Dodaj do ulubionych

Fragmenty książki "Od Małorosji do Ukrainy"

07.12.04, 04:42
Sława!
Polska, polski, Polacy. Próba filologicznego krajoznawstwa
Fragmenty książki "Od Małorosji do Ukrainy"
czytelnia.onet.pl/0,1110898,do_czytania.html

Każdemu pokoleniu Ukraińców, jak widać, sądzone jest mieć własną “Polskę”.
Tego lata wysłałem swoją trzynastoletnią córkę na obóz gdzieś pod Wrocławiem,
skąd wróciła pełna wrażeń, z mnóstwem dowcipów i piosenek, z opowieściami o
Januszu Korczaku i, rzecz jasna, z setkami słów nowego i nie do końca
opanowanego języka. Pierwsze listy do koleżanek pisała po angielsku, który
zna lepiej, niemal doskonale, ale zauważyłem ostatnio, że coraz częściej
pisze po polsku, zaglądając od czasu do czasu do mojego dwutomowego wielkiego
słownika.


Mykoła Riabczuk




Książka
• Od Małorosji do Ukrainy


O autorze
• Mykoła Riabczuk


Artykuły
• Do Unii czy do Rosji?


Recenzje
• Nieznany kraj za miedzą


Fragmenty
• Kilka słów o Mykole Riabczuku


Czat
• Mykoła Riabczuk


Inne
• Od Małorosji do Ukrainy - spis treści










1.

Ze wszystkich trzech słów oznaczających w przybliżeniu to samo najbardziej
pozytywne skojarzenia w nowoczesnej świadomości Ukraińców wywołuje, jak się
wydaje, przymiotnik “polski”. “Polska muzyka”, “polska książka”, “polski
film”, “polskie radio”, “polska odzież”, “polskie obuwie”, “polskie
kosmetyki” i nawet “polska kuchenka” (gazowa) – wszystko to wciąż kojarzy się
w naszej świadomości, od czasów jeszcze sowieckich, z czymś pożądanym niczym
łakocie – cukierek, czekoladka czy też ładna zabawka – słowem z “towarem
importowanym”.

Kolejnym skojarzeniem ze słodkim słowem “import” (i jeszcze słodszym – towar
deficytowy) powinno być słowo “Zachód”. Ale, jak wiemy, Polska nie była
prawdziwym “Zachodem”, o czym świadczyło popularne sowieckie
powiedzonko: “kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. Polska dla jednych
była prawie Zachodem albo nie do końca Sowietami – dla drugich; białą branką
w obozie kanibali, zatopionym szkunerem w królestwie Neptuna, wypełnionym
rzeczami zagadkowymi, już niezupełnie ludzkimi, ale też nie do końca
monstrualnymi. Był to meteoryt nie z tego świata, kawałek Europy, marsjański
statek kosmiczny przerobiony na jeszcze jedną taczankę, ale przerobiony jakby
nie do końca, bo pozostały ślady innego architektonicznego stylu, inny język
obowiązywał na pokładzie, nie do końca zsowietyzowany, inna też załoga. Ta
inność peszyła, kazała mieć się na baczności, intrygowała, pociągała.

Podróż do Polski uważano za interesującą, prestiżową, korzystną – podobnie
jak naukę polskiego, zdobycie jakiejś importowanej polskiej rzeczy,
nawiązanie znajomości, a jeszcze lepiej – spokrewnienie się z kimś. Choć więc
w skali sowieckich wartości wyjazd do Polski nie był tak wysoko notowany jak
wyjazd na Zachód, a prestiż filologii polskiej na uniwersytetach nie
dorównywał prestiżowi filologii romano-germańskiej, a i polskim jeansom czy
perfumom daleko było w tej hierarchii do prawdziwych “Wranglerów” czy
do “Oriflaime”, podobnie jak “Czerwonym Gitarom” do “Rolling
Stones’ów”, “Kobiecie i Życiu” do jakiejś “Burdy”, a fikcyjnym
przeważnie “krewnym z Polski” – do prawdziwego “wujaszka z Ameryki” –
wszystkie te wyjazdy, gitary, perfumy, jeansy, krewni mieli jedną zasadniczą,
decydującą w warunkach sowieckich przewagę. Znajdowały się w tym samym
obozie, po tej samej stronie żelaznej kurtyny, a przez co były znacznie
bardziej dostępne niż wszystkie te zachwalane i prestiżowe zachodnie łakocie.
Bycie nie do końca Zachodem w jakimś sensie rekompensowała dostępność.

Polska była dla wielu obywateli sowieckich pewną szansą, jakąś alternatywą i
grzechem byłoby nie skorzystać z tej szansy. Jedni wyjeżdżali do Polski jak
prawdziwi turyści, by obejrzeć stare, w europejskim stylu miasta i
miasteczka, pałace i zamki, posiedzieć w kawiarniach, gdzie obsługa pamiętała
jeszcze, że to ona jest dla klienta, a nie na odwrót, i gdzie większość ludzi
nie odzwyczaiła się jeszcze od wymawiania takich staromodnych słów,
jak “pan”, “pani”, “proszę”, “przepraszam”, zamiast “ej, ty”, “ej,
towarzyszu” albo “ej, kobieto”.




Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Fragmenty książki "Od Małorosji do Ukrainy"(2) 07.12.04, 04:43
      Inni jechali do fikcyjnych i prawdziwych krewnych, żeby coś sprzedać i coś
      kupić, żeby obkupić się i opchnąć towar, to znaczy nie tylko pomnożyć swój
      majątek, “szarpnąć trochę szmalu”, ale i przy okazji uzupełnić garderobę o coś
      lepszego, nowego, zmienić wygląd na mniej sowiecki, a bardziej zachodni, o ile
      to w ogóle możliwe.

      Jeszcze inni zaś nigdzie nie wyjeżdżali (bo nie wszystkich zresztą wypuszczali –
      dla niektórych nawet “kurica” była ptakiem), choć i to nie uchroniło ich
      przed “podróżami” prawie na Zachód. To właśnie ci podstępni zdrajcy byli
      najgorsi, bo na własną rękę uczyli się języka, czytali pisma kupione w kioskach
      czy też zaprenumerowane z oficjalnego pocztowego katalogu (a były tam wszystkie
      prócz katolickich czasopism) no i, rzecz jasna, kupowali książki, bo prawie w
      każdym większym mieści była księgarnia “Drużba”, w której oprócz pism Gomułki i
      Ho-Szi-Mina w oryginale można było trafić na Szymborską i Herberta, Różewicza i
      Dygata, klasykę polską i przekłady podówczas “nieistniejących” w ZSRR
      Kierkegaarda i Heideggera, Borgesa i Becketta, Ernesta Juengera i Yukio
      Mishimy. “Ja russkij by wyucził tolko za to, szto nim razgawariwał Lenin” –
      pisał niegdyś piewca rewolucji rosyjskiej Włodzimierz Majakowski. Po
      pięćdziesięciu latach okazało się, że nie dość języka Lenina – tysiące
      Ukraińców uczyło się polskiego tylko dlatego, że po polsku (w
      przekładach) “mówili” niedostępni ani po rosyjsku, ani po ukraińsku Joyce i
      Kafka, Camus i Lawrence, Koestler i Sylvia Plath, Orwell i Henry Miller.

      Nie znam inteligenckiego domu we Lwowie, w którym nie byłoby bodaj kilku
      polskich książek, podobnie zresztą jak mało znam takich domów w Kijowie. Polska
      nie była zwykłym sąsiadem, jednym z wielu współwięźniów obozu socjalistycznego,
      była chyba najbardziej wolnym, najmniej “związanym” więźniem w tymże obozie,
      źródłem stałych kłopotów dla nadzorców i obiektem mieszanych uczuć ze strony
      współwięźniów.

      2.

      Negatywne skojarzenia w świadomości Ukraińca, jak już wspomniałem, wywołuje nie
      przymiotnik “polski”, a rzeczownik “Polacy”. To paradoks nie tyle filologiczny,
      ile psychologiczny: przymiotnik jest bardziej abstrakcyjny, rzeczownik –
      konkretniejszy, przymiotnik dotyczy przedmiotu, rzeczownik – podmiotu; “polska”
      muzyka, “polska” kultura i nawet polskie kosmetyki mogą być wspaniałe, ba,
      nawet ulubione, bo to ich obiektywna, że tak powiem, wartość, gdy
      tymczasem “Polacy” nie mogą tacy być, bo są podmiotem, czyli subiektem, więc
      Ukraińcy muszą ich widzieć subiektywnie.

      Mamy więc do czynienia z klasycznym przypadkiem myślenia mitologicznego, które
      usuwa sprzeczność logiczną, nie rozwiązując jej, zamieniając ją natomiast parą
      pojęć jednorodnych, ale nierównoznacznych; jedno z nich ma raczej pozytywne,
      drugie najczęściej negatywne konotacje. Mitologiczna świadomość unika w ten
      sposób paranoi, godząc organiczną, wewnętrzną niechęć do Polaków, co to nas
      gnębili, ze słuchaniem polskiego radia, czytaniem polskich kryminałów,
      noszeniem polskich majtek i staników. Prymitywna “dialektyka” zamienia
      psychologiczne rozszczepienie na rozszczepienie czysto filologiczne.

      • ignorant11 Nieznany kraj za miedzą 07.12.04, 04:45
        Nieznany kraj za miedzą

        Edwin Bendyk

        Zbigniew Brzeziński stwierdził, że powstała latem 1991r. niepodległa Ukraina to
        jeden z najważniejszych czynników geopolitycznych na globalnej szachownicy.
        Przypomnijmy, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej mało który z ekspertów-
        sowietologów zakładał możliwość wyodrębnienia się samodzielnego państwa
        ukraińskiego z gruzów sowieckiego imperium. Gdy już powstało, dla wielu
        rozczarowanych swoim brakiem przenikliwości intelektualistów i zachodnich
        polityków nowe państwo było czymś w rodzaju bękarta komplikującego jasne
        dotychczas reguły gry. Rzeczywiście, Ukraina w swym niepodległym bycie nie
        ułatwia zadania ani analitykom, ani możnym tego świata. Chybocze się między
        biegunami polityki dwuwektorowej, raz skłaniając się bliżej Rosji, innym razem
        głośno przypominając o swoich europejskich ambicjach. Polityczny bałagan,
        zdegenerowana gospodarka z jednej, olbrzymi ciągle potencjał technologiczny i
        intelektualny z drugiej strony nie ułatwiają właściwej oceny tego, co naprawdę
        się dzieje za naszą wschodnią granicą.

        Z badań o wzajemnym wizerunku Ukraińców i Polaków, jaki opublikował w 2001r.
        Instytut Spraw Publicznych wynika, że ponad połowa Polaków ma kontakt z
        Ukraińcami poprzez zakupy. Dla połowy naszych rodaków słowo Ukrainiec oznacza
        złe skojarzenia, głównie wynikające z rozpamiętywania krwawych walk na dawnych
        wschodnich terenach II Rzeczypospolitej podczas ostatniej wojny.

        Warto jednak wiedzieć o Ukrainie zdecydowanie więcej, wszak po Niemczech to
        nasz największy bezpośredni sąsiad, z którym wiążą nas długoletnie tradycje
        historyczne Rzeczypospolitej wielu narodów (zazwyczaj dosyć bolesne, choć razem
        chodziliśmy i na Moskwę). By lepiej zrozumieć to, co u tego sąsiada się dzieje,
        kim tak naprawdę jest (z poczuciem własnej tożsamości mają problem sami
        Ukraińcy) obowiązkowo sięgnąć należy po „Od Małorosji do Ukrainy” Mykoły
        Riabczuka, jednego z najciekawszych i najbardziej przenikliwych publicystów
        ukraińskich. Koneserzy znają go z publikacji m.in. w „Tygodniku
        Powszechnym”, „Więzi” lub bezpośrednio z kijowskiej „Krytyki”
        lub „Suczasnosti”. W swoich tekstach cierpliwie, bez szowinistycznego
        zacietrzewienia, ale z głębokim poczuciem ukraińskiej godności tłumaczy czym
        jest współczesna Ukraina i współczesny Ukrainiec. Nie szczędzi przy tym ani
        zachodnich analityków, nic nie rozumiejących z postsowieckich zawiłości, ani
        swoich współkrajan. Kapitalna jest jego kreolska koncepcja rozwoju
        społeczeństwa ukraińskiego, tłumacząca dlaczego, mimo że na Ukrainie mieszka 80
        proc. Ukraińców, to jednak mniej niż połowa mieszkańców tego kraju posługuje
        się ukraińskim.

        Mykoła Riabczuk zna jednak nie tylko doskonale swoich rodaków, niemal równie
        dobrze orientuje się w sprawach polskich, fascynuje go zwłaszcza nasza kultura,
        której jest niezwykle skutecznym w Kijowie ambasadorem. To on wprowadza naszych
        intelektualistów na łamy opiniotwórczych pism ukraińskich, niestrudzenie
        pracuje, by wykorzenić ponure stereotypy. Nie jest to łatwe, bo jak pisze
        Riabczuk w zamykającym książkę eseju „Polska, polski, Polacy – próba
        filologicznego krajoznawstawa”: Dziś w żadnym mieście na Ukrainie nie można
        kupić nowych polskich pism czy książek, obejrzeć wystawy, przedstawienia
        teatralnego czy choćby nowego filmu. Przekładów z literatury polskiej też
        prawie nie ma, chyba że dzięki finansowemu wsparciu instytucji polskich.
        Niestety, również w Polsce niemal nic nie wiemy o ukraińskim życiu
        intelektualnym, epizodyczne przekłady prozy, prac historycznych tylko podsycają
        głód. Książka Mykoły Riabczuka głodu tego też nie zaspokoi, ale jest
        przynajmniej znakomitym, smacznym i pożywnym daniem.


        Edwin Bendyk
      • ignorant11 Mykoła Riabczuk 07.12.04, 04:46
        Mykoła Riabczuk
        (ur. 1953 r.)
        Książki
        • Od Małorosji do Ukrainy
        • Dwie Ukrainy


        Fragmenty
        • Polska, polski, Polacy. Próba filologicznego krajoznawstwa
        • Kilka słów o Mykole Riabczuku
        • Przedmowa autora do wydania polskiego
        • Symbole "momentokracji"
        • Hagiografia komunistyczna
        • Przedmowa do wydania francuskiego


        Artykuły
        • Do Unii czy do Rosji?


        Inne
        • Od Małorosji do Ukrainy - spis treści
        • Dwie Ukrainy - spis treści





        ukraiński krytyk literacki, eseista i publicysta. W 1988 ukończył Instytut
        Literacki im. M. Gorkiego w Moskwie. Był redaktorem i zastępcą redaktora
        naczelnego miesięcznika "Wseswit" (ukraiński odpowiednik "Literatury na
        świecie") oraz szefem działu krytyki czasopisma "Suczasnost' ".


        W latach 1994-96 i w 1999 roku był stypendystą i visitting profesorem w kilku
        uniwersytetach amerykańskich. W 1997 był współzałożycielem opiniotwórczego
        kijowskiego miesięcznika "Krytyka". Jest współpracownikiem Centrum Studiów
        Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska.

        W Polsce teksty Mykoły Riabczuka były publikowane m.in. w "Więzi", "Tygodniku
        Powszechnym", "Krasnogrudzie", "Czasie Kultury", "Akcencie", "Dekadzie
        Literackiej". W 1999 roku Mykoła Riabczuk otrzymał nagrodę POLKUL Foundation za
        działanie na rzecz dobrych stosunków ukraińsko-polskich, a w 2002 został
        laureatem polsko-ukraińskiej Nagrody Pojednania.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka