Dodaj do ulubionych

Siemiatycka "Władza"

04.08.04, 22:57
Wielkie żarcie w Siemiatyczach





Zbigniew Radomski stracił już zaufanie, którym obdarzyli go mieszkańcy
Siemiatycz podczas ostatnich wyborów samorządowych. Mieli nadzieję, że gdy on
zostanie burmistrzem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do
Siemiatycz wrócą lepsze czasy. Bo w tym mieście polską 'komunę” wspomina się
raczej z rozrzewnieniem niż z niechęcią. A jej symbolem dla wielu
siemiatyczan jest właśnie Zbigniew Radomski.

- Gdy w latach 70_tych Radomski był naczelnikiem, Siemiatycze wyróżniały się
dużą aktywnością. Zdobywały nagrody w konkursie o tytuł Mistrza
Gospodarności, startowały w telewizyjnym Banku Miast. Wybudowano zalew,
powstało muzeum - wymienia były już mieszkaniec Siemiatycz (dziś żyje za
granicą). - A w latach 90_tych to właśnie Radomski, jako dyrektor
siemiatyckiego PKS, wpadł na pomysł, by uruchomić stałą linię autobusową
Siemiatycze - Bruksela.
Nic więc dziwnego, że w wyborach 2002 r. mieszkańcy poparli Radomskiego.
Szybko się jednak okazało, że były naczelnik nie będzie lekiem na całe zło.
- Wybór burmistrza był spowodowany nostalgicznymi wspomnieniami z
przeszłości - mówił kilka miesięcy po wyborach Witold Pietrzykowski z
siemiatyckiego Forum Prawicy. - Ale dzisiaj widać, że doświadczenie
wyniesione z PRL_u nie skutkuje dla rozwoju miasta. Obecne rządy w mieście
oceniam negatywnie, więcej w tym propagandy niż konkretnych działań.
Jakie doświadczenie z PRL_u wyniósł Zbigniew Radomski? Ogromne - był przecież
wtedy naczelnikiem miasta. Nie miał jednak najwyższych notowań w Urzędzie
Wojewódzkim w Białymstoku, a podczas kontroli nie pomogło mu nawet
członkostwo w PZPR. W 1976 r. specjalna komisja wykryła u niego wiele
nieprawidłowości, głównie z zakresu gospodarowania finansami. Radomski wydał
bowiem ogromne pieniądze na przygotowanie telewizyjnego teleturnieju Bank
Miast, podczas którego Siemiatycze walczyły z Człuchowem. Podlaskie miasto
wygrało, ale jakim kosztem?
Naczelnik działał szybko
Wszyscy, którzy pamiętają lata 70_te, doskonale wiedzą, że w tamtym okresie,
gdy do miasta przyjeżdżali towarzysze albo ekipa telewizyjna, wszystko
musiało wyglądać pięknie. Zakazane były odrapane ściany, zdeptany trawnik czy
smutne twarze mieszkańców. A w Siemiatyczach przed teleturniejem nie było
nawet muzeum! I harcerze nie mieli harcówki z prawdziwego zdarzenia... Coś
trzeba było zrobić.
Naczelnik miasta Zbigniew Radomski działał szybko - po kilku miesiącach
miasto kwitło, wszyscy organizatorzy teleturnieju kochali Siemiatycze, a
harcerze mieli zbiórki w prawdziwym wiatraku. Ile na to wydano pieniędzy,
Urząd Wojewódzki dowiedział się rok później. Zwykli mieszkańcy dowiedzą się
dopiero dziś - 'GW” jako pierwsza ujawnia historyczne już wyniki prac komisji
UW.
To władze zdecydowały o tym, by w czynie społecznym zbudować wiatrak dla
harcerzy - oczywiście w ramach przygotowań do Banku Miast. Niestety, nie było
chętnych. Zbigniew Radomski kupił więc wiatrak od gospodarza spod Siemiatycz
i przetransportował go do miasta. Zapłacił za niego 130 tys. zł (choć
właściciel chciał tylko 100 tys. zł), do tego doszły koszty rozbiórki,
transportu i ponownego montażu - w sumie 289,5 tys. zł. Dużo, jeśli weźmiemy
pod uwagę, że średnie pobory w tym okresie wynosiły 2_3 tys. zł. Dużo także
dlatego, że przecież wiatrak miał zostać zbudowany za darmo! Radomski i na to
znalazł sposób - szybko powstał fikcyjny kosztorys, w którym wyliczono, jakie
prace wykonali mieszkańcy miasta i jaka była ich wartość. Choć nikt przy
wiatraku społecznie nie pracował... Najważniejsze jednak, że nietypową
harcówką można się było pochwalić w telewizji (rok później wiatrak nadal stał
nieużywany, bo nikt nie pomyślał, by go jakoś wyposażyć).
Muzeum z ośmioma obrazami
Władze chciały się też pochwalić regionalnym muzeum. Nie ma? To musi powstać.
Brakuje eksponatów? Coś się znajdzie! Rzeczywiście, znalazło się - osiem
obrazów J. Charytona (wcześniej własność Urzędu Miasta) i samowary. Obrazów
wcześniej było jedenaście, ale dwa przekazano obywatelom ze stolicy, którzy
brali udział w Banku Miast, a jeden... zaginął. Po dwóch tygodniach
szczęśliwie się odnalazł - w gabinecie naczelnika Radomskiego.
Gdy już było co powiesić w muzeum, naczelnik zaczął szukać odpowiedniego
budynku, najlepiej na reprezentatywnej wówczas ulicy Armii Czerwonej. Był
taki. Należał co prawda do Heleny R., ale naczelnik wywłaszczył w ramach
odszkodowania, wypłacając 302 tys. zł. Budynek trzeba było wyremontować i
dostosować do potrzeb nowej placówki - za 1,26 mln zł. Miasto wydało więc 1,5
mln zł na muzeum, do którego nie było żadnych wartościowych eksponatów! A
potem Radomski przekazał nieruchomość (nieodpłatnie) Siemiatyckiemu Ośrodkowi
Kultury. I wypłacił kolejne 300 tys. zł Towarzystwu Przyjaciół Siemiatycz na
wyposażenie placówki.
Dziś o muzeum nie pamiętają nawet mieszkańcy miasta. Towarzystwo Przyjaciół
Siemiatycz działa jednak nadal - choć nie sądzę, by miało tak dobrą passę jak
w latach 70_tych. Jego wiceprezesem był wówczas sam naczelnik Radomski - i
hojną ręką przekazywał towarzystwu dotacje. Aż 700 tys. zł pochodziło z
nagród, jakie Siemiatycze dostały w konkursach: Mistrz Gospodarności
i 'Mieszkańcy swojemu miastu”. Prawie połowę tej kwoty zwyczajnie
przejedzono. Do syta najedli się jednak nie mieszkańcy, a organizatorzy
teleturnieju i dziennikarze.
Wódka z zagrychą
Pierwszy bankiet odbył się w czerwcu 1975 r. w Wólce nad Bugiem. Patrząc dziś
na rachunek po imprezie, nie sposób uwierzyć w trudności z zaopatrzeniem,
typowe w tamtych latach. Cztery pieczone prosięta, 30 wędzonych węgorzy, 5 kg
szynki wędzonej, tyle samo szynki konserwowej, do tego polędwica i sałatka z
pomidorów (35 kg!) - to główne dania. Nie zabrakło też napojów, głównie
alkoholowych (choć była też coca_cola, prawdziwy rarytas w tamtych latach).
Wypito 101 butelek wódki Żytniej, 30 butelek wódki Soplica, do tego koniak i
piwo eksportowe.
- 150 uczestników kolacji zostało zaproszonych przez Towarzystwo Przyjaciół
Siemiatycz w nagrodę za wielodniowy trud społeczny ludzi miejscowego aktywu,
którzy bezinteresownie z wielkim poświęceniem trudzili się - wyjaśniał
białostockim urzędnikom w 1976 r. Zbigniew Radomski. - A alkohol, jak mnie
wiadomo, był brany w depozyt i przy rozliczaniu jego mogły nastąpić
kradzieże, których Towarzystwo Przyjaciół Siemiatycz nie było w stanie
dopilnować.
To ciekawe, że 'miejscowy aktyw” zaproszony na kolację liczył dokładnie tyle
samo osób co ekipa telewizyjna obsługująca Bank Miast...
Bankietów i kolacji było zresztą dużo więcej. W grudniu 1975 r. Siemiatycze
przyjmowały naczelników miast, które wcześniej brały udział w telewizyjnym
teleturnieju. Wystawna kolacja na 40 osób w siemiatyckiej jadłodajni
kosztowała 10 tys. zł (za taką kwotę dwie czteroosobowe rodziny mogły przeżyć
miesiąc). Wart wzmianki jest także bankiet z tego samego miesiąca na 350
osób. Czego tam nie było! Indyki, dziczyzna, ryby, wędliny, sękacze, torty,
do tego ogromne ilości alkoholu. Najwięcej oczywiście Żytniej (350 butelek),
do tego 75 butelek Soplicy, winiak i koniak. Toasty wznoszono szampanem -
poszły 24 butelki.
Z samogonem do urzędu
Jeśli komuś wydaje się, że taką ilością alkoholu można by upoić dziesięć ekip
organizujących teleturniej, to się myli. W Siemiatyczach alkoholu
najwyraźniej brakowało, skoro Urząd Miasta płacił za artykuły potrzebne do...
pędzenia samogonu. Regularnie za publiczne pieniądze kupowano cukier i duże
ilości drożdży.
- Za samogon nie płaciłam, lecz zakupowałam cukier na wykonanie tego
artykułu - zeznała urzędnikom z Białegostoku Teresa S., pracownica
magistratu.
W połowie 1976 r. napojów i żywności znowu zabrakło. Dyrektor Siemiatyckiego
Ośrodka Kultury, Romuald W., pobrał więc zaliczkę z urzędu i pojechał na
zakupy. Po kilku dniach przywió
Obserwuj wątek
    • przemysz Re: Siemiatycka "Władza" 04.08.04, 23:00
      Władza karze za syna

      - Od początku mojej pracy w 'Gazecie Współczesnej” władze miasta starają się
      ograniczać mój dostęp do informacji, straszą mnie i moją rodzinę - mówi nasz
      dziennikarz Przemysław Golański Burmistrz Zbigniew Radomski twierdzi, że
      zwolnienie z pracy Lucyny Golańskiej nie ma żadnego związku z artykułami jej
      syna.



      Rodzice naszego dziennikarza z Siemiatycz, Przemysława Golańskiego, zostali
      zwolnieni z pracy: ojca wyrzucono zaraz po tym, gdy Przemek zaczął pisać
      w 'Gazecie Współczesnej” o siemiatyckim urzędzie miasta. Matka dostała
      wypowiedzenie w ostatni piątek - tuż po ukazaniu się niepochlebnego dla
      burmistrza artykułu.

      - To zbieg okoliczności - twierdzą władze miasta.
      Państwo Golańscy od lat pracowali w przedszkolach nadzorowanych przez Urząd
      Miasta w Siemiatyczach. Wystarczyło jednak, by Przemek, jako dziennikarz,
      zaczął informować Czytelników o działaniach władz miejskich, żeby jego ojciec
      Andrzej Golański stracił pracę.
      - Poszedłem do burmistrza Zbigniewa Radomskiego, by dowiedzieć się, czy w
      przedszkolach są planowane dalsze zwolnienia. Burmistrz zarzucił mi, że chcę,
      by go zwolnili ze stanowiska. Zaprzeczyłem, ale to nie zmieniło jego
      nastawienia - opowiada Przemek.
      Andrzej Golański odwołał się do sądu pracy. Nie złożył jednak pełnych zeznań,
      bo kilkakrotnie ostrzeżono go, żeby nie opowiadał przed sądem o działaniach
      władz miejskich - w przeciwnym razie pracę straci jego żona. Naciskano także na
      Przemka.
      14 lipca we 'Współczesnej” ukazał się artykuł Przemka o niekorzystnym dla
      burmistrza wyroku sądu. Następnego dnia do Zbigniewa Radomskiego zadzwoniła
      inna dziennikarka naszej gazety, pytając o szczegóły tej sprawy. 16 lipca
      Lucyna Golańska, matka Przemka, dostała wypowiedzenie.
      - Nikt mnie wcześniej nie informował, że mam zostać zwolniona. Przeciwnie,
      wspominano, że być może zostanę zatrudniona na cały etat - mówi Lucyna
      Golańska. - Po otrzymaniu wypowiedzenia zadzwoniłam do przełożonej
      siemiatyckich przedszkoli, pani Wilczyńskiej. Usłyszałam, że powinnam wiedzieć,
      za co mnie zwalniają.
      Grażyna Wilczyńska, dyrektor zespołu ds. przedszkoli w Siemiatyczach, uważa
      zarzuty rodziny Golańskich za bezzasadne.
      - Zwolniliśmy cztery osoby, nie tylko panią Golańską. I to nie są ostatnie
      zwolnienia w mieście - wyjaśnia. - A że prześladujemy państwa Golańskich? To
      nieprawda! Praca ich syna nie ma związku ze zwolnieniami. Po prostu zbieg
      okoliczności.
      Czterem pracownikom siemiatyckich przedszkoli rzeczywiście wręczono
      wypowiedzenia, ale w placówce, w której pracowała Golańska, zwolniono tylko ją.
      - Rozmawiałem o tej sprawie z burmistrzem Radomskim (wczoraj nie było go w
      urzędzie - przyp. red.) - powiedział nam Stanisław Fleks, zastępca burmistrza
      Siemiatycz. - Zwolnienia pani Golańskiej nie można w żaden sposób łączyć z
      artykułami jej syna.
      Nasz dziennikarz uznał, że nie da się zastraszyć i złożył do prokuratury
      zawiadomienie o przestępstwie. Jego ojciec powiadomił o doniesieniu Grażynę
      Wilczyńską.
      - Dostaję telefony z pogróżkami! Ktoś, kto się podaje za Golańskiego, mówi, że
      we wtorek nie będę żyła - mówiła zdenerwowana Wilczyńska.
      - Niczego takiego nie było - zaprzecza Przemek. - Sprawa jest w prokuraturze i
      to jej przedstawiciele będą kontaktować się z Wilczyńską, a nie my.



      Anna Mierzyńska Gazeta Współczesna



      )
      )
      )
      )
      )
      ) Zbigniew Radomski stracił już zaufanie, którym obdarzyli go mieszkańcy
      ) Siemiatycz podczas ostatnich wyborów samorządowych. Mieli nadzieję, że gdy on
      ) zostanie burmistrzem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do
      ) Siemiatycz wrócą lepsze czasy. Bo w tym mieście polską 'komunę” wspomina
      ) się
      ) raczej z rozrzewnieniem niż z niechęcią. A jej symbolem dla wielu
      ) siemiatyczan jest właśnie Zbigniew Radomski.
      )
      ) - Gdy w latach 70_tych Radomski był naczelnikiem, Siemiatycze wyróżniały się
      ) dużą aktywnością. Zdobywały nagrody w konkursie o tytuł Mistrza
      ) Gospodarności, startowały w telewizyjnym Banku Miast. Wybudowano zalew,
      ) powstało muzeum - wymienia były już mieszkaniec Siemiatycz (dziś żyje za
      ) granicą). - A w latach 90_tych to właśnie Radomski, jako dyrektor
      ) siemiatyckiego PKS, wpadł na pomysł, by uruchomić stałą linię autobusową
      ) Siemiatycze - Bruksela.
      ) Nic więc dziwnego, że w wyborach 2002 r. mieszkańcy poparli Radomskiego.
      ) Szybko się jednak okazało, że były naczelnik nie będzie lekiem na całe zło.
      ) - Wybór burmistrza był spowodowany nostalgicznymi wspomnieniami z
      ) przeszłości - mówił kilka miesięcy po wyborach Witold Pietrzykowski z
      ) siemiatyckiego Forum Prawicy. - Ale dzisiaj widać, że doświadczenie
      ) wyniesione z PRL_u nie skutkuje dla rozwoju miasta. Obecne rządy w mieście
      ) oceniam negatywnie, więcej w tym propagandy niż konkretnych działań.
      ) Jakie doświadczenie z PRL_u wyniósł Zbigniew Radomski? Ogromne - był przecież
      ) wtedy naczelnikiem miasta. Nie miał jednak najwyższych notowań w Urzędzie
      ) Wojewódzkim w Białymstoku, a podczas kontroli nie pomogło mu nawet
      ) członkostwo w PZPR. W 1976 r. specjalna komisja wykryła u niego wiele
      ) nieprawidłowości, głównie z zakresu gospodarowania finansami. Radomski wydał
      ) bowiem ogromne pieniądze na przygotowanie telewizyjnego teleturnieju Bank
      ) Miast, podczas którego Siemiatycze walczyły z Człuchowem. Podlaskie miasto
      ) wygrało, ale jakim kosztem?
      ) Naczelnik działał szybko
      ) Wszyscy, którzy pamiętają lata 70_te, doskonale wiedzą, że w tamtym okresie,
      ) gdy do miasta przyjeżdżali towarzysze albo ekipa telewizyjna, wszystko
      ) musiało wyglądać pięknie. Zakazane były odrapane ściany, zdeptany trawnik czy
      ) smutne twarze mieszkańców. A w Siemiatyczach przed teleturniejem nie było
      ) nawet muzeum! I harcerze nie mieli harcówki z prawdziwego zdarzenia... Coś
      ) trzeba było zrobić.
      ) Naczelnik miasta Zbigniew Radomski działał szybko - po kilku miesiącach
      ) miasto kwitło, wszyscy organizatorzy teleturnieju kochali Siemiatycze, a
      ) harcerze mieli zbiórki w prawdziwym wiatraku. Ile na to wydano pieniędzy,
      ) Urząd Wojewódzki dowiedział się rok później. Zwykli mieszkańcy dowiedzą się
      ) dopiero dziś - 'GW” jako pierwsza ujawnia historyczne już wyniki prac kom
      ) isji
      ) UW.
      ) To władze zdecydowały o tym, by w czynie społecznym zbudować wiatrak dla
      ) harcerzy - oczywiście w ramach przygotowań do Banku Miast. Niestety, nie było
      ) chętnych. Zbigniew Radomski kupił więc wiatrak od gospodarza spod Siemiatycz
      ) i przetransportował go do miasta. Zapłacił za niego 130 tys. zł (choć
      ) właściciel chciał tylko 100 tys. zł), do tego doszły koszty rozbiórki,
      ) transportu i ponownego montażu - w sumie 289,5 tys. zł. Dużo, jeśli weźmiemy
      ) pod uwagę, że średnie pobory w tym okresie wynosiły 2_3 tys. zł. Dużo także
      ) dlatego, że przecież wiatrak miał zostać zbudowany za darmo! Radomski i na to
      ) znalazł sposób - szybko powstał fikcyjny kosztorys, w którym wyliczono, jakie
      ) prace wykonali mieszkańcy miasta i jaka była ich wartość. Choć nikt przy
      ) wiatraku społecznie nie pracował... Najważniejsze jednak, że nietypową
      ) harcówką można się było pochwalić w telewizji (rok później wiatrak nadal stał
      ) nieużywany, bo nikt nie pomyślał, by go jakoś wyposażyć).
      ) Muzeum z ośmioma obrazami
      ) Władze chciały się też pochwalić regionalnym muzeum. Nie ma? To musi powstać.
      ) Brakuje eksponatów? Coś się znajdzie! Rzeczywiście, znalazło się - osiem
      ) obrazów J. Charytona (wcześniej własność Urzędu Miasta) i samowary. Obrazów
      ) wcześniej było jedenaście, ale dwa przekazano obywatelom ze stolicy, którzy
      ) brali udział w Banku Miast, a jeden... zaginął. Po dwóch tygodniach
      ) szczęśliwie się odnalazł - w gabinecie naczelnika Radomskiego.
      ) Gdy już było co powiesić w muzeum, naczelnik zaczął szukać odpowiedniego
      ) budynku, najlepiej na reprezentatywnej wówczas ulicy Armii Czerwonej. Był
      ) taki. Należał co pr
      • h.olender Re: Siemiatycka "Władza" 24.08.04, 09:29
        Władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie.

        Żadna władza nie lubi krytyki, zwłaszcza uzasadnionej. Dlatego też nie znosi
        dziennikarzy "ośmielających się" pisać o niej krytycznie. To pewne ryzyko
        zawodowe, związane z wykonywaniem zawodu dziennikarza. Łatwo się komuś narazić
        swoimi publikacjami. Niby mamy w Polsce wolność słowa, cenzura została
        zniesiona 15 lat temu, ale stare nawyki dają znać o sobie, zwłaszcza na
        poziomie lokalnym. Niedawno głośna była choćby sprawa redaktora A. Marka z
        gazety w Policach, skazanego prawomocnym wyrokiem sądowym na karę więzienia
        za "znieważenie" lokalnych notabli. Odbywały się w tej sprawie spektakularne
        akcje solidarności, znani dziennikarze zamykali się w klatce przed gmachem
        Sejmu. Redaktor naczelny "Głosu Siemiatycz" J. Nowicki też jest uwikłany w
        kilka procesów sądowych. Można powiedzieć, że to pewna smutna prawidłowość, nie
        tylko na Białorusi. Choć w tym konkretnym przypadku wydaje mi się, że reakcja
        siemiatyckiej władzy była nieadekwatna do sytuacji. W celu "dyscyplinowania"
        dziennikarza użyto zbyt mocnych "argumentów".

        Z drugiej strony, pokazuje to, że lokalna władza ma jednak "instrumenty", aby
        się "zemścić" na niewygodnym dziennikarzu, np. poprzez zastosowanie retorsji
        wobec jego rodziny zgodnie z zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Poza tym każdy
        mieszkaniec Siemiatycz - wcześniej czy później - będzie się przecież musiał
        zwrócić w jakiejś sprawie do lokalnej władzy... Nie chciałbym Cię zniechęcać,
        ale bilans zysków (z tytułu wierszówki w gazecie) i strat (zwolnienie z pracy
        rodziców, straty finansowe i moralne w związku z prawdopodobnym procesem
        sądowym) nie wygląda raczej zachęcająco... Bezpieczniej chyba pisać np. o
        filatelistyce albo o ogrodnictwie :-(

        Pojęcie prasy jako tzw. czwartej władzy jest tak naprwdę dość umowne,
        powiedziałbym nawet czysto symboliczne. Dziennikarzom trudno sobie rościć prawa
        do traktowania się na równi z lokalnym establishmentem. A jeśli już idzie się z
        nim na wojnę, to trzeba się niestety liczyć też i z konsekwencjami. Gdzie drwa
        rąbią, tam wióry lecą.

        ---
        Prawdziwa cnota krytyk się nie boi.
    • h.olender Bank Miast 06.08.04, 09:46
      Artykuł o kulisach udziału Siemiatycz w telewizyjnym Banku Miast przeczytałem z
      dużym zainteresowaniem. Nie były mi one wcześniej znane. Bank Miast pozostał w
      mojej pamięci jako radosne święto, jedno ze szczytowych osiągnięć Siemiatycz w
      powojennej historii. Transmisje w TVP, koncert Jarockiej, boom inwestycyjny. Z
      tego co pamiętam, program ten składał się z dwóch części, nadawanych w odstępie
      półrocznym. Trzeba było w międzyczasie wykazać się jakimiś inwestycjami,
      służącymi rozwojowi miasta. Trudno więc mieć do naczelnika Radomskiego
      pretensje, że starał się wypaść przed publicznością ogólnopolską jak najlepiej.
      Nie mógł przecież siedzieć z założonymi rękoma. Wiatrak, muzeum czy zalew
      pozostały przecież do dziś. Mało było w późniejszym czasie podobnych
      inwestycji, niestety.

      Zdaje się, że na początku artykułu przytoczyłeś kilka moich wypowiedzi z tego
      forum. Postać pana Radomskiego kojarzy mi się rzeczywiście jak najlepiej.
      Trudno mi oczywiście oceniać jego obecną działalność w charakterze burmistrza.
      Zweryfikują to następne wybory. Odnoszę wrażenie, że szanse Radomskiego na
      reelekcję nie są wcale małe. Ale może się mylę. Wątpię, aby mogło mu zaszkodzić
      wyciąganie jakichś nieprawidłowości sprzed 30 lat. Nawet jeśli takowe były, to
      dawno już chyba uległy przedawnieniu.

      Muzeum z ośmioma obrazami???
      Od czegoś zawsze trzeba zacząć. Z czasów licealnych zachowałem o muzeum dobre
      wspomnienie. Bywaliśmy tam na wystawach, także prac kółka plastycznego w LO.
      Był wtedy w liceum nauczyciel-pasjonat malarstwa prof. Wiszenko. Dzięki
      działalności kierowanego przez niego kółka, a także muzeum, kilka osób
      ukończyło studia na ASP (m.in. Jarek Wiszenko, syn wspomnianego profesora -
      studiował architekturę). Podobnie jak pewnie by nie było teraz aktora Darka
      Kowalskiego, gdyby nie działalność siemiatyckiego teatru amatorskiego.

      Wystawne biesiady???
      Skłonność do biesiadowania leży akurat w mentalności narodu podlaskiego.
      Wystarczy wspomnieć o weselach na 200 osób, organizowanych często na
      zasadzie "zastaw się, a postaw się". Kilka lat temu w Siemiatyczach odbył się
      jeden z koncertów "Lata z radiem". Do dziś redaktorzy wspominają wystawne
      przyjęcie przy obficie zastawionym stole. Oferowali się potem sami Siemiatyczom
      z kolejnym koncertem, proponując występ swojej największej gwiazdy
      Rynkowskiego. Miasto wtedy jednak odmówiło, tłumacząc się brakiem środków.

      P.S. O przykrej sprawie prześladowań za działalność dziennikarską napiszę innym
      razem. To smutne, że lokalna władza w ten sposób reaguje na wszelkie krytyczne
      publikacje prasowe. Coś na ten temat mógłby pewnie powiedzieć redaktor Nowicki
      z "Głosu Siemiatycz", uwikłany w kilka procesów sądowych.
    • h.olender przewodniczący się wybronił 22.10.04, 16:13
      Dotychczasowy przewodniczący Rady Powiatu siemiatyckiego Krzysztof Moczulski
      nadal będzie pełnił tę funkcję. Podczas wczorajszej sesji w Siemiatyczach nie
      udało się przegłosować wniosku o jego odwołanie. W trakcie obrad ze strony
      samorządowców padło wiele zarzutów pod adresem Moczulskiego, który do niedawna
      był prezesem poważnie zadłużonej Gminnej Spółdzielni w Grodzisku.
      Za odwołaniem przewodniczącego opowiedziało się ośmiu radnych, przeciw
      wnioskowi głosowało dziewięciu z nich.
      - Tak nie może być! Co pan myśli, panie przewodniczący, że pan jest nietykalny?
      Przecież pan po dwóch latach kadencji rady często przychodzi nieprzygotowany i
      popełnia błędy. Pracuje pan w Białymstoku, a przewodniczącym jest w
      Siemiatyczach - mówili radni z opozycji.
      Moczulski odpierał zarzuty i twierdził, że to świadoma prowokacja kilku radnych.
      - Moja praca w Białymstoku jest przejściowa, a na stałe mieszkam w Grodzisku.
      Życie polega na tym, że powinno się ze sobą rozmawiać, a nie krytykować. Jeżeli
      ktoś chce na siłę znaleźć haka, to znajdzie - tłumaczył Krzysztof Moczulski.
      W obronie przewodniczącego wypowiedział się starosta siemiatycki Jan Zalewski.
      - Ja osobiście współpracę z przewodniczącym określam pozytywnie. Często bywam w
      Białymstoku i omawiamy tam również sprawy powiatu - powiedział Zalewski.
      Radni pytali Moczulskiego o prawdziwość artykułów prasowych. W lokalnym piśmie
      ukazały się publikacje traktujące o tym, że Gminna Spółdzielnia w Grodzisku ma
      poważne kłopoty finansowe i grozi jej upadłość.
      - Czy pan myśli, że jako osoba publiczna nie może być pan krytykowany? Skąd u
      pana taki styl? - pytał radny Eugeniusz Szyszko.
      - Prasa pisze różne rzeczy, na które nie ma się wpływu. Młodzi ludzie często
      chcą zabłysnąć i piszą różne sensacje. Informacje zawarte w artykułach były
      nieprawdziwe. Obecnie GS jest kontrolowany i wszystko się wkrótce wyjaśni.
      Spółdzielnia oprócz swoich zobowiązań ma również sporo dłużników zalegających z
      zapłatą - powiedział Moczulski.

      (Gazeta Współczesna, 20 października 2004 r.)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka