ciemnanocka
13.05.09, 14:13
Zdecydowałam się napisać ten post, bo po prostu już nie mam siły do rozmów z
redakcją czasopisma Marketing&More i chciałam Was - może nie przestrzec - ale
uczulić na pewne sprawy.
Może mi coś poradzicie, co ja w tej sytuacji mam zrobić, bo doprawdy, czuję
się jakbym walczyła z wiatrakami, domagajac się jedynie umowy zgodnej ze
stanem faktycznym i kasy za zamówiony materiał.
Sytuacja wyglądała następująco:
Bodajże w kwietniu 2008 roku wysłałam do redaktora naczelnego 3 propozycje
tematów na jakie bym mogła napisać artykuł.
Spodobały się dwa z nich, poprosił o opis w punktach jednego.
Szybko wysłałam mu te punkty, plus wstęp do artykułu. Spodobało się. Dostałam
zlecenie napisania artykułu. Pan redaktor dał mi na to limit czasowy -
oczywiście wyrobiłam się i artykuł wysłałam.
Umówilismy się na określoną kasę, niedużą zresztą. No, ale w zasadzie ten
artykuł nie był dla kasy, tylko dla "publikacji".
Artykuł się spodobał, został przyjęty bez uwag, na co mam potwierdzenie e-mailem.
Potem dostawałam tylko e-maile w stylu "planujemy go do numeru sierpniowego".
Kupiłam numer sierpniowy - nie ma artykułu. Ok, zapytałam o co chodzi. No i
tak kolejno miał być we wrześniowym, a potem jeszcze przesunięty.
W listopadzie się dowiedziałam, że trzeba by tam coś dopisać, a w ogóle to
zmienić i w ogóle to pan redaktor naczelny mi nie wierzy, ze ja rozmawialam z
tymi osobami, co rozmawialam, bo ktoś tam inny powiedział co innego. I że
muszę zmienic. Nawet wykonałam ze 3 telefony, by z kims pogadac na ten temat i
relacje z rozmów dopisałam do artykułu. Nadal coś było nie tak.
Ja już byłam w ciązy, zagrożonej, na zwolnieniu lekarskim, więc za bardzo nie
byłam w stanie gdzieś jeździc, przeprowadzać z kimś wywiady itp. Miałam
wrażenie, ze to jakas gra redaktora naczelnego, bo z jakis wzgledow przestal
mu sie podobac artykul (nie dziwo, przez pol roku mocno sie mogł
zdezaktualizować) i szuka pretekstu by go nie wydrukować, a nie wiem dlaczego
nie chce mi o tym powiedzieć prosto w oczy.
Być może dlatego, ze skoro zaakceptował artykuł, musiałby za niego zapłacić.
Artykuł w końcu wział w swoje ręce jakiś chyba redaktor etatowy i generalnie,
sama muszę to przyznać, niewiele zostało z pierwotnej wersji. Widniejemy w
artykule jako współautorzy.
Artykuł ukazał się w styczniu 2009 roku. I tu myslalam, ze koniec kłopotów, a
one się dopiero zaczęły.
Pisałam już kiedyś wstępnie o tym na forum, pytając o radę.
Otrzymałam od redakcji umowę datowana bodajże na 13 grudnia. W umowie jest
zapis, ze zobowiązuję się napisac artykuł do dnia 28 grudnia, czy jakoś tak.
(w kazdym badz razie w grudniu).
Jak już pisałam, od listopada jestem na zwolnieniu i pracy żadnej nie mogę
wykonywać i nie wykonuję. Jak doczytałam, za wykonywanie pracy groziłoby mi
zwolnienie dyscyplinarne z miejsca pracy obecnego i cofnięcie kasy z ZUSu za
zwolnienie lekarskie. Więc nie będę podpisywać umowy, która nie jest zgodna ze
stanem faktycznym, ewidentnie mi zagrażającej nieprzyjemnymi konsekwencjami.
Oprócz tego na umowie widnieje kwota mniejsza niż się dogadaliśmy o 100zł
brutto. Na moje zapytanie "dlaczego". Usłyszałam, że powinnam być szczęśliwa,
ze w ogole mi kasę dają, bo w artykule było może moje jedno zdanie!
Ok, ale jak ktoś kupuje ziemniaki ode mnie, mam odzew, że ziemniaki są bardzo
dobre, umawia sie ze mną na określoną kwotę, to za pół roku nie mówi mi, że on
w sumie to chciał marchewkę i dlatego, że to są ziemniaki, zapłaci mi 100 zł
mniej. No, ale dla świętego spokoju się z kwotą zgodziłam.
I zaczęła się korespondencja na temat zmiany umowy.
Ja swoje, a redakcja M&M robi ze mnie debila, w stylu "juz nie mamy na panią
siły, bo sie pani czepia".
W koncu wyslali mi drugą umowę, która miała mieć te daty poprawione.
Druga umowa jest... duplikatem pierwszej.
Daty zatem się nie zmieniły.
No i do tej pory nie mam podpisanej umowy i nie mam kasy na koncie.
Juz nie wiem, czy napisac pismo do redakcji, ze skoro Marketing&More nie jest
w zwyczaju płacić za zamówiony artykuł i ma w zwyczaju dawać do podpisywania
umowy niezgodne z prawdą, to ja bardzo dziękuję za współpracę z taką redakcją,
pieniadze i niech, za przeproszeniem je sobie wsadzą.
Oni traktują mnie jak debilkę, dostaję maile "Jeśli chodzi o Pani osobę ja już
dawno się poddałem." Ja nie bardzo chce sie poddac, chociażby dla zasady.
Pewnie gdybym nie była na zwolnieniu, obojetne by mi było to z jaką datą
podpisuję umowę, ale aż mi się nie chce wierzyć w ograniczenie tejze redakcji
i taki brak elastyczności, ze jednej umowy nie mogą zmienić.
Aż mi to czasopismo zbrzydło, mimo iz zawsze bardzo mi się podobało.
I siedząc z tym wielkim brzuchem już, zasłaniającym monitor, czuję się
bezsilna. Gadam jak dziad do obrazu.
A piszę to ku przestrodze, ale też może coś wymyślicie:)
No. Lepiej mi:)