przemysz
04.08.04, 22:57
Wielkie żarcie w Siemiatyczach
Zbigniew Radomski stracił już zaufanie, którym obdarzyli go mieszkańcy
Siemiatycz podczas ostatnich wyborów samorządowych. Mieli nadzieję, że gdy on
zostanie burmistrzem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do
Siemiatycz wrócą lepsze czasy. Bo w tym mieście polską 'komunę” wspomina się
raczej z rozrzewnieniem niż z niechęcią. A jej symbolem dla wielu
siemiatyczan jest właśnie Zbigniew Radomski.
- Gdy w latach 70_tych Radomski był naczelnikiem, Siemiatycze wyróżniały się
dużą aktywnością. Zdobywały nagrody w konkursie o tytuł Mistrza
Gospodarności, startowały w telewizyjnym Banku Miast. Wybudowano zalew,
powstało muzeum - wymienia były już mieszkaniec Siemiatycz (dziś żyje za
granicą). - A w latach 90_tych to właśnie Radomski, jako dyrektor
siemiatyckiego PKS, wpadł na pomysł, by uruchomić stałą linię autobusową
Siemiatycze - Bruksela.
Nic więc dziwnego, że w wyborach 2002 r. mieszkańcy poparli Radomskiego.
Szybko się jednak okazało, że były naczelnik nie będzie lekiem na całe zło.
- Wybór burmistrza był spowodowany nostalgicznymi wspomnieniami z
przeszłości - mówił kilka miesięcy po wyborach Witold Pietrzykowski z
siemiatyckiego Forum Prawicy. - Ale dzisiaj widać, że doświadczenie
wyniesione z PRL_u nie skutkuje dla rozwoju miasta. Obecne rządy w mieście
oceniam negatywnie, więcej w tym propagandy niż konkretnych działań.
Jakie doświadczenie z PRL_u wyniósł Zbigniew Radomski? Ogromne - był przecież
wtedy naczelnikiem miasta. Nie miał jednak najwyższych notowań w Urzędzie
Wojewódzkim w Białymstoku, a podczas kontroli nie pomogło mu nawet
członkostwo w PZPR. W 1976 r. specjalna komisja wykryła u niego wiele
nieprawidłowości, głównie z zakresu gospodarowania finansami. Radomski wydał
bowiem ogromne pieniądze na przygotowanie telewizyjnego teleturnieju Bank
Miast, podczas którego Siemiatycze walczyły z Człuchowem. Podlaskie miasto
wygrało, ale jakim kosztem?
Naczelnik działał szybko
Wszyscy, którzy pamiętają lata 70_te, doskonale wiedzą, że w tamtym okresie,
gdy do miasta przyjeżdżali towarzysze albo ekipa telewizyjna, wszystko
musiało wyglądać pięknie. Zakazane były odrapane ściany, zdeptany trawnik czy
smutne twarze mieszkańców. A w Siemiatyczach przed teleturniejem nie było
nawet muzeum! I harcerze nie mieli harcówki z prawdziwego zdarzenia... Coś
trzeba było zrobić.
Naczelnik miasta Zbigniew Radomski działał szybko - po kilku miesiącach
miasto kwitło, wszyscy organizatorzy teleturnieju kochali Siemiatycze, a
harcerze mieli zbiórki w prawdziwym wiatraku. Ile na to wydano pieniędzy,
Urząd Wojewódzki dowiedział się rok później. Zwykli mieszkańcy dowiedzą się
dopiero dziś - 'GW” jako pierwsza ujawnia historyczne już wyniki prac komisji
UW.
To władze zdecydowały o tym, by w czynie społecznym zbudować wiatrak dla
harcerzy - oczywiście w ramach przygotowań do Banku Miast. Niestety, nie było
chętnych. Zbigniew Radomski kupił więc wiatrak od gospodarza spod Siemiatycz
i przetransportował go do miasta. Zapłacił za niego 130 tys. zł (choć
właściciel chciał tylko 100 tys. zł), do tego doszły koszty rozbiórki,
transportu i ponownego montażu - w sumie 289,5 tys. zł. Dużo, jeśli weźmiemy
pod uwagę, że średnie pobory w tym okresie wynosiły 2_3 tys. zł. Dużo także
dlatego, że przecież wiatrak miał zostać zbudowany za darmo! Radomski i na to
znalazł sposób - szybko powstał fikcyjny kosztorys, w którym wyliczono, jakie
prace wykonali mieszkańcy miasta i jaka była ich wartość. Choć nikt przy
wiatraku społecznie nie pracował... Najważniejsze jednak, że nietypową
harcówką można się było pochwalić w telewizji (rok później wiatrak nadal stał
nieużywany, bo nikt nie pomyślał, by go jakoś wyposażyć).
Muzeum z ośmioma obrazami
Władze chciały się też pochwalić regionalnym muzeum. Nie ma? To musi powstać.
Brakuje eksponatów? Coś się znajdzie! Rzeczywiście, znalazło się - osiem
obrazów J. Charytona (wcześniej własność Urzędu Miasta) i samowary. Obrazów
wcześniej było jedenaście, ale dwa przekazano obywatelom ze stolicy, którzy
brali udział w Banku Miast, a jeden... zaginął. Po dwóch tygodniach
szczęśliwie się odnalazł - w gabinecie naczelnika Radomskiego.
Gdy już było co powiesić w muzeum, naczelnik zaczął szukać odpowiedniego
budynku, najlepiej na reprezentatywnej wówczas ulicy Armii Czerwonej. Był
taki. Należał co prawda do Heleny R., ale naczelnik wywłaszczył w ramach
odszkodowania, wypłacając 302 tys. zł. Budynek trzeba było wyremontować i
dostosować do potrzeb nowej placówki - za 1,26 mln zł. Miasto wydało więc 1,5
mln zł na muzeum, do którego nie było żadnych wartościowych eksponatów! A
potem Radomski przekazał nieruchomość (nieodpłatnie) Siemiatyckiemu Ośrodkowi
Kultury. I wypłacił kolejne 300 tys. zł Towarzystwu Przyjaciół Siemiatycz na
wyposażenie placówki.
Dziś o muzeum nie pamiętają nawet mieszkańcy miasta. Towarzystwo Przyjaciół
Siemiatycz działa jednak nadal - choć nie sądzę, by miało tak dobrą passę jak
w latach 70_tych. Jego wiceprezesem był wówczas sam naczelnik Radomski - i
hojną ręką przekazywał towarzystwu dotacje. Aż 700 tys. zł pochodziło z
nagród, jakie Siemiatycze dostały w konkursach: Mistrz Gospodarności
i 'Mieszkańcy swojemu miastu”. Prawie połowę tej kwoty zwyczajnie
przejedzono. Do syta najedli się jednak nie mieszkańcy, a organizatorzy
teleturnieju i dziennikarze.
Wódka z zagrychą
Pierwszy bankiet odbył się w czerwcu 1975 r. w Wólce nad Bugiem. Patrząc dziś
na rachunek po imprezie, nie sposób uwierzyć w trudności z zaopatrzeniem,
typowe w tamtych latach. Cztery pieczone prosięta, 30 wędzonych węgorzy, 5 kg
szynki wędzonej, tyle samo szynki konserwowej, do tego polędwica i sałatka z
pomidorów (35 kg!) - to główne dania. Nie zabrakło też napojów, głównie
alkoholowych (choć była też coca_cola, prawdziwy rarytas w tamtych latach).
Wypito 101 butelek wódki Żytniej, 30 butelek wódki Soplica, do tego koniak i
piwo eksportowe.
- 150 uczestników kolacji zostało zaproszonych przez Towarzystwo Przyjaciół
Siemiatycz w nagrodę za wielodniowy trud społeczny ludzi miejscowego aktywu,
którzy bezinteresownie z wielkim poświęceniem trudzili się - wyjaśniał
białostockim urzędnikom w 1976 r. Zbigniew Radomski. - A alkohol, jak mnie
wiadomo, był brany w depozyt i przy rozliczaniu jego mogły nastąpić
kradzieże, których Towarzystwo Przyjaciół Siemiatycz nie było w stanie
dopilnować.
To ciekawe, że 'miejscowy aktyw” zaproszony na kolację liczył dokładnie tyle
samo osób co ekipa telewizyjna obsługująca Bank Miast...
Bankietów i kolacji było zresztą dużo więcej. W grudniu 1975 r. Siemiatycze
przyjmowały naczelników miast, które wcześniej brały udział w telewizyjnym
teleturnieju. Wystawna kolacja na 40 osób w siemiatyckiej jadłodajni
kosztowała 10 tys. zł (za taką kwotę dwie czteroosobowe rodziny mogły przeżyć
miesiąc). Wart wzmianki jest także bankiet z tego samego miesiąca na 350
osób. Czego tam nie było! Indyki, dziczyzna, ryby, wędliny, sękacze, torty,
do tego ogromne ilości alkoholu. Najwięcej oczywiście Żytniej (350 butelek),
do tego 75 butelek Soplicy, winiak i koniak. Toasty wznoszono szampanem -
poszły 24 butelki.
Z samogonem do urzędu
Jeśli komuś wydaje się, że taką ilością alkoholu można by upoić dziesięć ekip
organizujących teleturniej, to się myli. W Siemiatyczach alkoholu
najwyraźniej brakowało, skoro Urząd Miasta płacił za artykuły potrzebne do...
pędzenia samogonu. Regularnie za publiczne pieniądze kupowano cukier i duże
ilości drożdży.
- Za samogon nie płaciłam, lecz zakupowałam cukier na wykonanie tego
artykułu - zeznała urzędnikom z Białegostoku Teresa S., pracownica
magistratu.
W połowie 1976 r. napojów i żywności znowu zabrakło. Dyrektor Siemiatyckiego
Ośrodka Kultury, Romuald W., pobrał więc zaliczkę z urzędu i pojechał na
zakupy. Po kilku dniach przywió