Dodaj do ulubionych

A może Centrum cierpień Narodów Słowiańskich?

    • ignorant11 Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypędzenio 12.09.03, 23:26
      Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypędzeniom poza Niemcami


      (PAP) 12-09-2003, ostatnia aktualizacja 12-09-2003 16:22

      12.9.Bruksela (PAP) - Lider Zielonych w Parlamencie Europejskim Daniel Cohn-
      Bendit opowiada się za utworzeniem europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom,
      ale poza Niemcami, na przykład w Polsce lub dawnej Jugosławii

      "Wbrew niektórym doniesieniom mediów europejskich nigdy nie popierałem pomysłu
      centrum wypędzonych w Berlinie" - cytuje Cohn- Bendita rozesłany w piątek
      komunikat prasowy

      "Udzieliłem poparcia, razem z Eriką Steinbach, Peterem Glotzem, Ralphem
      Giordano i innymi, inicjatywie, żeby stworzyć doroczną nagrodę za pojednanie" -
      oświadczył legendarny przywódca rebelii studenckiej w Paryżu w maju 1968 roku i
      przyjaciel szefa niemieckiej dyplomacji Joschki Fischera

      "Co do centrum proponowanego przez (Niemiecki) Związek Wypędzonych, myślę, że
      taki projekt ma jedynie sens, jeżeli będzie ulokowany w Polsce, Sarajewie czy
      Prisztinie" - wyjaśnił lider unijnych zielonych

      "Sprawa przesiedleń nie jest jedynie niemieckim problemem. Jest problemem
      europejskim, którego Niemcy byli zarówno sprawcami jak i ofiarami, jak inni
      ludzie. Skupianie się wyłącznie na Niemczech jest niefortunne i destrukcyjne.
      Przesiedlenia są europejską tragedią wywołaną przez nazizm. Powinno się go
      rozpatrywać w ramach europejskich" - podkreślił Cohn-Bendit. (PAP) saf/ ap/
      bno/
      • alex.4 Re: Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypęd 13.09.03, 12:43
        Cohn_bendit jest Forrestem Gumpem europejskiej polityki. Jego głupota jest
        powalajaca. Pseudointeligent. Z reguły jestem przeciwko wszelkim inicjatywom
        zielonych. To banda głupców, szalęńców i cwaniaczków. Przynajmniej takie mam z
        nimi doświadczenie....
        Pozdr
        • ignorant11 Re: Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypęd 13.09.03, 12:51
          alex.4 napisał:

          > Cohn_bendit jest Forrestem Gumpem europejskiej polityki. Jego głupota jest
          > powalajaca. Pseudointeligent. Z reguły jestem przeciwko wszelkim inicjatywom
          > zielonych. To banda głupców, szalęńców i cwaniaczków. Przynajmniej takie mam
          z
          > nimi doświadczenie....
          > Pozdr


          Sława!

          Zgoda!

          Ale pozytecnych idiotów lejących wodę na nasz młyn nalezy popierać...
    • ignorant11 Debata w Rzepie z udziałem Steibach 18.09.03, 01:53
      Erika Steinbach: Byłam przestraszona polskimi reakcjami. Niepokoi mnie to.
      Dlatego też przyjechałam do Polski. Nie chciałabym, żeby w Polsce były obawy,
      żeby Polacy myśleli, że chcieliśmy zmienić historię. Przeciwnie, bez Hitlera
      nie byłoby wypędzonych. Na zdjęciu od lewej: Donald Tusk, Erika Steinbach,
      prowadzący dyskusję Paweł Lisicki, Maciej Łukasiewicz i Józef Oleksy.

      FOT. MICHAŁ SADOWSKI

      Erika Steinbach, szefowa niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV), nie zrozumiała
      polskich racji i nie przekonała do swojego projektu budowy Centrum przeciwko
      Wypędzeniom. Na konkretne pytania zazwyczaj nie udzielała odpowiedzi. Nie
      zareagowała też na postulaty, by dla dobra stosunków polsko-niemieckich
      zawiesić realizację projektu Centrum w Berlinie. Przez ponad trzy godziny w
      redakcji "Rzeczpospolitej" trwała wczoraj dyskusja na temat Centrum przeciwko
      Wypędzeniom.

      W debacie uczestniczyli ze strony niemieckiej: Erika Steinbach, Helga Hirsch -
      publicystka wspierająca pomysł Centrum w Berlinie, Dietmar Nietan (SPD) i Jerzy
      Montag (Zieloni) - przeciwni tej idei posłowie do Bundestagu, a ze strony
      polskiej: Józef Oleksy (SLD), Donald Tusk (PO), Marcin Libicki (PiS), Anna
      Wolff-Powęska - dyrektorka Instytutu Zachodniego w Poznaniu, i Maciej
      Łukasiewicz - redaktor naczelny "Rzeczpospolitej". Przysłuchiwali się im,
      dzielili się swoimi uwagami i zadawali pytania publicyści, dyplomaci, historycy
      i dziennikarze z kilku krajów. W sumie w redakcji pojawiło się ponad stu gości.
      Sala pękała w szwach.

      Jeszcze nigdy w Polsce nie zorganizowano debaty z udziałem głównej
      pomysłodawczyni budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom. - Zainteresowanie
      przekroczyło nasze oczekiwania - powiedział redaktor naczelny Maciej
      Łukasiewicz.

      - Bardzo niepokoi mnie dysonans, jaki od kilku tygodni daje się odczuć w
      stosunkach polsko-niemieckich. Zarzuty, które kierowane są do drugiej strony,
      ranią. Troska, aby zapobiec temu, była głównym motywem zorganizowania tego
      spotkania - tłumaczył Henning Tewes z Fundacji Konrada Adenauera, która z
      redakcją "Rzeczpospolitej" współorganizowała dyskusję.

      Maciej Łukasiewicz podkreślał, że we wzajemnych stosunkach, a także w
      świadomości obu społeczeństw dokonał się fundamentalny przełom. - To jedno z
      najważniejszych wydarzeń w Europie pod koniec XX wieku. To, że Polacy wybaczyli
      Niemcom, uwierzyli im i zobaczyli w nich przyjaciół. Nic nie powinno podważyć
      tej wiary - powiedział.

      Największe zainteresowanie wzbudzała szefowa BdV. Na nią przede wszystkim
      kierowano kamery i aparaty fotograficzne, pod jej adresem padała większość
      pytań. Erika Steinbach - z kamiennym wyrazem twarzy, co chwila skrupulatnie
      notując słowa innych uczestników dyskusji - przyznała, że wiele osób odradzało
      jej przyjazd do Polski i udział w debacie. - Przyjechałam jednak z pełną
      świadomością, ponieważ uważam, że ważne jest, byśmy ze sobą rozmawiali. Niemcy
      bardzo poważnie traktują polskie obawy.

      Szefowa BdV zapewniała, że Polacy są europejskim narodem, który najbardziej
      ucierpiał w wyniku agresji nazistowskich Niemiec, a zbliżenie polsko-niemieckie
      bardzo leży jej na sercu. Deklarowała, że Centrum przeciwko Wypędzeniom ma
      upamiętniać losy nie tylko Niemców wypędzonych z różnych państw Europy
      Środkowej i Wschodniej, lecz także innych narodów, w tym Polaków. - Chciałabym,
      by w Polsce nie myślano, że chcemy zmienić historię. Wręcz przeciwnie. Wypędzeń
      nie byłoby bez Hitlera - mówiła.

      Przekonywanie nie bardzo jednak jej się udało. Słowa pani Steinbach - choć, jak
      zauważył Józef Oleksy, był w nich pewien nowy akcent - wzbudzały
      podejrzliwość. - Pani przecież sama głosowała przeciwko ratyfikacji polsko-
      niemieckiego układu granicznego, a ostatnio twierdziła pani, że Polska nie
      przestrzega wszystkich reguł w zakresie praw człowieka - mówił Oleksy. Dodał,
      że pani Steinbach stara się zamazywać historyczny wymiar przesiedleń.

      - Instytut badawczy tak, ale to ma być centrum propagandowe. Jakby zbrodniarz
      obnosił się z ranami zadanymi przez ofiarę. Absolutnie nie. Na to zgody nie ma -
      mówił podniesionym głosem Marcin Libicki. Krytyka spadła na głowę pani
      Steinbach również z ust niemieckich deputowanych. Jerzy Montag co chwila
      podważał słowa szefowej Związku Wypędzonych. - Pani wyznanie o tym, że była
      pani przestraszona, jest dla mnie pierwszym znakiem tego, że nie jest jeszcze
      pani dostatecznie poinformowana o tym, co działo się w Polsce i co Niemcy
      wyrządzili Polakom - mówił.

      Uczestnicy spotkania chcieli wiedzieć, czy dla pojednania polsko-niemieckiego
      pani Steinbach zrezygnowałaby lub przynajmniej zawiesiła realizację pomysłu
      budowy Centrum oraz dlaczego na nowo stara się pisać historię? - Zawieszenie
      projektu Centrum przeciwko Wypędzeniom dowodziłoby dobrej woli - przekonywał ją
      Donald Tusk. - Nie mam cienia wątpliwości, że akceptacji dla idei Centrum w
      Polsce pani nie znajdzie.

      Steinbach nie odpowiedziała konkretnie na żadne pytanie. Nie sprostowała też
      żadnej informacji, która - sądząc po grymasie twarzy - mogła ją oburzać. Na
      przykład tej, że na stronie internetowej BdV można znaleźć neologizmy, które do
      tej pory nie funkcjonowały w obiegu historycznym. Termin holokaust zastosowano
      bowiem wyłącznie w odniesieniu do Ormian. Tragedię narodu żydowskiego BdV
      nazwał zaś powszechnym unicestwieniem. - We wszystkich znanych mi
      wyszukiwarkach internetowych to słowo pojawia się tylko raz - na stronie BdV -
      skwitował Paweł Moras, działacz samorządowy z Wrocławia. K.Z.




      Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych
      Nie mam sympatii dla Trzeciej Rzeszy


      FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

      "Rzeczpospolita" w sposób bardzo zaangażowany zajęła się tematem wypędzeń,
      przedstawiając na swoich łamach różne stanowiska. Wielu odradzało mi przyjazd
      do Polski. Przyjechałam jednak, ponieważ ważne jest, żebyśmy ze sobą
      rozmawiali, żebyśmy nie rozmawiali o sobie, ale ze sobą, wierzę w siłę rozmowy.
      Dzisiaj rano byłam na Pawiaku i zostałam tam zapoznana z losami Warszawy, z
      losami Polski. Te obrazy zgliszczy warszawskich uświadomiły mi jeszcze
      intensywniej to, co już wcześniej podziwiałam: wolę polskiego narodu, która
      wyrażają słowa "Jeszcze Polska nie zginęła". Ekspozycja na Pawiaku ukazuje
      sytuację totalnego zniszczenia. Zniszczenia, które zostało przyniesione do
      Polski przez Hitlera. Polska jest tym narodem w Europie, który najbardziej
      ucierpiał w wyniku agresji nazistowskich Niemiec. Po raz pierwszy byłam w
      Warszawie w 1999 r. z wykładem na ATK. Już wtedy wyraźnie twierdziłam, że
      większość wypędzonych Niemców wie, jaki był los Polaków. Jesteśmy tego
      świadomi. Zbliżenie polsko-niemieckie leży mi bardzo na sercu.

      Na tereny, gdzie mieszkali kiedyś Niemcy, przybywa wielu wypędzonych. Nawiązały
      się przyjaźnie. Są to przyjaźnie wartościowe dla obu naszych narodów. Znika
      dawna wrogość zaszyta głęboko w naszych stosunkach.

      Chciałabym, żebyście państwo lepiej zrozumieli intencje Fundacji Centrum
      przeciwko Wypędzeniom. Wypędzeni pochodzą nie tylko z terenów Polski, ale
      również z Estonii, Łotwy i Litwy, z Bułgarii, Rumunii, Jugosławii,
      Czechosłowacji, a także Węgier. A więc z wielu krajów, gdzie mieszkaliśmy.
      Zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy ten temat odpowiednio podjąć, by nie
      zranić naszych sąsiadów, by nie poczuli się, że są stawiani pod pręgierzem.
      Pomyślałam, że powinniśmy podejść do tego problemu w sposób międzynarodowy.
      Poza niemieckimi wypędzonymi prawie nikt nie wie, że Hitler wypędzał też
      Polaków. Nie tylko, że napadł na Polskę, ale że też wypędzał. Że Polacy byli
      wypędzani przez Stalina. Że byli deportowani, że były tysiące zabitych. To są
      już znane fakty w Niemczech. A więc nasze podejście było takie: Centrum
      przeciwko Wypędzeniom chce nie tylko wskazać na losy niemieckich wypędzonych.
      Chcemy też uzmysłowić, czego doświadczyły inne narody, w szczególności nasi
      bezpośredni sąsie
      • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(2) 18.09.03, 01:58
        A więc nasze podejście było takie: Centrum przeciwko Wypędzeniom chce nie
        tylko wskazać na losy niemieckich wypędzonych. Chcemy też uzmysłowić, czego
        doświadczyły inne narody, w szczególności nasi bezpośredni sąsiedzi Polacy. I
        dlatego zrodziła się myśl, żeby założyć fundację poza Związkiem Wypędzonych. Ja
        jestem jedyną osobą ze Związku Wypędzonych, która działa również w tej
        fundacji.

        11 sierpnia 2000 r. napisałam do wszystkich ambasadorów tych krajów, z których
        byli wypędzeni Niemcy. Poprosiłam o przyjrzenie się naszej koncepcji, o
        poinformowanie swoich rządów i - jeśli to możliwe - o wsparcie takiego
        projektu. To było 11 sierpnia 2000 r. A 6 września dopiero założyliśmy
        fundację. Jedyną ambasadą, która odpowiedziała na to pismo była ambasada
        Federacji Rosyjskiej. Odpowiedziała nam - nie chcemy tego. Z żadnej innej
        ambasady nie było reakcji. Tak więc wyszliśmy z założenia, że nie ma żadnych
        obaw, nie ma strachu, niepokoju w tej kwestii.

        Koncepcja fundacji zawiera w sobie kilka komponentów. Jedna część dotyczy spraw
        niemieckich - jak Niemcy się zmieniły poprzez przyjazd milionów ludzi. Oni
        wnieśli swoją własną tożsamość kulturową, doświadczenia ze swoich krajów. W
        Niemczech proces integracji był niezwykle trudny. Wypędzeni byli odrzucani.
        Doświadczyła tego moja matka. Usłyszała kiedyś - jesteście gorsi niż karaluchy.
        Wypędzeni nie byli mile witani na początku.

        Druga sprawa to jest sam proces wypędzeń Niemców. Pierwsi Niemcy byli wypędzeni
        przez Hitlera. To byli Niemcy bałtyccy - w wyniku paktu Hitler-Stalin. Hitler z
        Mussolinim uzgodnili, że południowi Tyrolczycy mają zostać też wysiedleni. Do
        czasów wypędzenia Albańczyków z Kosowa mieliśmy w XX wieku wiele różnych
        wypędzeń. Za pomocą tej fundacji chcemy wysłać sygnał, że wypędzenia osądzamy
        negatywnie.

        Byłam przestraszona polskimi reakcjami. Niepokoi mnie to. Dlatego też
        przyjechałam do Polski. Nie chciałabym, żeby w Polsce były obawy, żeby Polacy
        myśleli, że chcieliśmy zmienić historię. Przeciwnie, bez Hitlera nie byłoby
        wypędzonych. Nasze intencje, nasze cele były takie, żeby nie ograniczać tego
        tematu do jednego narodu. Chcieliśmy uwzględnić w naszej muzealnej koncepcji
        także losy innych narodów.

        Na początku chcieliśmy stworzyć stałą pozycję o niemieckich wypędzonych, a
        następnie czasowe wystawy przedstawiające wypędzenia innych narodów. Teraz
        uważam, że lepiej będzie zainstalować stałą wystawę dotyczącą również wypędzeń
        Polaków.

        Jeden z moich wujków został zabity przez Hitlera. Mój dziadek był więźniem w
        obozie koncentracyjnym. Nie mam sympatii dla Trzeciej Rzeszy.

        Józef Oleksy, wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej

        Nasze obawy są uprawnione


        FOT. MICHAŁ SADOWSKI

        Pani Steinbach powiedziała, że lęka się polskich obaw i dlatego tu jest.
        Chciałbym pani pomóc zrozumieć obawy Polaków. Pani sama już dziś przedstawia
        nowe akcenty w stosunku do dotychczasowych wypowiedzi - to dowód na to, że
        dialog prowadzi do spojrzenia bardziej wspólnego. Nikomu by nie przyszło do
        głowy negować prawo Niemców do pamięci. Ale prawo do pamięci nie może być
        równoznaczne ze zmienianiem historii i pisaniem jej od nowa.

        Pani stara się zamazywać historyczny wymiar tych przesiedleń. To przecież były
        decyzje Wielkiej Czwórki, to jest prawo międzynarodowe. Pani mówi, że zależy
        jej, by był w tej sprawie kontekst europejski. Ale to jest tylko dekoracyjne. Z
        tezy o europejskości tematu bardzo szybko pani oraz pani zwolennicy schodzicie
        na kwestie milionów Niemców. Takie są korzenie tego tematu w wykonaniu Związku
        Wypędzonych. Proszę się nie dziwić mojej podejrzliwości, ale przecież pani się
        wypowiada w bolesnych dla Polaków sprawach w imieniu Związku, który przez
        długie lata odmawiał Polsce prawa istnienia w powojennych granicach. To z tego
        Związku płynie dziś temat Centrum w niemieckim wydaniu.

        To przecież pani sama głosowała przeciwko ratyfikacji polsko-niemieckiego
        układu granicznego. Ostatnio twierdziła pani, że Polska nie przestrzega
        wszystkich warunków w zakresie praw człowieka. To nie jest podejście służące
        dialogowi i stosunkom dobrosąsiedzkim. Mówi pani, że narody powinny mieć prawo
        do mieszkania w swoich ojczystych stronach. Zgoda, ale pani nie chce widzieć
        specyfiki dramatu, który w Europie miał miejsce. Dziwi mnie też, że przy
        pomniku Holokaustu ma nie być imiennego wykazu sprawców, a w Centrum w Berlinie
        taki imienny wykaz sprawców ma być. Jestem przeciwny obciążaniu procesu
        pojednania wszelkimi resentymentami. Rozumiem skłonność Niemców do uczczenia
        pamięci tych, którzy bez swojej winy ponieśli cierpienia. Nie może być jednak
        mowy o dzieleniu się odpowiedzialnością za skutki drugiej wojny. Nie można
        zrównywać holokaustu z cierpieniami przesiedlonych. Szyld europejski patrzenia
        na te sprawy nie może być tylko szyldem. Dlatego przy takim stawianiu sprawy,
        jak pani to robi, musi pani zrozumieć, jak bardzo nasze obawy są uprawnione.

        Marcin Libicki, poseł Prawa i Sprawiedliwości

        Krzyżowa to było myślenie na wyrost


        FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

        Ja również nie przypuszczałem, że będę kiedyś musiał brać udział w tego typu
        debacie i mam tu na myśli całą europejską debatę na temat Centrum. Uważam, że
        podniesienie krzywd niemieckich w czasie drugiej wojny w debacie publicznej,
        społecznej, politycznej, edukacyjnej jest w najwyższym stopniu niewłaściwe. Tak
        się nie robi.

        To jest dokładnie tak, i muszę tu dość silnie powiedzieć, jakby zbrodniarz
        obnosił się z ranami, z zadrapaniami, zadanymi mu przez ofiarę. Oczywiście
        kryminolodzy mogą się zastanawiać, jakie rany ofiary zadają napastnikowi. Co
        innego jednak naukowe badanie, dokumentacja, a co innego propaganda polityczna,
        która prowadzi do relatywizacji. Powołanie centrum dokumentacyjnego, które
        będzie spisywać wszystko, co się stało z przesiedlonymi, jaki był ich los, jest
        zupełnie uzasadnione. Takich instytutów w Niemczech jest już sześć. Jeżeli
        fundacja chce powołać jeszcze jeden instytut, nie mamy nic przeciwko temu. Ale
        zostało wyraźnie powiedziane, że to nie ma być instytut badawczy, ale centrum
        propagandowe i edukacyjne, które ma uświadamiać niemieckie krzywdy. A więc
        badania naukowe - tak, centrum propagandowe - absolutnie nie. Wydawało się, że
        te rowy między narodami zostały już zasypane. Ze strony polskiej był w tym
        kierunku wielki wysiłek. Reprezentanci narodu polskiego, biskupi, w 1965 roku
        zadeklarowali przebaczenie i zwrócili się o to, by przebaczyć nawet nasz gniew
        wobec Niemców. To było wówczas dla nas bardzo poważne doświadczenie, list
        biskupów polskich do niemieckich. Ale przyjęliśmy go do naszej świadomości i
        uznaliśmy, że powinien kształtować nasze wyobrażenie o stosunkach polsko-
        niemieckich.

        W latach 70. usłyszałem wypowiedź Jana Józefa Lipskiego, że powinniśmy patrzeć
        na Zachód jako naszego sojusznika, a symbolem stosunków polsko-niemieckich
        powinna być bitwa pod Legnicą, gdzie rycerstwo polskie wspólnie z niemieckim
        powstrzymało nawałę ze Wschodu. To był pewien drogowskaz, gdzie w perspektywie
        historii mamy umieścić tę straszliwą drugą wojnę. Ci, którzy odwołują się do
        Krzyżowej, uważają, że opór wobec hitleryzmu może jakoś rehabilitować naród
        niemiecki. Niestety, dziś widać, że to było myślenie na wyrost.

        Jerzy Montag, poseł Zielonych do Bundestagu

        Niemcy to nie tylko Związek Wypędzonych


        FOT. MICHAŁ SADOWSKI

        Przyznaję racje poglądom wyrażonym przez polskiego prezydenta Aleksandra
        Kwaśniewskiego w "Rzeczpospolitej", że ta debata kieruje nas w przeszłość i w
        stosunkach polsko-niemieckich jest to kwestia bardzo drażliwa. Jest to debata
        niepozbawiona niebezpieczeństw. Pani Steinbach, deputowana do Bundestagu, mówi,
        że była zaskoczona jej intensywnością po polskiej stronie. Wyznanie, że była
        pani tym przestraszona, jest dla mnie znakiem, iż nie jest jeszcze pani
        dostatecznie poinformowana o t
        • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(3) 18.09.03, 02:02
          Wyznanie, że była pani tym przestraszona, jest dla mnie znakiem, iż nie jest
          jeszcze pani dostatecznie poinformowana o tym, co działo się w Polsce, co
          Niemcy wyrządzili Polakom.

          Proszę nie uważać niemieckiego podejścia za podejście Związku Wypędzonych. To
          są dwie różne rzeczy.

          Pani Steinbach stwierdziła, że Fundacja, której przewodniczy, znajduje się poza
          Związkiem Wypędzonych. Ta Fundacja należy jednak do Federalnego Związku
          Niemieckich Wypędzonych i nie jest w zupełnym oderwaniu od jego zadań. Chcę
          więc powiedzieć, że Związek Wypędzonych ma absolutne prawo do tego, żeby
          wypędzonych wspominać w sposób taki, w jaki chce. Natomiast Republika Federalna
          Niemiec i niemiecki Bundestag domagają się debaty europejskiej.

          Sercem takiego centrum europejskiego powinny być dwie sprawy. Po pierwsze,
          wypędzenia, deportacje, czystki etniczne pod koniec XIX wieku i na początku XX
          wieku powinny być traktowane jako elementy świadomej polityki. Wówczas uważano,
          że jeżeli będą państwa czyste pod względem etnicznym, to będzie pokój i nie
          będzie wojny. Historycznym osiągnięciem debaty o prawie międzynarodowym jest
          to, że dziś inaczej to widzimy. Dla nas Niemców rozważania na temat
          europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom powinny obejmować refleksję, co my
          sami sobie uczyniliśmy i co właśnie przyczyniło się do tego, że doszło do
          wypędzenia ludzi. A więc w tym miejscu powinniśmy pomyśleć, że punktem wyjścia
          cierpień milionów Niemców były działania samych Niemców. Jeżeli ktoś nie widzi
          tego kontekstu, w sąsiedzkich narodach nie znajdzie zrozumienia.

          Dietmar Nietan, poseł SPD do Bundestagu

          Zrobić wszystko dla pojednania z sąsiadami


          FOT. MICHAŁ SADOWSKI

          Moi dziadkowie po stronie ojca, którzy jeszcze żyją, pochodzą z Olsztyna, z
          dawnych Prus Wschodnich, z Mazur. Nie zapomnę, że gdy przyszedłem do
          Bundestagu, mój dziadek powiedział mi: chłopcze, nigdy nie możesz zapomnieć, że
          twoja babcia i ja straciliśmy naszą ojczyznę, ponieważ byli faszyści. A twoim
          zadaniem w Bundestagu, jako polityka, jest uczynienie wszystkiego - żeby nigdy
          coś podobnego się nie zdarzyło - poszukiwanie pojednania ze wszystkimi
          sąsiadami, w szczególności z Polakami, którym przysporzyliśmy tyle cierpień.

          Prezydent Kwaśniewski raz jeszcze na łamach państwa gazety powiedział: Musimy
          mówić na ten temat. Nie wolno niczego zamieść pod dywan. Wydaje mi się, że
          uchwała niemieckiego Bundestagu celowo szczegóły koncepcji, a także miejsce
          budowy takiego centrum pozostawiła otwarte. Wzywamy więc wszystkich sąsiadów,
          żeby w otwartym procesie, w duchu pojednania, po prostu, podjęli ten temat.
          Proszę pamiętać, że kanclerz federalny, a także minister spraw zagranicznych,
          jednoznacznie wypowiedzieli się o pomyśle tej uchwały.

          Istotnym błędem inicjatywy Związku Wypędzonych jest to, że nie ma w niej tego
          otwartego ducha, który jest w uchwale Bundestagu. Wierzę w to, co mówi pani
          Steinbach, że jest rzeczywiście zaskoczona reakcjami w Polsce. Ale trzeba sobie
          zadać pytanie, dlaczego jest tak mało wyczucia wśród tych, którzy z tą
          inicjatywą wyszli.

          Przeprowadzono dwa badania opinii publicznej, w Polsce i w Niemczech [na
          zlecenie "Rzeczpospolitej"]. Postawiono tam pytanie, czy Niemcy też byli
          ofiarami czasów narodowego socjalizmu w czasach drugiej wojny światowej. Wśród
          ankietowanych Polaków 57 proc. osób stwierdziło, że tak, że Niemcy także byli
          ofiarami. A tylko 36 proc. badanych Niemców uznało siebie samych za ofiary. To
          jest znacząca ankieta, która pokazuje, że wśród prostych ludzi w obu narodach
          jest więcej zdrowego rozsądku, aniżeli się przypuszcza. I życzę nam dyskusji w
          tym duchu.

          Helga Hirsch, publicystka niemiecka

          Nie chcemy rewizji Poczdamu

          FOT. MICHAŁ SADOWSKI

          Takiej ostrej dyskusji się nie spodziewałam, szczególnie jak na początku lat
          90. dyskutowaliśmy na temat mniejszości niemieckiej czy wypędzenia. Nie chcę
          tego krytykować, ale traktuję ostrość tej dyskusji jako okazję do uświadomienia
          sobie, jak głębokie są rany i obawy związane nie z teraźniejszością, ale
          przyszłością. Jestem zadowolona, że dyskusja ta ma miejsce.

          Mój apel polega na zwróceniu uwagi, że Centrum nie oznacza rewizji Poczdamu.
          Nie znam ani jednego człowieka wspierającego ideę Centrum, który wygłosiłby
          chociaż półzdaniem konieczność rewizji granic czy korekty Poczdamu. Nikt też
          nie mówi, że Centrum ma mieć wyłącznie narodowy charakter lub też, że celem
          jest odwrócenie historii w ten sposób, że poniechamy uświadamiania w niemieckim
          społeczeństwie zbrodni narodowych socjalistów. Przyjmujcie nas takimi, jakimi
          jesteśmy. Uczyniliśmy wiele również w konfrontacji ze starszym pokoleniem.
          Akceptuje to także trzecie powojenne pokolenie. Mogę mnożyć przykłady: w czasie
          jednej z niedawnych dyskusji jedna z niemieckich obywatelek, której dziadek był
          kreisleiterem, rozpłakała się, gdyż czuje się winna za to robił jej dziadek.
          Mówiła, że Centrum nie jest potrzebne. Jest to typowe dla naszego procesu
          rozwoju historycznej pamięci. Wydaje mi się, że Polacy i Niemcy nie są dalecy w
          ocenie faktów historycznych. W tomach Hansa Lemberga i Włodzimierza Borodzieja
          jest dokumentacja wypędzeń. Różnice występują jednak w naszej świadomości.

          Z jednej strony rozumiem obawy Polaków, ale z drugiej pamiętam o naszej walce z
          starszym pokoleniem. Pokolenie naszych rodziców chciało przemilczeć
          przestępstwa narodowego socjalizmu. Żyli w państwie dobrobytu, gdzie powstawały
          tematy tabu, a my po 68 roku nie odważyliśmy się mówić o Niemcach jako
          ofiarach. Niemcy byli jedynie oprawcami. Dzisiaj patrzymy na całość historii.
          Dawniej winę Niemców traktowaliśmy w kategoriach ideologicznych. Teraz
          pojawiają się książki i konkretne relacje, co umożliwia powrót do historii
          rodzinnych nie tylko wypędzonych.

          Anna Wolff-Powęska, dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu

          Dyskusja o Centrum oddaliła nas od siebie


          FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

          11 lat trwała w Republice Federalnej Niemiec dyskusja na temat budowy pomnika
          ofiar holokaustu i z pewnością nie były to stracone lata. Nie chodziło w tej
          dyskusji o estetyczną formę wyrazu, ale bardziej stawką było samo określenie -
          przyszłość nowej berlińskiej republiki, tożsamość nowych zjednoczonych Niemiec.
          Prowadzona i w Niemczech, i w Polsce od kilku miesięcy debata wokół Centrum
          przeciwko Wypędzeniom nie tylko nas nie zbliżyła ani o krok do prawdy, nie
          zbliżyła nas jako sąsiadów, ale przeciwnie - oddaliła nas.

          Co należy zrobić, aby ten wysiłek wielu Niemców i wielu Polaków w ciągu
          ostatnich kilkunastu lat na rzecz budowania podstaw normalizacji nie poszedł na
          marne. Dlaczego ja osobiście odrzucam i nie mogę zaakceptować projektu w takiej
          formie? Po pierwsze ze względu na intencje. Autorom tego projektu chyba nie
          udało się nas przekonać - mimo zapewnień o europejskim charakterze - jakie jest
          główne przesłanie, jaki jest główny sens tego projektu. Zarówno moment, kiedy
          zaczynamy mówić o wypędzeniach, jak i cały charakter debaty, każe podejrzewać,
          że jednak głównym motywem jest motyw polityczny.

          Odrzucam projekt i przypuszczam, że wywołuje on w Polsce taką reakcję, ze
          względu na autorów projektu. Funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku
          kojarzą się w Polsce negatywnie. W małych i większych miasteczkach na całym
          obszarze Polski zachodniej i północnej, spotykam mnóstwo wypędzonych, którzy
          współpracują z lokalnymi władzami, wspomagają muzea, tworzą fundacje, opiekują
          się cmentarzami, są autorami wielu pięknych inicjatyw. Natomiast
          funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku kojarzą się w Polsce
          negatywnie. Zbrakło tej wrażliwości, że po latach okupacji w Polsce i u innych
          sąsiadów elementarną potrzebą była potrzeba w bezpiecznych granicach. Tego
          prawa nam odmawiał Związek Wypędzonych. Zalecenia Związku o tzw. wiedzy o
          wschodzie z 1956 roku utrwaliły na długie lata wizerunek bardzo negatywny
          Pols
          • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(4) 18.09.03, 02:11
            Natomiast funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku kojarzą się w Polsce
            negatywnie. Zbrakło tej wrażliwości, że po latach okupacji w Polsce i u innych
            sąsiadów elementarną potrzebą była potrzeba w bezpiecznych granicach. Tego
            prawa nam odmawiał Związek Wypędzonych. Zalecenia Związku o tzw. wiedzy o
            wschodzie z 1956 roku utrwaliły na długie lata wizerunek bardzo negatywny
            Polski. Cała literatura, podręczniki szkolne utrwaliły obraz Polski jako kraju
            pod przejściową administracją Polską, kraju leżącego na bagnach, trzęsawiskach,
            a jeszcze w latach 60. pod wpływem podręczników szkolnych prawie 70 proc.
            uczniów uznało Polaków jako barbarzyński lud słowiański, który bardzo źle
            traktował Niemców w czasie II wojny światowej.

            Bezpośrednio po objęciu stanowiska pani Steinbach podpisała apel berliński w
            najostrzejszej fazie kampanii wyborczej 6 września 1998 roku, w którym znalazło
            się wiele pomówień. Niesprawiedliwych pod adresem Polski uwag, które wynikają
            chyba ze zwykłej niewiedzy. Nie mieliśmy możliwości dyskutować. W tym apelu
            jest stwierdzenie, że Polacy winni brać przykład z Rumunów, Węgrów,
            Estończyków. Może jednak zapomniano w tym apelu, że były to państwa, które
            podczas wojny współpracowały z Niemcami i były w innej sytuacji.

            Czego nauczyliśmy się o sobie z tej dyskusji? Dla mnie wniosek jest
            następujący - mamy nowe relacje, ale stare emocje.

            Donald Tusk, wicemarszałek Sejmu, przewodniczący Platformy Obywatelskiej

            Zawieście ideę tego projektu


            FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

            Jestem dzisiaj smutnym człowiekiem, bo przez wiele lat w skali lokalnej
            pracowałem na rzecz tego, by taka rozmowa nie musiała się odbywać. Miałem
            wrażenie, że przez ostatnie 10 - 12 lat potrafiliśmy budować wzorcowy model
            pojednania. Seria zdarzeń, które tę rozmowę dzisiaj wywołują, budzi we mnie
            obawy, że duża część tego wysiłku Niemców i Polaków może pójść na marne.

            Jeśli zgadzamy się co do odpowiedzialności niemieckiej za okrutne zdarzenia
            drugiej wojny światowej, to zgódźmy się też z tym, że Niemcy dzisiaj dźwigają
            ważną odpowiedzialność za to, by proces pojednania był procesem autentycznym i
            ze szczęśliwym finałem. Jeśli Niemcy chcą się czuć współodpowiedzialni za dobry
            i mądry proces pojednania, muszą zrozumieć, że fakty i zdarzenia budujące ten
            proces muszą być zrozumiane przez obie strony. Nie może być pojednania polsko-
            niemieckiego, dochodzenia do prawdy o relacjach polsko-niemieckich, jeśli
            będzie się głuchym na doświadczenia historyczne partnera. Gdy pojawiały się w
            sferze publicznej kolejne fakty związane z tą debatą, miałem poczucie, że
            wysiłki budowane pracą setek i tysięcy ludzi zostały zagrożone potężnym
            uderzeniem młota, które nas zniechęca do tego procesu. Powiem wprost: pani
            personifikuje odpowiedzialność za to, że ci, którzy pracują na rzecz
            pojednania, stracili trochę wiary w jego powodzenie. Wszystkie moje
            doświadczenia mówią mi z całą mocą, że gdyby miało się tak kiedyś stać, że
            sposób widzenia historii, który towarzyszy inicjatywie Centrum przeciw
            Wypędzeniom, stałby się powszechny w Niemczech, we mnie narodziłoby się
            natychmiastowe przeczucie zbliżającej się katastrofy. Nie ma cienia
            wątpliwości, że warto dziś robić wszystko, żeby przekonać polityków, także
            niemieckiej prawicy, aby ideę tego projektu zawiesili. W ten sposób najlepiej
            mogliby udokumentować najlepszą wolę i zdolność rozumienia polskiej wrażliwości
            w tym procesie.

            Z panią Steinbach w jakimś sensie jesteśmy sąsiadami, ze względu na miejsce
            urodzenia. W mojej rodzinie jedna z babć zginęła na "Gustloffie", wiele kobiet
            było w 1945 roku zgwałconych przez wkraczających żołnierzy rosyjskich, a
            jednocześnie obaj dziadkowie znaleźli się na początku września 1939 roku w
            niemieckich obozach koncentracyjnych.

            To jest rodzina typowa dla Pomorza, Kaszub, Gdańska, która w swojej samowiedzy
            nigdy nie miała wątpliwości, kto za co jest odpowiedzialny. Po wojnie, używając
            częściej niemieckiego niż polskiego, mimo że opłakiwała tych, którzy zginęli z
            rąk hitlerowców, i tych, którzy zginęli z rąk żołnierzy radzieckich, nie miała
            wątpliwości, kto za co odpowiada. Tak niedaleko od miejsca ważnego dla pani
            Steinbach i dla mnie jest Piaśnica oraz wiele innych miejsc pokazujących, że
            przed wypędzeniami była też eksterminacja, która jest ciągle świeżą blizną.
            Blizną, która może szybko zamienić się w ranę. W przypadku wielu Polaków, gdy
            pojawia się hasło wypędzenia, w pamięci pojawiają się najpierw tysiące ludzi
            rozstrzelanych na początku wojny w Piaśnicy - Pomorzan, którzy być może pięć
            lat później byliby wypędzonymi. Dlatego każda fałszywa nuta musi dla Polaków z
            takim doświadczeniem brzmieć jak alarmowy dzwonek.


            Wśród gości "Rzeczpospolitej" byli publicyści, dyplomaci, dziennikarze i
            historycy z kilku krajów

            FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

            Marek A. Cichocki, Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie:

            Z uwagą wysłuchałem deklaracji pani Steinbach, że podejmując się projektu
            Centrum przeciwko Wypędzeniom, miała pani na względzie przede wszystkim to,
            żeby nie wywoływać kryzysu w stosunkach z sąsiadami Niemiec. To trochę
            zabrzmiało jak deklaracja poprzedzająca oświadczenie, że rezygnuje pani ze
            wszystkich swych funkcji. Przecież cel podstawowy, który pani sobie postawiła,
            nie został osiągnięty?

            Projekt zgłoszony przez panią został w Polsce odrzucony przez wszystkich.
            Chciałbym więc panią zapytać, czy widzi pani możliwość, aby ten projekt złożyć
            w ofierze polsko-niemieckiemu pojednaniu?

            I kolejna rzecz - w tym projekcie zawsze brakowało mi udziału Rosjan. Przyznam
            się, że znowu domyślam się tutaj kalkulacji z państwa strony.

            I kwestia do pani Hirsch. Sądzę, że pani i niektórzy ludzie z Niemiec, związani
            z pokoleniem 68 r., zobaczyli w polskiej "Solidarności" obraz ruchu społecznego
            i lewicy - dlatego poczuli się w obowiązku uczynić coś dla "Solidarności".
            Teraz często ci sami ludzie, patrząc na Jugosławię, odnajdują w czystkach
            etnicznych historię niemieckich wypędzonych. Czy to porównanie jest uprawnione?
            Czy nie obawia się pani, że skutkiem tego wypędzenie zostanie przedstawione
            jako szczególne niemieckie doświadczenie, związane z drugą wojną światową?
            Dlaczego w takim razie nie mówi się o ofiarach bombardowań miast, o kobietach
            gwałconych w czasie drugiej wojny światowej? Dlaczego akurat o wypędzonych? Czy
            to wynika ze specyficznego sentymentu wobec utraconych stron rodzinnych, czy za
            tym kryje się coś więcej?

            Erika Steinbach:

            Co do [Rosji]: 11 sierpnia 2000 r. skierowałam pismo do wszystkich ambasadorów.
            I tylko jeden ambasador [rosyjski] odpowiedział.

            Chciałabym, żebyśmy współżyli ze sobą przyjaźnie. Żebyśmy wspólnie kształtowali
            Europę. I żebyśmy uświadomili sobie, że kulturowo i historycznie łączy nas
            więcej, niż dzieli. Wczoraj uświadomiłam sobie to w hotelu, w którym mieszkam -
            "Jan III Sobieski". Wielki polski król dopomógł w uratowaniu Wiednia. Wspólnie
            powinniśmy pamiętać o pozytywnych czasach w naszej historii. I właśnie dlatego
            uważam, że wobec niektórych wypowiedzi pod adresem mojej osoby w Polsce muszę
            zamknąć oczy, powiedzieć - pozostań spokojna dla sprawy.

            Pan pytał, czy jesteśmy gotowi poświęcić fundację (budowy Centrum przeciwko
            Wypędzeniom - przyp. red.). Odpowiem pytaniem: czy uważa pan, że dobrze
            posłużyłoby to stosunkom polsko-niemieckim? Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy
            wspólnie poszukiwali dróg, które prowadzą nas do zbliżenia? Uważam, że jeżeli
            fundacja dzisiaj zakończyłaby swą działalność, byłoby to równie dramatyczne jak
            obecny, niekorzystny dla sprawy klimat.

            Helga Hirsch:

            Nie spodziewaliśmy się, że ta debata przybierze takie rozmiary. Związek
            Wypędzonych nigdy tej dyskusji nie mógłby tak daleko zaprowadzić, gdyby nie
            włączyły się do niej inne siły, inne grupy.

            Ta debata jest dla Niemców łatwiejsza pod względem moralnym - do tej
            • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(5) 18.09.03, 02:13
              Ta debata jest dla Niemców łatwiejsza pod względem moralnym - do tej pory
              mówiono o nas jako o sprawcach wojny, a teraz mówi się o Niemcach wypędzonych,
              o ofiarach bombardowań. Ze strony polskiej wygląda to jednak inaczej i jest o
              wiele trudniejsze.

              Jerzy Holzer, profesor historii:

              Niemcy ponieśli ogromne ofiary w rezultacie drugiej wojny światowej. Miliony
              Niemców ginęły na frontach. Miliony, setki tysięcy - nikt tego dokładnie nie
              zliczył - zginęły w sowieckich obozach. Setki tysięcy Niemców zginęło w
              nalotach. Niemcy tracili majątki w czasie bombardowań. Jednym z wielkich
              doświadczeń były wysiedlenia. I teraz państwo chcecie budować partykularny
              pomnik niemieckiej krzywdy wysiedlenia. A zbudujcie! Proszę bardzo. To Niemcy
              Niemcom zgotowali ten los. Zbudujcie wielkie muzeum niemieckich ofiar
              poniesionych w rezultacie wywołanej przez rząd niemiecki drugiej wojny
              światowej. I nikt nie będzie miał nic przeciwko temu. Chyba że będziecie
              akcentowali państwo, że te ofiary padły wskutek nalotów amerykańskich i
              brytyjskich - ciekaw byłbym, jaka będzie reakcja Stanów Zjednoczonych i
              Wielkiej Brytanii. Albo że będziecie akcentowali, że te zgwałcone kobiety padły
              ofiarą żołnierzy sowieckich - ciekaw jestem, jaka będzie wtedy reakcja Rosji.

              Ale jeżeli będziecie rzeczywiście akcentowali to, co jest najważniejsze, że to
              Niemcy Niemcom zgotowali ten los, nie będzie problemów z reakcjami opinii
              publicznej w innych krajach. I nad tym trzeba się zastanowić.

              Maciej Zakrocki, TVP 3:

              Jestem przedstawicielem pokolenia, które historię drugiej wojny światowej zna
              przede wszystkim z książek, filmów, no i oczywiście z opowiadań rodziców. Chyba
              te ostatnie najbardziej zaważyły na moim stosunku do Niemców, kiedy dorastałem,
              i nie ukrywam - był on negatywny.

              Przyszedł jednak taki moment, który nazywamy początkiem procesu pojednania. Ja
              sam byłem autorem kilkudziesięciu filmów reportaży, pokazujących niemieckie
              losy w czasie drugiej wojny światowej. Chciałem panią Steinbach spytać - przez
              jej działania może przecież zostać zaprzepaszczona ogromna praca wielu ludzi
              różnych pokoleń. Czy więc realizacji projektu Centrum nie można - jak to
              powiedział marszałek Tusk - zawiesić?

              Debata w redakcji "Rzeczpospolitej" trwała ponad trzy godziny

              FOT. MICHAŁ SADOWSKI

              Erika Steinbach:

              Jestem mocno przekonana o tym, że Polaków i Niemców łączą bardzo silne więzy,
              że taka debata nie jest w stanie nimi wstrząsnąć. Wierzę też, iż jest w państwa
              mocy, aby zaakceptować to, że są w Niemczech ludzie, którzy też noszą żałobę,
              trudną do zrozumienia dla innych. My przecież wiemy, że Polacy cierpieli - ale
              trudno byśmy to cierpienie odczuwali tak samo. Mogę pójść oczywiście na Pawiak
              i spróbować się wczuć w wasze odczucia - ale to się nie uda.

              W każdym razie, moja fundacja od samego początku ma przed sobą pozytywny cel i
              nie chce zniszczyć stosunków polsko-niemieckich.

              Helga Hirsch:

              Żeby to oderwać od kontekstu polsko-niemieckiego, chciałabym powiedzieć, że w
              Niemczech w takich obozach jak Sachsenhausen czy Buchenwald mieliśmy bardzo
              burzliwe i emocjonalne dyskusje między więźniami z czasów
              narodowosocjalistycznych a więźniami z czasów enerdowskich. Ofiary Stasi nie
              chciały sympatyzować z Żydami i Żydzi często nie chcieli sympatyzować z
              ofiarami Stasi. Uważam, że musi się zakończyć potworna "konkurencja ofiar".

              Przez 30 lat dla mojego pokolenia o wypędzonych nie mówiliśmy wcale nie
              dlatego, że byli jakimś tematem tabu. Nie jest tak, że to Günter Grass złamał
              to tabu. W określonych kołach, w tym w Związku Wypędzonych, ten temat zawsze
              był obecny. Ale w kołach liberalnych i lewicowych - nie. -

              Janusz Reiter, prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie

              Podzielam gorzkie uczucia Donalda Tuska i innych osób, które tutaj pytały, czy
              wszystko poszło na marne. Mam głębokie przekonanie, że nie poszło na marne.
              Nawet przebieg tej dzisiejszej dyskusji daje pewne nadzieje. Mnie ta dyskusja
              nie zaskoczyła, nie zaskoczył mnie spór pomiędzy Polską a Niemcami, ale między
              Polakami a Niemcami już tak.

              Byłoby źle dla porozumienia między Polakami i Niemcami, gdyby Centrum powstało
              w takim kształcie, w jakim jest dzisiaj zaprojektowane. Polacy w tym Centrum
              nie mogliby się rozpoznać, pojawiłoby się gorzkie poczucie porażki, a także
              klęski pewnej koncepcji porozumienia z Niemcami. Takie poczucie może się
              pojawiać u ludzi, którzy wystarczająco długo wykazywali, że chcą tego
              porozumienia. Byłby to również koniec pewnej tradycji w Niemczech, która
              wyrażała się w dążeniu do tego, aby Niemcy nigdy nie izolowały się od swoich
              sąsiadów.

              Byłoby również niedobrze, co może zabrzmieć zaskakująco, gdyby ci, którzy ten
              projekt Centrum dzisiaj forsują, musieli go zarzucić pod polskim naciskiem i
              gdyby mieli poczucie przegranej. Byłoby niedobrze, ponieważ za to zwycięstwo
              zapłacilibyśmy wysoką cenę. Wiem, jakie nastroje istnieją w Niemczech albo
              istnieją potencjalnie. Jeśli będą stłumione, zwłaszcza przez zewnętrzny nacisk,
              eksplodują z tym większą siłą. Ja tego nie chciałbym przeżyć.

              Dlatego jedna ze stron nie powinna w wyniku dyskusji czuć się przegrana. Czy
              jest możliwe porozumienie? O kompromisie nie może być mowy, bo w przypadku
              racji historycznych czy moralnych nie ma kompromisów. One są tam, gdzie są
              interesy. Tu nie ma interesów. Czy jest zatem możliwe takie przedstawienie
              historii Polaków i Niemców, w tym również wypędzenia Niemców, żeby jedni i
              drudzy mogli się w tym rozpoznać. Głęboko wierzę, że tak. Wierzę, że Niemcy ze
              wschodu, których nazywa się w Niemczech wypędzonymi, przechowują pewną wiedzę o
              tej części Europy, która to wiedza może być potrzebna i Niemcom, i nam.
              Chciałbym, żeby ta wiedza nie zniknęła w Niemczech wraz z tym pokoleniem, które
              dzisiaj ją przechowuje. Alternatywą jest bowiem kompletna ignorancja spraw
              polskich i niewiedza, co to jest Polska, Gdańsk, Toruń, Malbork, ale także
              Kraków, również Wilno czy Lwów. Nie chciałbym, aby porozumienie między Polakami
              a Niemcami dokonywało się na tym poziomie. Dlatego uważam, że trzeba podjąć
              próbę, a to wymaga ze strony naszych niemieckich partnerów również pewnej
              samodyscypliny, a także zdolności do uznania naszych racji.

              Ciągle wierzę w to, że jest możliwe podjęcie tego tematu w sposób, który nie
              musi wcale nas skazywać na jakiś antagonizm narodowy.


              Stefan Hambura, adwokat z Berlina

              Pochodzę z Gliwic i nie jestem wypędzonym, ale przesiedlonym (tzw.
              Sp?taussiedler). Myślę, że cała ta dyskusja, która dzisiaj się toczy, jest
              pożyteczna. Pokazuje, iż na tym etapie nie dojdziemy do wspólnego rozwiązania.
              A to dlatego, jak wspominała pani Hirsch, że jest to problem na razie czysto
              niemiecki. Chodzi o to, aby opłakać swoich własnych wypędzonych. Myślę, że
              dobrze by było, żeby to Centrum powstało nie w Berlinie, a w Bonn. Republika
              Bońska integrowała wypędzonych. Berlin jest zbyt blisko Polski, by to Centrum
              mogło tam powstać.

              Obyśmy tylko nie skończyli na tym, że wzajemnie będziemy się obrzucać
              kamieniami. Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, tak jak
              na przykład problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy
              Polska przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii
              skończy się przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie
              sprawy, co nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym
              zastanowić, żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły.


              Magdalena Bajer, Rada Etyki Mediów

              Przeżywamy koniec pewnych długotrwałych i bardzo mocno zakorzenionych
              standardów cywilizacyjnych. Jednym z nich jest idea państwa narodowego, która
              za naszego życia, tu obecnych, ustępuje miejsca innym standardom, choćby
              takiemu jak prawa człowieka. To będzie pociągało za sobą często trudną i
              bolesną procedurę przeorientowania własnego patriot
              • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(6) 18.09.03, 02:15
                To będzie pociągało za sobą często trudną i bolesną procedurę przeorientowania
                własnego patriotyzmu. Tej wersji patriotyzmu, w jakiej wychowywały się
                pokolenia Polaków, i nie tylko Polaków. Myślę, że to jest perspektywa tła dla
                dalszych dyskusji o stosunkach sąsiedzkich w Europie, także perspektywa dla
                dialogu polsko-niemieckiego.


                Jerzy Marek Nowakowski, publicysta "Wprost"

                Co rok przez ponad trzydzieści lat jeździłem do Bogatyni koło Zgorzelca,
                ponieważ moja ciotka była tam dentystką. I rozmawiałem z ludźmi, którzy tam
                mieszkali, Polakami wysiedlonymi ze wschodu. Pytałem, dlaczego na przykład z
                tych bardzo ładnych domów zaczynają opadać tynki? Dlaczego ich się nie
                remontuje? Jeszcze lat temu naście padała odpowiedź: bo nie ma co tutaj robić,
                bo Niemcy tu wrócą. To było głębokie przekonanie inżyniera, który mieszkał w
                porządnej chałupie, i to było głębokie przekonanie robotnika z pegeeru. Taka
                jest rzeczywistość społeczna. Dzięki wysiłkom takich ludzi jak Artur Hajnicz
                udało się ten stereotyp z głów przynajmniej częściowo usunąć. Otworzenie tej
                puszki Pandory spowoduje, że wraca ta sama obawa. Dlatego dziwię się, szczerze
                mówiąc, Heldze [Hirsch], że broni tej idei. Ta obawa wróci, gdy Polska wejdzie
                do Unii Europejskiej, i wtedy, kiedy koledzy pana mecenasa będą mówić, że
                jeszcze będą sprawy własnościowe. Gratuluję sukcesu i właściwego momentu na
                wyjęcie tego kościotrupa z szafy.


                Jerzy Kranz, były ambasador RP w Niemczech

                Nie rozumiem pani Helgi Hirsch. Książki [o wypędzeniach i dawnych stronach
                rodzinnych] powstawały, powstają, będą powstawać, nikt przeciwko temu nie
                protestował. Natomiast ma powstać Centrum, które jest rzeczą nową. W projekcie
                Centrum są zwroty i różne poglądy historyczne, takie jak polskie obozy zagłady
                dla Niemców.

                Centrum w europejskim wydaniu jest dalej centrum niemieckim z głównym ciężarem
                na ofiarach niemieckich, za niemieckie pieniądze. Problem jest tylko taki, czy
                rząd niemiecki to poprze. Jeżeli pani Steinbach chce takie centrum utworzyć, to
                nikt jej tego nie może zabronić. Może nam się to nie podobać, jak nam się różne
                rzeczy nie podobają. To przechodzi już na odpowiedzialność polityczną.

                Centrum przeciwko Wypędzeniom nie jest pisaniem książki, lecz elementem
                polityki historycznej. Pytanie, czy poświęcić to Centrum dla pojednania polsko-
                niemieckiego, jest może skrajnie postawione, ale mi się wydaje, że to Centrum w
                tym wydaniu europejskim również jest dla Polski nie do przyjęcia.


                Paweł Moras, działacz samorządowy z Wrocławia

                Wrocław to bardzo symboliczne miejsce dla stosunków polsko-niemieckich,
                największe miasto w historii naszego kontynentu, które doświadczyło pełnej
                wymiany, pełnego wypędzenia. Jedni zostali z niego wypędzeni, drudzy zostali do
                niego wpędzeni. Jeszcze jako kilkuletni chłopiec zacząłem się uczyć języka
                niemieckiego. Miałem przyjaciół w Niemczech, co było zupełnie niezrozumiałe.
                Ba, było często powodem szykan ze strony moich rówieśników na podwórku. Byłem w
                Krzyżowej w 1989 roku. Nie wiem, czy pani przewodnicząca sobie zdaje sprawę z
                tego, jak bardzo proces pojednania u nas we Wrocławiu został zahamowany ze
                względu na sprawę Centrum przeciwko Wypędzeniom. Powracają stare demony.
                Dlaczego? Między innymi dlatego, że pod płaszczykiem europejskości Centrum
                przeciwko Wypędzeniom mamy do czynienia z pisaniem historii na nowo.


                Andrzej Potocki, dziennikarz polskiego "Newsweeka"

                Odniosę się do pytania, na które pani Steinbach zareagowała bardzo
                emocjonalnie. Chodzi o pochodzenie pani rodziny, konkretnie ojca i matki. Chcę
                zadać to pytanie w kontekście przepisów Związku Wypędzonych. Załóżmy taką
                hipotetyczną sytuację. Ojciec pani Steinbach jako żołnierz Luftwaffe zostałby
                rozkazem przeniesiony na lotnisko pod Stalingradem. Tam zabrałby ze sobą swoją
                rodzinę i w wyniku kontrofensywy rosyjskiej zostałby przerzucony z powrotem na
                zachód. Czy w tej sytuacji mógłby się on starać o członkostwo w Związku
                Wypędzonych?


                Renate Marsch, korespondentka DPA

                Czy po tych długich dyskusjach między Polakami i Niemcami pani mogłaby zmienić
                trochę swoją koncepcję? A więc np. zamienić wystawy czasowe na stałe. Czy
                mogłaby pani coś zmienić w swojej koncepcji na podstawie tej obecnej dyskusji?

                Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej

                Nie zapomnijmy o tym, że to wypędzenie było narzędziem walki w czasie zimnej
                wojny. W czasie zimnej wojny obie strony mobilizowały, zbierały dokumentację,
                materiały. Dzięki "Solidarności" i dzięki zjednoczeniu Niemiec z płynnym
                wysiłkiem zakończyliśmy zimną wojnę. Podjąwszy zaraz potem próby z polskiej
                inicjatywy, próbę zakończenia sprawy.

                I teraz okazuje się, że wracamy jak gdyby do początku. Wszystko, co przeszkadza
                spojrzeniu w przyszłość, trzeba zostawić historii. Wszystko. [Projekt Centrum w
                Berlinie] to jest towar, który nie nadaje się na europejskie witryny.



                --------------------------------------------------------------------------------
                Skróty wypowiedzi i tytuły pochodzą od redakcji



                Powiedzieli po debacie
                Jerzy Holzer, historyk

                Myślę, że w redakcji "Rzeczpospolitej" nikt nikogo nie przekonał. Nie jest to
                zresztą dla mnie specjalna niespodzianka. Ta dyskusja toczy się przecież od
                dłuższego czasu. Wszyscy obecni wyłożyli swoje, od dawna dobrze znane, poglądy.
                Tymczasem ja nie widzę w tej sprawie miejsca na rozwiązanie kompromisowe. Ktoś
                po prostu musi ustąpić.

                Jako historyk wiem, że aby pokazać prawdziwą historię, należy przede wszystkim
                przedstawić źródła i konsekwencje wydarzeń. W tym wypadku ktoś chce przedstawić
                historię bez ukazania źródeł i ja wietrzę w tym cele polityczne. Osobiście
                uważam, że Centrum powinno mimo wszystko powstać. Musi to być jednak placówka o
                charakterze europejskim - centrum badawcze, dokumentacyjne, urządzające wystawy
                i konferencje. Pomysł na utworzenie centrum muzealnego, nawet
                ogólnoeuropejskiego, jest utopią.


                Bedrzich Kopecky, ambasador Republiki Czech w Polsce

                Trudno mówić o paralelach w traktowaniu sprawy wypędzonych w Polsce i Czechach.
                Nie ma w Czechach takiej dyskusji na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom jak w
                Polsce. Publicyści i dziennikarze nieomal nie zauważyli, że istnieje taka
                sprawa jak projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Nie jestem w stanie
                wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Jednym z możliwych powodów może być fakt,
                że przez ostatni rok toczyła się intensywna dyskusja na temat stosunków czesko-
                niemieckich. Chodziło o dekrety Benesza i Niemców sudeckich. Wszyscy są już tym
                zmęczeni i być może nie zwrócili wielkiej uwagi na projekt Związku Wypędzonych.
                Jednak stanowisko Czech wobec tej koncepcji nie różni się od stanowiska Polski.


                Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej

                Dzisiejsza konferencja była bardzo pożyteczna. Nie chciałbym jednak, aby
                została odebrana, wraz z całą debatą na ten temat, jako element zaostrzający
                stosunki polsko-niemieckie. Nie można zapominać, że Niemcy pozostają naszym
                bardzo ważnym sojusznikiem. Po obu stronach granicy od dawna wielu ludzi, w tym
                ja, działa na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Myślę, że udało nam się
                przezwyciężyć większe problemy niż kwestia wypędzeń.

                Problemem, którego nie powinno się lekceważyć, jest natomiast tak zwane
                zaplecze niezadowolonych. Są w nim nie tylko sami wypędzeni, ale również ich
                synowie i wnuki. Choć oni sami nie zaznali dramatu wygnania, darzą ziemię ojców
                nostalgią. Ja to zresztą doskonale rozumiem, sam pochodzę z Lwowa.

                Mam nadzieję, że pani Steinbach zmodyfikuje jednak swój projekt. Myślę, że
                zrozumiała, iż to, co proponuje, jest w Polsce zupełnie nie do przyjęcia.
                Debata "Rzeczpospolitej" pokazała, że kwestia wypędzeń nie jest jeszcze gotowa
                do rozwiązania. Pokazała również, że oba nasze narody nie dojrzały jeszcze do
                tego, aby spokojnie, bez emocji dyskutować nad tą sprawą.


                Gerhard Gnauck, kores
                • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(7) 18.09.03, 02:17
                  Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej

                  Nie zapomnijmy o tym, że to wypędzenie było narzędziem walki w czasie zimnej
                  wojny. W czasie zimnej wojny obie strony mobilizowały, zbierały dokumentację,
                  materiały. Dzięki "Solidarności" i dzięki zjednoczeniu Niemiec z płynnym
                  wysiłkiem zakończyliśmy zimną wojnę. Podjąwszy zaraz potem próby z polskiej
                  inicjatywy, próbę zakończenia sprawy.

                  I teraz okazuje się, że wracamy jak gdyby do początku. Wszystko, co przeszkadza
                  spojrzeniu w przyszłość, trzeba zostawić historii. Wszystko. [Projekt Centrum w
                  Berlinie] to jest towar, który nie nadaje się na europejskie witryny.



                  --------------------------------------------------------------------------------
                  Skróty wypowiedzi i tytuły pochodzą od redakcji



                  Powiedzieli po debacie
                  Jerzy Holzer, historyk

                  Myślę, że w redakcji "Rzeczpospolitej" nikt nikogo nie przekonał. Nie jest to
                  zresztą dla mnie specjalna niespodzianka. Ta dyskusja toczy się przecież od
                  dłuższego czasu. Wszyscy obecni wyłożyli swoje, od dawna dobrze znane, poglądy.
                  Tymczasem ja nie widzę w tej sprawie miejsca na rozwiązanie kompromisowe. Ktoś
                  po prostu musi ustąpić.

                  Jako historyk wiem, że aby pokazać prawdziwą historię, należy przede wszystkim
                  przedstawić źródła i konsekwencje wydarzeń. W tym wypadku ktoś chce przedstawić
                  historię bez ukazania źródeł i ja wietrzę w tym cele polityczne. Osobiście
                  uważam, że Centrum powinno mimo wszystko powstać. Musi to być jednak placówka o
                  charakterze europejskim - centrum badawcze, dokumentacyjne, urządzające wystawy
                  i konferencje. Pomysł na utworzenie centrum muzealnego, nawet
                  ogólnoeuropejskiego, jest utopią.


                  Bedrzich Kopecky, ambasador Republiki Czech w Polsce

                  Trudno mówić o paralelach w traktowaniu sprawy wypędzonych w Polsce i Czechach.
                  Nie ma w Czechach takiej dyskusji na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom jak w
                  Polsce. Publicyści i dziennikarze nieomal nie zauważyli, że istnieje taka
                  sprawa jak projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Nie jestem w stanie
                  wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Jednym z możliwych powodów może być fakt,
                  że przez ostatni rok toczyła się intensywna dyskusja na temat stosunków czesko-
                  niemieckich. Chodziło o dekrety Benesza i Niemców sudeckich. Wszyscy są już tym
                  zmęczeni i być może nie zwrócili wielkiej uwagi na projekt Związku Wypędzonych.
                  Jednak stanowisko Czech wobec tej koncepcji nie różni się od stanowiska Polski.


                  Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej

                  Dzisiejsza konferencja była bardzo pożyteczna. Nie chciałbym jednak, aby
                  została odebrana, wraz z całą debatą na ten temat, jako element zaostrzający
                  stosunki polsko-niemieckie. Nie można zapominać, że Niemcy pozostają naszym
                  bardzo ważnym sojusznikiem. Po obu stronach granicy od dawna wielu ludzi, w tym
                  ja, działa na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Myślę, że udało nam się
                  przezwyciężyć większe problemy niż kwestia wypędzeń.

                  Problemem, którego nie powinno się lekceważyć, jest natomiast tak zwane
                  zaplecze niezadowolonych. Są w nim nie tylko sami wypędzeni, ale również ich
                  synowie i wnuki. Choć oni sami nie zaznali dramatu wygnania, darzą ziemię ojców
                  nostalgią. Ja to zresztą doskonale rozumiem, sam pochodzę z Lwowa.

                  Mam nadzieję, że pani Steinbach zmodyfikuje jednak swój projekt. Myślę, że
                  zrozumiała, iż to, co proponuje, jest w Polsce zupełnie nie do przyjęcia.
                  Debata "Rzeczpospolitej" pokazała, że kwestia wypędzeń nie jest jeszcze gotowa
                  do rozwiązania. Pokazała również, że oba nasze narody nie dojrzały jeszcze do
                  tego, aby spokojnie, bez emocji dyskutować nad tą sprawą.


                  Gerhard Gnauck, korespondent niemieckiego dziennika "Die Welt"

                  Debata na temat Centrum i wypędzonych nie jest wyłącznie dyskusją polsko-
                  niemiecką. Wychodzi na forum europejskie. Świadczą o tym wypowiedzi Pata Coksa
                  czy czeskich polityków.

                  Dyskusja w Warszawie była utrzymana w spokojnym tonie. Pokazała jednak granice
                  wzajemnego zrozumienia. Jak sądzę Erika Steinbach widzi potrzebę nawiązania
                  kontaktów w Polsce i kontynuacji dialogu zdając sobie sprawę, że bez tego
                  Centrum w proponowanym przez nią kształcie nie powstanie. Chyba że jako
                  instytucja wyłącznie organizacji wypędzonych. Porozumienie będzie trudne. Jak
                  powiedział poseł SPD Dietmar Nietan, Związek Wypędzonych powinien zrobić krok
                  do tyłu. To byłoby rozwiązanie. Organizacja wypędzonych powinna zacząć szukać
                  partnerów w Polsce, np. centrum KARTA lub organizacje Wołyniaków. W ten sposób
                  organizacja wypędzonych mogłaby być jednym z organizatorów przyszłej placówki,
                  a nie siłą decydującą. W takim wypadku istniałaby nadzieja na porozumienie.


                  Piotr Buras, politolog z PAN

                  Debata pokazała, że możemy ze sobą rozmawiać w sposób cywilizowany, co
                  wcześniej nie było wcale takie oczywiste. Jeżeli chodzi o stronę polską, bardzo
                  krytycznie oceniam pewne enuncjacje prasowe, które w niewybredny sposób
                  podgrzewały atmosferę. Ze strony niemieckiej również nie zabrakło emocjonalnych
                  wystąpień. Po drugie: polskim uczestnikom dyskusji, a w szczególności polskiej
                  opinii publicznej, która mogła śledzić jej przebieg w telewizji, pokazano, że
                  nie toczymy polsko-niemieckiej debaty narodowej. Pokazano, że Niemcy również są
                  w tej sprawie wewnętrznie podzieleni. Jest bardzo ważne, by nie traktować
                  Centrum przeciwko Wypędzeniom jako projektu niemieckiego. Popiera go przecież
                  tylko część niemieckiej opinii publicznej i niewielka część sceny politycznej.

                  Jeżeli zaś chodzi o samo meritum dyskusji, to sądzę, że specjalnego zbliżenia
                  tutaj nie osiągnęliśmy. I w gruncie rzeczy nie było ono możliwe - z punktu
                  widzenia Polski bowiem sama idea Centrum w formie proponowanej przez panią
                  Steinbach jest nie do zaakceptowania.


                  Paul Flücker, korespondent szwajcarskiego dziennika "Neue Zürcher Zeitung"

                  W Szwajcarii nie mówi się o wypędzonych. Jest to temat mało znany. Ale sporo
                  się dyskutuje się o dokonywanych przez Niemców próbach nowej oceny historii i
                  przedstawiania się w roli ofiar. Sporo krytycznych reakcji wywołały prasowe
                  publikacje na temat nalotów alianckich na Niemcy. Wiele osób obawiało się, że
                  kryje się za tym relatywizowanie wydarzeń historycznych. Niemcy są dla
                  Szwajcarów najważniejszym partnerem gospodarczym i wszelkie wydarzenia w tym
                  kraju są odnotowywane z uwagą. Podzielam obawy, że propozycja Centrum przeciwko
                  Wypędzeniom podważa wysiłki na rzecz pojednania obu narodów. Nie rozumiem
                  jednak twierdzeń, że nie należy o takich sprawach dyskutować, bo naraża to na
                  szwank proces pojednania. Moim zdaniem pomysł utworzenia Centrum w Berlinie
                  jest nie do zaakceptowania. Z kolei powstanie europejskiego centrum powinna
                  poprzedzić wieloletnia dyskusja. NOT. P. JEN., P. Z.




                  Cena wzajemnej przyjaźni
                  Można zapytać, dlaczego zdecydowaliśmy się zorganizować dyskusję o Centrum
                  przeciwko Wypędzeniom, czy aby nie dolewamy oliwy do ognia? Wierzę, iż
                  powołaniem mediów jest tworzenie przestrzeni do racjonalnej debaty publicznej,
                  a nie masowa mobilizacja uczuć i resentymentów. Staramy się jako gazeta - bo
                  taka jest nasza filozofia - dopuszczać na nasze łamy również takie poglądy, z
                  którymi się nie zgadzamy. Zastrzegamy sobie jednak prawo do własnego zdania,
                  czego by problem nie dotyczył - czy to bieżących spraw wewnętrznych, czy też
                  międzynarodowych, czy wreszcie sporów o historię - zwłaszcza jeśli wywierają
                  one wpływ na decyzje polityczne.

                  Właśnie sporem o historię jest tocząca się obecnie w Polsce i w Niemczech
                  debata na temat upamiętnienia cierpień Niemców w czasie II wojny światowej.
                  Nikt nie przeczy, że niemiecka ludność cywilna poniosła w tej wojnie ofiary.
                  Chcę przypomnieć, że to polski pisarz Józef Mackiewicz, jako jeden z pierwszych
                  w literaturze światowej, opisywał ze współczuciem cierpienia ginących od bomb
                  mieszkańców Drezna. Jednak owa pamięć - także o niemieckich ofiarach
                  przesiedleń - nie może prowadzić do fałszowan
                  • ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(8) 18.09.03, 02:19
                    Zastrzegamy sobie jednak prawo do własnego zdania, czego by problem nie
                    dotyczył - czy to bieżących spraw wewnętrznych, czy też międzynarodowych, czy
                    wreszcie sporów o historię - zwłaszcza jeśli wywierają one wpływ na decyzje
                    polityczne.

                    Właśnie sporem o historię jest tocząca się obecnie w Polsce i w Niemczech
                    debata na temat upamiętnienia cierpień Niemców w czasie II wojny światowej.
                    Nikt nie przeczy, że niemiecka ludność cywilna poniosła w tej wojnie ofiary.
                    Chcę przypomnieć, że to polski pisarz Józef Mackiewicz, jako jeden z pierwszych
                    w literaturze światowej, opisywał ze współczuciem cierpienia ginących od bomb
                    mieszkańców Drezna. Jednak owa pamięć - także o niemieckich ofiarach
                    przesiedleń - nie może prowadzić do fałszowania faktów. Współczucie dla
                    jednostek czy nawet setek tysięcy nie może pociągać za sobą relatywizowania
                    odpowiedzialności państw. To Niemcy były odpowiedzialne za wywołanie II wojny
                    światowej i za całą spiralę popełnionych wówczas zbrodni. To Niemcy ponoszą
                    odpowiedzialność za Adolfa Hitlera i wszystko, co się stało w czasie II wojny
                    oraz już po jej zakończeniu. Przecież Hitler nie był samotnym psychopatą, lecz
                    miał za sobą przez całe lata entuzjastyczne poparcie wielkiej części
                    społeczeństwa niemieckiego.

                    W świadomości Polaków i innych narodów Europy Środkowej i Wschodniej to Niemcy
                    ponoszą odpowiedzialność za sojusz Hitlera ze Stalinem i za wszystkie jego
                    konsekwencje, łącznie ze zniewoleniem wielu milionów Niemców z NRD przez
                    sowiecką dominację. Inna sprawa, że stało się to za przyzwoleniem aliantów, ale
                    nie ich tutaj sądzimy i nie do nich adresują swoje pretensje rzecznicy
                    Niemieckiego Związku Wypędzonych.

                    My, Polacy, nie możemy dopuścić do tego, by - jak to słusznie sformułował
                    Władysław Bartoszewski - w niemieckiej i europejskiej pamięci historycznej
                    utrwalił się pogląd, że obok Żydów ofiarami wojny byli sami Niemcy. Nie
                    odmawiając im prawa do upamiętnienia przesiedlonych czy wypędzonych, musimy
                    dbać o właściwe proporcje. Wojna była tragedią przede wszystkim dla Żydów, ale
                    również dla dziesiątków innych narodów, najpierw w Europie Środkowej i
                    Wschodniej, a potem na całym świecie. Jej skutki, w samym już finale wydarzeń,
                    dotknęły także niemiecką ludność cywilną.

                    Do głoszenia tej prawdy zobowiązują nas cienie naszych zmarłych, cienie
                    milionów Polaków zabitych przez niemieckich okupantów w obozach
                    koncentracyjnych, w czasie masowych egzekucji oraz pacyfikacji naszych miast i
                    wsi. To Polacy byli pierwszymi ofiarami II wojny światowej i po Żydach byli
                    następni w kolejce do wytępienia.

                    Pozwolę sobie na chwilę osobistego wspomnienia. Powracałem do spalonej Warszawy
                    w lutym 1945 roku jako mały chłopiec, trzymając się kurczowo matki za rękę. Jak
                    przez mgłę pamiętam morze ruin miasta, które Niemcy po upadku powstania
                    warszawskiego burzyli i palili, dom po domu, bez żadnej już potrzeby
                    strategicznej, wypędzając z niego przedtem ponad milion ludzi. Towarzyszył mi
                    swąd spalenizny, swąd 200 tysięcy trupów, pogrzebanych pod gruzami
                    nieistniejącego już miasta.

                    Ja również byłem wówczas wypędzony, ale miałem to szczęście, że mogłem
                    powrócić. Ale nie mogły powrócić do swoich domów miliony Polaków wypędzonych ze
                    Wschodu. Nie mogli powrócić zabici i zamordowani. Więc jeśli już mamy mówić o
                    pomniku dla wypędzonych Niemców, to pomyślmy o wszystkich, którzy zostali
                    wypędzeni. Również - a może przede wszystkim - o tych, których wypędzono bez
                    żadnej winy.

                    Przez wiele lat po wojnie słowo "Niemiec", było dla mnie - i niemal dla
                    wszystkich Polaków - słowem przeklętym. Ale czas leczy rany, ja dorastałem,
                    leczyła się Europa, leczyły się Niemcy (choć nie całe), świat normalniał. Coraz
                    więcej miałem przyjaciół wśród Niemców i coraz więcej mieli Niemcy przyjaciół
                    wśród Polaków.

                    To Polska w 1989 roku była w Europie najgorętszym rzecznikiem zjednoczenia
                    Niemiec, choć sami Niemcy nie wierzyli, że jest to możliwe. Potem, gdy to stało
                    się faktem, Niemcy były jednym z głównych rzeczników przyjęcia Polski do NATO i
                    Unii Europejskiej, za co im z całego serca ślę podziękowania.

                    Dokonał się we wzajemnych stosunkach, a także w świadomości obu społeczeństw
                    fundamentalny przełom ku wspólnej europejskiej przyszłości. Moim zdaniem jest
                    to jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie pod koniec XX wieku. To, że
                    Polacy wybaczyli Niemcom, uwierzyli im i zobaczyli w nich przyjaciół. Nic nie
                    powinno podważyć tej wiary - tylko tego pragnę. Zgadzam się więc, że Niemcy
                    mają prawo do pamięci, ale tylko takiej, która nie zmienia historii. To jest
                    nasza największa obawa - chciałbym, żeby o niej usłyszeli zarówno projektodawcy
                    budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, jak i niemieccy politycy
                    wspierający ten pomysł. -

                    MACIEJ ŁUKASIEWICZ
    • ignorant11 A jednak: Centrum w Warszawie? 18.09.03, 03:13
      PO: Projekt uchwały w sprawie Centrum Pamięci w Warszawie



      Platforma Obywatelska złożyła do laski marszałkowskiej projekt uchwały Sejmu w
      sprawie ustanowienia Centrum Pamięci Narodów Europy pod auspicjami Rady Europy -
      poinformował Bogdan Klich (PO). Siedzibą Centrum miałaby być Warszawa.

      "Dotychczasowa debata w sprawie wypędzeń szła w złym kierunku" - podkreślił
      Klich. "Projekty lokalizacji Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, jak i
      inne projekty dotyczące wysiedlonych, uważamy za niebezpieczne" - dodał.

      Według projektu PO, Centrum Pamięci powinno być ponadnarodowe i działać pod
      auspicjami Rady Europy.

      "Sejm RP uznaje, że instytucja upamiętniająca tragiczne doświadczenia
      Europejczyków w XX wieku powinna mieć charakter ponadnarodowy. Winna ona
      upamiętnić całość zbrodniczej działalności obu systemów: faszystowskiego i
      komunistycznego. Powinna ona badać oraz dokumentować zarówno cierpienia
      narodów, jak i społeczny opór wobec totalitaryzmów, w tym historię ruchów oporu
      i demokratycznej opozycji" - czytamy w projekcie.

      Miejscem lokalizacji Centrum Pamięci ma być Warszawa, jak podkreślono w
      projekcie, "miasto szczególnie doświadczone przez oba totalitaryzmy:
      hitlerowski i sowiecki".
    • ignorant11 Wrażenia nieparlamentarne. Niemiec jednoczy 26.09.03, 12:55
      Wrażenia nieparlamentarne. Niemiec jednoczy


      Ewa Milewicz 22-09-2003, ostatnia aktualizacja 22-09-2003 17:56

      Poseł Marian Piłka (PiS) pamięta, że spotkanie grupa posłów Bundestagu,
      zajmujących się centrum wypędzonych - grupa polskich posłów z komisji spraw
      zagranicznych odbyło się akurat 1 września. Jego zdaniem posłowie niemieccy
      przyjechali do Polski po aprobatę dla niemieckiego centrum wypędzonych. I
      poczuli się - zdaniem Piłki - zaskoczeni. Choć rozmawiali z posłami PiS,
      Porozumienia Polskiego, LPR, SLD, to natrafili na mur zgodności polskich
      posłów - absolutne "nie" dla niemieckiego centrum. A jeszcze na spotkanie nie
      przyszedł Janusz Dobrosz z PSL, podobno dlatego że chciał metodą bojkotu
      przekazać swoją dezaprobatę dla Centrum.

      Było ostro. Gdy tłumacz przekładał słowa Piłki, że nie można porównywać krzywd
      ofiar z krzywdą przestępcy, posłanka Bundestagu kręciła z niedowierzaniem
      głową.

      Jeden z posłów Bundestagu próbował coś wyjaśnić. Wtedy jego niemiecki kolega
      zaczął głośno podpowiadać: plural, plural. Chciał podkreślenia, że niemieckie
      Centrum będzie pluralistyczne - ma obejmować nie tylko krzywdy niemieckie, ale
      i innych narodów. -Wszyscy żeśmy jednak rozumieli, że te inne narody to ma być
      tylko listek figowy - opowiada Piłka. Niemcy próbowali wyjaśniać sens ich
      Centrum, ale to nic nie dało. Dwa tygodnie później Jan Chaładaj, formalnie
      poseł niezrzeszony, ale właściwie z SLD (został usunięty na wiosnę z powodu
      głosowania na cztery ręce) podsumował na komisji spraw zagranicznych to
      spotkanie - Niemcy próbowali nas zbajerować.

      Rzadko posłowie od SLD po najbardziej prawicową prawicę są w Sejmie tak zgodni
      jak w tej sprawie. Może bierze się to stąd, że aż 195 posłów (na 460), którzy
      weszli w 2001 r. do Sejmu, to osoby, które dziś mają powyżej 53 lat, a więc jak
      nawet II wojny światowej nie pamiętają z własnego życia, to pamiętają ją ze
      szkoły, kina, telewizyjnego psa Szarika, domu rodzinnego.

      Przez to centrum wypędzonych Niemcy stały się codziennym tematem w Sejmie.
      Podkomisja komisji spraw zagranicznych pracuje nad projektem uchwały Sejmu w
      sprawie poparcia dla Czech, od których Niemcy żądają "rewizji powojennego
      porządku". Dobrosz informuje komisję o tym, że wszystkie ugrupowania w
      podkomisji są zgodne co tej uchwały, aczkolwiek trochę złagodziły jej treść.
      Trochę dystansuje się jedynie wiceszef komisji Bogdan Klich (PO), który
      napomina posłów, aby zdecydowali się, czy chcą uprawiać publicystykę, czy
      politykę.

      Temat Niemiec wróci do Sejmu w tym samym tygodniu jeszcze raz. Gdzieś w
      głębinach grubego projektu traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej Jarosław
      Kaczyński, lider PiS, znalazł przepis, który daje specjalne prawa w UE terenom
      dawnej NRD. Otóż w UE pomoc państwowa dla przedsiębiorstw jest w zasadzie
      niemożliwa. Jednak projekt traktatu dopuszcza taką pomoc
      przyznawaną "gospodarce niektórych regionów NRF dotkniętych podziałem Niemiec".
      Gdzie byli polscy przedstawiciele, kiedy takie przepisy były przyjmowane? -
      pytał Kaczyński. I dodał: polskie firmy będą wypierane, a nasze państwo nie
      będzie mogło nic zrobić. A w Niemczech Wschodnich - ich państwo może pomóc
      niemieckim przedsiębiorcom. - A niby dlaczego? - mówił Kaczyński.

      Temat niemiecki jest w Polsce tak naładowany emocjami, że przy tej okazji
      Kaczyński przypomniał, jak to NRD znalazło się pod sowieckim butem z własnej
      winy, że to Niemcy wybrali sobie Hitlera itd.

      Do Kaczyńskiego dołączył Jacek Protasiewicz z PO: "Albo rozszerzamy prawo
      pomocy gospodarczej dla wszystkich regionów w krajach, które znajdowały się
      przez 50 lat w ramach bloku sowieckiego, albo też wszystkie te regiony
      pozbawiamy możliwości korzystania z tego typu pomocy".

      Sprawy zagraniczne dawniej w Sejmie interesowały garstkę posłów. A teraz - po
      latach dyskusji na tematy unijne - stały się szlagierem sejmowym. Gdy partie
      mówią o Polsce w UE, to się bardzo od siebie różnią. Próbują zwabić wyborców,
      uwypuklając te różnice. Natomiast gdy mowa o Niemczech, posłowie przestają się
      różnić partyjnie. Przypominają się im chyba II wojna światowa i
      słowa "Roty": "Nie będzie Niemiec...".
    • ignorant11 69 penetracji Eryki Stanisław Michalkiewicz 26.09.03, 23:12
      69 penetracji Eryki



      69 penetracji Eryki



      Stanisław Michalkiewicz



      Gdyby w ocenie sytuacji pana premiera Millera zastosować zaproponowany przez
      niego samego sposób rozpoznawania prawdziwego mężczyzny, to co tu dużo mówić -
      dobrze on nie wygląda. Po rewelacjach pani red. Wojciechowskiej już tylko
      kształtna pierś pani Aleksandry Jakubowskiej oddziela go od nieubłaganego pana
      posła Rokity. Pozostaje tedy nadzieja, że pani Jakubowska w swej kształtnej
      piersi nadal skrywa mężne serce. Jak długo jednak wytrzyma ono takie ciśnienia?
      Tego nikt nie wie. Czy obwołanie pana Józefa Oleksego baronem na Mazowszu nie
      jest aby początkiem końca? Wszystko wskazuje na to, że co bardziej
      spostrzegawcze gryzonie postanowiły przenieść się na nowy okręt flagowy. Partia
      ta sama, lecz nie taka sama. "Czas zmienić politykę rolną, lecz ludzi krzywdzić
      nam nie wolno". Nawet pan Nauman przekonał się, że nie taki diabeł straszny.
      Jużci, każdy gdzieś pracować musi, a skoro już musi, to dlaczego nie na
      intratnej synekurze? Wprawdzie Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla
      grzeszników, ale z drugiej strony, nawet w Niebiesiech z jednego grzesznika
      nawróconego ma być większa radość niż z dziesięciu sprawiedliwych. Cóż więc
      dopiero tutaj, na tym padole płaczu, gdzie grzeszne umiejętności można
      wykorzystać i pod nowym kierownictwem? Ano widać wyraźnie, że jak ktoś chce
      przyjaźnić się ze wszystkimi, to w końcu wpadnie w złe towarzystwo. Gdyby pan
      premier Miller nie zabiegał tak o przyjaźń pana red. Michnika, to oszczędziłby
      sobie wielu zgryzot. A tak - cóż, na tylu serdecznych przyjaciół i prawdziwy
      mężczyzna nie poradzi.

      Ale co ja będę się roztkliwiał? "Nie znałeś litości panie i my nie znajmy
      litości". Tym bardziej że oto sondaże ukazują nam już postać przyszłej królowej
      Korony Polskiej w osobie pani Jolanty Kwaśniewskiej, która tym razem już nie
      dementuje pogłosek. Znaczy się - widać decyzje już zapadły i teraz trzeba tylko
      odpowiednio przygotować tubylców, żeby oswoili się z nową dynastią. Po
      Piastach, Jagiellonach, Wazach i Sasach - Kwaśniewscy. Pourquoi pas? "Wysyłam
      hrabiego Keyserlinga, by zrobił ciebie królem" - pisała do Stanisława
      Poniatowskiego imperatorowa Katarzyna. Tak załatwiało się te sprawy w Polsce w
      tamtych czasach. Ciakawe, jak to wygląda teraz; kto pisze, co pisze i do kogo?
      To wprawdzie ciekawe, ale nie ważne, bo ważne jest to, że pani Jolanta
      Kwaśniewska ma być symbolem naszego zjednoczenia narodowego w początkach
      Anschlussu. Kto wie, może w tej sytuacji zachowamy wpływ przynajmniej na
      symbole?

      Ano właśnie. Już od dłuższego czasu i publicyści i politycy i intelektualiści i
      autorytety moralne ujadają przeciwko pani Eryce Steinbach i forsowanemu przez
      nią pomysłowi utworzenia w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom, w którym
      eksponowane byłyby cierpienia narodu niemieckiego, jako drugiej po Żydach
      ofiary wojny. Decyzję o utworzeniu takiego Centrum Bundestag podjął jeszcze w
      2002 roku, ale przed referendum był widać rozkaz, żeby o tym nie kłapać. Po
      ratyfikacji anschlussowych traktatów musiały zmienić się rozkazy i stąd zapewne
      ten klangor. Jakże to, przecież drugą po Żydach ofiarą jesteśmy my! Ale trafiła
      kosa na kamień; pani Eryka jest tak zatwardziała, że zlekceważyła nawet pana
      Marka Edelmana, który kategorycznie zabronił tworzenia Centrum. Nic nie pomogło
      też zdemaskowanie jej przez naszych dziennikarzy śledczych. Okazało się, że
      pani Eryka tak naprawdę się podszywa, bo jej akurat nikt nie wypędzał, tylko
      normalnie wyjechała, słowem - spenetrowano ją na wszystkie 69 sposobów.
      Tymczasem pani Steinbach, jakby nigdy nic - nadal forsuje swoje Centrum.

      Uradzono tedy ("uradziły dwie geldonie, by się wybrać na kolonie"), żeby ją
      zwabić na polski grunt i tu zasypać argumentami, pod których ciężarem wreszcie
      się ugnie i pozwoli nam na satysfakcję choćby w postaci symboli. Tak właśnie
      wyobrażamy sobie tutaj, na Mazowszu, myślenie po europejsku, a poza tym mamy
      takie gusło, że na swoim podwórzu, to i wióry biją. Pomysł wydawał się przedni
      i wszyscy zacierali ręce. Ku powszechnemu zaskoczeniu pani Eryka przyjęła
      wyzwanie i stawiła się w redakcji "Rzeczpospolitej". Tu zabrali się do niej
      najtężsi Europejczycy: pan Potocki, pan Reiter, pan Hajnicz, pan Oleksy, pan
      Nowakowski i pan Tusk, nie licząc sił pomocniczych z kraju i z zagranicy. Tak
      wymownie przemawiali, że kamień by się wzruszył, że Kalwina by uprosił. Pan
      Hajnicz próbował podejść ją nawet od strony handlowej, że niby to Centrum to
      nie jest "towar na europejskie witryny". Ale na pani Eryce nie zrobił wrażenia
      ani łzawy sentymentalizm, ani proponowany przez pana Hajnicza merkantylizm.
      Utwierdzała się w swojej zatwardziałości, oferując co najwyżej w berlińskim
      Centrum krasnyj ugołok dla Polaków, żeby pamiętali, jak to Sowiety wypędziły
      ich z Kresów Wschodnich i ekscytowali się w tamtą stronę. Towarzyszący pani
      Eryce pan Hambura, adwokat z Berlina rozwiał wszelkie nadzieje. Zaproponował,
      by Polacy nie przeszkadzali Niemcom opłakać swoich wypędzonych, a raczej
      pomyśleli o przyszłości, kiedy przyjdzie czas na rozliczenie spraw
      własnościowych. Rada pana Hambury, aczkolwiek absolutnie słuszna, była niestety
      spóźniona, bo Anschluss został już ratyfikowany m.in. dlatego, że nasze
      europejsy kłamały w żywe oczy, iż żadnych problemów własnościowych nie ma.
      Otwartość pana Hambury szalenie zmartwiła pana Józefa Oleksego, który wolałby
      takich tematów "nie wywoływać". No, ja myślę! Widocznie jednak ani pani Eryka,
      ani pan Hambura najwyraźniej nie zamierzali liczyć się z tymi oczekiwaniami i
      wespół z panem Oleksym konspirować. Najwyraźniej uznali, że i tak zachowują się
      powściągliwie, nie wypominając swoim rozmówcom, przynajmniej niektórym, kwot
      niemieckiego jurgieltu. Delikatność tej sytuacji zrozumiał widać pan Reiter,
      wskazując, że forsowanie Centrum może nie jest fortunne, ale zarzucenie tego
      pomysłu na skutek polskich nacisków (he, he!) byłoby jeszcze gorsze, bo gdyby
      tak Niemcy poczuli się przegrani, to Polska drogo by za to zapłaciła. "Nie
      chciałbym tego przeżyć" - dodał na koniec.

      O tym nie ma mowy. Pan Reiter może spać spokojnie. Podczas sejmowej debaty nad
      projektem konstytucji UE i trybem ratyfikacji w Polsce zatwierdzającego ją
      traktatu, pan poseł Jaskiernia najwyraźniej przygotowywał opinię publiczną nie
      tyle do "twardych negocjacji", co do kapitulacji. Cóż zresztą ma robić
      przedstawiciel koalicji, której jedyną nadzieją, a właściwie iluzją, jest
      niemiecka forsa? Nie ma obawy. Już tyle głupstw zostało zrobionych, że nie ma
      możliwości, by Niemcy poczuli się przegrani. A Polska oczywiście zapłaci, ile
      będzie trzeba. Czy pani Jolanta Kwaśniewska nie podpisze rachunku? Czy nie
      znajdzie poparcia u swego politycznego zaplecza, które właśnie wyłania się
      zwolna z obstalowanych sondaży?
    • ignorant11 Niemieckie kłamstwo 29.09.03, 02:08
      Niemieckie kłamstwo
      Tygodnik "Wprost", Nr 1087 (28 września 2003)


      Zredukowanie ucieczki i wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca
      odpowiedzialność z nazistów na aliantów

      Samuel Salzborn
      Niemiecki socjolog i politolog

      W debacie o Centrum przeciw Wypędzeniom tak naprawdę chodzi o to, że związki
      wypędzonych, skąd wyszła ta idea, chciałyby dogłębnie zmienić interpretację
      niemieckiej przeszłości. Wiosną tego roku rozpoczęto w Berlinie budowę pomnika
      Holocaustu. Zgodnie z wolą niemieckich związków wypędzonych, w bezpośrednim
      sąsiedztwie ("w historycznej i przestrzennej bliskości" - jak napisano
      oficjalnie) miałby powstać podobny obiekt ku czci niemieckich ofiar. Wzorem dla
      Centrum przeciw Wypędzeniom ma być Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.
      Utworzenie centrum poświęconego wypędzeniom na pierwszy rzut oka nie wydaje się
      niczym znaczącym dla republiki berlińskiej. Opowiedzenie się "przeciw
      wypędzeniom" wygląda wręcz na chęć wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co
      nieludzkie i zbrodnicze, a nie na historyczny rewizjonizm szerzony przez
      związki wypędzonych. I byłoby tak, gdyby niemiecka przeszłość i
      narodowosocjalistyczna polityka zagłady oraz historyczny rozwój następowały
      chronologicznie po sobie w związku przyczynowym, a nie zostały zestawione obok
      siebie.
      Upragniona przez związki wypędzonych lokalizacja centrum "w bliskości" Muzeum
      Holocaustu oznacza wymazanie historycznego kontekstu, oznacza zbliżenie
      ludobójstwa europejskich Żydów do losu niemieckich wypędzonych. W istocie
      chodzi o nadanie wypędzonym statusu ofiar. Wypędzeni, historycznie rzecz
      biorąc, stają na równi z wymordowanymi Żydami. Przewodnicząca Związku
      Wypędzonych Erika Steinbach formułuje to w następujący sposób: "W gruncie
      rzeczy kwestie Żydów i wypędzonych nawzajem się uzupełniają. Nieludzkie
      szaleństwo rasowe tam i tu powinno być przedmiotem zainteresowania naszego
      centrum".

      Niewinni jak Niemcy
      Zestawienie losu Żydów i wypędzonych jest całkowitym odwróceniem historii.
      Przecież przesiedlenie Niemców nastąpiło w konsekwencji narodowego socjalizmu
      oraz masowego wyniszczania europejskich Żydów. Układ poczdamski (art. XIII) był
      wiążącym (pod względem prawa międzynarodowego) wyrazem sprzeciwu wobec polityki
      nazistów. Także określenie "szaleństwo rasowe" użyte przez Erikę Steinbach jest
      kompletnie nieadekwatne do przesiedlenia Niemców, gdyż nie nastąpiło ono z
      rasowych, lecz antyfaszystowskich powodów. W ówczesnym rozumieniu miało to
      zapobiec przyszłym konfliktom w Europie Wschodniej. W końcu niemiecka
      mniejszość narodowa (Volksdeutsche - jak wtedy określano jej członków) w
      czasach narodowego socjalizmu wzniecała w Europie konflikty społeczne i
      polityczne, a polityka destabilizacji narodów tego regionu stanowiła fundament
      polityki zagranicznej narodowych socjalistów do 1 września 1939 r. To niemiecka
      polityka narodowa, która miała prowadzić do przesiedlenia Niemców, była
      centralnym punktem przygotowanej i realizowanej koncepcji podboju i zagłady.
      Centrum przeciw Wypędzeniom nie ukazuje historycznego kontekstu tego dramatu,
      lecz fałszuje zależność między nazistowską polityką zagłady a ucieczką i
      wypędzeniem Niemców. Inicjatorzy budowy centrum apelują do morale i sumienia
      ludzi. Nie pytają o to, dlaczego doszło do wypędzenia, lecz o to, co i jak się
      stało. Apel taki jest o tyle niebezpieczny, że odnosi się nie do rozumu, lecz
      do uczuć. Kogo nie poruszą straszne fotografie ukazujące ludzi podczas
      ucieczki? Czy takie zdjęcia nie budzą uczucia moralnego oburzenia? Tyle że
      porządek polityki nie pokrywa się z porządkiem moralności - jak słusznie
      zauważył niedawno pisarz Hans Magnus Enzensberger. Wielu wzburzonych pod
      wpływem emocji Niemców nie dostrzeże tej różnicy. Zredukowanie ucieczki i
      wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z
      nazistów na aliantów i siły z nimi sprzymierzone.
      Związki wypędzonych nie chcą słuchać tych świadków dramatycznych wydarzeń z
      przeszłości, którzy wprawdzie żałują utraty swych stron ojczystych, ale uważają
      przesiedlenia za sprawiedliwe z powodu zbrodni popełnionych przez nazistów.
      Tylko nieliczni spośród nich są członkami związków wypędzonych. Dla tych
      związków tak naprawdę nie liczą się cierpienia jednostek, a jeśli już, to
      najwyżej jako przykłady ilustrujące tezę, że ucieczka i wypędzenie były aktami
      zbiorowej niesprawiedliwości. W dodatku niesprawiedliwości nie zawinionej przez
      samych Niemców. "W abstrakcyjnym wyobrażeniu uniwersalnej niesprawiedliwości
      ginie każda konkretna odpowiedzialność" - zauważył w 1951 r. w książce "Minima
      Moralia" znany niemiecki socjolog Theodor W. Adorno.

      Rachunek niemieckich krzywd kontra współczucie dla ofiar
      Samo podjęcie tematu ucieczek i wypędzeń nie stanowi problemu. Problemem jest
      sposób i styl tej konfrontacji z przeszłością. Zgadzam się w tej kwestii z
      wiceprzewodniczącą Bundestagu Antje Vollmer, że sprawa wypędzeń to dyżurny
      temat, podejmowany nie po to, by współczuć ofiarom, lecz otworzyć rachunek
      niemieckich krzywd. W tej debacie nie chodzi o prawdę o przeszłości, lecz o
      stworzenie zbiorowej tożsamości ofiar. Z jednej strony negowane są przyczyny
      ucieczki i przesiedleń, z drugiej - kwestionowana jest legalność ich następstw.
      Jest w tym logika: zanegowanie legalności nowego porządku w Europie po rozbiciu
      narodowego socjalizmu przez aliantów będzie możliwe, gdy przeszłość zostanie
      sprowadzona do rzekomo niezależnych wypadków indywidualnego cierpienia. Kiedy
      ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie Niemców nie będą postrzegane w kontekście
      narodowego socjalizmu, pojawi się możliwość uwolnienia Niemców od moralnej
      odpowiedzialności, a także można się będzie domagać, by te fakty uznano za
      kolektywne bezprawie.
      Inicjatorzy debaty o wypędzeniach wykorzystują to, że traumatyczne urazy
      pojawiają się zarówno u ofiar przemocy, jak i u jej sprawców. I ta trauma
      zwalnia od moralnej oceny czynów czy poczucia winy, co przekonująco pokazał
      hanowerski psycholog Alfred Krovoza. Dzięki temu Niemcy jako "naród
      skompromitowany w swych szaleńczych celach i wciągnięty w najokrutniejsze
      zbrodnie" (co trafnie zauważyli psychoanalitycy Alexander i Margarete
      Mitscherlich w studium "Niezdolność do okazywania żalu") mogli tuż po wojnie
      zajmować się tylko sobą, a nie innymi, często kłopotliwymi sprawami. Wypieranie
      poczucia winy i zatajanie przeszłości stało się niemal rytuałem, dzięki któremu
      można było uwierzyć, że jest się ofiarą, a nie współwinnym zbrodni.

      Prawdziwe prostowanie Niemców
      Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych i
      politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych
      dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu -
      był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się
      Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk Robert
      G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali wobec
      nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w rzeczywistości
      tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej zbiorowej
      niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym kontekście czymś
      wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej koncepcji oceny nazizmu
      sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się różne okropieństwa. Tak też
      było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się tylko ich indywidualne losy,
      postrzegane z moralnej, kompletnie odpolitycznionej perspektywy.
      Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy
      wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego
      kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder,
      w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy
      ewakuacji, wygnanie, wydalenie
      • ignorant11 Re: Niemieckie kłamstwo (dok) 29.09.03, 02:10


        Prawdziwe prostowanie Niemców
        Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych i
        politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych
        dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu -
        był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się
        Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk Robert
        G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali wobec
        nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w rzeczywistości
        tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej zbiorowej
        niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym kontekście czymś
        wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej koncepcji oceny nazizmu
        sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się różne okropieństwa. Tak też
        było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się tylko ich indywidualne losy,
        postrzegane z moralnej, kompletnie odpolitycznionej perspektywy.
        Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy
        wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego
        kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder,
        w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy
        ewakuacji, wygnanie, wydalenie, przesiedlenie - wszystko to oderwane od
        kontekstu, sytuacji prawnej czy lokalnych uwarunkowań.
        Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumieniu związków
        wypędzonych) jest wszystko, tylko nie rzetelne odniesienie się do przeszłości.
        Jest oczywiste, że takie odniesienie musi oznaczać konfrontację ze zbrodniami,
        do jakich doszło podczas ucieczki i wypędzenia, lecz trzeba odróżniać skutki od
        przyczyn. Theodor W. Adorno pisał: "W powadze rzetelnego rozrachunku przeszłość
        traci swój czar wynikający z niedomówień". Chodzi o to, by tworząc Centrum
        przeciw Wypędzeniom, rzeczywiście przywrócono Niemcom "wyprostowaną postawę", a
        nie prostowano ich w zakłamanym kontekście, jak to robią niektóre kręgi w
        Niemczech, w tym związki wypędzonych.
        Samuel Salzborn (ur. w 1977 r.) jest wykładowcą uniwersytetu w Giessen, autorem
        takich książek, jak "Prawo do ojczyzny i walka o zachowanie narodowości -
        programy ziomkostw oraz ich realizacja" oraz "Ojczyzna bez granic. Historia,
        teraźniejszość oraz przyszłość ziomkostw". Był jednym z inicjatorów apelu
        przeciwko Centrum przeciw Wypędzeniom, który podpisało 116 naukowców oraz
        intelektualistów z 12 krajów (www.vertreibungszentrum.de). Jedną z jego książek
        o organizacjach ziomkowskich określono w "Deutscher Ostdienst" (gazecie Związku
        Wypędzonych) jako napisaną z "przesadną pilnością" ("verbohrte Fleißarbeit").
        Herbert Hupka, długoletni przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków, w recenzji dla
        konserwatywnego dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung" napisał o pracy
        Salzborna: "Nie ma prawie żadnej oficjalnej wypowiedzi rzeczników i prezesów
        Związku Ziomkostw, która nie zostałaby krytycznie rozszarpana, by udowodnić
        nadchodzące zagrożenie dla obecnego status quo". Oprócz problemu ziomkostw
        Salzborn zajmuje się też sprawami mniejszości etnicznych, a także narodowym
        socjalizmem i prawicowym ekstremizmem w Niemczech.
        Joanna Wiórkiewicz

    • ignorant11 Bomba Steinbach 29.09.03, 02:13
      Bomba Steinbach
      Tygodnik "Wprost", Nr 1087 (28 września 2003)


      Gerhard Schröder jest przez Erikę Steinbach traktowany jak koń, który wyniesie
      na prawno-polityczną płaszczyznę jej skrywane żądania terytorialne i majątkowe

      Jak można było kanclerza Schrödera uczynić koniem, którego dosiada ubrana w
      charakterystyczny czarny mundur SD Erika Steinbach?" - dziwi się Severin
      Weiland na łamach "Der Spiegel", komentując okładkę poprzedniego
      numeru "Wprost". Przecież Gerhard Schröder jest przeciwnikiem budowy Centrum
      przeciwko Wypędzeniom w formie zaproponowanej przez szefową Związku
      Wypędzonych. Weiland nie rozumie - tak jak wielu jego współobywateli oraz
      niemieckich politologów i dziennikarzy - że szef rządu w Berlinie jest przez
      Steinbach i wypędzonych traktowany jak koń, który wyniesie na prawno-polityczną
      płaszczyznę ich skrywane żądania terytorialne i majątkowe. To jest to
      niemieckie "niemożliwe, mogące się stać realnym", o którym niedawno w "Gazecie
      Wyborczej" pisał prof. Leszek Kołakowski. W taki sam sposób w 1933 r. Adolf
      Hitler wykorzystał ówczesnego prezydenta Niemiec Paula von Hindenburga. Cóż z
      tego, że Hindenburg nie krył niechęci do narodowego socjalizmu, skoro potem
      usankcjonował hitlerowski dekret "Zum Schutz von Volk und Staat" ("O ochronie
      narodu i państwa"), czyniąc go Ermächtigungsgesetz, czyli ustawą dającą
      Hitlerowi prawo do zawieszenia praw obywatelskich oraz konstytucji republiki
      weimarskiej. Okładka "Wprost" ostrzega przed takim właśnie scenariuszem. Każdy
      kanclerz Niemiec był w przeszłości tak samo wykorzystywany przez wypędzonych
      jak obecnie Schröder. To zaskakujące, że Niemcom trzeba przypominać elementarne
      fakty z ich własnej historii. Chyba że tylko udają, że tego nie rozumieją.
      Jeszcze niedawno w niemieckich podręcznikach historii można było przeczytać, że
      prawdziwym powodem najazdu Hitlera na Polskę były powtarzające się napady na
      ludność niemiecką. Z takich podręczników młode pokolenia Niemców dowiadywały
      się, że podczas wojny ucierpieli Żydzi i Rosjanie, ale Polacy żyli pod okupacją
      mniej więcej tak jak Holendrzy, Norwegowie czy Francuzi, czyli prawie
      normalnie. Jeśli się ma takie wyobrażenie o dramacie tamtych lat, łatwo można
      się dać przekonać, że to Polacy i Czesi są obok hitlerowców współzbrodniarzami
      (bo nie tzw. uczciwi Niemcy, z których uczciwości drwił noblista Heinrich
      Böll), gdyż wypędzili z rodzinnych stron spokojnych Niemców, którzy nie
      odpowiadali za popełnione zbrodnie.

      Zapominanie zamiast rozliczenia
      Nasz artykuł "Niemiecki koń trojański" wywołał w Niemczech prawdziwą burzę -
      odniosły się do niego m.in. "Die Welt", "Der
      Spiegel", "Tagesspiegel", "Tageszeitung", "Frankfurter Allgemeine
      Zeitung", "Frankfurter Rundschau", "Berliner Morgenpost", "Märkische
      Oderzeitung", "Welt am Sonntag", stacje telewizyjne ARD i MDR, rozgłośnia
      radiowa Deutsche Welle, agencja prasowa DPA, a także deputowani do Bundestagu.
      Od czasu głośnej wystawy przedstawiającej zbrodnie Wehrmachtu (notabene
      przekłamanej, gdyż zbrodnie niemieckiej armii miały się jakoby zacząć dopiero
      wraz z agresją na ZSRR) nie było w Niemczech równie gorącej dyskusji o
      wstydliwej przeszłości.
      Uświadomiliśmy Niemcom, że inicjatywa powołania Centrum przeciw Wypędzeniom
      jest ostateczną próbą wymigania się od odpowiedzialności za zbrodnie nazizmu,
      próbą ustawienia się w szeregu ofiar - obok Żydów, Rosjan, Cyganów i
      ewentualnie także Polaków. Uświadomiliśmy Niemcom, że polski rachunek krzywd
      wielokrotnie przewyższa rachunek krzywd niemieckich. Część niemieckich
      publicystów już zauważyła, że działania Steinbach popierane przez część
      niemieckich polityków (nie tylko z CDU-CSU, ale także na przykład Zielonych)
      szkodzą przede wszystkim Niemcom. Pokazują bowiem, że tak naprawdę w Niemczech
      nie doszło do denazyfikacji czy rozliczenia się z brunatną przeszłością, lecz
      do wyparcia tej przeszłości z umysłów i sumień.
      Gerhard Gnauck z "Die Welt" przyznał w redakcyjnym komentarzu, że ofensywa
      Steinbach może zniweczyć politykę pojednania Niemców z Polakami. Przyznał też,
      że pomysł stworzenia centrum budzi uzasadnione obawy Polaków - nie tylko
      pierwszych ofiar wojny, ale też przedstawicieli narodu zaliczonego do podludzi
      i z takim uzasadnieniem eksterminowanego. Dziennikarz "Tageszeitung", omawiając
      artykuł "Wprost", nawiązał do wystąpienia Steinbach na konferencji
      zorganizowanej przez "Rzeczpospolitą" i nazwał je "Waterloo szefowej Związku
      Wypędzonych". Gazeta przytacza opinie dwóch deputowanych do Bundestagu, którzy
      byli gośćmi konferencji: "Jerzy Montag (Zieloni) i Dietmar Nietan (SPD) nie
      zostawili suchej nitki na planach powołania centrum. Powiedzieli, że Związek
      Wypędzonych nie występuje w imieniu Niemców ani tym bardziej w imieniu
      Bundestagu".

      Papież z Eriką Steinbach
      Coraz wyraźniej widać, że nie tylko rząd i kanclerz Niemiec są instrumentalnie
      traktowani przez wypędzonych. By pokazać uniwersalność i zasadność swoich
      pomysłów, wypędzeni powołali się na międzynarodowe autorytety, bez żenady
      manipulując stanowiskami Watykanu i Pata Coxa, przewodniczącego Parlamentu
      Europejskiego. Podczas tegorocznego Dnia Stron Ojczystych (Tag der Heimat) -
      organizowanego przez Związek Wypędzonych - Steinbach odczytała list, który do
      uczestników imprezy miał rzekomo wysłać papież. W piśmie podpisanym przez
      arcybiskupa Leonardo Sandriego, watykańskiego wiceskeretarza stanu, napisano
      m.in.: "Jego świątobliwość papież Jan Paweł II przesyła uczestnikom Dnia Stron
      Ojczystych serdeczne życzenia i błogosławieństwo". Dalej Sandri zapewniał
      uczestników spotkania, że papież "ufając głęboko w Europę zjednoczonych i
      pojednanych narodów (...) udziela z serca wszystkim uczestnikom i organizatorom
      oraz referentom tegorocznego Dnia Stron Ojczystych apostolskiego
      błogosławieństwa". Janowi Pawłowi II miało też przypaść do gustu motto
      imprezy: "Niech idea praw człowieka dopełni się w Europie". Ustaliliśmy, że
      papież o wysłaniu listu do Steinbach nawet nie wiedział, a sprawą zajmowała się
      w Watykanie niemiecka sekcja Sekretariatu Stanu, od dawna ściśle współpracująca
      z politykami bawarskiej CSU. Steinbach potraktowała papieża tak, jak w Polsce
      Andrzej Lepper, który twierdzi, że Samoobrona i on sam mają w Janie Pawle II
      specjalnego zwolennika i opiekuna.
      Podczas 54. zjazdu Niemców Sudeckich odczytano list Pata Coxa, który miał
      stwierdzić: "Wypędzenie oznaczało dla wielu ludzi wielkie cierpienie i
      niesprawiedliwość. Jestem świadom tego, że powojenne wypędzenie Niemców i
      Węgrów było bezprawiem. Bądźcie pewni, że cierpienie wypędzonych nie zostanie
      zapomniane podczas dyskusji o przystąpieniu nowych krajów do Unii
      Europejskiej". Podczas niedawnego pobytu w Polsce Cox stwierdził: "To ogromne
      nieporozumienie! Chodziło mi jedynie o poczucie krzywdy przesiedlonych Niemców.
      Polacy poznali to wydarzenie przez czeską agencję prasową, która bazowała na
      niemieckim tłumaczeniu mojej opinii przygotowanej po angielsku! Nie mogę
      odpowiadać za błędne tłumaczenia. Poza tym do Niemiec nie pojechałem, mimo że
      zostałem zaproszony!".

      Rewizja Poczdamu
      O co naprawdę chodzi Erice Steinbach i wypędzonym, można się było przekonać,
      słuchając tego, co powiedział podczas ubiegłotygodniowej debaty w
      redakcji "Rzeczpospolitej" Stefan Hambura, berliński adwokat. Stwierdził
      on: "Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, na przykład
      problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska
      przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy
      się przed europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co
      nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić,
      żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły". Hambura eufemistycznie zapowiada
      majątkowe roszczenia wypędzonych, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie
      niemiecko-pols
      • ignorant11 Re: Bomba Steinbach (2) 29.09.03, 02:15
        Rewizja Poczdamu
        O co naprawdę chodzi Erice Steinbach i wypędzonym, można się było przekonać,
        słuchając tego, co powiedział podczas ubiegłotygodniowej debaty w
        redakcji "Rzeczpospolitej" Stefan Hambura, berliński adwokat. Stwierdził
        on: "Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, na przykład
        problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska
        przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy
        się przed europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co
        nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić,
        żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły". Hambura eufemistycznie zapowiada
        majątkowe roszczenia wypędzonych, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie
        niemiecko-polskiej umowy z 1953 r. (o zrzeczeniu się przez Polskę odszkodowań),
        ale wręcz przekreślenie ustaleń konferencji w Poczdamie w 1945 r. Stąd już
        tylko krok do wysunięcia wobec Polski roszczeń terytorialnych.
        Mało kto pamięta, że do wznowienia dyskusji o wypędzeniach przyczynił się
        niemiecki pisarz Günter Grass. W swojej wydanej trzy lata temu książce "Idąc
        rakiem" pisarz opisał tragedię niemieckich uchodźców, którzy zginęli na
        statku "Wilhelm Gustloff". Dziś Grass uważa, że idea powołania centrum
        kładącego nacisk na niemieckie krzywdy to nieporozumienie. W niedawnym
        wywiadzie dla stacji telewizyjnej NDR opowiedział się za projektem
        międzynarodowym. "Teraz można o tym mówić otwarcie. I to z obu stron. Polacy są
        gotowi rozmawiać również o zbrodniach, które były ich dziełem. Ale ze swej
        strony nie powinniśmy nigdy zapominać, że to my zaczęliśmy wypędzenia" - mówił
        niemiecki noblista. Problemem jest to, że wielu Niemców bardzo chce o tym
        zapomnieć. Artykuł "Niemiecki koń trojański" przerwał wygodny proces wypierania
        niewygodnej przeszłości.

        Piotr Kudzia
        Współpraca: Cezary Gmyz
        Grzech niepamiĘci
        LECH WAŁĘSA
        były prezydent RP
        Bardzo dobrze się stało, że tygodnik "Wprost" opublikował artykuł "Niemiecki
        koń trojański". Widać gołym okiem, że Niemcom trzeba przypominać ich wojenne
        wyczyny. Jeśli powstanie Centrum przeciw Wypędzeniom, Polska powinna wybudować
        swoje centrum, które pokaże zbrodnie, gwałty i spustoszenie dokonane w naszym
        kraju przez niemieckich najeźdźców.
        JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI
        legendarny kurier z Warszawy, były dyrektor Radia Wolna Europa
        Artykuł "Niemiecki koń trojański" to spokojne i rzeczowe pokazanie, co Niemcy
        są nam winni, i o czym nie powinni zapominać. Sam dowiedziałem się o wielu
        faktach, których wcześniej nie znałem. Dobrze by było, aby ten artykuł został
        przetłumaczony na język angielski lub niemiecki i opublikowany w zachodniej
        prasie. Samych siebie już nie musimy przekonywać - musimy przekonywać innych.
        Nie możemy być oportunistami, którzy boją się skutków tego, co powiedzą Niemcy.
        Poza tym poważny odłam niemieckiego społeczeństwa jest przeciwny
        nacjonalizmowi, więc tych rozsądnych Niemców należy utwierdzać w ich
        przekonaniach. Uważam, że Centrum przeciw Wypędzeniom mogłoby ewentualnie
        powstać pod auspicjami Rady Europy, ale wolałbym, by zrodziła się inicjatywa
        wybudowania pomnika ofiarom II wojny światowej. To uniemożliwiłoby Niemcom
        ustawienie się w jednym szeregu z ofiarami nazistów, których przecież legalnie
        wynieśli do władzy.
        WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI
        były minister spraw zagranicznych RP
        Działania Eriki Steinbach kompromitują ją, a prasa ma prawo inicjować - jak to
        zrobił tygodnik "Wprost" - dyskusję o kłopotliwej przeszłości. W kwestii
        Centrum przeciw Wypędzeniom zrobiłem swoje, teraz czekam, co zrobią inni.
        MAREK EDELMAN
        ostatni żyjący dowódca powstania w getcie warszawskim
        Nie mam i nie miałem wątpliwości, że dyskusja o zbrodniach niemieckich jest w
        Polsce potrzebna. Niemcy swoimi pomysłami dotyczącymi Centrum przeciw
        Wypędzeniom sami ją wywołali i uzasadnili potrzebę jej prowadzenia.


        HARTMUT KOSCHYK
        były sekretarz generalny Związku Wypędzonych, deputowany CSU do Bundestagu
        Zastanawiam się, jaka dyskusja rozpętałaby się w Polsce, gdyby "Spiegel"
        lub "Focus" przedstawił polskiego polityka i szefa rządu w podobnej pozie, jak
        pokazano Erikę Steinbach i Gerharda Schrödera? Okładkę z moją frakcyjną
        koleżanką w mundurze SS, siedzącą na kanclerzu, uważam za pozbawioną smaku, w
        złym guście i nie do zaakceptowania. Jestem za debatą o Centrum przeciw
        Wypędzeniom, boję się jednak, że ta żywiołowa dyskusja zaprzepaści wiele z
        tego, co w ostatnich latach osiągnęliśmy w stosunkach niemiecko-polskich. Jeśli
        największa w Niemczech bulwarówka pisze: "Polski magazyn obraża przewodniczącą
        wypędzonych", nie zostanie to w naszym społeczeństwie bez echa. Żałuję, bo
        można było tego uniknąć. Debata o idei centrum toczy się w Niemczech od kilku
        lat. Erika Steinbach dawno już poinformowała o swym zamiarze ambasadorów
        wszystkich państw środkowoeuropejskich. Zarzucam polskiej stronie, że najpierw
        odwróciła wzrok, twierdząc "to nas nie obchodzi", a teraz, gdy sprawa nabrała
        tak dużego wymiaru, reaguje nierzeczowo i emocjonalnie. Szkoda, że tylko
        niewielka część polskiej elity intelektualnej włączyła się do tej dyskusji,
        próbując ją skonkretyzować i nieco ostudzić jej temperaturę. Temat jest
        kontrowersyjny, lecz sposób, w jaki został podjęty w Polsce, jest nieadekwatny
        do problemu. Sądzę, że do zadań polityków należy też czuwanie, by rozwój
        wydarzeń nie wymykał się spod kontroli.

        Nie straszyć!
        Podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej" Janusz Reiter, były ambasador w
        Niemczech, ostrzegał Polaków przed konsekwencjami nieutworzenia Centrum przeciw
        Wypędzeniom. "Byłoby niedobrze, gdyby ci, którzy projekt centrum forsują, mieli
        go zarzucić pod naciskiem Polski i gdyby mieli poczucie przegranej. Za to
        zwycięstwo zapłacilibyśmy wysoką cenę. Wiem, jakie nastroje w Niemczech
        potencjalnie istnieją. Jeśli będą stłumione, eksplodują z większą siłą" -
        powiedział Reiter.
        Mieszkałam w Niemczech przez 16 lat, czyli znacznie dłużej niż Reiter, i wiem,
        jakie w Niemczech panują nastroje, nie tylko potencjalne. Nie podejrzewam, by
        dyskusja na temat prób wykorzystywania przez niemieckie elity nacjonalistów ze
        Związku Wypędzonych mogła doprowadzić do eksplozji tłumionych nastrojów. Reiter
        straszy nas od chwili, kiedy Polska przystąpiła do koalicji antyirackiej.
        Ostrzegał, że z tego powodu nie przyjmą nas do unii i apelował, aby Polska
        koniecznie robiła to, czego sobie życzą europejskie potęgi - Niemcy i Francja.
        Polska była w jego enuncjacjach karłem, który nie wiedzieć czemu odważył się
        prowadzić samodzielną politykę zagraniczną. Reiter pomylił się wielokrotnie w
        przeszłości i myli się nadal. Myli się, bo w dyskusji o centrum nie chodzi o
        zwycięstwo Polaków, ale o przyzwoitość i historyczną prawdę. Dzisiejsze Niemcy
        to nie III Rzesza, nie grozi nam więc eksplozja tłumionych nastrojów ani powrót
        Hitlera. Niech więc nas nie straszy ani nie próbuje zamykać ust tajemniczymi
        ostrzeżeniami.
        Krystyna Grzybowska
    • ignorant11 Rewizjoniści cienko przędą, coraz słabiej... 30.09.03, 23:58
      Ziomkostwa niemieckie chcą odszkodowań



      ZOBACZ TAKŻE


      • Debata o Centrum przeciwko Wypędzeniom







      Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 30-09-2003, ostatnia aktualizacja 30-09-2003
      18:09

      Ziomkostwa Śląskie i Prus Wschodnich chcą wesprzeć wypędzonych w staraniach o
      zwrot majątków wywłaszczonych w Polsce, Czechach i obwodzie kaliningradzkim.
      Pomóc ma w tym założona przez nie firma Powiernictwo Pruskie, która chce
      reprezentować dawnych właścicieli przed sądami.

      Preussische Treuhand zarejestrowana w styczniu br. w rejestrze handlowym w
      Bonn. Wzorem dla niej jest Jewish Claims Conference, czyli organizacja
      starająca się na całym świecie o zwrot wywłaszczonych przez nazistów majątków
      żydowskich. JCC była m.in. jedną ze stron w rokowaniach o odszkodowania za
      pracę przymusową w Trzeciej Rzeszy.

      Powiernictwo Pruskie z siedzibą w Düsseldorfie jest inicjatywą grupy członków
      Ziomkostwa Prus Wschodnich i Ślązaków, a na czele rady nadzorczej stoi
      przewodniczący tego ostatniego Rudi Pawelka. Same ziomkostwa też biorą udział w
      tym przedsięwzięciu. Celem Powiernictwa Pruskiego jest "zabezpieczenie roszczeń
      bądź też zwrot majątku skonfiskowanego na Wschodzie przez państwa wypędzające",
      czyli Polskę, Czechy i Rosję. Na swoich stronach internetowych oraz na
      spotkaniach członków obu ziomkostw firma apeluje o zgłaszanie jej konkretnych
      roszczeń majątkowych z dokładnymi informacjami, danymi z ksiąg wieczystych itp.
      Ale w rzeczywistości firma nie rozwinęła jeszcze działalności, bo brak jej
      akcjonariuszy. Pawelka powiedział "Gazecie", że ma kilkaset zgłoszeń, a
      niemieckiemu dziennikowi "Die Welt" przyznał, że nie udało mu się jeszcze
      zebrać miliona euro potrzebnego do intensywnej pracy nad dokumentowaniem
      roszczeń i przygotowywaniem ewentualnych pozwów restytucyjnych. - Na razie
      sondujemy, zbieramy informacje, nawiązaliśmy kontakt z adwokatem
      wyspecjalizowanym w zwrotach majątków skonfiskowanych przez NRD - mówi Pawelka.

      Przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków twierdzi w rozmowie z "Gazetą", że Pruskie
      Powiernictwo "nie chce zniszczyć Polski", lecz dąży do "rozwiązań znośnych dla
      wszystkich stron". - Chcemy tylko, żeby strona polska wreszcie z nami
      porozmawiała i uregulowała tę kwestię - mówi Pawelka. - W nowej Europie chcemy
      żyć w przyjaźni i kiedyś wreszcie ostatecznie zamknąć rozdział historii, jakim
      były wypędzenia, ale nie chcemy, aby nasze prawa się rozmyły, nie chcemy
      milczeć o tym problemie.

      Pawelka podkreśla zwłaszcza otwarte roszczenia osób pochodzenia niemieckiego,
      które przeprowadziły się do RFN w latach 60.-80., a w Polsce musiały zostawić
      nieruchomości, oraz Niemców mieszkających w okolicy Wałbrzycha, którym także po
      wojnie odebrano majątki. Na pytanie, czy jego firma kontaktowała się z
      mniejszością niemiecką w Polsce, Pawelka zaprzecza, twierdząc, że Niemców z
      Górnego Śląska i Opolszczyzny sprawa dotyczy w najmniejszym stopniu, gdyż jako
      polscy obywatele nie byli pozbawiani majątków.

      Traktat polsko-niemiecki z 1991 r. nie zajmuje się sprawą prywatnych roszczeń
      majątkowych, a państwo niemieckie nie popiera takich roszczeń. Polska uważa, że
      roszczenia o zwrot majątków lub odszkodowania nie mają podstaw prawnych,
      również po wejściu Polski do UE. Niektórzy wypędzeni zapowiadają, że po 1 maja
      2004 r. będą skarżyć Polskę do unijnego Trybunału w Luksemburgu oraz do
      Strasburga. Przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach (CDU)
      powiedziała "Die Welt", że utworzenie Pruskiego Powiernictwa nie było z nią
      konsultowane, a firma jest samodzielnym przedsięwzięciem i nie ma nic wspólnego
      ze Związkiem Wypędzonych.
    • ignorant11 Nowe zbrodnie niemieckie 01.10.03, 13:52
      Niemcy/Szpitale zabijały ludzi


      (PAP) 01-10-2003, ostatnia aktualizacja 01-10-2003 01:13

      1.10.Berlin (PAP/AP) - Hitlerowskie Niemcy wykorzystały setki szpitali i klinik
      do zamordowania co najmniej 200 tysięcy kalek, umysłowo chorych oraz innych
      pacjentów uważanych za istoty niższe

      Taki jest wynik badania przeprowadzonego przez niemieckie Archiwum Federalne

      W trakcie najbardziej wszechstronnej analizy dokumentów nazistowskich z
      instytucji, które pomagały w realizacji programu Hitlera oczyszczenia rasy
      niemieckiej, znaleziono nowe dowody istnienia programu w ramach którego lekarze
      oraz personel szpitalny wykorzystywali gaz, środki medyczne i głodzenie do
      zabijania niepełnosprawnych na terenie Niemiec, Austrii, Polski i Czech

      Inicjatorami tego programy były kancelaria fuerehra i ministerstwo spraw
      wewnętrznych Rzeszy

      Zbrodnie te były dokonywane w tajemnicy. Rodziny ofiar otrzymywały listy
      kondolencyjne, a zajmujący się mordowaniem lekarze pracowali pod fałszywymi
      nazwiskami

      Program zaczęto realizować w lecie 1939 roku. W okresie od stycznia 1940 do
      sierpnia 1941 roku "eutanazja" była prowadzona w sześciu wyznaczonych
      szpitalach w Brandenburgii. Później program był rozszerzany i do jego
      realizacji włączano coraz to nowe placówki służby zdrowia

      Archiwum Federalne nie publikuje nazwisk ofiar, natomiast lista szpitali, które
      brały udział w programie, opublikowana została w Internecie pod adresem
      www.bundesarchiv.de. (PAP) jr/ 0022



      Wersja do druku Wyślij znajomym Podyskutuj na forum
      • hanes Re: Nowe zbrodnie niemieckie 01.10.03, 22:05
        O kurwa, znowu zabladzilem
        Salwa
    • msciwoj24 Kaszubi o Centrum przeciw wypędzeniom 01.10.03, 18:41
      Bezpośrednim powodem zabrania głosu przez środowiska kaszubskie jest pojawienie
      się w Niemczech głosów próbujących podważyć prawo Polski do protestowania
      przeciwko budowie Centrum - głosów mówiących, że Polacy nie mają prawa pouczać
      Niemców, bo sami nie respektują praw Kaszubów.

      Środowiska kaszubskie powinny odciąć się od prób ponownego rozgrywania "karty
      kaszubskiej" przez Niemców przeciwko Polakom. Sprawy kaszubsko-polskie są naszą
      wewnętrzną sprawą, po Piaśnicy, Szpęgawsku i Stutthofie Niemcy nie mają prawa
      komentować stosunku Polski do Kaszubów, szczególnie w dyskusjach dotyczących
      tamtego okresu. Można dodać, że obecnie Kaszubi nie odczuwają ze strony państwa
      polskiego planowej dyskryminacji, a z pojawiającymi się gdzieniegdzie
      przejawami niechęci poradzimy sobie sami, bez pomocy nieszczerych adwokatów.

      W swoim projekcie listu Tomek zawarł następujące stwierdzenia:

      - każda tragedia zasługuje na pamięć i współczucie
      - pamięć nie może być wybiórcza, nie można wynosić jednej tragedii ponad inne
      - wypędzenia w 1944/45 mają swoją genezę w 1939
      - przypomnienie Piaśnicy, Szpęgawska, Stutthofu - gdzie zginął brat T.
      Mazowieckiego (dobra myśl, Mazowiecki jest jedną z symbolicznych postaci
      pojednania polsko-niemieckiego)
      - dla Pomorzan wypędzenia zaczęły się w 1939 - do Generalnego Gubernatorstwa,
      do pracy przymusowej
      - ojciec E. Steinbach był żołnierzem okupacyjnej armii niemieckiej, na czele
      Związku Wypędzonych stoi córka okupanta. Mundur jej ojca dla nas był symbolem
      trwogi i zwiastunem śmierci.
      - nie uznajemy dziedziczenia statusu wypędzonego.

      Dodałbym jeszcze, że Kaszubi rzeczywistość wypędzeń znają bardzo dobrze, bo
      sami ich doświadczali, widzieli jak z ich ziemi jedni ludzie musieli odejść,
      widzieli jak na ich miejsce przybyli inni ludzie wypędzeni ze swoich domów - na
      wschodzie Polski. Wielu dzisiejszych Pomorzan również ma prawo nazwać się
      wypędzonymi.

      Pod wpływem Kołakowskiego napisałbym też, że wielu niemieckich tzw. wypędzonych
      w rzeczywistości opuściło swoje domy z własnej woli lub na polecenie
      niemieckich władz, uciekając przed Armią Czerwoną. Na pokładzie Gustloffa byli
      uciekinierzy, ale nie wypędzeni! Zwróciłbym uwagę, by Niemcy wyrażając
      pretensje za doznane krzywdy, ważyli ich rozmiar i adresatów. To nie polskie
      wojsko zrównało z ziemią stary Gdańsk i zgwałciło 50 procent znajdujących się
      tam kobiet. Polskie wojsko było niewielką częścią armii zdobywającej Pomorze, a
      miasta zdobyte przez Polaków, np. Darłowo / Ruegenwalde zachowały się znacznie
      lepiej niż zdobyte przez Rosjan, np. Bytów (proszę o ew. lepsze dobranie
      przykładów). Wreszcie, Polacy nie brali udziału w decydowaniu o wysiedlaniach -
      ta decyzja została podjęta przez zwycięskie mocarstwa równocześnie z decyzjami
      o podziale Niemiec i przekazaniu ich wraz z wieloma innymi państwami
      zniszczonymi przez niemiecką wojnę, w tym Polską, pod wpływy radzieckie, co
      oznaczało m.in. odcięcie ich od możliwości odbudowy, z których tak obficie
      skorzystały Niemcy zachodnie.

      Chciałbym, by ten list był napisany w takiej formie, by mogli się z nim
      identyfikować nie tylko Kaszubi, ale wszyscy obecni Pomorzanie. Równocześnie
      ten list, powstały z kaszubskiej inicjatywy, mógłby być wyrazem wewnętrznej
      siły i ekspansywności Kaszubów, którzy nie zamykają się we własnej
      społeczności, ale są liderem budującym wokół siebie tożsamość nowego Pomorza

      www.zk-p.pl/xoops/modules/newbb/viewtopic.php?topic_id=17&forum=3&jump=1
    • ignorant11 Centrum prawdy historycznej 04.10.03, 13:18
      Centrum prawdy historycznej



      Pierwsze czytanie projektu uchwały Sejmu, która wezwałaby rząd do budowy
      Centrum Martyrologii Narodu Polskiego w XX wieku wywołało ostrą dyskusję.
      Projekt rozpatrywały połączone komisje Kultury i Środków Przekazu oraz
      Edukacji, Nauki i Młodzieży, które zdecydowały, by skierować projekt do
      powołanej w tym celu podkomisji.

      Wnioskodawcy uchwały - posłowie Ligi Polskich Rodzin - odpierali ataki posłów
      SLD i PO, którzy twierdzili, że projekt ma "odwetowy" charakter w kontekście
      niemieckich planów utworzenia tzw. centrum wypędzonych. Zdaniem posła
      Kotlinowskiego (LPR), Centrum Martyrologii Narodu Polskiego powinno powstać ze
      względu na uniwersalną potrzebę pielęgnowania pamięci. Nie zaprzeczył on
      jednak, że ostatnie wydarzenia związane z zaangażowaniem się części polskich
      środowisk intelektualnych w budowę centrum wypędzonych przyczyniły się
      pośrednio do powstania projektu uchwały w gronie posłów Ligi Polskich Rodzin.
      - Sprzeciwiamy się pomniejszaniu martyrologii Narodu Polskiego, umniejszaniu
      winy za nią odpowiedzialnych i eksponowania winy Polaków działających w swojej
      obronie - mówił Kotlinowski. Według LPR, przyszłe Centrum powinno być
      zlokalizowane w miejscu najbardziej odwiedzanym przez turystów zagranicznych, a
      więc w centrum Warszawy lub Krakowa. "Centrum widzimy nie jako muzeum z
      pamiątkami, czy archiwum z dokumentacją - czytamy w uzasadnieniu do projektu -
      ale jako nowoczesny zespół sal ekspozycyjnych ukazujących w sposób
      audiowizualny poszczególne wydarzenia XX wieku, w których Naród polski był
      ofiarą obcego barbarzyństwa". Ekspozycja miałaby dotyczyć szerokiego zakresu
      wydarzeń od protestu wrzesińskich dzieci, poprzez polski wrzesień 1939 r. i
      Katyń aż po zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki.
      Poseł Michał Stuligrosz (PO) wyraził obawę - która jest obca inicjatorom budowy
      niemieckiego centrum wypędzonych - że podnoszenie cierpienia Polaków w XX w.
      zostanie negatywnie odebrane przez polskich sąsiadów.
      - Takie podejście zafałszowuje i relatywizuje historię, co w konsekwencji
      prowadzi do jej nieznajomości zarówno przez samych Polaków, jak i obywateli
      innych państw. Musimy przekazywać prawdę o naszej przeszłości, a nie
      dostosowywać ją do bieżących potrzeb - podkreślali posłowie LPR i PiS. Oczekują
      oni też, że prace nad uchwałą przyczynią się do rozpoczęcia narodowej dyskusji
      o upamiętnianiu historii oraz przekazywaniu jej młodemu pokoleniu.
      Beata Andrzejewska
    • ignorant11 Centrum Pamięci Narodów w Warszawie? 11.11.03, 01:48

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka