuzjowanych, a jeśli i
      tych jest tyle samo to mamy remis.

      -Plecakowiec vs Stonoga
      Na idąca stonogę puszczamy z góry stonogolamacza, liczymy mu dwie oceny:
      pierwsza to procent osób stonogi które oberwały jego plecakiem, druga to
      procent kontuzjowanych lub zrzuconych ze ścieżki osób w stonodze. Procent, a
      nie liczbę osób, bo można dzięki temu porównywać ze sobą pojedynki ze stonogami
      rożnej długości, bo o dwie takie same stonogi na szlaku trudno.
      Na tą sama stonogę nie możemy wypuścić drugiego plecakowca, gdyż stonoga uczy
      się że należy takiego osobnika unikać i robi to skutecznej niż przy pierwszej
      konfrontacji. Dlatego z następnym plecakowcem czekamy na następną stonogę.
      Nagrody przyznajemy w dwóch dziedzinach:
      -skuteczność: wygrywa plecakowiec który ma na koncie najwyższy procent potrąceń;
      -jakość: wygrywa plecakowiec, który uzyskał najwyższy procent kontuzji w
      stonodze.

      -Stonoga vs Plecakowiec
      Konkurencja podobna do powyższej, z tym że na różne stonogi wypuszczamy tego
      samego plecakowca i porównujemy stonogi. Porównujemy je tak jak powyżej w dwóch
      dziedzinach.

      -Wyścig gąsienic na Gerlach
      Gąsienice formujemy przy Wielickim Żlebie. Standardowa gąsienica składa się z
      czterech osób połączonych liną i przewodnika na przedzie.
      Gąsienice puszczamy na ścianę, niech się ścigają. Konkurencja jest ostra,
      oprócz sprawności fizycznej liczy się też fortel - gąsienice obrzucają się
      wzajemnie dowcipami próbując rozśmieszyć konkurentów do rozpuku i bólu
      brzucha: "Przepraszam, czy tędy na Giewont?", przewodnicy prześcigają się w
      wynajdowaniu szybszej drogi i mobilizując grupę do większego wysiłku "Musimy
      się pospieszyć, bo po południu mogą być burze". Zażarta walka toczy się zarówno
      o miejsca pierwsze jak i ostatnie.
      Zazwyczaj na Przełączce nad Kotłem ostateczna kolejność jest już ustalona i
      tylko wyjątkowe wypadki mogą ją zmienić.
      Gąsienica która weszła jako pierwsza na szczyt nie jest jeszcze gąsienicą
      zwycięską, należy jeszcze z Gerlacha zejść. Zejście do najłatwiejszych nie
      należy, a księga wyjść jest zazwyczaj sporo grubsza od księgi powrotów. Wygrywa
      dopiero ta gąsienica, która była pierwsza na szczycie spośród tych którym udało
      się szczęśliwie dotrzeć na dół do Batyżowieckiej Doliny.
      Startują różne zespoły, najwięcej jest gąsienic całkowicie polskich, dużo jest
      też polskich ze słowackim przewodnikiem i niewiele wyłącznie słowackich. Czasem
      zdarzają się także goście z innych zakątków Europy i świata.

      -Balet na skalach
      Do tej dyscypliny potrzebujemy co najmniej jednej osoby o dobrym poczuciu
      równowagi, wyposażonej w dobre obuwie.
      Balet na skalach polega na zamianie energii potencjalnej w kinetyczna, czyli
      bardzo szybkim schodzeniu (wręcz zbieganiu) po skalistej ścieżce i lekkim
      stąpaniu po skalach. Wygląda to, jakby osoba tańczyła balansując na skałach i
      głazach, pomagając sobie w utrzymaniu równowagi malowniczymi wyrzutami ramion,
      a to wszystko w ciągłym ruchu w dół po ścieżce.
      Do tej dyscypliny najlepiej nadają się niezbyt zatłoczone ścieżki, a
      jednocześnie niezbędna jest ładna pogoda, gdyż na mokrych i śliskich kamieniach
      taniec zmienia się w uporczywa walkę o utrzymanie równowagi i brakuje mu tej
      lekkości. Warto dla bezpieczeństwa założyć niemały plecak, co prawda tracimy
      trochę na gracji, ale za to można w razie czego na niego upaść nie robiąc sobie
      krzywdy.
      Jest to specyficzna konkurencja egzystująca na pograniczu sportu i sztuki.
      Dostarcza niezapomnianych wrażeń estetycznych mijanym turystom. Jednocześnie
      przysparza trudności z wyłonieniem zwycięzcy, dlatego zazwyczaj nie jest
      traktowana jako współzawodnictwo. Jeżeli jednak jest, jury wystawia oceny za
      wrażenie artystyczne, szczególnie premiując lekkość, wręcz zwiewność i grację z
      jaką tancerz jak kozica porusza się po skalach. Nie liczy się natomiast czas w
      jakim zawodnik pokona trasę.
    • mfprdkw Przedział V 31.01.05, 22:53
      Rozdział V
      Co w trawie świszczy

      W rozdziale tym zajmiemy się fauna Tatr, ale ponieważ nie damy rady napisać o
      wszystkim opiszemy dwa pierwsze objęte ochrona w Tatrach zwierzaki, które
      awansowały wręcz do symbolu Tatr.

      Kozica górska (słow. Kamzik)

      Rodzina Szumańskich sformułowała swego czasu hipotezę, że kozica górska
      (kamzik) występuje w dwóch odmianach:

      -kozica górska pod górę - jest to odmiana przystosowana do wspinania sięi pod
      górę i dlatego mająca przednie kończyny krótsze od tylnych;
      -kozica górska w dół - czyli odmiana przygotowana przez naturę do wędrówki w
      dół górskich zboczy i mająca przednie kończyny dłuższe od tylnych.

      Badania terenowe potwierdziły tą hipotezę. Okazuje się ze całe swoje życie
      kozica górska pod górę spędza na wędrówce na szczyty gór, zaś kozica górska w
      dół - schodząc ze szczytów w doliny.
      Jednym z najciekawszych zagadnień jest rozmnażanie się kozic górskich. Okazuje
      się że o tym czy kozica górska jest pod górę czy w dół, decyduje wysokość
      n.p.m. na której młoda kozica przychodzi na świat. W dolnych granicach
      występowania kozicy górskiej rodzą się młode pod górę, pod szczytami zaś kozice
      w dół. Z grubsza w połowie zaś rodzą się młode obydwu odmian, przy czym zdaje
      się o tym decydować odmiana matki. Dokładnych danych na temat wysokości jeszcze
      nie posiadamy, gdyż program badający odmiany młodych przychodzących na świat na
      różnych wysokościach został dopiero wdrożony.

      Materiały kopalne pozwoliły stwierdzić, że w przeszłości występowały jeszcze
      dwie odmiany kozic:
      -kozica górska lewa - mająca lewe kończyny krótsze od prawych i obchodząca góry
      po poziomnicy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara;
      -kozica górska prawa - o prawych kończynach krótszych i obchodząca góry zgodnie
      z ruchem wskazówek zegara.

      Przypuszcza się ze odmiany te wyginęły jako że miały mniejszą możliwość
      rozprzestrzeniania się po górach niż kozice górskie w dół i w górę.

      Kozica górska (Kamzik) jest popularnym motywem zdobniczym. Wizerunek czy
      zdjęcie kamzika można często spotkać na rożnych przedmiotach w sklepach i na
      straganach z pamiątkami.
      Równie często spotykamy zapożyczenie nazwy Kamzik. Mamy więc wille i
      pensjonaty "Kamzik", czy piwo "Kamzik" (Tatran tmavy).
      Natomiast wystawę fotografii poświeconą kamzikom można obejrzeć w jadalni
      Zbójnickiej Chaty.

      Świstak (słow. svišť)

      Zwierzątko to można spotkać nawet w pobliżu ruchliwych szlaków, jak wyleguje
      się na kamieniach, tudzież szpera pośród traw.
      Czasami, gdy spotkają się co bardziej gadatliwe egzemplarze, wypełniają one
      cala dolinę (kocioł itp.) swoim świstaniem. Jeżeli spotykają się cale grupy
      świstaków i zażarcie dyskutują, należy wzmóc czujność i gdy świstanie zaczyna
      narastać trzeba szybko uciekać, jest to bowiem znak początku kłótni, która
      potrafi wywołać kamienna lawinę.

      W chwili obecnej największym zagrożeniem dla świstaka jest przemysł
      pamiątkarski i mimo ochrony gatunkowej, na świstaki masowo się poluje, wypycha
      je, a potem sprzedaje jako maskotki i pamiątki z Tatr. Niestety sztuczne
      maskotki znacznie ustępują w wyglądzie i dotyku prawdziwym wypchanym świstakom,
      jedynie zapach maja przyjemniejszy.
      Stąd apel, jeśli kupujesz maskotkę-świstaka, nie kupuj ładnych, miłych w dotyku
      i lekko zaśmiardłych egzemplarzy. Chroń przyrodę tatrzańską, kupuj tylko
      tandetne, perfumowane świstaki!

      Świstak jako symbol znajdujemy w herbie "Slobodneho Kral'ostva Rysy". Świstak
      na nim przedstawiony promienieje radością, a w łapkach dzierży czekan i
      szarotkę. Na jednym ze stempelków Kral'ostva znajdujemy ponadto świstaka
      oddającego się rozpuście. Można tam ponadto nabyć maskotkę ( na pierwszy rzut
      oka widać, ze sztuczną) w dwóch rozmiarach - XXS i XXL.

      Na koniec trzeba dodać, ze Dzień Świstaka obchodzimy 2 lutego, ale o tym
      przecież wszyscy wiedzą.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka