zyta2003
20.06.12, 13:57
Niedzielna rozmowa w wiekszym gronie natchnela mnie do napisania kilku slow o j.w.
Zjawisko stare jak swiat, jeden w szkole byl przesladowany, inny nie, najrzadziej chwala sie sami przesladowcy.
Po historii na campusie w NJ wladze szkolne (przynajmniej w NY) bardzo powaznie zajely sie tym problemem. I chwala im za to, bo zauwazono zjawisko, czy przypomniano sobie o nim. Nie tylko kiedy zdarzy sie tragedia, ale zapobiegawczo.
We wspomnianej rozmowie wiele osob przywolywalo wspomnienia z dziecinstwa, czasami bardzo przykre, rodzicom rzadko sie zwierzano, a jesli nawet - to efekty ich interwencji byly mierne. Dwudziestolatek, ktory dopiero niedawno przyznal sie, jak nie lubil swojej szkoly podstawowej, nawet dokladnie sprecyzowal, ze najgorzej bylo w 3-ciej i 6-tej klasie. Rodzice wiedzieli, ale nielatwo to rozwiazac. Porozmawiac najdelikatniej z mamusia? To naogol znaczy zrobic sobie smiertelnego wroga. Zglosic w szkole? Tez rezultat na przyszlosc niewiadomy. Czy mozna poprosic przywodce chlopakow, zeby chcial wziasc do gry w pilke mniej utalentowanego sportowo kolege, ktory ciagle stoi obok i czeka? (Na szczescie sporty szkolne to nawet w Ameryce bardzo przejsciowy temat do bullyingu). Dlatego najwazniejsze jest wychowanie w szkole i w domu, zeby wpoic dziecku, ze tak nie mozna. Duzo sie w szkole o tym teraz mowi.
W kazdym razie troszczac sie o dzieci zwroccie uwage i na to, czy nie sa przesladowane, lub same nie przesladuja.
Pocieszajace jest, ze naogol sie z tego wyrasta. Czasem jednak skaza pozostaje. Szkoda, ze przesladowcy czasami takimi zostaja na cale zycie, a inni pozostaja ofiarami.