ignorant11
02.05.10, 19:31
Sława!
Anatomia nagonki
Strach, który opanował salon III RP jest zarówno ostentacyjny jak i
naturalny. Skala żałoby po katastrofie smoleńskiej, która miała charakter
zbiorowej i oczyszczającej ceremonii narodowej, może spowodować istotne
przewartościowania, a w efekcie doprowadzić do utraty przez obecny
establishment rządu dusz, a w konsekwencji i rządu ciał, co — z jego
perspektywy — znacznie poważniejsze. Chodzi więc o to, aby unieważnić sens
owego wspólnego przeżycia. Widać to doskonale w reakcjach na dokument Ewy
Stankiewicz “Solidarni 2010″.
SLD wystosowuje oficjalny protest do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji
podpisany przez wiceszefa partii, Jerzego Wenderlicha i jej rzecznika,
Tomasza Kalitę. Oto jak zaczyna się to wystąpienie:
“W poniedziałek, 26 kwietnia Program Pierwszy Telewizji Polskiej,
wyemitował film dokumentalny Ewy Stankiewicz i Jana
Pospieszalskiego, “Solidarni 2010″. Producentem filmu jest Robert
Kaczmarek — ten sam, który wspólnie z Grzegorzem Braunem zrealizował
dzieło pt. „Towarzysz Generał”, poświęcony Wojciechowi Jaruzelskiemu.
Grono takich twórców stworzyło film, za pomocą którego po raz kolejny
udało się wzbudzić wielkie kontrowersje, podgrzać społeczną atmosferę i
podzielić społeczeństwo.
Podczas dwugodzinnej emisji bez słowa komentarza, wybrani przechodnie
obarczają winą za katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem:
media, partie polityczne, a nawet Rosjan.”
I dalej: “Czy wzbudzanie społecznych i narodowych antagonizmów jest rolą
telewizji publicznej? Czy misją telewizji publicznej jest propagowanie
nienawiści? Pokazywania odczuć Polaków po tragedii tylko w jednym świetle,
pełnym nienawiści, bezpodstawnych podejrzeń i spisków? Groteskowa poetyka
tego tekstu, przypominająca prasowe donosy z okresu PRL-u, oddaje jednak
retorykę, którą uruchomił salon III RP w obronie status quo. Dzielenie
Polaków to podważanie monopolu dominujących w nim ośrodków
opiniotwórczych. Te ośrodki nie wahają się użyć najdalej idących
insynuacji, obelg i manipulacji. Nagonka organizowana przeciw “Solidarnym
2010″, to przykład kampanii nienawiści, które wcześniej wymierzane były
przeciw tym, którzy podważali dogmaty III RP: zwolennikom lustracji czy
dekomunizacji, krytykom oligarchicznych porządków naszego państwa. Gdyż
próba zakwestionowania pozycji establishmentu III RP to “dzielenie
Polaków”.
Retoryka ta wyklucza debatę i starcie racji. Ma eliminować, unieważniać,
unicestwiać. Przyprawić gębę i ośmieszyć. Jest więc z gruntu
antydemokratyczna. Prześledźmy ją na przykładzie kampanii przeciw filmowi
Ewy Stankiewicz. Wcześniej jednak dygresja na temat pozycji SLD. Z
perspektywy czysto politycznej dziwny może się wydać atak tej partii na
film dokumentujący protest przeciw rządowi i popierającym go mediom.
Przecież SLD jest opozycją. Jest jednak powiązana silnymi więziami z
establishmentem III RP. Ten bowiem wyrasta z postkomunistycznego układu,
do którego dokooptowana została część dawnych, opozycyjnych elit. SLD
długi czas była jego polityczną emanacją. Po aferze Rywina, która
doprowadziła tę partię do — jak się okazało trwałego — kryzysu,
establishment wszedł w układ z nowym politycznym protektorem, PO,
współuczestnicząc w zasadniczej transformacji tej partii. Być może trudno
mówić o zasadniczej transformacji, gdyż w punkcie wyjścia była to nieco
pozbawiona wyrazu platforma politycznych rozbitków. Kształt nadał jej
wstrząs moralno-polityczny, który był efektem afery Rywina. To wtedy
twarzą PO stał się Jan Rokita z projektem radykalnej reformy państwa, a
Donald Tusk i inni liderzy ugrupowania podpisali się pod nim. Wówczas PO
nie była pupilkiem “Gazety Wyborczej”, a wręcz przeciwnie. Wojna z PiS-em
i wyborcze zwycięstwo w 2007 roku doprowadziły do zasadniczej zmiany.
Nastąpiła symbioza między establishmentem III RP a PO, a ideowi politycy
tej partii zostali wypchnięci na margines. A SLD przecież wpisana jest w
III RP. Toteż jej politycy mogą roić o przejęciu roli PO, ale nie mogą
zakwestionować głębszego ładu, który utrzymuje ją przy władzy. Wróćmy do
filmu. Po to, aby unieważnić jakiś przekaz należy go zdezawuować. Film
pokazuje integrację Polaków wobec najważniejszych symboli i instytucji
wspólnoty. Jest zapisem czasu szczególnego, gdy pod wpływem wstrząsu
następuje zbiorowa refleksja i rozliczenie. Pytanie, które pojawia się
przed bohaterami filmu: na ile medialny obraz jest adekwatny do
rzeczywistości, jest w takim momencie naturalne. Oczywiste jest również
rozważanie wszelkich hipotez, które wyjaśniają katastrofę. Żadnej hipotezy
nie wyklucza prokuratura, a więc nie może wykluczyć zamachu ze strony
rosyjskiej. Na ile jest to prawdopodobne, to inna sprawa. Byłoby
manipulacją eliminować również takie pytania lub domniemania, które, jak
wszyscy wiemy, funkcjonowały wówczas — i funkcjonują nadal — na szeroką
skalę. W “Solidarnych 2010″ pojawiają się one w umiarkowanej proporcji.
Trzeba bardzo złej woli, aby przedstawić je jako tezę filmu. Stwierdzenie
(jedno na półtoragodzinny film) o tym, że Tusk ma krew na rękach ma raczej
metaforyczny charakter. I znowu, przypisywanie go twórcom filmu, a w wielu
wypadkach TVP, jest tak absurdalnym nadużyciem, że może ostać się tylko
dzięki powtarzaniu i sytuacji, w której nagonka na film nie ma z nim nic
wspólnego.
Owszem, ludzie wypowiadający się w “Solidarnych 2010″ są krytyczni wobec
stanu rzeczy w Polsce, ale wyraźnie motywuje ich do tego troska o kraj w
momencie wyjątkowo dramatycznym. Tak więc film o Polakach, którzy potrafią
integrować się w trudnych chwilach i głęboko przeżywać swoją narodową
tożsamość został przedstawiony jako nienawistny bełkot opętanej
nienawiścią tłuszczy. Gratulacje. Oczywiście, jak zwykle, ton
nadaje “Gazeta Wyborcza”, ale trzeba przyznać, że “solidarnie” podjęły go
i inne media. TVP 2 ściga się z Polsatem, a ten z TVN 24. W organie
Michnika po serii obelg i epitetów (trzeba przecież jakoś walczyć z
nienawiścią) rozpisanej na szereg identycznych tekstów chociaż podpisanych
przez różnych wykonawców, rozpoczęła się lustracja osób występujących w
dokumencie. Okazało się, że ktoś z wypowiadających się pod Pałacem
Prezydenckim był członkiem PiS, a ktoś (konkretnie trzy osoby) aktorami.
Tomasz Lis w tej samej gazecie stwierdził, że autorzy filmu rzecznikiem
ludu uczynili „zgrywającego się do bólu aktora, który nie chce powiedzieć,
czy za swe patriotyczne zeznania dostał pieniądze”. Stosując jego poetykę
powiedzieć można, że mizdrzący się do mdłości telewizyjny prezenter kłamie
wykonując zamówienie swoich mocodawców. Wspomniany aktor wydał nawet
oświadczenie, że przed kamerę Stankiewicz trafił przypadkiem i żadnego
honorarium za swoje wypowiedzi, jak nikt w tym filmie, nie pobierał.
Insynuacje potrzebują wzmocnienia. W “Punkcie widzenia” TVP 2, trójka
niezwykle pluralistycznych rozmówców: Olga Lipińska, Daniel Olbrychski i
dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz wraz z prowadzącym dyskutują czy film można
uznać za “skandaliczny” czy “haniebny”. Olbrychski ogłasza, że pojawienie
się w nim aktorów odbiera mu jakąkolwiek wiarygodność. Słuchając go uznać
by można, że to prawda, ale byłoby to jednak niesprawiedliwe.
Olbrychskiemu zresztą aktorzy mnożą się w oczach i wypełniają całość
kadru, insynuuje, że zostali oni wynajęci. Cóż, chyba pozostaje mu
współczuć.
Stałym motywem ataków na film jest etykietowanie go jako politycznej
agitki. Wprawdzie nikt w filmie nie nawołuje na głosowanie na kogokolwiek,
ani nie przyznaje się do swoich politycznych wyborów, ale w Polsce Tuska
krytyka rządu jest agitacją partyjną, co oznacza nowy rozdział
wspó