wgfc
19.12.03, 11:52
http://twojemiasto.gazeta.pl/katowice/1,35055,1827534.html
Chłopcy z gazetami
Witold Gałązka 16-12-2003, ostatnia aktualizacja 16-12-2003 11:41
Sprzedaż gazet na ulicy to szkoła charakteru. Kto ją przetrwa, ten wszystko
wytrzyma
Przed godziną czwartą nad ranem w Sosnowcu Środuli dwuletni Szymuś i roczna
Oliwia smacznie śpią. Tata całuje dzieci na pożegnanie, potem przytula
bezrobotną żonę i wymyka się z mieszkania. - Nigdzie nie mogłem znaleźć
pracy, a coś przecież musimy jeść - wzdycha Marek Misiewicz. Najpierw
autobusem, a potem tramwajem jedzie do firmy przy ul. Chorzowskiej 73a. Na
placu z dostawczego lublina koledzy Misiewicza wyładowali jeszcze ciepłe
gazety, które przyjechały z drukarni w Tychach. Sortują je do czerwonych
wózków. Marek bierze swój wózek, w którym mieści się od 80 do 100 egzemplarzy
i ciągnie na skrzyżowanie przy wesołym miasteczku. Trzeba zacząć o szóstej
rano, kiedy ludzie jadą do pracy.
Nie badamy życiorysu
- To, proszę pana, wyjątkowo ciężki kawałek chleba. Najważniejsze jednak, że
ludzie mogą pracować - mówi Anna Szkutnik, księgowa małej katowickiej firmy
City Kurier.
Z ochotnikami, którzy próbują zarobić na ulicznej sprzedaży "Gazety",
Szkutnikowa podpisuje umowy-zlecenia. - Do nas może przyjść każdy. Nikomu nie
zaglądamy w papiery. Nie badamy życiorysu. Wystarczy dowód osobisty, numer
NIP i można pracować - tłumaczy księgowa.
Przez niecałe dwa lata, od kiedy na ulicach śląskich miast pojawili się
sprzedawcy "Gazety", przez jej kartotekę przewinęło się kilkuset
pracowników. - Rotacja jest ogromna. Wyrzucam ludzi bez pardonu, za alkohol,
za kradzież. Albo odchodzą sami. Sprzedaż gazet na ulicy to taka szkoła
charakteru. Kto ją przetrwa, ten wszystko wytrzyma... - przyznaje Tadeusz
Kloc, współwłaściciel City Kuriera.
20 tysięcy tygodniowo
Jego pomysł na biznes był prosty jak kije do szczotek, które przybysz z
Małopolski produkował w Katowicach na początku lat 90. i eksportował do
ZSRR. - Mój dzisiejszy wspólnik Andrzej Andrzejczak był wtedy posłem KPN.
Grzebali w ustawach i popsuli mi wschodni interes. Dzięki temu wymyśliłem
gazeciarzy! - opowiada Kloc. Uliczna sprzedaż gazet zafascynowała go w
Wiedniu. - Tam gazeciarzy z numerami "Kroner Zeitung" widać wszędzie od rana
do późnej nocy. Wiosną zeszłego roku zaproponowałem katowickiej "Gazecie
Wyborczej", że spróbujemy powtórzyć to w Polsce. Wasz szef kolportażu nie
liczył na wiele. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania - ocenia Kloc.
Marzy tylko o jednym. - Żeby moim sprzedawcom nie przeszkadzano. Płacę za
nich podatki, ubezpieczam. 70 ludzi stoi w Katowicach, Gliwicach, Zabrzu,
Bytomiu, Tychach, ale w Mikołowie już nie, bo gnębi ich drogówka. W Sosnowcu
władza otwarcie orzekła, że dopóki oni rządzą, w mieście na ulicach "Gazety
Wyborczej" nie będzie...
Szef dobrze wie, że praca na ulicy nie należy do bezpiecznych, dlatego ubiera
swych ludzi w odblaskowe kurtki. Dzień spędza w samochodzie, krążąc po
aglomeracji. - Muszę sprawdzać, czy są trzeźwi. Nie mogę dopuścić, żeby mi
któryś pijany właził między samochody. Wyrzucałem też takich oryginałów,
którzy zatrzymywali kierowców, klękając przed maską i brali klienta na
litość!
Zasada prosta jak drut
Dwa dni temu Misiewiczowi przydzielono do pomocy 18-letnią Sonię Karcz i
bezrobotnego spawacza, który marzy o wyjeździe do pracy przy okrętach w USA.
Dziewczynie powiedziano o City Kurierze w OHP, gdy po skończeniu zawodówki w
Szopienicach szukała pracy jako ciastkarka. Sonia boi się, że nie zarobi
nawet na kaucję. Za wózek i kurtkę z naszywką "Gazety" City Kurier pobiera od
początkującego sprzedawcy 200 zł zabezpieczenia. - Musieliśmy tak postąpić,
bo ludzie uciekali. Sto gazet to dużo pieniędzy - tłumaczy Kloc i dodaje, że
wcale nie trzeba wpłacać kaucji w gotówce. - Niektórzy zarabiają na nią już
po kilku dniach - mówi. Początkujących pilnują doświadczeni sprzedawcy.
Gazeciarze: - Zasada prosta jak drut. Im więcej sprzedasz, tym więcej
zarobisz. Najwięcej schodzi w poniedziałki i piątki. I jeszcze jak są
gadżety.
Misiewicz w listopadzie zeszłego roku został rekordzistą wśród gazeciarzy na
Śląsku: sprzedał 2 tys. gazet. W nagrodę dostał od Kloca bon do Geanta. - To
były święta! - wspomina. - Zrobiliśmy z żoną zakupy za 200 zł.
- Przeciętnie udaje mi się sprzedać 30 do 60 gazet, ale miałem takie dni,
kiedy chciałem rzucić to wszystko w cholerę, bo zeszła tylko jedna... -
zdradza Darek Pieczyński (22 lata, bez zawodu, pracował jako murarz na
budowach), który w firmie wytrzymał już cztery miesiące. Sprzedaje od 6 rano
do 16 po południu na skrzyżowaniu przy ul. Mikołowskiej.
Wielu gazeciarzy nie wytrzymuje psychicznie: - Ludzie patrzą na ciebie wrogo
albo udają, że nie widzą. Niekiedy można usłyszeć wrzaski: "Po co sprzedajesz
to gówno?!". Ale są też przyjemni kierowcy. O dziwo, najczęściej w niedrogich
samochodach. Chyba rozumieją, że to niełatwa robota. Każdy z nas ma co
najmniej kilku stałych klientów. Mówią, że chcą nam pomóc i specjalnie nie
kupują gazety w kiosku tylko na ulicy.
Dać kierowcy czas
Skrzyżowania z sygnalizacją to najlepsze miejsca. - Niekiedy czerwone pali
się nawet ponad minutę! Kto szybko chodzi tam i z powrotem, ma dobre wyniki -
mówią sprzedawcy (od szybkiego chodzenia piątego dnia pracy Sonia odparzyła
sobie stopy i musiała zostać w domu).
- Rondo w Katowicach ma całkiem inną specyfikę - wyłuszcza Dariusz Olejko (34
lata, pracował w Banku Śląskim, a teraz sprzedaje gazety w korkach przed
rondem). - Trzeba bardzo wysoko trzymać zafoliowaną gazetę, żeby kierowcy na
drugim i trzecim pasie widzieli. A także ci w tyle. Trzeba kierowcy dać czas
na decyzję. Wracać do skutku.
Izabella Świerzy z Siemianowic ma swój własny sposób. - Zawsze zwracam się do
kierowców z bardzo wysoką kulturą i jednakowo podchodzę do tych w eleganckich
autach i tych w zdezelowanych żukach - mówi zadbana kobieta ("Na wygląd,
proszę pana, trzeba sobie zapracować"). Pani Izabella nudziła się w domu.
Kiedyś organizowała koncerty muzyczne w katowickim klubie Akant, była też
przedszkolanką i magazynierką. Żadnej pracy się nie boi. - Raz była koszmarna
ulewa. Zmokłam na Giszowcu jak kura. Pewien kierowca kupił gazetę, wręczył
banknot 10-złotowy i mówi: "Dziękuję, to dla pani". Poczułam takie miłe
ciepełko...
Dwóch synów pana Mirosława
W firmie mówią o rekordziście z Częstochowy: dostał od przypadkowego kierowcy
200 zł! Gazeciarze nie ukrywają, że bez napiwków trudno byłoby
zarobić "najniższą krajową". Każdy z nich wieczorami zbiera drobne monety,
żeby rano móc wydawać resztę. Niekiedy kierowca płaci 2,50 albo 3 zł i nie
chce grosików. Kiedyś dwie studentki powiesiły na piersiach
kartki: "Zarabiamy na studia". Sprzedaż wzrosła im o 200 proc.
Rok temu Mirosław Cieślak przebrał się z grupą swoich podopiecznych za św.
Mikołaja. Na ul. Korfantego sprzedali tyle gazet, że w tym roku firma
wypożyczyła stroje dla wszystkich 70 gazeciarzy.
- Pan Mirosław jest wielkim oryginałem - mówi prezes Kloc. - Przyszedł do
pracy i mówi, że będzie dojeżdżał z Jaworzna, że niby to niedaleko. "I tak
sobie nie poradzisz, więc nie będę odzierał cię ze złudzeń" - pomyślałem i
postawiłem go w najgorszym punkcie, z którego poprzednicy odpadali już
trzykrotnie. Po dwóch godzinach patrzę, a Cieślak ciągnie pusty wózek.
Myślałem, że go okradli, ale on się uśmiecha i prosi o dokładkę! Jeszcze dwa
razy tego samego dnia tak obrócił!
Cieślak z Jaworzna wstaje najwcześniej ze wszystkich, o trzeciej rano.
Samotnie wychowuje dwóch nastoletnich synów. Miał kiedyś własny jarzyniak,
ale sanepid doczepił się, że piwnica, w której trzymał towar, jest za niska. -
Miała 2,20 m wysokości, a przepisy podobno wymagają 2,50. Na przebudowę nie
było pieniędzy, no to sprzedaję gazety i żyję - uśmiecha się.
Nim za