Gość: Jeremi
IP: 213.25.31.*
26.08.01, 00:13
Panie Doktorze!
Wobec standardowych, acz ważkich problemów poruszanych przez szanownych gości
tego forum, mój przypadek może wnieść nieco kolorytu. Z góry dodam, że ujęty
rzeczowymi Pańskimi odpowiedziami, jak również rozsądnym tonem dyskusji, po raz
pierwszy w życiu postanowiłem poruszyć moje własne, osobiste problemy na forum
publicznym.
Jestem trzydziestoletnim mężczyzną, nieciekawej postury, inteligencji i
charakteru. Jestem zdecydowanym hetero, a pod względem ideologicznym: ateistą
(w dużym uproszczeniu). Nigdy jeszcze nie współżyłem z kobietą, z mężczyzną
zresztą też nie. Nie jest to jakieś kuriozum, wielu moich znajomych płci obojga
też jest dziewicami, głównie ze względów religijnych jednak. To, co niezwykłe,
to fakt, iż jestem fetyszystą. Tym co mnie podnieca są buty, bycie deptanym. Od
innych mężczyzn dzielących moją dewiację odróżnia mnie brak skłonności do
odczuwania bólu, z której bezpośrednio wynika niechęć do butów na obcasach,
brak też sprowadzenia partnerki li-tylko do roli "operatora" fetysza. Sam but
mnie nie podnieca - dopiero na zgrabnej nóżce.
Innymi słowy: interesują mnie dziewczyny o zgrabnych nogach (i całej reszcie).
W szczególności te w <u>sexy</u> bucikach. ;^) Przy czym pojęcie ''sexy''
określa tu raczej klasę obuwia podkreślającego idealny kształt stopy, możliwie
pokazującego jak najwięcej tej stopy i nóżki (tenisówki, adidasy, pantofelki i
sandały, ale minimum z paskiem na pięcie, żadnych klapków czy drewniaków), na
możliwie elastycznej, choć nie cienkiej podeszwie. Tworzywo - dowolne (nie mam
preferencji odnośnie skóry, plastiku, gumy itp.). Stopa bez buta nadal jeszcze
lekko mnie odrzuca (dlaczego ''nadal'' - wyjaśnię poniżej), jednak noga w bucie
powinna być goła. Tyle opisu technicznego. :)
Moje zainteresowanie butami datuje się odkąd pamiętam, czyli od lat
dziecinnych - zabawy z rówieśnikami we wzajemne deptanie, wspinanie się po
sobie na jakieś wysoko położone i niedostępne obiekty, sprawdzanie wzajemnej
wytrzymałości na ciężar - ale bez jakichkolwiek aspektów SM (stwierdzenie może
nie do końca adekwatne w odniesieniu do dzieci - tu w znaczeniu: "nie po to,
żeby sprawiać komuś ból fizyczny"). Z reguły w butach, bez jakichkolwiek
podtekstów erotycznych.
Wraz z kolejną małżonką ojciec mój ''nabył'' mojego przyrodniego brata, w tym
samym co ja wieku (miałem wtedy ok 6-ciu lat). Po jakimś czasie wypracowaliśmy
z bratem zabawę w "deptanego" - i znów była to forma współzawodnictwa: kto
więcej wytrzyma, kto wymyśli jakąś nową metodę zostawiania śladów podeszew na
gołej skórze. Po pewnym czasie doszliśmy do wzajemnego deptania (nago) po
członkach, tylko w butach oczywiście. Gołą stopę traktowałem jako coś
niewymownie obrzydliwego. I chociaż brat był ode mnie większy i silniejszy, a
przy tym często złośliwy - nigdy tego przeciwko mnie nie wykorzystywał.
Podejrzewam, że zabawy w deptanie butami po moim nagim ciele sprawiały mu taką
samą przyjemność, jak mnie. Powiedziałem, że traktowaliśmy to jako zabawę, a w
każdym razie nie uświadamialiśmy sobie jej seksualnego podtekstu. Pojęcia
takie, jak "homoseksualizm", "fetyszyzm", "masochizm" były nam całkowicie obce.
Po raz kolejny podkreślam: ani wtedy, ani teraz nie byłem masochistą - pobudza
mnie jedynie akt deptania, uczucie czyjegoś ciężaru (możliwie pięknego)
balansującego stopami na moim ciele, nie jako forma upokorzenia, bólu,
pohańbienia. Podczas jednej z takich zabaw doznałem pierwszej namiastki
orgazmu. Teraz wspominam to ze śmiechem, ale wtedy byłem nieziemsko przerażony,
że brat zrobił mi jakąś krzywdę - przecież siusiak nigdy dotąd mi się tak nie
zachowywał! Ale po sprawdzeniu, że lepka ciecz, to wcale nie krew, jakoś się
uspokoiłem, choć długo jeszcze nie znałem nazwy ani sensu takiego stanu.
Lata mijały, przeżyłem kilka jeszcze takich ''orgazmów'' nawet pomimo wyraźnej
niechęci brata do wywoływania ich u mnie. Zacząłem się też nieco orientować w
sprawach męsko-damskich, choć jedynie w teorii. W pewnym momencie nasze zabawy
stały się coraz rzadsze. Ja nadal lubiłem deptanie (w obydwu rolach: depczącego
i będącego deptanym), jednak brat zaczął wykazywać coraz wyraźniejsze
odchylenia ku homoseksualizmowi. Nie powiem, że powodowała mną odpowiedzialność
za jego rozwój psychiczny, po prostu nie podobało mi się, że zaczyna się do
mnie "dobierać". W tym samym czasie ojciec z macochą zaczęli drzeć koty, brat
zaś, będący z natury ekstrawertykiem, zaczął nawiązywać kontakty z
przedstawicielkami płci przeciwnej. Mój ojciec zawsze wybierał sobie kobiety
zdecydowane, dominujące (choć niekoniecznie fizycznie). Niewątpliwie jest to
przyczyną mojej chorobliwej nieśmiałości w kontaktach z płcią piękną. Do połowy
studiów praktycznie nie miałem żadnych znajomych. Jeszcze w okresie znajomości
z przyrodnim bratem (po rozwodzie ojca nie utrzymywaliśmy ze sobą żadnych
kontaktów) zacząłem się onanizować - za pomocą butów, jakżeż by inaczej.
Później samozaspokajanie stało się dla mnie codzienną rutyną (i tak jest do
dzisiaj). Owszem, zawsze miałem jakieś ''znajome'', ale były to znajomości, nie
zaś związki o podłożu seksualnym. Nikomu nie wyjawiłem mojej odmienności,
licząc się z niebezpieczeństwem zaszufladkowania jako ''zboczeńca'', ''dewianta''
itd. Owszem, od czasu do czasu prosiłem jakieś dziewuszki, żeby zrobiły
mi "masaż tajlandzki" (naprawdę istnieje coś takiego, aczkolwiek z reguły robi
się go bez butów), jednak fakt, iż sprawia mi to przyjemność seksualną sensu
stricto, wyznałem tylko jednej. Poznaliśmy się jakiś czas wcześniej, nasza
znajomość stopniowo się pogłębiała. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że
to coś głębszego. Kiedyś, najwyraźniej w chwili osłabienia mechanizmów
obronnych, wyjawiłem jej, co mi sprawia przyjemność. Przyjęła to spokojnie,
raczej jako kuriozum, niż rzeczywisty problem. Problemem natomiast okazało się
jej katolickie wychowanie, no-sex-until-marriage. Deptanie - owszem. Acz z
umiarem i w najlepszym razie w bieliźnie. Wzajemne obściskiwanie (znów w
bieliźnie; w stanie podniecenia zdarzało mi się całować ją po bosych stopach -
znaczny postęp, czyż nie?) - już gorzej. Dyć to grzech. A kiedy dowiedziałem
się, że każda kobieta podczas stosunku odczuwa jedynie ból i robi to jeno z
miłości do męża - zbłęsiałem. Tak i związek się rozpadł - nie tylko z powodu
braku normalnego pożycia seksualnego. Wyznam jednak, że zacząłem dostrzegać
dzięki niemu ciało kobiety jako ''fetysz'' nie mniej silny od butów. Znaczy:
wyszło, iże mój pociąg do kobiet jest przynajmniej równie silny. Znaczy, że
takim permanentnym zbochem nie jestem. Znaczy: wystarczy sobie znaleźć bardziej
przystępną dziewczynę. Gnothi seauton - i wszystko proste.
Od ponad dwóch lat nie udało mi się poznać żadnej dziewczyny, która byłaby na
tyle zdeterminowana, co by mnie rozprawiczyć. A płacenie za sex - sposób
cokolwiek rozpaczliwy - ... nie, nie jestem jeszcze aż tak zdeterminowany.
Czy zależy ci na ambrozji, skoro nigdy jej nie kosztowałeś? Raczej nie. To samo
tyczy się seksu. A może... powoli przestaje mi już zależeć. Popadam w
pracoholizm - jeśli bowiem mam czas na myślenie, z reguły dochodzę do mało
budujących wniosków: samotność do końca życia, but za jedyną formę spełnienia
seksualnego... Mażna w łeb sobie strzelić, nieprawdaż?
Zaś za każdym razem, gdy prubuję "zapoznać" jakąś dziewczynę, robię z siebie
tak kompletnego idiotę, że później przez miesiąc podejmuję nieudane próby
ugryzienia się we własny tyłek.
I co szanowny Pan Doktor na takie dictum?
Z poważaniem
Jeremi
PS. Na prośbę zainteresowanych niektóre imiona zostały zmienione... :)