witomir
16.04.04, 23:01
"Nagle zespól kawalerzystów w sile paruset koni wyłonił się w galopie z
zarośli. [...] Tak piękna była ta ostatnia ofiara, że wszystkie niemieckie
ckm-y umilły, a tylko działa strzelały. [...] Polscy kawalerzyści nacierali
całym pędem, jak na średniowiecznych obrazach! [...] Szaleństwem było
kontynuować tę szarżę na spotkanie ze śmiercią. A jednak Polacy przeszli!" -
donosił Mario Appelius, włoski korespondent wojenny, o szarży 14. Pułku
Ułanów Jazłowieckich 19 września 1939 roku pod Dąbrową Leśną, na przedpolu
Warszawy.
Uwagi: Przedruk za zgodą redakcji pisma "Nowe Państwo
Szybkość i zaskoczenie
Kawaleria II Rzeczpospolitej stała się w czasach PRL symbolem klęski i
nieskuteczności. Ocena ta jest niesprawiedliwa. Jazda
Kawaleria II Rzeczpospolitej stała się w czasach PRL symbolem klęski i
nieskuteczności. Ocena ta jest niesprawiedliwa. Jazda - choć w 1839 roku
mocno już archaiczna - bita się doskonale, wykorzystując wszystkie walory
swojej formacji
Kawaleria w armii Polski międzywojennej odegrała ogromną rolę. Doświadczenia
wojny z 1920 roku udowodniły, że szczególnie na wschodnie niezbędne są duże
jednostki manewrowe. W latach dwudziestych funkcję tę mogła spełniać tylko
jazda.
Sytuacja zmieniła się w następnej dekadzie. W Niemczech i ZSRS powstały
dywizje pancerne i zmotoryzowane, łączone w jeszcze większe związki -
korpusy. Polscy wojskowi zdawali sobie sprawę z ich siły II Rzeczpospolita
była jednak państwem zbyt słabym gospodarczo, by skopiować działania
sąsiadów. W 1938 roku mieliśmy zarejestrowanych 43 tysiące pojazdów
mechanicznych. W tym tylko 6700 samochodów ciężarowych. Dla porównania Niemcy
w tym czasie mieli już niemal 3 miliony samochodów i motocykli.
Co gorsza, do głosu dochodziły sentymenty. Korpus oficerów kawalerii
torpedował próby motoryzacji swoich oddziałów. Mimo że nie można było liczyć
na całkowite zastąpienie koni samochodami, istniała szansa chociaż częściowej
motoryzacji armii. Zmarnowano ją jednak. We wrześniu 1939 roku dysponowaliśmy
tylko dwiema brygadami zmotoryzowanymi. Kawalerii było ponad pięciokrotnie
więcej - 11 brygad.
Pragmatyzm
Kawalerzyści nie byli jednak szaleńcami przywiązanymi jedynie do
tradycji.Zdając sobie sprawę z uwarunkowań nowoczesnej wojny oddziały jazdy
starano się wyposażyć w odpowiednią broń. I tak w kawalerii na jednego
żołnierza przypadało więcej broni maszynowej, przeciwpancernej i
przeciwlotniczej niż w formacjach piechoty Osławione lance spoczywały z
reguły w wozach taborowych. Były to także na wskroś elitarne jednostki.
Służył w nich kwiat korpusu oficerskiego. Jednostki były niemal w całości
skompletowane, dlatego w czasie mobilizacji ich poziomu wyszkolenia nie
obniżały -jak w piechocie - masy rezerwistów. Doskonale przygotowanie, wielka
odporność na trudy i niezłe uzbrojenie współgrały z niespotykaną wolą walki.
We wrześniu 1939 roku kawaleria walczyła z reguły jak zwykła piechota, czyli
w szyku pieszym. Różnicą było to, że dzięki koniom mogła pojawić się na polu
walki o wiele szybciej. W ciągu doby brygady kawalerii przemieszczały się
nawet na odległość do stu kilometrów. Stać je było także na krótkotrwałe
zrywy - w godzinę kawalerzyści pokonywali 30 kilometrów, co w czasie bitwy
miało nieraz decydujące znaczenie.
Sprawdzian
Kawaleria nie mogła równać się z wojskami pancernymi, a nawet
zmotoryzowanymi. Była jednak ich namiastką, którą starano się przygotować do
walki w najlepszy możliwy sposób. Oddziały konne we wrześniu 1939 roku
udowodniły swoją wartość. Doskonale pełniły funkcję osłony skrzydeł formacji
piechoty, skutecznie prowadziły też działania opóźniające. W starciach
frontalnych, nawet z oddziałami pancernymi, sprawdzały się ich świetne
wyszkolenie i wola walki. Przykładem jest bój Wołyńskiej Brygady Kawalerii z
niemiecką 4. Dywizją Pancerną pod Mokrą I września Zniszczono wtedy
kilkadziesiąt czołgów wroga i utrzymano pozycje obronne. Piękną kartą
zapisały się też oddziały jazdy w bitwie nad Bzurą czy w przebijaniu się
zgrupowania generała Andersa ku granicy południowej.
Szarże
W czasie wojny 1939 roku nasze oddziały szarżowały przynajmniej kilkanaście
razy Prawie zawsze z doskonałym skutkiem!
Właśnie pod Mokrą większość 19. pułku ułanów została odcięta od sił głównych
Wołyńskiej BK Aby przebić się do swoich, ułani musieli przebyć dwa kilometry
otwartej przestrzeni, nacierając bez wparcia artylerii na liczniejszego
przeciwnika. Dowódca tej grupy rotmistrz Antoni Skiba zdecydował się na
szarżę. "Pędziły teraz do lasu obydwa szwadrony [...] Niemcy nie przewidując
ataku z tej strony nie przygotowali się do obrony Zaparkowali samochody i
motocykle przy szosie i zaczęli rozchodzić się po lesie, [...] ich
ubezpieczenia podniosły alarm i wówczas rozpoczęła się ucieczka indywidualna.
Żołnierze nieprzyjaciela biegli z lasu do swoich wozów, usiłując dostać się
do leśniczówki, zanim zostaną odcięci.[...]. Siły nieprzyjaciela były spore i
łatwo mogły odeprzeć moje natarcie - gdyby Niemcy zaczęli strzelać" - napisał
rotmistrz w swoich wspomnieniach. Dzięki wykorzystaniu elementu zaskoczenia i
szybkości atakujące szwadrony miały tylko paru rannych.
W tej samej bitwie doszło również do pierwszego spotkania jazdy z czołgami. W
godzinach popołudniowych szwadron rotmistrza Jerzego Hollaka został wysłany
jako wzmocnienie obsady wsi Mokra III. W tym czasie natknął się
niespodziewanie na niemieckie czołgi. Kawalerzyści ruszyli do przodu,
wymieszali się z oddziałem nieprzyjaciela i szczęśliwie dotarli do zabudowań.
Tylko dzięki szybkości uniknęli klęski Powolna piechota zostałaby po prostu
zmieciona.
Krojanty
Inny przebieg miała bodaj najsławniejsza szarża września pod Krojantami na
Pomorzu. 1 września dwa polskie bataliony piechoty wsparte 18. pułkiem ułanów
(pułk kawalerii liczył tysiąc żołnierzy, a więc tyle, ile batalion piechoty)
zostały zaatakowane przez niemiecką 2. Dywizję Zmotoryzowaną Przewaga
nieprzyjaciela była ogromna. Niemcy systematycznie spychali polskie oddziały,
a po południu nasza piechota została zagrożona okrążeniem. Dowódca 18. pułku
ułanów wyznaczył więc 300 żołnierzy do wykonania nagłego kontrataku, który
pozwoliłby pozostałym siłom oderwać się od nieprzyjaciela.
Ułani sprawnie okrążyli pole walki i wyszli na tyły niemieckich oddziałów
Dostrzegli biwakujący batalion piechoty zupełnie nieprzygotowany do obrony
Jak to opisał jeden z uczestników walk, "była to sytuacja jakby stworzona dla
kawalerii". Polacy natychmiast ruszyli do szarży. Wynik: wróg został
doszczętnie rozproszony, wielu Niemców zabito lub raniono. Niestety na lewo
od kierunku natarcia stały zamaskowane transportery opancerzone. Otwarto z
nich silny i celny ogień do ułanów. Zginął dowódca pułku i niemal cały jego
poczet. Większość kawalerzystów wyszła jednak z tego starcia bez szwanku.
Dotkliwsze starty poniesiono podczas wcześniejszych walk w szyku pieszym.
Skutek kontrataku przerósł oczekiwania. Niemcy zaprzestali natarcia na całej
linii. Dowództwo dywizji zmotoryzowanej wpadło w popłoch i zaczęło słać
meldunki o konieczności wycofania się. Dopiero interwencja dowódcy korpusu
Heinza Guderiana - który lepiej orientował się w liczebności (niewielkiej)
polskich oddziałów - uspokoiła sytuację.
Dąbrowa Leśna
19 września Grupa Operacyjna Kawalerii gen. Romana Abrahama podjęła kolejną
próbę przebicia się do Warszawy. Po walkach nad Bzurą większość
Armii "Pomorze" i "Poznań" została rozbita. Resztki polskich oddziałów
ruszyły w kierunku stolicy lub Modlina. Na czele tych wojsk posuwała się
kawaleria.
Sytuacja zgrupowania generała Abrahama wydawała się jednak beznadziejna.
Próby przedarcia się w szyku pieszym przez linie obronne niemieckiej 1.
Dywizji Lekkiej nie powiodły się. Niemcy dysponowali czołgami i samochodami
pancernymi. Mieli także przewagę liczebną.
Wobec tego zdecydowano się na krok z pozoru s