sabrina70
18.06.12, 20:24
Witam serdecznie.
Podczytuję to forum, biorąc do serca wiele rad, jakie kierowane są do innych forumowiczów. Tym razem sama postanowiłam zapytać, a raczej upewnić się w swoim myśleniu lub przekonać że moje myślenie jest złe.
W czym rzecz? Jak wskazuje nazwa forum, problem jest w relacji z mężczyzną. Z G. spotykamy się już 4 rok. On jest po rozwodzie, mniej więcej tyle czasu, ile się znamy. Pierwsze dwa lata były super. Kiedy zaczął dzielić się z żoną majątkiem, wszystko się...pogmatwało. G. on zrobił się nerwowy i grymaśny, a do tego ...użyję kolowkializmu : wciąż sfochowany i do wszystkiego nastawiony na nie. Tak naprawdę strasznie ociągał się z tym podziałem wymyślając dziwne alibi. W końcu udało się dzięki naciskom jego najbliższych, bo dwa lata po rozwodzie to już była wg wszystkich najwyższa pora. Ja się za wiele nie wtrącałam, sama jestem po rozwodzie więc podchodzę do wszystkiego z dużą delikatnością.
Ale wracając do clou sprawy. Otóż od czasu rozpoczęcia sprawy sądowej dotyczącej podziału ( która zapewne potrwa, bo obie strony nie mają zamiaru iść na kompromis), nasze relacje stały się jakby inne. Chłodniejsze, nerwowe i pełne jego fochów. Mnie nie wolno nic zaproponować, mieć jakieś prośby ( nie mówię o finansowych, ale o takich typu: może pojedziemy w sobotę nad jezioro), a już na pewno nie jakieś nastroje i humory. Zaczęła obowiązywać zasada, że wszystko kręci się wokół niego, nie wolno mu na nic zwracać uwagi, mogę jedynie być wiecznie wesoła, uśmiechnięta i przede wszystkim zawsze ze wszystkiego zadowolona. Co gorsza, moje sprawy kompletnie się nie liczą, potrzeby również. Ale zauważam że nie tylko moje. Także jego rodziców, a kiedy jest nerwowy także dzieci. Ostatnio usłyszałam że ma wszystkiego dosyć, ponieważ wszyscy czegoś od niego chcą - ja, rodzice, rodzeństwo, dzieci, przełożony, podwładni, a on jest nami i wszystkim , w tym sowim beznadziejnym życiem zmęczony i chce polecieć w kosmos. Do tego dołączył, jak zazwyczaj kilka zdań o beznadziejnym świecie, pogodzie, suszy, burzy, kurzu, ulewie i tak dalej.
Kiedy go poznałam, poranionego i nieszczęśliwego, nie zauważyłam że malkontent z niego straszny. Wszystko wskazywało na to, że jest poukładany i wie czego chce. Dziś, znając jego rodziców, rodzeństwo i dzieci, wiem że nie potrafi podejmować trudnych życiowych decyzji tylko chowa głowę w piasek. Nie mniej, kocham go i chcę z nim być. Bo to przecież nie jest tak, że ma same wady. Tyle tylko że w ostatnim czasie jest coraz bardziej nerwowy, wobec wszystkich, a wobec mnie mniej czuły, mniej troskliwy, mniej empatyczny. Nie liczy się z niczyim zdaniem, a to z kolei przysparza kłopotów w pracy. Ponadto myślę, że lata wieczne kłótni z byłą żoną, awantury przyzwyczaiły go chyba do codziennej dawki adrenaliny. Wiele wskazuje na to , że spokój i stabilizacja powoli zaczynają go nudzić. Czasem wygląda to wszystko tak, jakby wywoływał kłótnię, gdyż jest za spokojnie. Nasz seks też stał się od niedawna ....byle jaki. On robi swoje - szybko i z nastawieniem na własną przyjemność, a przy tym irytuje się że ja nie jestem w euforii kiedy on już po 5 minutach skończył.
Martwię się. Tym co się z nim dzieje, bo nie wiem o co chodzi. Czy to efekt stresu z powodu podziału majątku, czy może jeszcze co innego. Martwią się także jego bliscy, ponieważ i wobec nich zachowuje się nie zawsze właściwie. Wszyscy też zastanawiamy się, czemu nasze plany dla niego zaczęły odchodzić na jakąś nieokreśloną przyszłość. Kiedy próbuję rozmawiać, on zmienia temat. Uważa że robi wszystko jak należy a my się czepiamy.
Może faktycznie się czepiamy, ale dlaczego zamiast czerpać z nas wsparcie, traktuje nas jak zło konieczne?