ignorant11 Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypędzenio 12.09.03, 23:26 Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypędzeniom poza Niemcami (PAP) 12-09-2003, ostatnia aktualizacja 12-09-2003 16:22 12.9.Bruksela (PAP) - Lider Zielonych w Parlamencie Europejskim Daniel Cohn- Bendit opowiada się za utworzeniem europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom, ale poza Niemcami, na przykład w Polsce lub dawnej Jugosławii "Wbrew niektórym doniesieniom mediów europejskich nigdy nie popierałem pomysłu centrum wypędzonych w Berlinie" - cytuje Cohn- Bendita rozesłany w piątek komunikat prasowy "Udzieliłem poparcia, razem z Eriką Steinbach, Peterem Glotzem, Ralphem Giordano i innymi, inicjatywie, żeby stworzyć doroczną nagrodę za pojednanie" - oświadczył legendarny przywódca rebelii studenckiej w Paryżu w maju 1968 roku i przyjaciel szefa niemieckiej dyplomacji Joschki Fischera "Co do centrum proponowanego przez (Niemiecki) Związek Wypędzonych, myślę, że taki projekt ma jedynie sens, jeżeli będzie ulokowany w Polsce, Sarajewie czy Prisztinie" - wyjaśnił lider unijnych zielonych "Sprawa przesiedleń nie jest jedynie niemieckim problemem. Jest problemem europejskim, którego Niemcy byli zarówno sprawcami jak i ofiarami, jak inni ludzie. Skupianie się wyłącznie na Niemczech jest niefortunne i destrukcyjne. Przesiedlenia są europejską tragedią wywołaną przez nazizm. Powinno się go rozpatrywać w ramach europejskich" - podkreślił Cohn-Bendit. (PAP) saf/ ap/ bno/ Odpowiedz Link
alex.4 Re: Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypęd 13.09.03, 12:43 Cohn_bendit jest Forrestem Gumpem europejskiej polityki. Jego głupota jest powalajaca. Pseudointeligent. Z reguły jestem przeciwko wszelkim inicjatywom zielonych. To banda głupców, szalęńców i cwaniaczków. Przynajmniej takie mam z nimi doświadczenie.... Pozdr Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Lider Zielonych UE za Centrum przeciwko Wypęd 13.09.03, 12:51 alex.4 napisał: > Cohn_bendit jest Forrestem Gumpem europejskiej polityki. Jego głupota jest > powalajaca. Pseudointeligent. Z reguły jestem przeciwko wszelkim inicjatywom > zielonych. To banda głupców, szalęńców i cwaniaczków. Przynajmniej takie mam z > nimi doświadczenie.... > Pozdr Sława! Zgoda! Ale pozytecnych idiotów lejących wodę na nasz młyn nalezy popierać... Odpowiedz Link
ignorant11 Debata w Rzepie z udziałem Steibach 18.09.03, 01:53 Erika Steinbach: Byłam przestraszona polskimi reakcjami. Niepokoi mnie to. Dlatego też przyjechałam do Polski. Nie chciałabym, żeby w Polsce były obawy, żeby Polacy myśleli, że chcieliśmy zmienić historię. Przeciwnie, bez Hitlera nie byłoby wypędzonych. Na zdjęciu od lewej: Donald Tusk, Erika Steinbach, prowadzący dyskusję Paweł Lisicki, Maciej Łukasiewicz i Józef Oleksy. FOT. MICHAŁ SADOWSKI Erika Steinbach, szefowa niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV), nie zrozumiała polskich racji i nie przekonała do swojego projektu budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom. Na konkretne pytania zazwyczaj nie udzielała odpowiedzi. Nie zareagowała też na postulaty, by dla dobra stosunków polsko-niemieckich zawiesić realizację projektu Centrum w Berlinie. Przez ponad trzy godziny w redakcji "Rzeczpospolitej" trwała wczoraj dyskusja na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom. W debacie uczestniczyli ze strony niemieckiej: Erika Steinbach, Helga Hirsch - publicystka wspierająca pomysł Centrum w Berlinie, Dietmar Nietan (SPD) i Jerzy Montag (Zieloni) - przeciwni tej idei posłowie do Bundestagu, a ze strony polskiej: Józef Oleksy (SLD), Donald Tusk (PO), Marcin Libicki (PiS), Anna Wolff-Powęska - dyrektorka Instytutu Zachodniego w Poznaniu, i Maciej Łukasiewicz - redaktor naczelny "Rzeczpospolitej". Przysłuchiwali się im, dzielili się swoimi uwagami i zadawali pytania publicyści, dyplomaci, historycy i dziennikarze z kilku krajów. W sumie w redakcji pojawiło się ponad stu gości. Sala pękała w szwach. Jeszcze nigdy w Polsce nie zorganizowano debaty z udziałem głównej pomysłodawczyni budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom. - Zainteresowanie przekroczyło nasze oczekiwania - powiedział redaktor naczelny Maciej Łukasiewicz. - Bardzo niepokoi mnie dysonans, jaki od kilku tygodni daje się odczuć w stosunkach polsko-niemieckich. Zarzuty, które kierowane są do drugiej strony, ranią. Troska, aby zapobiec temu, była głównym motywem zorganizowania tego spotkania - tłumaczył Henning Tewes z Fundacji Konrada Adenauera, która z redakcją "Rzeczpospolitej" współorganizowała dyskusję. Maciej Łukasiewicz podkreślał, że we wzajemnych stosunkach, a także w świadomości obu społeczeństw dokonał się fundamentalny przełom. - To jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie pod koniec XX wieku. To, że Polacy wybaczyli Niemcom, uwierzyli im i zobaczyli w nich przyjaciół. Nic nie powinno podważyć tej wiary - powiedział. Największe zainteresowanie wzbudzała szefowa BdV. Na nią przede wszystkim kierowano kamery i aparaty fotograficzne, pod jej adresem padała większość pytań. Erika Steinbach - z kamiennym wyrazem twarzy, co chwila skrupulatnie notując słowa innych uczestników dyskusji - przyznała, że wiele osób odradzało jej przyjazd do Polski i udział w debacie. - Przyjechałam jednak z pełną świadomością, ponieważ uważam, że ważne jest, byśmy ze sobą rozmawiali. Niemcy bardzo poważnie traktują polskie obawy. Szefowa BdV zapewniała, że Polacy są europejskim narodem, który najbardziej ucierpiał w wyniku agresji nazistowskich Niemiec, a zbliżenie polsko-niemieckie bardzo leży jej na sercu. Deklarowała, że Centrum przeciwko Wypędzeniom ma upamiętniać losy nie tylko Niemców wypędzonych z różnych państw Europy Środkowej i Wschodniej, lecz także innych narodów, w tym Polaków. - Chciałabym, by w Polsce nie myślano, że chcemy zmienić historię. Wręcz przeciwnie. Wypędzeń nie byłoby bez Hitlera - mówiła. Przekonywanie nie bardzo jednak jej się udało. Słowa pani Steinbach - choć, jak zauważył Józef Oleksy, był w nich pewien nowy akcent - wzbudzały podejrzliwość. - Pani przecież sama głosowała przeciwko ratyfikacji polsko- niemieckiego układu granicznego, a ostatnio twierdziła pani, że Polska nie przestrzega wszystkich reguł w zakresie praw człowieka - mówił Oleksy. Dodał, że pani Steinbach stara się zamazywać historyczny wymiar przesiedleń. - Instytut badawczy tak, ale to ma być centrum propagandowe. Jakby zbrodniarz obnosił się z ranami zadanymi przez ofiarę. Absolutnie nie. Na to zgody nie ma - mówił podniesionym głosem Marcin Libicki. Krytyka spadła na głowę pani Steinbach również z ust niemieckich deputowanych. Jerzy Montag co chwila podważał słowa szefowej Związku Wypędzonych. - Pani wyznanie o tym, że była pani przestraszona, jest dla mnie pierwszym znakiem tego, że nie jest jeszcze pani dostatecznie poinformowana o tym, co działo się w Polsce i co Niemcy wyrządzili Polakom - mówił. Uczestnicy spotkania chcieli wiedzieć, czy dla pojednania polsko-niemieckiego pani Steinbach zrezygnowałaby lub przynajmniej zawiesiła realizację pomysłu budowy Centrum oraz dlaczego na nowo stara się pisać historię? - Zawieszenie projektu Centrum przeciwko Wypędzeniom dowodziłoby dobrej woli - przekonywał ją Donald Tusk. - Nie mam cienia wątpliwości, że akceptacji dla idei Centrum w Polsce pani nie znajdzie. Steinbach nie odpowiedziała konkretnie na żadne pytanie. Nie sprostowała też żadnej informacji, która - sądząc po grymasie twarzy - mogła ją oburzać. Na przykład tej, że na stronie internetowej BdV można znaleźć neologizmy, które do tej pory nie funkcjonowały w obiegu historycznym. Termin holokaust zastosowano bowiem wyłącznie w odniesieniu do Ormian. Tragedię narodu żydowskiego BdV nazwał zaś powszechnym unicestwieniem. - We wszystkich znanych mi wyszukiwarkach internetowych to słowo pojawia się tylko raz - na stronie BdV - skwitował Paweł Moras, działacz samorządowy z Wrocławia. K.Z. Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych Nie mam sympatii dla Trzeciej Rzeszy FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI "Rzeczpospolita" w sposób bardzo zaangażowany zajęła się tematem wypędzeń, przedstawiając na swoich łamach różne stanowiska. Wielu odradzało mi przyjazd do Polski. Przyjechałam jednak, ponieważ ważne jest, żebyśmy ze sobą rozmawiali, żebyśmy nie rozmawiali o sobie, ale ze sobą, wierzę w siłę rozmowy. Dzisiaj rano byłam na Pawiaku i zostałam tam zapoznana z losami Warszawy, z losami Polski. Te obrazy zgliszczy warszawskich uświadomiły mi jeszcze intensywniej to, co już wcześniej podziwiałam: wolę polskiego narodu, która wyrażają słowa "Jeszcze Polska nie zginęła". Ekspozycja na Pawiaku ukazuje sytuację totalnego zniszczenia. Zniszczenia, które zostało przyniesione do Polski przez Hitlera. Polska jest tym narodem w Europie, który najbardziej ucierpiał w wyniku agresji nazistowskich Niemiec. Po raz pierwszy byłam w Warszawie w 1999 r. z wykładem na ATK. Już wtedy wyraźnie twierdziłam, że większość wypędzonych Niemców wie, jaki był los Polaków. Jesteśmy tego świadomi. Zbliżenie polsko-niemieckie leży mi bardzo na sercu. Na tereny, gdzie mieszkali kiedyś Niemcy, przybywa wielu wypędzonych. Nawiązały się przyjaźnie. Są to przyjaźnie wartościowe dla obu naszych narodów. Znika dawna wrogość zaszyta głęboko w naszych stosunkach. Chciałabym, żebyście państwo lepiej zrozumieli intencje Fundacji Centrum przeciwko Wypędzeniom. Wypędzeni pochodzą nie tylko z terenów Polski, ale również z Estonii, Łotwy i Litwy, z Bułgarii, Rumunii, Jugosławii, Czechosłowacji, a także Węgier. A więc z wielu krajów, gdzie mieszkaliśmy. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy ten temat odpowiednio podjąć, by nie zranić naszych sąsiadów, by nie poczuli się, że są stawiani pod pręgierzem. Pomyślałam, że powinniśmy podejść do tego problemu w sposób międzynarodowy. Poza niemieckimi wypędzonymi prawie nikt nie wie, że Hitler wypędzał też Polaków. Nie tylko, że napadł na Polskę, ale że też wypędzał. Że Polacy byli wypędzani przez Stalina. Że byli deportowani, że były tysiące zabitych. To są już znane fakty w Niemczech. A więc nasze podejście było takie: Centrum przeciwko Wypędzeniom chce nie tylko wskazać na losy niemieckich wypędzonych. Chcemy też uzmysłowić, czego doświadczyły inne narody, w szczególności nasi bezpośredni sąsie Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(2) 18.09.03, 01:58 A więc nasze podejście było takie: Centrum przeciwko Wypędzeniom chce nie tylko wskazać na losy niemieckich wypędzonych. Chcemy też uzmysłowić, czego doświadczyły inne narody, w szczególności nasi bezpośredni sąsiedzi Polacy. I dlatego zrodziła się myśl, żeby założyć fundację poza Związkiem Wypędzonych. Ja jestem jedyną osobą ze Związku Wypędzonych, która działa również w tej fundacji. 11 sierpnia 2000 r. napisałam do wszystkich ambasadorów tych krajów, z których byli wypędzeni Niemcy. Poprosiłam o przyjrzenie się naszej koncepcji, o poinformowanie swoich rządów i - jeśli to możliwe - o wsparcie takiego projektu. To było 11 sierpnia 2000 r. A 6 września dopiero założyliśmy fundację. Jedyną ambasadą, która odpowiedziała na to pismo była ambasada Federacji Rosyjskiej. Odpowiedziała nam - nie chcemy tego. Z żadnej innej ambasady nie było reakcji. Tak więc wyszliśmy z założenia, że nie ma żadnych obaw, nie ma strachu, niepokoju w tej kwestii. Koncepcja fundacji zawiera w sobie kilka komponentów. Jedna część dotyczy spraw niemieckich - jak Niemcy się zmieniły poprzez przyjazd milionów ludzi. Oni wnieśli swoją własną tożsamość kulturową, doświadczenia ze swoich krajów. W Niemczech proces integracji był niezwykle trudny. Wypędzeni byli odrzucani. Doświadczyła tego moja matka. Usłyszała kiedyś - jesteście gorsi niż karaluchy. Wypędzeni nie byli mile witani na początku. Druga sprawa to jest sam proces wypędzeń Niemców. Pierwsi Niemcy byli wypędzeni przez Hitlera. To byli Niemcy bałtyccy - w wyniku paktu Hitler-Stalin. Hitler z Mussolinim uzgodnili, że południowi Tyrolczycy mają zostać też wysiedleni. Do czasów wypędzenia Albańczyków z Kosowa mieliśmy w XX wieku wiele różnych wypędzeń. Za pomocą tej fundacji chcemy wysłać sygnał, że wypędzenia osądzamy negatywnie. Byłam przestraszona polskimi reakcjami. Niepokoi mnie to. Dlatego też przyjechałam do Polski. Nie chciałabym, żeby w Polsce były obawy, żeby Polacy myśleli, że chcieliśmy zmienić historię. Przeciwnie, bez Hitlera nie byłoby wypędzonych. Nasze intencje, nasze cele były takie, żeby nie ograniczać tego tematu do jednego narodu. Chcieliśmy uwzględnić w naszej muzealnej koncepcji także losy innych narodów. Na początku chcieliśmy stworzyć stałą pozycję o niemieckich wypędzonych, a następnie czasowe wystawy przedstawiające wypędzenia innych narodów. Teraz uważam, że lepiej będzie zainstalować stałą wystawę dotyczącą również wypędzeń Polaków. Jeden z moich wujków został zabity przez Hitlera. Mój dziadek był więźniem w obozie koncentracyjnym. Nie mam sympatii dla Trzeciej Rzeszy. Józef Oleksy, wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej Nasze obawy są uprawnione FOT. MICHAŁ SADOWSKI Pani Steinbach powiedziała, że lęka się polskich obaw i dlatego tu jest. Chciałbym pani pomóc zrozumieć obawy Polaków. Pani sama już dziś przedstawia nowe akcenty w stosunku do dotychczasowych wypowiedzi - to dowód na to, że dialog prowadzi do spojrzenia bardziej wspólnego. Nikomu by nie przyszło do głowy negować prawo Niemców do pamięci. Ale prawo do pamięci nie może być równoznaczne ze zmienianiem historii i pisaniem jej od nowa. Pani stara się zamazywać historyczny wymiar tych przesiedleń. To przecież były decyzje Wielkiej Czwórki, to jest prawo międzynarodowe. Pani mówi, że zależy jej, by był w tej sprawie kontekst europejski. Ale to jest tylko dekoracyjne. Z tezy o europejskości tematu bardzo szybko pani oraz pani zwolennicy schodzicie na kwestie milionów Niemców. Takie są korzenie tego tematu w wykonaniu Związku Wypędzonych. Proszę się nie dziwić mojej podejrzliwości, ale przecież pani się wypowiada w bolesnych dla Polaków sprawach w imieniu Związku, który przez długie lata odmawiał Polsce prawa istnienia w powojennych granicach. To z tego Związku płynie dziś temat Centrum w niemieckim wydaniu. To przecież pani sama głosowała przeciwko ratyfikacji polsko-niemieckiego układu granicznego. Ostatnio twierdziła pani, że Polska nie przestrzega wszystkich warunków w zakresie praw człowieka. To nie jest podejście służące dialogowi i stosunkom dobrosąsiedzkim. Mówi pani, że narody powinny mieć prawo do mieszkania w swoich ojczystych stronach. Zgoda, ale pani nie chce widzieć specyfiki dramatu, który w Europie miał miejsce. Dziwi mnie też, że przy pomniku Holokaustu ma nie być imiennego wykazu sprawców, a w Centrum w Berlinie taki imienny wykaz sprawców ma być. Jestem przeciwny obciążaniu procesu pojednania wszelkimi resentymentami. Rozumiem skłonność Niemców do uczczenia pamięci tych, którzy bez swojej winy ponieśli cierpienia. Nie może być jednak mowy o dzieleniu się odpowiedzialnością za skutki drugiej wojny. Nie można zrównywać holokaustu z cierpieniami przesiedlonych. Szyld europejski patrzenia na te sprawy nie może być tylko szyldem. Dlatego przy takim stawianiu sprawy, jak pani to robi, musi pani zrozumieć, jak bardzo nasze obawy są uprawnione. Marcin Libicki, poseł Prawa i Sprawiedliwości Krzyżowa to było myślenie na wyrost FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI Ja również nie przypuszczałem, że będę kiedyś musiał brać udział w tego typu debacie i mam tu na myśli całą europejską debatę na temat Centrum. Uważam, że podniesienie krzywd niemieckich w czasie drugiej wojny w debacie publicznej, społecznej, politycznej, edukacyjnej jest w najwyższym stopniu niewłaściwe. Tak się nie robi. To jest dokładnie tak, i muszę tu dość silnie powiedzieć, jakby zbrodniarz obnosił się z ranami, z zadrapaniami, zadanymi mu przez ofiarę. Oczywiście kryminolodzy mogą się zastanawiać, jakie rany ofiary zadają napastnikowi. Co innego jednak naukowe badanie, dokumentacja, a co innego propaganda polityczna, która prowadzi do relatywizacji. Powołanie centrum dokumentacyjnego, które będzie spisywać wszystko, co się stało z przesiedlonymi, jaki był ich los, jest zupełnie uzasadnione. Takich instytutów w Niemczech jest już sześć. Jeżeli fundacja chce powołać jeszcze jeden instytut, nie mamy nic przeciwko temu. Ale zostało wyraźnie powiedziane, że to nie ma być instytut badawczy, ale centrum propagandowe i edukacyjne, które ma uświadamiać niemieckie krzywdy. A więc badania naukowe - tak, centrum propagandowe - absolutnie nie. Wydawało się, że te rowy między narodami zostały już zasypane. Ze strony polskiej był w tym kierunku wielki wysiłek. Reprezentanci narodu polskiego, biskupi, w 1965 roku zadeklarowali przebaczenie i zwrócili się o to, by przebaczyć nawet nasz gniew wobec Niemców. To było wówczas dla nas bardzo poważne doświadczenie, list biskupów polskich do niemieckich. Ale przyjęliśmy go do naszej świadomości i uznaliśmy, że powinien kształtować nasze wyobrażenie o stosunkach polsko- niemieckich. W latach 70. usłyszałem wypowiedź Jana Józefa Lipskiego, że powinniśmy patrzeć na Zachód jako naszego sojusznika, a symbolem stosunków polsko-niemieckich powinna być bitwa pod Legnicą, gdzie rycerstwo polskie wspólnie z niemieckim powstrzymało nawałę ze Wschodu. To był pewien drogowskaz, gdzie w perspektywie historii mamy umieścić tę straszliwą drugą wojnę. Ci, którzy odwołują się do Krzyżowej, uważają, że opór wobec hitleryzmu może jakoś rehabilitować naród niemiecki. Niestety, dziś widać, że to było myślenie na wyrost. Jerzy Montag, poseł Zielonych do Bundestagu Niemcy to nie tylko Związek Wypędzonych FOT. MICHAŁ SADOWSKI Przyznaję racje poglądom wyrażonym przez polskiego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w "Rzeczpospolitej", że ta debata kieruje nas w przeszłość i w stosunkach polsko-niemieckich jest to kwestia bardzo drażliwa. Jest to debata niepozbawiona niebezpieczeństw. Pani Steinbach, deputowana do Bundestagu, mówi, że była zaskoczona jej intensywnością po polskiej stronie. Wyznanie, że była pani tym przestraszona, jest dla mnie znakiem, iż nie jest jeszcze pani dostatecznie poinformowana o t Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(3) 18.09.03, 02:02 Wyznanie, że była pani tym przestraszona, jest dla mnie znakiem, iż nie jest jeszcze pani dostatecznie poinformowana o tym, co działo się w Polsce, co Niemcy wyrządzili Polakom. Proszę nie uważać niemieckiego podejścia za podejście Związku Wypędzonych. To są dwie różne rzeczy. Pani Steinbach stwierdziła, że Fundacja, której przewodniczy, znajduje się poza Związkiem Wypędzonych. Ta Fundacja należy jednak do Federalnego Związku Niemieckich Wypędzonych i nie jest w zupełnym oderwaniu od jego zadań. Chcę więc powiedzieć, że Związek Wypędzonych ma absolutne prawo do tego, żeby wypędzonych wspominać w sposób taki, w jaki chce. Natomiast Republika Federalna Niemiec i niemiecki Bundestag domagają się debaty europejskiej. Sercem takiego centrum europejskiego powinny być dwie sprawy. Po pierwsze, wypędzenia, deportacje, czystki etniczne pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku powinny być traktowane jako elementy świadomej polityki. Wówczas uważano, że jeżeli będą państwa czyste pod względem etnicznym, to będzie pokój i nie będzie wojny. Historycznym osiągnięciem debaty o prawie międzynarodowym jest to, że dziś inaczej to widzimy. Dla nas Niemców rozważania na temat europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom powinny obejmować refleksję, co my sami sobie uczyniliśmy i co właśnie przyczyniło się do tego, że doszło do wypędzenia ludzi. A więc w tym miejscu powinniśmy pomyśleć, że punktem wyjścia cierpień milionów Niemców były działania samych Niemców. Jeżeli ktoś nie widzi tego kontekstu, w sąsiedzkich narodach nie znajdzie zrozumienia. Dietmar Nietan, poseł SPD do Bundestagu Zrobić wszystko dla pojednania z sąsiadami FOT. MICHAŁ SADOWSKI Moi dziadkowie po stronie ojca, którzy jeszcze żyją, pochodzą z Olsztyna, z dawnych Prus Wschodnich, z Mazur. Nie zapomnę, że gdy przyszedłem do Bundestagu, mój dziadek powiedział mi: chłopcze, nigdy nie możesz zapomnieć, że twoja babcia i ja straciliśmy naszą ojczyznę, ponieważ byli faszyści. A twoim zadaniem w Bundestagu, jako polityka, jest uczynienie wszystkiego - żeby nigdy coś podobnego się nie zdarzyło - poszukiwanie pojednania ze wszystkimi sąsiadami, w szczególności z Polakami, którym przysporzyliśmy tyle cierpień. Prezydent Kwaśniewski raz jeszcze na łamach państwa gazety powiedział: Musimy mówić na ten temat. Nie wolno niczego zamieść pod dywan. Wydaje mi się, że uchwała niemieckiego Bundestagu celowo szczegóły koncepcji, a także miejsce budowy takiego centrum pozostawiła otwarte. Wzywamy więc wszystkich sąsiadów, żeby w otwartym procesie, w duchu pojednania, po prostu, podjęli ten temat. Proszę pamiętać, że kanclerz federalny, a także minister spraw zagranicznych, jednoznacznie wypowiedzieli się o pomyśle tej uchwały. Istotnym błędem inicjatywy Związku Wypędzonych jest to, że nie ma w niej tego otwartego ducha, który jest w uchwale Bundestagu. Wierzę w to, co mówi pani Steinbach, że jest rzeczywiście zaskoczona reakcjami w Polsce. Ale trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego jest tak mało wyczucia wśród tych, którzy z tą inicjatywą wyszli. Przeprowadzono dwa badania opinii publicznej, w Polsce i w Niemczech [na zlecenie "Rzeczpospolitej"]. Postawiono tam pytanie, czy Niemcy też byli ofiarami czasów narodowego socjalizmu w czasach drugiej wojny światowej. Wśród ankietowanych Polaków 57 proc. osób stwierdziło, że tak, że Niemcy także byli ofiarami. A tylko 36 proc. badanych Niemców uznało siebie samych za ofiary. To jest znacząca ankieta, która pokazuje, że wśród prostych ludzi w obu narodach jest więcej zdrowego rozsądku, aniżeli się przypuszcza. I życzę nam dyskusji w tym duchu. Helga Hirsch, publicystka niemiecka Nie chcemy rewizji Poczdamu FOT. MICHAŁ SADOWSKI Takiej ostrej dyskusji się nie spodziewałam, szczególnie jak na początku lat 90. dyskutowaliśmy na temat mniejszości niemieckiej czy wypędzenia. Nie chcę tego krytykować, ale traktuję ostrość tej dyskusji jako okazję do uświadomienia sobie, jak głębokie są rany i obawy związane nie z teraźniejszością, ale przyszłością. Jestem zadowolona, że dyskusja ta ma miejsce. Mój apel polega na zwróceniu uwagi, że Centrum nie oznacza rewizji Poczdamu. Nie znam ani jednego człowieka wspierającego ideę Centrum, który wygłosiłby chociaż półzdaniem konieczność rewizji granic czy korekty Poczdamu. Nikt też nie mówi, że Centrum ma mieć wyłącznie narodowy charakter lub też, że celem jest odwrócenie historii w ten sposób, że poniechamy uświadamiania w niemieckim społeczeństwie zbrodni narodowych socjalistów. Przyjmujcie nas takimi, jakimi jesteśmy. Uczyniliśmy wiele również w konfrontacji ze starszym pokoleniem. Akceptuje to także trzecie powojenne pokolenie. Mogę mnożyć przykłady: w czasie jednej z niedawnych dyskusji jedna z niemieckich obywatelek, której dziadek był kreisleiterem, rozpłakała się, gdyż czuje się winna za to robił jej dziadek. Mówiła, że Centrum nie jest potrzebne. Jest to typowe dla naszego procesu rozwoju historycznej pamięci. Wydaje mi się, że Polacy i Niemcy nie są dalecy w ocenie faktów historycznych. W tomach Hansa Lemberga i Włodzimierza Borodzieja jest dokumentacja wypędzeń. Różnice występują jednak w naszej świadomości. Z jednej strony rozumiem obawy Polaków, ale z drugiej pamiętam o naszej walce z starszym pokoleniem. Pokolenie naszych rodziców chciało przemilczeć przestępstwa narodowego socjalizmu. Żyli w państwie dobrobytu, gdzie powstawały tematy tabu, a my po 68 roku nie odważyliśmy się mówić o Niemcach jako ofiarach. Niemcy byli jedynie oprawcami. Dzisiaj patrzymy na całość historii. Dawniej winę Niemców traktowaliśmy w kategoriach ideologicznych. Teraz pojawiają się książki i konkretne relacje, co umożliwia powrót do historii rodzinnych nie tylko wypędzonych. Anna Wolff-Powęska, dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu Dyskusja o Centrum oddaliła nas od siebie FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI 11 lat trwała w Republice Federalnej Niemiec dyskusja na temat budowy pomnika ofiar holokaustu i z pewnością nie były to stracone lata. Nie chodziło w tej dyskusji o estetyczną formę wyrazu, ale bardziej stawką było samo określenie - przyszłość nowej berlińskiej republiki, tożsamość nowych zjednoczonych Niemiec. Prowadzona i w Niemczech, i w Polsce od kilku miesięcy debata wokół Centrum przeciwko Wypędzeniom nie tylko nas nie zbliżyła ani o krok do prawdy, nie zbliżyła nas jako sąsiadów, ale przeciwnie - oddaliła nas. Co należy zrobić, aby ten wysiłek wielu Niemców i wielu Polaków w ciągu ostatnich kilkunastu lat na rzecz budowania podstaw normalizacji nie poszedł na marne. Dlaczego ja osobiście odrzucam i nie mogę zaakceptować projektu w takiej formie? Po pierwsze ze względu na intencje. Autorom tego projektu chyba nie udało się nas przekonać - mimo zapewnień o europejskim charakterze - jakie jest główne przesłanie, jaki jest główny sens tego projektu. Zarówno moment, kiedy zaczynamy mówić o wypędzeniach, jak i cały charakter debaty, każe podejrzewać, że jednak głównym motywem jest motyw polityczny. Odrzucam projekt i przypuszczam, że wywołuje on w Polsce taką reakcję, ze względu na autorów projektu. Funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku kojarzą się w Polsce negatywnie. W małych i większych miasteczkach na całym obszarze Polski zachodniej i północnej, spotykam mnóstwo wypędzonych, którzy współpracują z lokalnymi władzami, wspomagają muzea, tworzą fundacje, opiekują się cmentarzami, są autorami wielu pięknych inicjatyw. Natomiast funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku kojarzą się w Polsce negatywnie. Zbrakło tej wrażliwości, że po latach okupacji w Polsce i u innych sąsiadów elementarną potrzebą była potrzeba w bezpiecznych granicach. Tego prawa nam odmawiał Związek Wypędzonych. Zalecenia Związku o tzw. wiedzy o wschodzie z 1956 roku utrwaliły na długie lata wizerunek bardzo negatywny Pols Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(4) 18.09.03, 02:11 Natomiast funkcjonariusze Związku Wypędzonych od początku kojarzą się w Polsce negatywnie. Zbrakło tej wrażliwości, że po latach okupacji w Polsce i u innych sąsiadów elementarną potrzebą była potrzeba w bezpiecznych granicach. Tego prawa nam odmawiał Związek Wypędzonych. Zalecenia Związku o tzw. wiedzy o wschodzie z 1956 roku utrwaliły na długie lata wizerunek bardzo negatywny Polski. Cała literatura, podręczniki szkolne utrwaliły obraz Polski jako kraju pod przejściową administracją Polską, kraju leżącego na bagnach, trzęsawiskach, a jeszcze w latach 60. pod wpływem podręczników szkolnych prawie 70 proc. uczniów uznało Polaków jako barbarzyński lud słowiański, który bardzo źle traktował Niemców w czasie II wojny światowej. Bezpośrednio po objęciu stanowiska pani Steinbach podpisała apel berliński w najostrzejszej fazie kampanii wyborczej 6 września 1998 roku, w którym znalazło się wiele pomówień. Niesprawiedliwych pod adresem Polski uwag, które wynikają chyba ze zwykłej niewiedzy. Nie mieliśmy możliwości dyskutować. W tym apelu jest stwierdzenie, że Polacy winni brać przykład z Rumunów, Węgrów, Estończyków. Może jednak zapomniano w tym apelu, że były to państwa, które podczas wojny współpracowały z Niemcami i były w innej sytuacji. Czego nauczyliśmy się o sobie z tej dyskusji? Dla mnie wniosek jest następujący - mamy nowe relacje, ale stare emocje. Donald Tusk, wicemarszałek Sejmu, przewodniczący Platformy Obywatelskiej Zawieście ideę tego projektu FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI Jestem dzisiaj smutnym człowiekiem, bo przez wiele lat w skali lokalnej pracowałem na rzecz tego, by taka rozmowa nie musiała się odbywać. Miałem wrażenie, że przez ostatnie 10 - 12 lat potrafiliśmy budować wzorcowy model pojednania. Seria zdarzeń, które tę rozmowę dzisiaj wywołują, budzi we mnie obawy, że duża część tego wysiłku Niemców i Polaków może pójść na marne. Jeśli zgadzamy się co do odpowiedzialności niemieckiej za okrutne zdarzenia drugiej wojny światowej, to zgódźmy się też z tym, że Niemcy dzisiaj dźwigają ważną odpowiedzialność za to, by proces pojednania był procesem autentycznym i ze szczęśliwym finałem. Jeśli Niemcy chcą się czuć współodpowiedzialni za dobry i mądry proces pojednania, muszą zrozumieć, że fakty i zdarzenia budujące ten proces muszą być zrozumiane przez obie strony. Nie może być pojednania polsko- niemieckiego, dochodzenia do prawdy o relacjach polsko-niemieckich, jeśli będzie się głuchym na doświadczenia historyczne partnera. Gdy pojawiały się w sferze publicznej kolejne fakty związane z tą debatą, miałem poczucie, że wysiłki budowane pracą setek i tysięcy ludzi zostały zagrożone potężnym uderzeniem młota, które nas zniechęca do tego procesu. Powiem wprost: pani personifikuje odpowiedzialność za to, że ci, którzy pracują na rzecz pojednania, stracili trochę wiary w jego powodzenie. Wszystkie moje doświadczenia mówią mi z całą mocą, że gdyby miało się tak kiedyś stać, że sposób widzenia historii, który towarzyszy inicjatywie Centrum przeciw Wypędzeniom, stałby się powszechny w Niemczech, we mnie narodziłoby się natychmiastowe przeczucie zbliżającej się katastrofy. Nie ma cienia wątpliwości, że warto dziś robić wszystko, żeby przekonać polityków, także niemieckiej prawicy, aby ideę tego projektu zawiesili. W ten sposób najlepiej mogliby udokumentować najlepszą wolę i zdolność rozumienia polskiej wrażliwości w tym procesie. Z panią Steinbach w jakimś sensie jesteśmy sąsiadami, ze względu na miejsce urodzenia. W mojej rodzinie jedna z babć zginęła na "Gustloffie", wiele kobiet było w 1945 roku zgwałconych przez wkraczających żołnierzy rosyjskich, a jednocześnie obaj dziadkowie znaleźli się na początku września 1939 roku w niemieckich obozach koncentracyjnych. To jest rodzina typowa dla Pomorza, Kaszub, Gdańska, która w swojej samowiedzy nigdy nie miała wątpliwości, kto za co jest odpowiedzialny. Po wojnie, używając częściej niemieckiego niż polskiego, mimo że opłakiwała tych, którzy zginęli z rąk hitlerowców, i tych, którzy zginęli z rąk żołnierzy radzieckich, nie miała wątpliwości, kto za co odpowiada. Tak niedaleko od miejsca ważnego dla pani Steinbach i dla mnie jest Piaśnica oraz wiele innych miejsc pokazujących, że przed wypędzeniami była też eksterminacja, która jest ciągle świeżą blizną. Blizną, która może szybko zamienić się w ranę. W przypadku wielu Polaków, gdy pojawia się hasło wypędzenia, w pamięci pojawiają się najpierw tysiące ludzi rozstrzelanych na początku wojny w Piaśnicy - Pomorzan, którzy być może pięć lat później byliby wypędzonymi. Dlatego każda fałszywa nuta musi dla Polaków z takim doświadczeniem brzmieć jak alarmowy dzwonek. Wśród gości "Rzeczpospolitej" byli publicyści, dyplomaci, dziennikarze i historycy z kilku krajów FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI Marek A. Cichocki, Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie: Z uwagą wysłuchałem deklaracji pani Steinbach, że podejmując się projektu Centrum przeciwko Wypędzeniom, miała pani na względzie przede wszystkim to, żeby nie wywoływać kryzysu w stosunkach z sąsiadami Niemiec. To trochę zabrzmiało jak deklaracja poprzedzająca oświadczenie, że rezygnuje pani ze wszystkich swych funkcji. Przecież cel podstawowy, który pani sobie postawiła, nie został osiągnięty? Projekt zgłoszony przez panią został w Polsce odrzucony przez wszystkich. Chciałbym więc panią zapytać, czy widzi pani możliwość, aby ten projekt złożyć w ofierze polsko-niemieckiemu pojednaniu? I kolejna rzecz - w tym projekcie zawsze brakowało mi udziału Rosjan. Przyznam się, że znowu domyślam się tutaj kalkulacji z państwa strony. I kwestia do pani Hirsch. Sądzę, że pani i niektórzy ludzie z Niemiec, związani z pokoleniem 68 r., zobaczyli w polskiej "Solidarności" obraz ruchu społecznego i lewicy - dlatego poczuli się w obowiązku uczynić coś dla "Solidarności". Teraz często ci sami ludzie, patrząc na Jugosławię, odnajdują w czystkach etnicznych historię niemieckich wypędzonych. Czy to porównanie jest uprawnione? Czy nie obawia się pani, że skutkiem tego wypędzenie zostanie przedstawione jako szczególne niemieckie doświadczenie, związane z drugą wojną światową? Dlaczego w takim razie nie mówi się o ofiarach bombardowań miast, o kobietach gwałconych w czasie drugiej wojny światowej? Dlaczego akurat o wypędzonych? Czy to wynika ze specyficznego sentymentu wobec utraconych stron rodzinnych, czy za tym kryje się coś więcej? Erika Steinbach: Co do [Rosji]: 11 sierpnia 2000 r. skierowałam pismo do wszystkich ambasadorów. I tylko jeden ambasador [rosyjski] odpowiedział. Chciałabym, żebyśmy współżyli ze sobą przyjaźnie. Żebyśmy wspólnie kształtowali Europę. I żebyśmy uświadomili sobie, że kulturowo i historycznie łączy nas więcej, niż dzieli. Wczoraj uświadomiłam sobie to w hotelu, w którym mieszkam - "Jan III Sobieski". Wielki polski król dopomógł w uratowaniu Wiednia. Wspólnie powinniśmy pamiętać o pozytywnych czasach w naszej historii. I właśnie dlatego uważam, że wobec niektórych wypowiedzi pod adresem mojej osoby w Polsce muszę zamknąć oczy, powiedzieć - pozostań spokojna dla sprawy. Pan pytał, czy jesteśmy gotowi poświęcić fundację (budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom - przyp. red.). Odpowiem pytaniem: czy uważa pan, że dobrze posłużyłoby to stosunkom polsko-niemieckim? Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy wspólnie poszukiwali dróg, które prowadzą nas do zbliżenia? Uważam, że jeżeli fundacja dzisiaj zakończyłaby swą działalność, byłoby to równie dramatyczne jak obecny, niekorzystny dla sprawy klimat. Helga Hirsch: Nie spodziewaliśmy się, że ta debata przybierze takie rozmiary. Związek Wypędzonych nigdy tej dyskusji nie mógłby tak daleko zaprowadzić, gdyby nie włączyły się do niej inne siły, inne grupy. Ta debata jest dla Niemców łatwiejsza pod względem moralnym - do tej Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(5) 18.09.03, 02:13 Ta debata jest dla Niemców łatwiejsza pod względem moralnym - do tej pory mówiono o nas jako o sprawcach wojny, a teraz mówi się o Niemcach wypędzonych, o ofiarach bombardowań. Ze strony polskiej wygląda to jednak inaczej i jest o wiele trudniejsze. Jerzy Holzer, profesor historii: Niemcy ponieśli ogromne ofiary w rezultacie drugiej wojny światowej. Miliony Niemców ginęły na frontach. Miliony, setki tysięcy - nikt tego dokładnie nie zliczył - zginęły w sowieckich obozach. Setki tysięcy Niemców zginęło w nalotach. Niemcy tracili majątki w czasie bombardowań. Jednym z wielkich doświadczeń były wysiedlenia. I teraz państwo chcecie budować partykularny pomnik niemieckiej krzywdy wysiedlenia. A zbudujcie! Proszę bardzo. To Niemcy Niemcom zgotowali ten los. Zbudujcie wielkie muzeum niemieckich ofiar poniesionych w rezultacie wywołanej przez rząd niemiecki drugiej wojny światowej. I nikt nie będzie miał nic przeciwko temu. Chyba że będziecie akcentowali państwo, że te ofiary padły wskutek nalotów amerykańskich i brytyjskich - ciekaw byłbym, jaka będzie reakcja Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Albo że będziecie akcentowali, że te zgwałcone kobiety padły ofiarą żołnierzy sowieckich - ciekaw jestem, jaka będzie wtedy reakcja Rosji. Ale jeżeli będziecie rzeczywiście akcentowali to, co jest najważniejsze, że to Niemcy Niemcom zgotowali ten los, nie będzie problemów z reakcjami opinii publicznej w innych krajach. I nad tym trzeba się zastanowić. Maciej Zakrocki, TVP 3: Jestem przedstawicielem pokolenia, które historię drugiej wojny światowej zna przede wszystkim z książek, filmów, no i oczywiście z opowiadań rodziców. Chyba te ostatnie najbardziej zaważyły na moim stosunku do Niemców, kiedy dorastałem, i nie ukrywam - był on negatywny. Przyszedł jednak taki moment, który nazywamy początkiem procesu pojednania. Ja sam byłem autorem kilkudziesięciu filmów reportaży, pokazujących niemieckie losy w czasie drugiej wojny światowej. Chciałem panią Steinbach spytać - przez jej działania może przecież zostać zaprzepaszczona ogromna praca wielu ludzi różnych pokoleń. Czy więc realizacji projektu Centrum nie można - jak to powiedział marszałek Tusk - zawiesić? Debata w redakcji "Rzeczpospolitej" trwała ponad trzy godziny FOT. MICHAŁ SADOWSKI Erika Steinbach: Jestem mocno przekonana o tym, że Polaków i Niemców łączą bardzo silne więzy, że taka debata nie jest w stanie nimi wstrząsnąć. Wierzę też, iż jest w państwa mocy, aby zaakceptować to, że są w Niemczech ludzie, którzy też noszą żałobę, trudną do zrozumienia dla innych. My przecież wiemy, że Polacy cierpieli - ale trudno byśmy to cierpienie odczuwali tak samo. Mogę pójść oczywiście na Pawiak i spróbować się wczuć w wasze odczucia - ale to się nie uda. W każdym razie, moja fundacja od samego początku ma przed sobą pozytywny cel i nie chce zniszczyć stosunków polsko-niemieckich. Helga Hirsch: Żeby to oderwać od kontekstu polsko-niemieckiego, chciałabym powiedzieć, że w Niemczech w takich obozach jak Sachsenhausen czy Buchenwald mieliśmy bardzo burzliwe i emocjonalne dyskusje między więźniami z czasów narodowosocjalistycznych a więźniami z czasów enerdowskich. Ofiary Stasi nie chciały sympatyzować z Żydami i Żydzi często nie chcieli sympatyzować z ofiarami Stasi. Uważam, że musi się zakończyć potworna "konkurencja ofiar". Przez 30 lat dla mojego pokolenia o wypędzonych nie mówiliśmy wcale nie dlatego, że byli jakimś tematem tabu. Nie jest tak, że to Günter Grass złamał to tabu. W określonych kołach, w tym w Związku Wypędzonych, ten temat zawsze był obecny. Ale w kołach liberalnych i lewicowych - nie. - Janusz Reiter, prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie Podzielam gorzkie uczucia Donalda Tuska i innych osób, które tutaj pytały, czy wszystko poszło na marne. Mam głębokie przekonanie, że nie poszło na marne. Nawet przebieg tej dzisiejszej dyskusji daje pewne nadzieje. Mnie ta dyskusja nie zaskoczyła, nie zaskoczył mnie spór pomiędzy Polską a Niemcami, ale między Polakami a Niemcami już tak. Byłoby źle dla porozumienia między Polakami i Niemcami, gdyby Centrum powstało w takim kształcie, w jakim jest dzisiaj zaprojektowane. Polacy w tym Centrum nie mogliby się rozpoznać, pojawiłoby się gorzkie poczucie porażki, a także klęski pewnej koncepcji porozumienia z Niemcami. Takie poczucie może się pojawiać u ludzi, którzy wystarczająco długo wykazywali, że chcą tego porozumienia. Byłby to również koniec pewnej tradycji w Niemczech, która wyrażała się w dążeniu do tego, aby Niemcy nigdy nie izolowały się od swoich sąsiadów. Byłoby również niedobrze, co może zabrzmieć zaskakująco, gdyby ci, którzy ten projekt Centrum dzisiaj forsują, musieli go zarzucić pod polskim naciskiem i gdyby mieli poczucie przegranej. Byłoby niedobrze, ponieważ za to zwycięstwo zapłacilibyśmy wysoką cenę. Wiem, jakie nastroje istnieją w Niemczech albo istnieją potencjalnie. Jeśli będą stłumione, zwłaszcza przez zewnętrzny nacisk, eksplodują z tym większą siłą. Ja tego nie chciałbym przeżyć. Dlatego jedna ze stron nie powinna w wyniku dyskusji czuć się przegrana. Czy jest możliwe porozumienie? O kompromisie nie może być mowy, bo w przypadku racji historycznych czy moralnych nie ma kompromisów. One są tam, gdzie są interesy. Tu nie ma interesów. Czy jest zatem możliwe takie przedstawienie historii Polaków i Niemców, w tym również wypędzenia Niemców, żeby jedni i drudzy mogli się w tym rozpoznać. Głęboko wierzę, że tak. Wierzę, że Niemcy ze wschodu, których nazywa się w Niemczech wypędzonymi, przechowują pewną wiedzę o tej części Europy, która to wiedza może być potrzebna i Niemcom, i nam. Chciałbym, żeby ta wiedza nie zniknęła w Niemczech wraz z tym pokoleniem, które dzisiaj ją przechowuje. Alternatywą jest bowiem kompletna ignorancja spraw polskich i niewiedza, co to jest Polska, Gdańsk, Toruń, Malbork, ale także Kraków, również Wilno czy Lwów. Nie chciałbym, aby porozumienie między Polakami a Niemcami dokonywało się na tym poziomie. Dlatego uważam, że trzeba podjąć próbę, a to wymaga ze strony naszych niemieckich partnerów również pewnej samodyscypliny, a także zdolności do uznania naszych racji. Ciągle wierzę w to, że jest możliwe podjęcie tego tematu w sposób, który nie musi wcale nas skazywać na jakiś antagonizm narodowy. Stefan Hambura, adwokat z Berlina Pochodzę z Gliwic i nie jestem wypędzonym, ale przesiedlonym (tzw. Sp?taussiedler). Myślę, że cała ta dyskusja, która dzisiaj się toczy, jest pożyteczna. Pokazuje, iż na tym etapie nie dojdziemy do wspólnego rozwiązania. A to dlatego, jak wspominała pani Hirsch, że jest to problem na razie czysto niemiecki. Chodzi o to, aby opłakać swoich własnych wypędzonych. Myślę, że dobrze by było, żeby to Centrum powstało nie w Berlinie, a w Bonn. Republika Bońska integrowała wypędzonych. Berlin jest zbyt blisko Polski, by to Centrum mogło tam powstać. Obyśmy tylko nie skończyli na tym, że wzajemnie będziemy się obrzucać kamieniami. Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, tak jak na przykład problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy się przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić, żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły. Magdalena Bajer, Rada Etyki Mediów Przeżywamy koniec pewnych długotrwałych i bardzo mocno zakorzenionych standardów cywilizacyjnych. Jednym z nich jest idea państwa narodowego, która za naszego życia, tu obecnych, ustępuje miejsca innym standardom, choćby takiemu jak prawa człowieka. To będzie pociągało za sobą często trudną i bolesną procedurę przeorientowania własnego patriot Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(6) 18.09.03, 02:15 To będzie pociągało za sobą często trudną i bolesną procedurę przeorientowania własnego patriotyzmu. Tej wersji patriotyzmu, w jakiej wychowywały się pokolenia Polaków, i nie tylko Polaków. Myślę, że to jest perspektywa tła dla dalszych dyskusji o stosunkach sąsiedzkich w Europie, także perspektywa dla dialogu polsko-niemieckiego. Jerzy Marek Nowakowski, publicysta "Wprost" Co rok przez ponad trzydzieści lat jeździłem do Bogatyni koło Zgorzelca, ponieważ moja ciotka była tam dentystką. I rozmawiałem z ludźmi, którzy tam mieszkali, Polakami wysiedlonymi ze wschodu. Pytałem, dlaczego na przykład z tych bardzo ładnych domów zaczynają opadać tynki? Dlaczego ich się nie remontuje? Jeszcze lat temu naście padała odpowiedź: bo nie ma co tutaj robić, bo Niemcy tu wrócą. To było głębokie przekonanie inżyniera, który mieszkał w porządnej chałupie, i to było głębokie przekonanie robotnika z pegeeru. Taka jest rzeczywistość społeczna. Dzięki wysiłkom takich ludzi jak Artur Hajnicz udało się ten stereotyp z głów przynajmniej częściowo usunąć. Otworzenie tej puszki Pandory spowoduje, że wraca ta sama obawa. Dlatego dziwię się, szczerze mówiąc, Heldze [Hirsch], że broni tej idei. Ta obawa wróci, gdy Polska wejdzie do Unii Europejskiej, i wtedy, kiedy koledzy pana mecenasa będą mówić, że jeszcze będą sprawy własnościowe. Gratuluję sukcesu i właściwego momentu na wyjęcie tego kościotrupa z szafy. Jerzy Kranz, były ambasador RP w Niemczech Nie rozumiem pani Helgi Hirsch. Książki [o wypędzeniach i dawnych stronach rodzinnych] powstawały, powstają, będą powstawać, nikt przeciwko temu nie protestował. Natomiast ma powstać Centrum, które jest rzeczą nową. W projekcie Centrum są zwroty i różne poglądy historyczne, takie jak polskie obozy zagłady dla Niemców. Centrum w europejskim wydaniu jest dalej centrum niemieckim z głównym ciężarem na ofiarach niemieckich, za niemieckie pieniądze. Problem jest tylko taki, czy rząd niemiecki to poprze. Jeżeli pani Steinbach chce takie centrum utworzyć, to nikt jej tego nie może zabronić. Może nam się to nie podobać, jak nam się różne rzeczy nie podobają. To przechodzi już na odpowiedzialność polityczną. Centrum przeciwko Wypędzeniom nie jest pisaniem książki, lecz elementem polityki historycznej. Pytanie, czy poświęcić to Centrum dla pojednania polsko- niemieckiego, jest może skrajnie postawione, ale mi się wydaje, że to Centrum w tym wydaniu europejskim również jest dla Polski nie do przyjęcia. Paweł Moras, działacz samorządowy z Wrocławia Wrocław to bardzo symboliczne miejsce dla stosunków polsko-niemieckich, największe miasto w historii naszego kontynentu, które doświadczyło pełnej wymiany, pełnego wypędzenia. Jedni zostali z niego wypędzeni, drudzy zostali do niego wpędzeni. Jeszcze jako kilkuletni chłopiec zacząłem się uczyć języka niemieckiego. Miałem przyjaciół w Niemczech, co było zupełnie niezrozumiałe. Ba, było często powodem szykan ze strony moich rówieśników na podwórku. Byłem w Krzyżowej w 1989 roku. Nie wiem, czy pani przewodnicząca sobie zdaje sprawę z tego, jak bardzo proces pojednania u nas we Wrocławiu został zahamowany ze względu na sprawę Centrum przeciwko Wypędzeniom. Powracają stare demony. Dlaczego? Między innymi dlatego, że pod płaszczykiem europejskości Centrum przeciwko Wypędzeniom mamy do czynienia z pisaniem historii na nowo. Andrzej Potocki, dziennikarz polskiego "Newsweeka" Odniosę się do pytania, na które pani Steinbach zareagowała bardzo emocjonalnie. Chodzi o pochodzenie pani rodziny, konkretnie ojca i matki. Chcę zadać to pytanie w kontekście przepisów Związku Wypędzonych. Załóżmy taką hipotetyczną sytuację. Ojciec pani Steinbach jako żołnierz Luftwaffe zostałby rozkazem przeniesiony na lotnisko pod Stalingradem. Tam zabrałby ze sobą swoją rodzinę i w wyniku kontrofensywy rosyjskiej zostałby przerzucony z powrotem na zachód. Czy w tej sytuacji mógłby się on starać o członkostwo w Związku Wypędzonych? Renate Marsch, korespondentka DPA Czy po tych długich dyskusjach między Polakami i Niemcami pani mogłaby zmienić trochę swoją koncepcję? A więc np. zamienić wystawy czasowe na stałe. Czy mogłaby pani coś zmienić w swojej koncepcji na podstawie tej obecnej dyskusji? Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej Nie zapomnijmy o tym, że to wypędzenie było narzędziem walki w czasie zimnej wojny. W czasie zimnej wojny obie strony mobilizowały, zbierały dokumentację, materiały. Dzięki "Solidarności" i dzięki zjednoczeniu Niemiec z płynnym wysiłkiem zakończyliśmy zimną wojnę. Podjąwszy zaraz potem próby z polskiej inicjatywy, próbę zakończenia sprawy. I teraz okazuje się, że wracamy jak gdyby do początku. Wszystko, co przeszkadza spojrzeniu w przyszłość, trzeba zostawić historii. Wszystko. [Projekt Centrum w Berlinie] to jest towar, który nie nadaje się na europejskie witryny. -------------------------------------------------------------------------------- Skróty wypowiedzi i tytuły pochodzą od redakcji Powiedzieli po debacie Jerzy Holzer, historyk Myślę, że w redakcji "Rzeczpospolitej" nikt nikogo nie przekonał. Nie jest to zresztą dla mnie specjalna niespodzianka. Ta dyskusja toczy się przecież od dłuższego czasu. Wszyscy obecni wyłożyli swoje, od dawna dobrze znane, poglądy. Tymczasem ja nie widzę w tej sprawie miejsca na rozwiązanie kompromisowe. Ktoś po prostu musi ustąpić. Jako historyk wiem, że aby pokazać prawdziwą historię, należy przede wszystkim przedstawić źródła i konsekwencje wydarzeń. W tym wypadku ktoś chce przedstawić historię bez ukazania źródeł i ja wietrzę w tym cele polityczne. Osobiście uważam, że Centrum powinno mimo wszystko powstać. Musi to być jednak placówka o charakterze europejskim - centrum badawcze, dokumentacyjne, urządzające wystawy i konferencje. Pomysł na utworzenie centrum muzealnego, nawet ogólnoeuropejskiego, jest utopią. Bedrzich Kopecky, ambasador Republiki Czech w Polsce Trudno mówić o paralelach w traktowaniu sprawy wypędzonych w Polsce i Czechach. Nie ma w Czechach takiej dyskusji na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom jak w Polsce. Publicyści i dziennikarze nieomal nie zauważyli, że istnieje taka sprawa jak projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Jednym z możliwych powodów może być fakt, że przez ostatni rok toczyła się intensywna dyskusja na temat stosunków czesko- niemieckich. Chodziło o dekrety Benesza i Niemców sudeckich. Wszyscy są już tym zmęczeni i być może nie zwrócili wielkiej uwagi na projekt Związku Wypędzonych. Jednak stanowisko Czech wobec tej koncepcji nie różni się od stanowiska Polski. Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej Dzisiejsza konferencja była bardzo pożyteczna. Nie chciałbym jednak, aby została odebrana, wraz z całą debatą na ten temat, jako element zaostrzający stosunki polsko-niemieckie. Nie można zapominać, że Niemcy pozostają naszym bardzo ważnym sojusznikiem. Po obu stronach granicy od dawna wielu ludzi, w tym ja, działa na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Myślę, że udało nam się przezwyciężyć większe problemy niż kwestia wypędzeń. Problemem, którego nie powinno się lekceważyć, jest natomiast tak zwane zaplecze niezadowolonych. Są w nim nie tylko sami wypędzeni, ale również ich synowie i wnuki. Choć oni sami nie zaznali dramatu wygnania, darzą ziemię ojców nostalgią. Ja to zresztą doskonale rozumiem, sam pochodzę z Lwowa. Mam nadzieję, że pani Steinbach zmodyfikuje jednak swój projekt. Myślę, że zrozumiała, iż to, co proponuje, jest w Polsce zupełnie nie do przyjęcia. Debata "Rzeczpospolitej" pokazała, że kwestia wypędzeń nie jest jeszcze gotowa do rozwiązania. Pokazała również, że oba nasze narody nie dojrzały jeszcze do tego, aby spokojnie, bez emocji dyskutować nad tą sprawą. Gerhard Gnauck, kores Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(7) 18.09.03, 02:17 Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej Nie zapomnijmy o tym, że to wypędzenie było narzędziem walki w czasie zimnej wojny. W czasie zimnej wojny obie strony mobilizowały, zbierały dokumentację, materiały. Dzięki "Solidarności" i dzięki zjednoczeniu Niemiec z płynnym wysiłkiem zakończyliśmy zimną wojnę. Podjąwszy zaraz potem próby z polskiej inicjatywy, próbę zakończenia sprawy. I teraz okazuje się, że wracamy jak gdyby do początku. Wszystko, co przeszkadza spojrzeniu w przyszłość, trzeba zostawić historii. Wszystko. [Projekt Centrum w Berlinie] to jest towar, który nie nadaje się na europejskie witryny. -------------------------------------------------------------------------------- Skróty wypowiedzi i tytuły pochodzą od redakcji Powiedzieli po debacie Jerzy Holzer, historyk Myślę, że w redakcji "Rzeczpospolitej" nikt nikogo nie przekonał. Nie jest to zresztą dla mnie specjalna niespodzianka. Ta dyskusja toczy się przecież od dłuższego czasu. Wszyscy obecni wyłożyli swoje, od dawna dobrze znane, poglądy. Tymczasem ja nie widzę w tej sprawie miejsca na rozwiązanie kompromisowe. Ktoś po prostu musi ustąpić. Jako historyk wiem, że aby pokazać prawdziwą historię, należy przede wszystkim przedstawić źródła i konsekwencje wydarzeń. W tym wypadku ktoś chce przedstawić historię bez ukazania źródeł i ja wietrzę w tym cele polityczne. Osobiście uważam, że Centrum powinno mimo wszystko powstać. Musi to być jednak placówka o charakterze europejskim - centrum badawcze, dokumentacyjne, urządzające wystawy i konferencje. Pomysł na utworzenie centrum muzealnego, nawet ogólnoeuropejskiego, jest utopią. Bedrzich Kopecky, ambasador Republiki Czech w Polsce Trudno mówić o paralelach w traktowaniu sprawy wypędzonych w Polsce i Czechach. Nie ma w Czechach takiej dyskusji na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom jak w Polsce. Publicyści i dziennikarze nieomal nie zauważyli, że istnieje taka sprawa jak projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Jednym z możliwych powodów może być fakt, że przez ostatni rok toczyła się intensywna dyskusja na temat stosunków czesko- niemieckich. Chodziło o dekrety Benesza i Niemców sudeckich. Wszyscy są już tym zmęczeni i być może nie zwrócili wielkiej uwagi na projekt Związku Wypędzonych. Jednak stanowisko Czech wobec tej koncepcji nie różni się od stanowiska Polski. Artur Hajnicz, znawca problematyki niemieckiej Dzisiejsza konferencja była bardzo pożyteczna. Nie chciałbym jednak, aby została odebrana, wraz z całą debatą na ten temat, jako element zaostrzający stosunki polsko-niemieckie. Nie można zapominać, że Niemcy pozostają naszym bardzo ważnym sojusznikiem. Po obu stronach granicy od dawna wielu ludzi, w tym ja, działa na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Myślę, że udało nam się przezwyciężyć większe problemy niż kwestia wypędzeń. Problemem, którego nie powinno się lekceważyć, jest natomiast tak zwane zaplecze niezadowolonych. Są w nim nie tylko sami wypędzeni, ale również ich synowie i wnuki. Choć oni sami nie zaznali dramatu wygnania, darzą ziemię ojców nostalgią. Ja to zresztą doskonale rozumiem, sam pochodzę z Lwowa. Mam nadzieję, że pani Steinbach zmodyfikuje jednak swój projekt. Myślę, że zrozumiała, iż to, co proponuje, jest w Polsce zupełnie nie do przyjęcia. Debata "Rzeczpospolitej" pokazała, że kwestia wypędzeń nie jest jeszcze gotowa do rozwiązania. Pokazała również, że oba nasze narody nie dojrzały jeszcze do tego, aby spokojnie, bez emocji dyskutować nad tą sprawą. Gerhard Gnauck, korespondent niemieckiego dziennika "Die Welt" Debata na temat Centrum i wypędzonych nie jest wyłącznie dyskusją polsko- niemiecką. Wychodzi na forum europejskie. Świadczą o tym wypowiedzi Pata Coksa czy czeskich polityków. Dyskusja w Warszawie była utrzymana w spokojnym tonie. Pokazała jednak granice wzajemnego zrozumienia. Jak sądzę Erika Steinbach widzi potrzebę nawiązania kontaktów w Polsce i kontynuacji dialogu zdając sobie sprawę, że bez tego Centrum w proponowanym przez nią kształcie nie powstanie. Chyba że jako instytucja wyłącznie organizacji wypędzonych. Porozumienie będzie trudne. Jak powiedział poseł SPD Dietmar Nietan, Związek Wypędzonych powinien zrobić krok do tyłu. To byłoby rozwiązanie. Organizacja wypędzonych powinna zacząć szukać partnerów w Polsce, np. centrum KARTA lub organizacje Wołyniaków. W ten sposób organizacja wypędzonych mogłaby być jednym z organizatorów przyszłej placówki, a nie siłą decydującą. W takim wypadku istniałaby nadzieja na porozumienie. Piotr Buras, politolog z PAN Debata pokazała, że możemy ze sobą rozmawiać w sposób cywilizowany, co wcześniej nie było wcale takie oczywiste. Jeżeli chodzi o stronę polską, bardzo krytycznie oceniam pewne enuncjacje prasowe, które w niewybredny sposób podgrzewały atmosferę. Ze strony niemieckiej również nie zabrakło emocjonalnych wystąpień. Po drugie: polskim uczestnikom dyskusji, a w szczególności polskiej opinii publicznej, która mogła śledzić jej przebieg w telewizji, pokazano, że nie toczymy polsko-niemieckiej debaty narodowej. Pokazano, że Niemcy również są w tej sprawie wewnętrznie podzieleni. Jest bardzo ważne, by nie traktować Centrum przeciwko Wypędzeniom jako projektu niemieckiego. Popiera go przecież tylko część niemieckiej opinii publicznej i niewielka część sceny politycznej. Jeżeli zaś chodzi o samo meritum dyskusji, to sądzę, że specjalnego zbliżenia tutaj nie osiągnęliśmy. I w gruncie rzeczy nie było ono możliwe - z punktu widzenia Polski bowiem sama idea Centrum w formie proponowanej przez panią Steinbach jest nie do zaakceptowania. Paul Flücker, korespondent szwajcarskiego dziennika "Neue Zürcher Zeitung" W Szwajcarii nie mówi się o wypędzonych. Jest to temat mało znany. Ale sporo się dyskutuje się o dokonywanych przez Niemców próbach nowej oceny historii i przedstawiania się w roli ofiar. Sporo krytycznych reakcji wywołały prasowe publikacje na temat nalotów alianckich na Niemcy. Wiele osób obawiało się, że kryje się za tym relatywizowanie wydarzeń historycznych. Niemcy są dla Szwajcarów najważniejszym partnerem gospodarczym i wszelkie wydarzenia w tym kraju są odnotowywane z uwagą. Podzielam obawy, że propozycja Centrum przeciwko Wypędzeniom podważa wysiłki na rzecz pojednania obu narodów. Nie rozumiem jednak twierdzeń, że nie należy o takich sprawach dyskutować, bo naraża to na szwank proces pojednania. Moim zdaniem pomysł utworzenia Centrum w Berlinie jest nie do zaakceptowania. Z kolei powstanie europejskiego centrum powinna poprzedzić wieloletnia dyskusja. NOT. P. JEN., P. Z. Cena wzajemnej przyjaźni Można zapytać, dlaczego zdecydowaliśmy się zorganizować dyskusję o Centrum przeciwko Wypędzeniom, czy aby nie dolewamy oliwy do ognia? Wierzę, iż powołaniem mediów jest tworzenie przestrzeni do racjonalnej debaty publicznej, a nie masowa mobilizacja uczuć i resentymentów. Staramy się jako gazeta - bo taka jest nasza filozofia - dopuszczać na nasze łamy również takie poglądy, z którymi się nie zgadzamy. Zastrzegamy sobie jednak prawo do własnego zdania, czego by problem nie dotyczył - czy to bieżących spraw wewnętrznych, czy też międzynarodowych, czy wreszcie sporów o historię - zwłaszcza jeśli wywierają one wpływ na decyzje polityczne. Właśnie sporem o historię jest tocząca się obecnie w Polsce i w Niemczech debata na temat upamiętnienia cierpień Niemców w czasie II wojny światowej. Nikt nie przeczy, że niemiecka ludność cywilna poniosła w tej wojnie ofiary. Chcę przypomnieć, że to polski pisarz Józef Mackiewicz, jako jeden z pierwszych w literaturze światowej, opisywał ze współczuciem cierpienia ginących od bomb mieszkańców Drezna. Jednak owa pamięć - także o niemieckich ofiarach przesiedleń - nie może prowadzić do fałszowan Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Debata w Rzepie z udziałem Steibach(8) 18.09.03, 02:19 Zastrzegamy sobie jednak prawo do własnego zdania, czego by problem nie dotyczył - czy to bieżących spraw wewnętrznych, czy też międzynarodowych, czy wreszcie sporów o historię - zwłaszcza jeśli wywierają one wpływ na decyzje polityczne. Właśnie sporem o historię jest tocząca się obecnie w Polsce i w Niemczech debata na temat upamiętnienia cierpień Niemców w czasie II wojny światowej. Nikt nie przeczy, że niemiecka ludność cywilna poniosła w tej wojnie ofiary. Chcę przypomnieć, że to polski pisarz Józef Mackiewicz, jako jeden z pierwszych w literaturze światowej, opisywał ze współczuciem cierpienia ginących od bomb mieszkańców Drezna. Jednak owa pamięć - także o niemieckich ofiarach przesiedleń - nie może prowadzić do fałszowania faktów. Współczucie dla jednostek czy nawet setek tysięcy nie może pociągać za sobą relatywizowania odpowiedzialności państw. To Niemcy były odpowiedzialne za wywołanie II wojny światowej i za całą spiralę popełnionych wówczas zbrodni. To Niemcy ponoszą odpowiedzialność za Adolfa Hitlera i wszystko, co się stało w czasie II wojny oraz już po jej zakończeniu. Przecież Hitler nie był samotnym psychopatą, lecz miał za sobą przez całe lata entuzjastyczne poparcie wielkiej części społeczeństwa niemieckiego. W świadomości Polaków i innych narodów Europy Środkowej i Wschodniej to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za sojusz Hitlera ze Stalinem i za wszystkie jego konsekwencje, łącznie ze zniewoleniem wielu milionów Niemców z NRD przez sowiecką dominację. Inna sprawa, że stało się to za przyzwoleniem aliantów, ale nie ich tutaj sądzimy i nie do nich adresują swoje pretensje rzecznicy Niemieckiego Związku Wypędzonych. My, Polacy, nie możemy dopuścić do tego, by - jak to słusznie sformułował Władysław Bartoszewski - w niemieckiej i europejskiej pamięci historycznej utrwalił się pogląd, że obok Żydów ofiarami wojny byli sami Niemcy. Nie odmawiając im prawa do upamiętnienia przesiedlonych czy wypędzonych, musimy dbać o właściwe proporcje. Wojna była tragedią przede wszystkim dla Żydów, ale również dla dziesiątków innych narodów, najpierw w Europie Środkowej i Wschodniej, a potem na całym świecie. Jej skutki, w samym już finale wydarzeń, dotknęły także niemiecką ludność cywilną. Do głoszenia tej prawdy zobowiązują nas cienie naszych zmarłych, cienie milionów Polaków zabitych przez niemieckich okupantów w obozach koncentracyjnych, w czasie masowych egzekucji oraz pacyfikacji naszych miast i wsi. To Polacy byli pierwszymi ofiarami II wojny światowej i po Żydach byli następni w kolejce do wytępienia. Pozwolę sobie na chwilę osobistego wspomnienia. Powracałem do spalonej Warszawy w lutym 1945 roku jako mały chłopiec, trzymając się kurczowo matki za rękę. Jak przez mgłę pamiętam morze ruin miasta, które Niemcy po upadku powstania warszawskiego burzyli i palili, dom po domu, bez żadnej już potrzeby strategicznej, wypędzając z niego przedtem ponad milion ludzi. Towarzyszył mi swąd spalenizny, swąd 200 tysięcy trupów, pogrzebanych pod gruzami nieistniejącego już miasta. Ja również byłem wówczas wypędzony, ale miałem to szczęście, że mogłem powrócić. Ale nie mogły powrócić do swoich domów miliony Polaków wypędzonych ze Wschodu. Nie mogli powrócić zabici i zamordowani. Więc jeśli już mamy mówić o pomniku dla wypędzonych Niemców, to pomyślmy o wszystkich, którzy zostali wypędzeni. Również - a może przede wszystkim - o tych, których wypędzono bez żadnej winy. Przez wiele lat po wojnie słowo "Niemiec", było dla mnie - i niemal dla wszystkich Polaków - słowem przeklętym. Ale czas leczy rany, ja dorastałem, leczyła się Europa, leczyły się Niemcy (choć nie całe), świat normalniał. Coraz więcej miałem przyjaciół wśród Niemców i coraz więcej mieli Niemcy przyjaciół wśród Polaków. To Polska w 1989 roku była w Europie najgorętszym rzecznikiem zjednoczenia Niemiec, choć sami Niemcy nie wierzyli, że jest to możliwe. Potem, gdy to stało się faktem, Niemcy były jednym z głównych rzeczników przyjęcia Polski do NATO i Unii Europejskiej, za co im z całego serca ślę podziękowania. Dokonał się we wzajemnych stosunkach, a także w świadomości obu społeczeństw fundamentalny przełom ku wspólnej europejskiej przyszłości. Moim zdaniem jest to jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie pod koniec XX wieku. To, że Polacy wybaczyli Niemcom, uwierzyli im i zobaczyli w nich przyjaciół. Nic nie powinno podważyć tej wiary - tylko tego pragnę. Zgadzam się więc, że Niemcy mają prawo do pamięci, ale tylko takiej, która nie zmienia historii. To jest nasza największa obawa - chciałbym, żeby o niej usłyszeli zarówno projektodawcy budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, jak i niemieccy politycy wspierający ten pomysł. - MACIEJ ŁUKASIEWICZ Odpowiedz Link
ignorant11 A jednak: Centrum w Warszawie? 18.09.03, 03:13 PO: Projekt uchwały w sprawie Centrum Pamięci w Warszawie Platforma Obywatelska złożyła do laski marszałkowskiej projekt uchwały Sejmu w sprawie ustanowienia Centrum Pamięci Narodów Europy pod auspicjami Rady Europy - poinformował Bogdan Klich (PO). Siedzibą Centrum miałaby być Warszawa. "Dotychczasowa debata w sprawie wypędzeń szła w złym kierunku" - podkreślił Klich. "Projekty lokalizacji Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, jak i inne projekty dotyczące wysiedlonych, uważamy za niebezpieczne" - dodał. Według projektu PO, Centrum Pamięci powinno być ponadnarodowe i działać pod auspicjami Rady Europy. "Sejm RP uznaje, że instytucja upamiętniająca tragiczne doświadczenia Europejczyków w XX wieku powinna mieć charakter ponadnarodowy. Winna ona upamiętnić całość zbrodniczej działalności obu systemów: faszystowskiego i komunistycznego. Powinna ona badać oraz dokumentować zarówno cierpienia narodów, jak i społeczny opór wobec totalitaryzmów, w tym historię ruchów oporu i demokratycznej opozycji" - czytamy w projekcie. Miejscem lokalizacji Centrum Pamięci ma być Warszawa, jak podkreślono w projekcie, "miasto szczególnie doświadczone przez oba totalitaryzmy: hitlerowski i sowiecki". Odpowiedz Link
ignorant11 Wrażenia nieparlamentarne. Niemiec jednoczy 26.09.03, 12:55 Wrażenia nieparlamentarne. Niemiec jednoczy Ewa Milewicz 22-09-2003, ostatnia aktualizacja 22-09-2003 17:56 Poseł Marian Piłka (PiS) pamięta, że spotkanie grupa posłów Bundestagu, zajmujących się centrum wypędzonych - grupa polskich posłów z komisji spraw zagranicznych odbyło się akurat 1 września. Jego zdaniem posłowie niemieccy przyjechali do Polski po aprobatę dla niemieckiego centrum wypędzonych. I poczuli się - zdaniem Piłki - zaskoczeni. Choć rozmawiali z posłami PiS, Porozumienia Polskiego, LPR, SLD, to natrafili na mur zgodności polskich posłów - absolutne "nie" dla niemieckiego centrum. A jeszcze na spotkanie nie przyszedł Janusz Dobrosz z PSL, podobno dlatego że chciał metodą bojkotu przekazać swoją dezaprobatę dla Centrum. Było ostro. Gdy tłumacz przekładał słowa Piłki, że nie można porównywać krzywd ofiar z krzywdą przestępcy, posłanka Bundestagu kręciła z niedowierzaniem głową. Jeden z posłów Bundestagu próbował coś wyjaśnić. Wtedy jego niemiecki kolega zaczął głośno podpowiadać: plural, plural. Chciał podkreślenia, że niemieckie Centrum będzie pluralistyczne - ma obejmować nie tylko krzywdy niemieckie, ale i innych narodów. -Wszyscy żeśmy jednak rozumieli, że te inne narody to ma być tylko listek figowy - opowiada Piłka. Niemcy próbowali wyjaśniać sens ich Centrum, ale to nic nie dało. Dwa tygodnie później Jan Chaładaj, formalnie poseł niezrzeszony, ale właściwie z SLD (został usunięty na wiosnę z powodu głosowania na cztery ręce) podsumował na komisji spraw zagranicznych to spotkanie - Niemcy próbowali nas zbajerować. Rzadko posłowie od SLD po najbardziej prawicową prawicę są w Sejmie tak zgodni jak w tej sprawie. Może bierze się to stąd, że aż 195 posłów (na 460), którzy weszli w 2001 r. do Sejmu, to osoby, które dziś mają powyżej 53 lat, a więc jak nawet II wojny światowej nie pamiętają z własnego życia, to pamiętają ją ze szkoły, kina, telewizyjnego psa Szarika, domu rodzinnego. Przez to centrum wypędzonych Niemcy stały się codziennym tematem w Sejmie. Podkomisja komisji spraw zagranicznych pracuje nad projektem uchwały Sejmu w sprawie poparcia dla Czech, od których Niemcy żądają "rewizji powojennego porządku". Dobrosz informuje komisję o tym, że wszystkie ugrupowania w podkomisji są zgodne co tej uchwały, aczkolwiek trochę złagodziły jej treść. Trochę dystansuje się jedynie wiceszef komisji Bogdan Klich (PO), który napomina posłów, aby zdecydowali się, czy chcą uprawiać publicystykę, czy politykę. Temat Niemiec wróci do Sejmu w tym samym tygodniu jeszcze raz. Gdzieś w głębinach grubego projektu traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej Jarosław Kaczyński, lider PiS, znalazł przepis, który daje specjalne prawa w UE terenom dawnej NRD. Otóż w UE pomoc państwowa dla przedsiębiorstw jest w zasadzie niemożliwa. Jednak projekt traktatu dopuszcza taką pomoc przyznawaną "gospodarce niektórych regionów NRF dotkniętych podziałem Niemiec". Gdzie byli polscy przedstawiciele, kiedy takie przepisy były przyjmowane? - pytał Kaczyński. I dodał: polskie firmy będą wypierane, a nasze państwo nie będzie mogło nic zrobić. A w Niemczech Wschodnich - ich państwo może pomóc niemieckim przedsiębiorcom. - A niby dlaczego? - mówił Kaczyński. Temat niemiecki jest w Polsce tak naładowany emocjami, że przy tej okazji Kaczyński przypomniał, jak to NRD znalazło się pod sowieckim butem z własnej winy, że to Niemcy wybrali sobie Hitlera itd. Do Kaczyńskiego dołączył Jacek Protasiewicz z PO: "Albo rozszerzamy prawo pomocy gospodarczej dla wszystkich regionów w krajach, które znajdowały się przez 50 lat w ramach bloku sowieckiego, albo też wszystkie te regiony pozbawiamy możliwości korzystania z tego typu pomocy". Sprawy zagraniczne dawniej w Sejmie interesowały garstkę posłów. A teraz - po latach dyskusji na tematy unijne - stały się szlagierem sejmowym. Gdy partie mówią o Polsce w UE, to się bardzo od siebie różnią. Próbują zwabić wyborców, uwypuklając te różnice. Natomiast gdy mowa o Niemczech, posłowie przestają się różnić partyjnie. Przypominają się im chyba II wojna światowa i słowa "Roty": "Nie będzie Niemiec...". Odpowiedz Link
ignorant11 69 penetracji Eryki Stanisław Michalkiewicz 26.09.03, 23:12 69 penetracji Eryki 69 penetracji Eryki Stanisław Michalkiewicz Gdyby w ocenie sytuacji pana premiera Millera zastosować zaproponowany przez niego samego sposób rozpoznawania prawdziwego mężczyzny, to co tu dużo mówić - dobrze on nie wygląda. Po rewelacjach pani red. Wojciechowskiej już tylko kształtna pierś pani Aleksandry Jakubowskiej oddziela go od nieubłaganego pana posła Rokity. Pozostaje tedy nadzieja, że pani Jakubowska w swej kształtnej piersi nadal skrywa mężne serce. Jak długo jednak wytrzyma ono takie ciśnienia? Tego nikt nie wie. Czy obwołanie pana Józefa Oleksego baronem na Mazowszu nie jest aby początkiem końca? Wszystko wskazuje na to, że co bardziej spostrzegawcze gryzonie postanowiły przenieść się na nowy okręt flagowy. Partia ta sama, lecz nie taka sama. "Czas zmienić politykę rolną, lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno". Nawet pan Nauman przekonał się, że nie taki diabeł straszny. Jużci, każdy gdzieś pracować musi, a skoro już musi, to dlaczego nie na intratnej synekurze? Wprawdzie Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników, ale z drugiej strony, nawet w Niebiesiech z jednego grzesznika nawróconego ma być większa radość niż z dziesięciu sprawiedliwych. Cóż więc dopiero tutaj, na tym padole płaczu, gdzie grzeszne umiejętności można wykorzystać i pod nowym kierownictwem? Ano widać wyraźnie, że jak ktoś chce przyjaźnić się ze wszystkimi, to w końcu wpadnie w złe towarzystwo. Gdyby pan premier Miller nie zabiegał tak o przyjaźń pana red. Michnika, to oszczędziłby sobie wielu zgryzot. A tak - cóż, na tylu serdecznych przyjaciół i prawdziwy mężczyzna nie poradzi. Ale co ja będę się roztkliwiał? "Nie znałeś litości panie i my nie znajmy litości". Tym bardziej że oto sondaże ukazują nam już postać przyszłej królowej Korony Polskiej w osobie pani Jolanty Kwaśniewskiej, która tym razem już nie dementuje pogłosek. Znaczy się - widać decyzje już zapadły i teraz trzeba tylko odpowiednio przygotować tubylców, żeby oswoili się z nową dynastią. Po Piastach, Jagiellonach, Wazach i Sasach - Kwaśniewscy. Pourquoi pas? "Wysyłam hrabiego Keyserlinga, by zrobił ciebie królem" - pisała do Stanisława Poniatowskiego imperatorowa Katarzyna. Tak załatwiało się te sprawy w Polsce w tamtych czasach. Ciakawe, jak to wygląda teraz; kto pisze, co pisze i do kogo? To wprawdzie ciekawe, ale nie ważne, bo ważne jest to, że pani Jolanta Kwaśniewska ma być symbolem naszego zjednoczenia narodowego w początkach Anschlussu. Kto wie, może w tej sytuacji zachowamy wpływ przynajmniej na symbole? Ano właśnie. Już od dłuższego czasu i publicyści i politycy i intelektualiści i autorytety moralne ujadają przeciwko pani Eryce Steinbach i forsowanemu przez nią pomysłowi utworzenia w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom, w którym eksponowane byłyby cierpienia narodu niemieckiego, jako drugiej po Żydach ofiary wojny. Decyzję o utworzeniu takiego Centrum Bundestag podjął jeszcze w 2002 roku, ale przed referendum był widać rozkaz, żeby o tym nie kłapać. Po ratyfikacji anschlussowych traktatów musiały zmienić się rozkazy i stąd zapewne ten klangor. Jakże to, przecież drugą po Żydach ofiarą jesteśmy my! Ale trafiła kosa na kamień; pani Eryka jest tak zatwardziała, że zlekceważyła nawet pana Marka Edelmana, który kategorycznie zabronił tworzenia Centrum. Nic nie pomogło też zdemaskowanie jej przez naszych dziennikarzy śledczych. Okazało się, że pani Eryka tak naprawdę się podszywa, bo jej akurat nikt nie wypędzał, tylko normalnie wyjechała, słowem - spenetrowano ją na wszystkie 69 sposobów. Tymczasem pani Steinbach, jakby nigdy nic - nadal forsuje swoje Centrum. Uradzono tedy ("uradziły dwie geldonie, by się wybrać na kolonie"), żeby ją zwabić na polski grunt i tu zasypać argumentami, pod których ciężarem wreszcie się ugnie i pozwoli nam na satysfakcję choćby w postaci symboli. Tak właśnie wyobrażamy sobie tutaj, na Mazowszu, myślenie po europejsku, a poza tym mamy takie gusło, że na swoim podwórzu, to i wióry biją. Pomysł wydawał się przedni i wszyscy zacierali ręce. Ku powszechnemu zaskoczeniu pani Eryka przyjęła wyzwanie i stawiła się w redakcji "Rzeczpospolitej". Tu zabrali się do niej najtężsi Europejczycy: pan Potocki, pan Reiter, pan Hajnicz, pan Oleksy, pan Nowakowski i pan Tusk, nie licząc sił pomocniczych z kraju i z zagranicy. Tak wymownie przemawiali, że kamień by się wzruszył, że Kalwina by uprosił. Pan Hajnicz próbował podejść ją nawet od strony handlowej, że niby to Centrum to nie jest "towar na europejskie witryny". Ale na pani Eryce nie zrobił wrażenia ani łzawy sentymentalizm, ani proponowany przez pana Hajnicza merkantylizm. Utwierdzała się w swojej zatwardziałości, oferując co najwyżej w berlińskim Centrum krasnyj ugołok dla Polaków, żeby pamiętali, jak to Sowiety wypędziły ich z Kresów Wschodnich i ekscytowali się w tamtą stronę. Towarzyszący pani Eryce pan Hambura, adwokat z Berlina rozwiał wszelkie nadzieje. Zaproponował, by Polacy nie przeszkadzali Niemcom opłakać swoich wypędzonych, a raczej pomyśleli o przyszłości, kiedy przyjdzie czas na rozliczenie spraw własnościowych. Rada pana Hambury, aczkolwiek absolutnie słuszna, była niestety spóźniona, bo Anschluss został już ratyfikowany m.in. dlatego, że nasze europejsy kłamały w żywe oczy, iż żadnych problemów własnościowych nie ma. Otwartość pana Hambury szalenie zmartwiła pana Józefa Oleksego, który wolałby takich tematów "nie wywoływać". No, ja myślę! Widocznie jednak ani pani Eryka, ani pan Hambura najwyraźniej nie zamierzali liczyć się z tymi oczekiwaniami i wespół z panem Oleksym konspirować. Najwyraźniej uznali, że i tak zachowują się powściągliwie, nie wypominając swoim rozmówcom, przynajmniej niektórym, kwot niemieckiego jurgieltu. Delikatność tej sytuacji zrozumiał widać pan Reiter, wskazując, że forsowanie Centrum może nie jest fortunne, ale zarzucenie tego pomysłu na skutek polskich nacisków (he, he!) byłoby jeszcze gorsze, bo gdyby tak Niemcy poczuli się przegrani, to Polska drogo by za to zapłaciła. "Nie chciałbym tego przeżyć" - dodał na koniec. O tym nie ma mowy. Pan Reiter może spać spokojnie. Podczas sejmowej debaty nad projektem konstytucji UE i trybem ratyfikacji w Polsce zatwierdzającego ją traktatu, pan poseł Jaskiernia najwyraźniej przygotowywał opinię publiczną nie tyle do "twardych negocjacji", co do kapitulacji. Cóż zresztą ma robić przedstawiciel koalicji, której jedyną nadzieją, a właściwie iluzją, jest niemiecka forsa? Nie ma obawy. Już tyle głupstw zostało zrobionych, że nie ma możliwości, by Niemcy poczuli się przegrani. A Polska oczywiście zapłaci, ile będzie trzeba. Czy pani Jolanta Kwaśniewska nie podpisze rachunku? Czy nie znajdzie poparcia u swego politycznego zaplecza, które właśnie wyłania się zwolna z obstalowanych sondaży? Odpowiedz Link
ignorant11 Niemieckie kłamstwo 29.09.03, 02:08 Niemieckie kłamstwo Tygodnik "Wprost", Nr 1087 (28 września 2003) Zredukowanie ucieczki i wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z nazistów na aliantów Samuel Salzborn Niemiecki socjolog i politolog W debacie o Centrum przeciw Wypędzeniom tak naprawdę chodzi o to, że związki wypędzonych, skąd wyszła ta idea, chciałyby dogłębnie zmienić interpretację niemieckiej przeszłości. Wiosną tego roku rozpoczęto w Berlinie budowę pomnika Holocaustu. Zgodnie z wolą niemieckich związków wypędzonych, w bezpośrednim sąsiedztwie ("w historycznej i przestrzennej bliskości" - jak napisano oficjalnie) miałby powstać podobny obiekt ku czci niemieckich ofiar. Wzorem dla Centrum przeciw Wypędzeniom ma być Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Utworzenie centrum poświęconego wypędzeniom na pierwszy rzut oka nie wydaje się niczym znaczącym dla republiki berlińskiej. Opowiedzenie się "przeciw wypędzeniom" wygląda wręcz na chęć wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co nieludzkie i zbrodnicze, a nie na historyczny rewizjonizm szerzony przez związki wypędzonych. I byłoby tak, gdyby niemiecka przeszłość i narodowosocjalistyczna polityka zagłady oraz historyczny rozwój następowały chronologicznie po sobie w związku przyczynowym, a nie zostały zestawione obok siebie. Upragniona przez związki wypędzonych lokalizacja centrum "w bliskości" Muzeum Holocaustu oznacza wymazanie historycznego kontekstu, oznacza zbliżenie ludobójstwa europejskich Żydów do losu niemieckich wypędzonych. W istocie chodzi o nadanie wypędzonym statusu ofiar. Wypędzeni, historycznie rzecz biorąc, stają na równi z wymordowanymi Żydami. Przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach formułuje to w następujący sposób: "W gruncie rzeczy kwestie Żydów i wypędzonych nawzajem się uzupełniają. Nieludzkie szaleństwo rasowe tam i tu powinno być przedmiotem zainteresowania naszego centrum". Niewinni jak Niemcy Zestawienie losu Żydów i wypędzonych jest całkowitym odwróceniem historii. Przecież przesiedlenie Niemców nastąpiło w konsekwencji narodowego socjalizmu oraz masowego wyniszczania europejskich Żydów. Układ poczdamski (art. XIII) był wiążącym (pod względem prawa międzynarodowego) wyrazem sprzeciwu wobec polityki nazistów. Także określenie "szaleństwo rasowe" użyte przez Erikę Steinbach jest kompletnie nieadekwatne do przesiedlenia Niemców, gdyż nie nastąpiło ono z rasowych, lecz antyfaszystowskich powodów. W ówczesnym rozumieniu miało to zapobiec przyszłym konfliktom w Europie Wschodniej. W końcu niemiecka mniejszość narodowa (Volksdeutsche - jak wtedy określano jej członków) w czasach narodowego socjalizmu wzniecała w Europie konflikty społeczne i polityczne, a polityka destabilizacji narodów tego regionu stanowiła fundament polityki zagranicznej narodowych socjalistów do 1 września 1939 r. To niemiecka polityka narodowa, która miała prowadzić do przesiedlenia Niemców, była centralnym punktem przygotowanej i realizowanej koncepcji podboju i zagłady. Centrum przeciw Wypędzeniom nie ukazuje historycznego kontekstu tego dramatu, lecz fałszuje zależność między nazistowską polityką zagłady a ucieczką i wypędzeniem Niemców. Inicjatorzy budowy centrum apelują do morale i sumienia ludzi. Nie pytają o to, dlaczego doszło do wypędzenia, lecz o to, co i jak się stało. Apel taki jest o tyle niebezpieczny, że odnosi się nie do rozumu, lecz do uczuć. Kogo nie poruszą straszne fotografie ukazujące ludzi podczas ucieczki? Czy takie zdjęcia nie budzą uczucia moralnego oburzenia? Tyle że porządek polityki nie pokrywa się z porządkiem moralności - jak słusznie zauważył niedawno pisarz Hans Magnus Enzensberger. Wielu wzburzonych pod wpływem emocji Niemców nie dostrzeże tej różnicy. Zredukowanie ucieczki i wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z nazistów na aliantów i siły z nimi sprzymierzone. Związki wypędzonych nie chcą słuchać tych świadków dramatycznych wydarzeń z przeszłości, którzy wprawdzie żałują utraty swych stron ojczystych, ale uważają przesiedlenia za sprawiedliwe z powodu zbrodni popełnionych przez nazistów. Tylko nieliczni spośród nich są członkami związków wypędzonych. Dla tych związków tak naprawdę nie liczą się cierpienia jednostek, a jeśli już, to najwyżej jako przykłady ilustrujące tezę, że ucieczka i wypędzenie były aktami zbiorowej niesprawiedliwości. W dodatku niesprawiedliwości nie zawinionej przez samych Niemców. "W abstrakcyjnym wyobrażeniu uniwersalnej niesprawiedliwości ginie każda konkretna odpowiedzialność" - zauważył w 1951 r. w książce "Minima Moralia" znany niemiecki socjolog Theodor W. Adorno. Rachunek niemieckich krzywd kontra współczucie dla ofiar Samo podjęcie tematu ucieczek i wypędzeń nie stanowi problemu. Problemem jest sposób i styl tej konfrontacji z przeszłością. Zgadzam się w tej kwestii z wiceprzewodniczącą Bundestagu Antje Vollmer, że sprawa wypędzeń to dyżurny temat, podejmowany nie po to, by współczuć ofiarom, lecz otworzyć rachunek niemieckich krzywd. W tej debacie nie chodzi o prawdę o przeszłości, lecz o stworzenie zbiorowej tożsamości ofiar. Z jednej strony negowane są przyczyny ucieczki i przesiedleń, z drugiej - kwestionowana jest legalność ich następstw. Jest w tym logika: zanegowanie legalności nowego porządku w Europie po rozbiciu narodowego socjalizmu przez aliantów będzie możliwe, gdy przeszłość zostanie sprowadzona do rzekomo niezależnych wypadków indywidualnego cierpienia. Kiedy ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie Niemców nie będą postrzegane w kontekście narodowego socjalizmu, pojawi się możliwość uwolnienia Niemców od moralnej odpowiedzialności, a także można się będzie domagać, by te fakty uznano za kolektywne bezprawie. Inicjatorzy debaty o wypędzeniach wykorzystują to, że traumatyczne urazy pojawiają się zarówno u ofiar przemocy, jak i u jej sprawców. I ta trauma zwalnia od moralnej oceny czynów czy poczucia winy, co przekonująco pokazał hanowerski psycholog Alfred Krovoza. Dzięki temu Niemcy jako "naród skompromitowany w swych szaleńczych celach i wciągnięty w najokrutniejsze zbrodnie" (co trafnie zauważyli psychoanalitycy Alexander i Margarete Mitscherlich w studium "Niezdolność do okazywania żalu") mogli tuż po wojnie zajmować się tylko sobą, a nie innymi, często kłopotliwymi sprawami. Wypieranie poczucia winy i zatajanie przeszłości stało się niemal rytuałem, dzięki któremu można było uwierzyć, że jest się ofiarą, a nie współwinnym zbrodni. Prawdziwe prostowanie Niemców Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych i politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu - był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk Robert G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali wobec nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w rzeczywistości tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej zbiorowej niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym kontekście czymś wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej koncepcji oceny nazizmu sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się różne okropieństwa. Tak też było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się tylko ich indywidualne losy, postrzegane z moralnej, kompletnie odpolitycznionej perspektywy. Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder, w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy ewakuacji, wygnanie, wydalenie Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Niemieckie kłamstwo (dok) 29.09.03, 02:10 Prawdziwe prostowanie Niemców Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych i politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu - był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk Robert G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali wobec nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w rzeczywistości tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej zbiorowej niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym kontekście czymś wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej koncepcji oceny nazizmu sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się różne okropieństwa. Tak też było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się tylko ich indywidualne losy, postrzegane z moralnej, kompletnie odpolitycznionej perspektywy. Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder, w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy ewakuacji, wygnanie, wydalenie, przesiedlenie - wszystko to oderwane od kontekstu, sytuacji prawnej czy lokalnych uwarunkowań. Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumieniu związków wypędzonych) jest wszystko, tylko nie rzetelne odniesienie się do przeszłości. Jest oczywiste, że takie odniesienie musi oznaczać konfrontację ze zbrodniami, do jakich doszło podczas ucieczki i wypędzenia, lecz trzeba odróżniać skutki od przyczyn. Theodor W. Adorno pisał: "W powadze rzetelnego rozrachunku przeszłość traci swój czar wynikający z niedomówień". Chodzi o to, by tworząc Centrum przeciw Wypędzeniom, rzeczywiście przywrócono Niemcom "wyprostowaną postawę", a nie prostowano ich w zakłamanym kontekście, jak to robią niektóre kręgi w Niemczech, w tym związki wypędzonych. Samuel Salzborn (ur. w 1977 r.) jest wykładowcą uniwersytetu w Giessen, autorem takich książek, jak "Prawo do ojczyzny i walka o zachowanie narodowości - programy ziomkostw oraz ich realizacja" oraz "Ojczyzna bez granic. Historia, teraźniejszość oraz przyszłość ziomkostw". Był jednym z inicjatorów apelu przeciwko Centrum przeciw Wypędzeniom, który podpisało 116 naukowców oraz intelektualistów z 12 krajów (www.vertreibungszentrum.de). Jedną z jego książek o organizacjach ziomkowskich określono w "Deutscher Ostdienst" (gazecie Związku Wypędzonych) jako napisaną z "przesadną pilnością" ("verbohrte Fleißarbeit"). Herbert Hupka, długoletni przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków, w recenzji dla konserwatywnego dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung" napisał o pracy Salzborna: "Nie ma prawie żadnej oficjalnej wypowiedzi rzeczników i prezesów Związku Ziomkostw, która nie zostałaby krytycznie rozszarpana, by udowodnić nadchodzące zagrożenie dla obecnego status quo". Oprócz problemu ziomkostw Salzborn zajmuje się też sprawami mniejszości etnicznych, a także narodowym socjalizmem i prawicowym ekstremizmem w Niemczech. Joanna Wiórkiewicz Odpowiedz Link
ignorant11 Bomba Steinbach 29.09.03, 02:13 Bomba Steinbach Tygodnik "Wprost", Nr 1087 (28 września 2003) Gerhard Schröder jest przez Erikę Steinbach traktowany jak koń, który wyniesie na prawno-polityczną płaszczyznę jej skrywane żądania terytorialne i majątkowe Jak można było kanclerza Schrödera uczynić koniem, którego dosiada ubrana w charakterystyczny czarny mundur SD Erika Steinbach?" - dziwi się Severin Weiland na łamach "Der Spiegel", komentując okładkę poprzedniego numeru "Wprost". Przecież Gerhard Schröder jest przeciwnikiem budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom w formie zaproponowanej przez szefową Związku Wypędzonych. Weiland nie rozumie - tak jak wielu jego współobywateli oraz niemieckich politologów i dziennikarzy - że szef rządu w Berlinie jest przez Steinbach i wypędzonych traktowany jak koń, który wyniesie na prawno-polityczną płaszczyznę ich skrywane żądania terytorialne i majątkowe. To jest to niemieckie "niemożliwe, mogące się stać realnym", o którym niedawno w "Gazecie Wyborczej" pisał prof. Leszek Kołakowski. W taki sam sposób w 1933 r. Adolf Hitler wykorzystał ówczesnego prezydenta Niemiec Paula von Hindenburga. Cóż z tego, że Hindenburg nie krył niechęci do narodowego socjalizmu, skoro potem usankcjonował hitlerowski dekret "Zum Schutz von Volk und Staat" ("O ochronie narodu i państwa"), czyniąc go Ermächtigungsgesetz, czyli ustawą dającą Hitlerowi prawo do zawieszenia praw obywatelskich oraz konstytucji republiki weimarskiej. Okładka "Wprost" ostrzega przed takim właśnie scenariuszem. Każdy kanclerz Niemiec był w przeszłości tak samo wykorzystywany przez wypędzonych jak obecnie Schröder. To zaskakujące, że Niemcom trzeba przypominać elementarne fakty z ich własnej historii. Chyba że tylko udają, że tego nie rozumieją. Jeszcze niedawno w niemieckich podręcznikach historii można było przeczytać, że prawdziwym powodem najazdu Hitlera na Polskę były powtarzające się napady na ludność niemiecką. Z takich podręczników młode pokolenia Niemców dowiadywały się, że podczas wojny ucierpieli Żydzi i Rosjanie, ale Polacy żyli pod okupacją mniej więcej tak jak Holendrzy, Norwegowie czy Francuzi, czyli prawie normalnie. Jeśli się ma takie wyobrażenie o dramacie tamtych lat, łatwo można się dać przekonać, że to Polacy i Czesi są obok hitlerowców współzbrodniarzami (bo nie tzw. uczciwi Niemcy, z których uczciwości drwił noblista Heinrich Böll), gdyż wypędzili z rodzinnych stron spokojnych Niemców, którzy nie odpowiadali za popełnione zbrodnie. Zapominanie zamiast rozliczenia Nasz artykuł "Niemiecki koń trojański" wywołał w Niemczech prawdziwą burzę - odniosły się do niego m.in. "Die Welt", "Der Spiegel", "Tagesspiegel", "Tageszeitung", "Frankfurter Allgemeine Zeitung", "Frankfurter Rundschau", "Berliner Morgenpost", "Märkische Oderzeitung", "Welt am Sonntag", stacje telewizyjne ARD i MDR, rozgłośnia radiowa Deutsche Welle, agencja prasowa DPA, a także deputowani do Bundestagu. Od czasu głośnej wystawy przedstawiającej zbrodnie Wehrmachtu (notabene przekłamanej, gdyż zbrodnie niemieckiej armii miały się jakoby zacząć dopiero wraz z agresją na ZSRR) nie było w Niemczech równie gorącej dyskusji o wstydliwej przeszłości. Uświadomiliśmy Niemcom, że inicjatywa powołania Centrum przeciw Wypędzeniom jest ostateczną próbą wymigania się od odpowiedzialności za zbrodnie nazizmu, próbą ustawienia się w szeregu ofiar - obok Żydów, Rosjan, Cyganów i ewentualnie także Polaków. Uświadomiliśmy Niemcom, że polski rachunek krzywd wielokrotnie przewyższa rachunek krzywd niemieckich. Część niemieckich publicystów już zauważyła, że działania Steinbach popierane przez część niemieckich polityków (nie tylko z CDU-CSU, ale także na przykład Zielonych) szkodzą przede wszystkim Niemcom. Pokazują bowiem, że tak naprawdę w Niemczech nie doszło do denazyfikacji czy rozliczenia się z brunatną przeszłością, lecz do wyparcia tej przeszłości z umysłów i sumień. Gerhard Gnauck z "Die Welt" przyznał w redakcyjnym komentarzu, że ofensywa Steinbach może zniweczyć politykę pojednania Niemców z Polakami. Przyznał też, że pomysł stworzenia centrum budzi uzasadnione obawy Polaków - nie tylko pierwszych ofiar wojny, ale też przedstawicieli narodu zaliczonego do podludzi i z takim uzasadnieniem eksterminowanego. Dziennikarz "Tageszeitung", omawiając artykuł "Wprost", nawiązał do wystąpienia Steinbach na konferencji zorganizowanej przez "Rzeczpospolitą" i nazwał je "Waterloo szefowej Związku Wypędzonych". Gazeta przytacza opinie dwóch deputowanych do Bundestagu, którzy byli gośćmi konferencji: "Jerzy Montag (Zieloni) i Dietmar Nietan (SPD) nie zostawili suchej nitki na planach powołania centrum. Powiedzieli, że Związek Wypędzonych nie występuje w imieniu Niemców ani tym bardziej w imieniu Bundestagu". Papież z Eriką Steinbach Coraz wyraźniej widać, że nie tylko rząd i kanclerz Niemiec są instrumentalnie traktowani przez wypędzonych. By pokazać uniwersalność i zasadność swoich pomysłów, wypędzeni powołali się na międzynarodowe autorytety, bez żenady manipulując stanowiskami Watykanu i Pata Coxa, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Podczas tegorocznego Dnia Stron Ojczystych (Tag der Heimat) - organizowanego przez Związek Wypędzonych - Steinbach odczytała list, który do uczestników imprezy miał rzekomo wysłać papież. W piśmie podpisanym przez arcybiskupa Leonardo Sandriego, watykańskiego wiceskeretarza stanu, napisano m.in.: "Jego świątobliwość papież Jan Paweł II przesyła uczestnikom Dnia Stron Ojczystych serdeczne życzenia i błogosławieństwo". Dalej Sandri zapewniał uczestników spotkania, że papież "ufając głęboko w Europę zjednoczonych i pojednanych narodów (...) udziela z serca wszystkim uczestnikom i organizatorom oraz referentom tegorocznego Dnia Stron Ojczystych apostolskiego błogosławieństwa". Janowi Pawłowi II miało też przypaść do gustu motto imprezy: "Niech idea praw człowieka dopełni się w Europie". Ustaliliśmy, że papież o wysłaniu listu do Steinbach nawet nie wiedział, a sprawą zajmowała się w Watykanie niemiecka sekcja Sekretariatu Stanu, od dawna ściśle współpracująca z politykami bawarskiej CSU. Steinbach potraktowała papieża tak, jak w Polsce Andrzej Lepper, który twierdzi, że Samoobrona i on sam mają w Janie Pawle II specjalnego zwolennika i opiekuna. Podczas 54. zjazdu Niemców Sudeckich odczytano list Pata Coxa, który miał stwierdzić: "Wypędzenie oznaczało dla wielu ludzi wielkie cierpienie i niesprawiedliwość. Jestem świadom tego, że powojenne wypędzenie Niemców i Węgrów było bezprawiem. Bądźcie pewni, że cierpienie wypędzonych nie zostanie zapomniane podczas dyskusji o przystąpieniu nowych krajów do Unii Europejskiej". Podczas niedawnego pobytu w Polsce Cox stwierdził: "To ogromne nieporozumienie! Chodziło mi jedynie o poczucie krzywdy przesiedlonych Niemców. Polacy poznali to wydarzenie przez czeską agencję prasową, która bazowała na niemieckim tłumaczeniu mojej opinii przygotowanej po angielsku! Nie mogę odpowiadać za błędne tłumaczenia. Poza tym do Niemiec nie pojechałem, mimo że zostałem zaproszony!". Rewizja Poczdamu O co naprawdę chodzi Erice Steinbach i wypędzonym, można się było przekonać, słuchając tego, co powiedział podczas ubiegłotygodniowej debaty w redakcji "Rzeczpospolitej" Stefan Hambura, berliński adwokat. Stwierdził on: "Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, na przykład problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy się przed europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić, żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły". Hambura eufemistycznie zapowiada majątkowe roszczenia wypędzonych, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie niemiecko-pols Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Bomba Steinbach (2) 29.09.03, 02:15 Rewizja Poczdamu O co naprawdę chodzi Erice Steinbach i wypędzonym, można się było przekonać, słuchając tego, co powiedział podczas ubiegłotygodniowej debaty w redakcji "Rzeczpospolitej" Stefan Hambura, berliński adwokat. Stwierdził on: "Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, na przykład problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy się przed europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić, żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły". Hambura eufemistycznie zapowiada majątkowe roszczenia wypędzonych, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie niemiecko-polskiej umowy z 1953 r. (o zrzeczeniu się przez Polskę odszkodowań), ale wręcz przekreślenie ustaleń konferencji w Poczdamie w 1945 r. Stąd już tylko krok do wysunięcia wobec Polski roszczeń terytorialnych. Mało kto pamięta, że do wznowienia dyskusji o wypędzeniach przyczynił się niemiecki pisarz Günter Grass. W swojej wydanej trzy lata temu książce "Idąc rakiem" pisarz opisał tragedię niemieckich uchodźców, którzy zginęli na statku "Wilhelm Gustloff". Dziś Grass uważa, że idea powołania centrum kładącego nacisk na niemieckie krzywdy to nieporozumienie. W niedawnym wywiadzie dla stacji telewizyjnej NDR opowiedział się za projektem międzynarodowym. "Teraz można o tym mówić otwarcie. I to z obu stron. Polacy są gotowi rozmawiać również o zbrodniach, które były ich dziełem. Ale ze swej strony nie powinniśmy nigdy zapominać, że to my zaczęliśmy wypędzenia" - mówił niemiecki noblista. Problemem jest to, że wielu Niemców bardzo chce o tym zapomnieć. Artykuł "Niemiecki koń trojański" przerwał wygodny proces wypierania niewygodnej przeszłości. Piotr Kudzia Współpraca: Cezary Gmyz Grzech niepamiĘci LECH WAŁĘSA były prezydent RP Bardzo dobrze się stało, że tygodnik "Wprost" opublikował artykuł "Niemiecki koń trojański". Widać gołym okiem, że Niemcom trzeba przypominać ich wojenne wyczyny. Jeśli powstanie Centrum przeciw Wypędzeniom, Polska powinna wybudować swoje centrum, które pokaże zbrodnie, gwałty i spustoszenie dokonane w naszym kraju przez niemieckich najeźdźców. JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI legendarny kurier z Warszawy, były dyrektor Radia Wolna Europa Artykuł "Niemiecki koń trojański" to spokojne i rzeczowe pokazanie, co Niemcy są nam winni, i o czym nie powinni zapominać. Sam dowiedziałem się o wielu faktach, których wcześniej nie znałem. Dobrze by było, aby ten artykuł został przetłumaczony na język angielski lub niemiecki i opublikowany w zachodniej prasie. Samych siebie już nie musimy przekonywać - musimy przekonywać innych. Nie możemy być oportunistami, którzy boją się skutków tego, co powiedzą Niemcy. Poza tym poważny odłam niemieckiego społeczeństwa jest przeciwny nacjonalizmowi, więc tych rozsądnych Niemców należy utwierdzać w ich przekonaniach. Uważam, że Centrum przeciw Wypędzeniom mogłoby ewentualnie powstać pod auspicjami Rady Europy, ale wolałbym, by zrodziła się inicjatywa wybudowania pomnika ofiarom II wojny światowej. To uniemożliwiłoby Niemcom ustawienie się w jednym szeregu z ofiarami nazistów, których przecież legalnie wynieśli do władzy. WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI były minister spraw zagranicznych RP Działania Eriki Steinbach kompromitują ją, a prasa ma prawo inicjować - jak to zrobił tygodnik "Wprost" - dyskusję o kłopotliwej przeszłości. W kwestii Centrum przeciw Wypędzeniom zrobiłem swoje, teraz czekam, co zrobią inni. MAREK EDELMAN ostatni żyjący dowódca powstania w getcie warszawskim Nie mam i nie miałem wątpliwości, że dyskusja o zbrodniach niemieckich jest w Polsce potrzebna. Niemcy swoimi pomysłami dotyczącymi Centrum przeciw Wypędzeniom sami ją wywołali i uzasadnili potrzebę jej prowadzenia. HARTMUT KOSCHYK były sekretarz generalny Związku Wypędzonych, deputowany CSU do Bundestagu Zastanawiam się, jaka dyskusja rozpętałaby się w Polsce, gdyby "Spiegel" lub "Focus" przedstawił polskiego polityka i szefa rządu w podobnej pozie, jak pokazano Erikę Steinbach i Gerharda Schrödera? Okładkę z moją frakcyjną koleżanką w mundurze SS, siedzącą na kanclerzu, uważam za pozbawioną smaku, w złym guście i nie do zaakceptowania. Jestem za debatą o Centrum przeciw Wypędzeniom, boję się jednak, że ta żywiołowa dyskusja zaprzepaści wiele z tego, co w ostatnich latach osiągnęliśmy w stosunkach niemiecko-polskich. Jeśli największa w Niemczech bulwarówka pisze: "Polski magazyn obraża przewodniczącą wypędzonych", nie zostanie to w naszym społeczeństwie bez echa. Żałuję, bo można było tego uniknąć. Debata o idei centrum toczy się w Niemczech od kilku lat. Erika Steinbach dawno już poinformowała o swym zamiarze ambasadorów wszystkich państw środkowoeuropejskich. Zarzucam polskiej stronie, że najpierw odwróciła wzrok, twierdząc "to nas nie obchodzi", a teraz, gdy sprawa nabrała tak dużego wymiaru, reaguje nierzeczowo i emocjonalnie. Szkoda, że tylko niewielka część polskiej elity intelektualnej włączyła się do tej dyskusji, próbując ją skonkretyzować i nieco ostudzić jej temperaturę. Temat jest kontrowersyjny, lecz sposób, w jaki został podjęty w Polsce, jest nieadekwatny do problemu. Sądzę, że do zadań polityków należy też czuwanie, by rozwój wydarzeń nie wymykał się spod kontroli. Nie straszyć! Podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej" Janusz Reiter, były ambasador w Niemczech, ostrzegał Polaków przed konsekwencjami nieutworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom. "Byłoby niedobrze, gdyby ci, którzy projekt centrum forsują, mieli go zarzucić pod naciskiem Polski i gdyby mieli poczucie przegranej. Za to zwycięstwo zapłacilibyśmy wysoką cenę. Wiem, jakie nastroje w Niemczech potencjalnie istnieją. Jeśli będą stłumione, eksplodują z większą siłą" - powiedział Reiter. Mieszkałam w Niemczech przez 16 lat, czyli znacznie dłużej niż Reiter, i wiem, jakie w Niemczech panują nastroje, nie tylko potencjalne. Nie podejrzewam, by dyskusja na temat prób wykorzystywania przez niemieckie elity nacjonalistów ze Związku Wypędzonych mogła doprowadzić do eksplozji tłumionych nastrojów. Reiter straszy nas od chwili, kiedy Polska przystąpiła do koalicji antyirackiej. Ostrzegał, że z tego powodu nie przyjmą nas do unii i apelował, aby Polska koniecznie robiła to, czego sobie życzą europejskie potęgi - Niemcy i Francja. Polska była w jego enuncjacjach karłem, który nie wiedzieć czemu odważył się prowadzić samodzielną politykę zagraniczną. Reiter pomylił się wielokrotnie w przeszłości i myli się nadal. Myli się, bo w dyskusji o centrum nie chodzi o zwycięstwo Polaków, ale o przyzwoitość i historyczną prawdę. Dzisiejsze Niemcy to nie III Rzesza, nie grozi nam więc eksplozja tłumionych nastrojów ani powrót Hitlera. Niech więc nas nie straszy ani nie próbuje zamykać ust tajemniczymi ostrzeżeniami. Krystyna Grzybowska Odpowiedz Link
ignorant11 Rewizjoniści cienko przędą, coraz słabiej... 30.09.03, 23:58 Ziomkostwa niemieckie chcą odszkodowań ZOBACZ TAKŻE • Debata o Centrum przeciwko Wypędzeniom Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 30-09-2003, ostatnia aktualizacja 30-09-2003 18:09 Ziomkostwa Śląskie i Prus Wschodnich chcą wesprzeć wypędzonych w staraniach o zwrot majątków wywłaszczonych w Polsce, Czechach i obwodzie kaliningradzkim. Pomóc ma w tym założona przez nie firma Powiernictwo Pruskie, która chce reprezentować dawnych właścicieli przed sądami. Preussische Treuhand zarejestrowana w styczniu br. w rejestrze handlowym w Bonn. Wzorem dla niej jest Jewish Claims Conference, czyli organizacja starająca się na całym świecie o zwrot wywłaszczonych przez nazistów majątków żydowskich. JCC była m.in. jedną ze stron w rokowaniach o odszkodowania za pracę przymusową w Trzeciej Rzeszy. Powiernictwo Pruskie z siedzibą w Düsseldorfie jest inicjatywą grupy członków Ziomkostwa Prus Wschodnich i Ślązaków, a na czele rady nadzorczej stoi przewodniczący tego ostatniego Rudi Pawelka. Same ziomkostwa też biorą udział w tym przedsięwzięciu. Celem Powiernictwa Pruskiego jest "zabezpieczenie roszczeń bądź też zwrot majątku skonfiskowanego na Wschodzie przez państwa wypędzające", czyli Polskę, Czechy i Rosję. Na swoich stronach internetowych oraz na spotkaniach członków obu ziomkostw firma apeluje o zgłaszanie jej konkretnych roszczeń majątkowych z dokładnymi informacjami, danymi z ksiąg wieczystych itp. Ale w rzeczywistości firma nie rozwinęła jeszcze działalności, bo brak jej akcjonariuszy. Pawelka powiedział "Gazecie", że ma kilkaset zgłoszeń, a niemieckiemu dziennikowi "Die Welt" przyznał, że nie udało mu się jeszcze zebrać miliona euro potrzebnego do intensywnej pracy nad dokumentowaniem roszczeń i przygotowywaniem ewentualnych pozwów restytucyjnych. - Na razie sondujemy, zbieramy informacje, nawiązaliśmy kontakt z adwokatem wyspecjalizowanym w zwrotach majątków skonfiskowanych przez NRD - mówi Pawelka. Przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków twierdzi w rozmowie z "Gazetą", że Pruskie Powiernictwo "nie chce zniszczyć Polski", lecz dąży do "rozwiązań znośnych dla wszystkich stron". - Chcemy tylko, żeby strona polska wreszcie z nami porozmawiała i uregulowała tę kwestię - mówi Pawelka. - W nowej Europie chcemy żyć w przyjaźni i kiedyś wreszcie ostatecznie zamknąć rozdział historii, jakim były wypędzenia, ale nie chcemy, aby nasze prawa się rozmyły, nie chcemy milczeć o tym problemie. Pawelka podkreśla zwłaszcza otwarte roszczenia osób pochodzenia niemieckiego, które przeprowadziły się do RFN w latach 60.-80., a w Polsce musiały zostawić nieruchomości, oraz Niemców mieszkających w okolicy Wałbrzycha, którym także po wojnie odebrano majątki. Na pytanie, czy jego firma kontaktowała się z mniejszością niemiecką w Polsce, Pawelka zaprzecza, twierdząc, że Niemców z Górnego Śląska i Opolszczyzny sprawa dotyczy w najmniejszym stopniu, gdyż jako polscy obywatele nie byli pozbawiani majątków. Traktat polsko-niemiecki z 1991 r. nie zajmuje się sprawą prywatnych roszczeń majątkowych, a państwo niemieckie nie popiera takich roszczeń. Polska uważa, że roszczenia o zwrot majątków lub odszkodowania nie mają podstaw prawnych, również po wejściu Polski do UE. Niektórzy wypędzeni zapowiadają, że po 1 maja 2004 r. będą skarżyć Polskę do unijnego Trybunału w Luksemburgu oraz do Strasburga. Przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach (CDU) powiedziała "Die Welt", że utworzenie Pruskiego Powiernictwa nie było z nią konsultowane, a firma jest samodzielnym przedsięwzięciem i nie ma nic wspólnego ze Związkiem Wypędzonych. Odpowiedz Link
ignorant11 Nowe zbrodnie niemieckie 01.10.03, 13:52 Niemcy/Szpitale zabijały ludzi (PAP) 01-10-2003, ostatnia aktualizacja 01-10-2003 01:13 1.10.Berlin (PAP/AP) - Hitlerowskie Niemcy wykorzystały setki szpitali i klinik do zamordowania co najmniej 200 tysięcy kalek, umysłowo chorych oraz innych pacjentów uważanych za istoty niższe Taki jest wynik badania przeprowadzonego przez niemieckie Archiwum Federalne W trakcie najbardziej wszechstronnej analizy dokumentów nazistowskich z instytucji, które pomagały w realizacji programu Hitlera oczyszczenia rasy niemieckiej, znaleziono nowe dowody istnienia programu w ramach którego lekarze oraz personel szpitalny wykorzystywali gaz, środki medyczne i głodzenie do zabijania niepełnosprawnych na terenie Niemiec, Austrii, Polski i Czech Inicjatorami tego programy były kancelaria fuerehra i ministerstwo spraw wewnętrznych Rzeszy Zbrodnie te były dokonywane w tajemnicy. Rodziny ofiar otrzymywały listy kondolencyjne, a zajmujący się mordowaniem lekarze pracowali pod fałszywymi nazwiskami Program zaczęto realizować w lecie 1939 roku. W okresie od stycznia 1940 do sierpnia 1941 roku "eutanazja" była prowadzona w sześciu wyznaczonych szpitalach w Brandenburgii. Później program był rozszerzany i do jego realizacji włączano coraz to nowe placówki służby zdrowia Archiwum Federalne nie publikuje nazwisk ofiar, natomiast lista szpitali, które brały udział w programie, opublikowana została w Internecie pod adresem www.bundesarchiv.de. (PAP) jr/ 0022 Wersja do druku Wyślij znajomym Podyskutuj na forum Odpowiedz Link
msciwoj24 Kaszubi o Centrum przeciw wypędzeniom 01.10.03, 18:41 Bezpośrednim powodem zabrania głosu przez środowiska kaszubskie jest pojawienie się w Niemczech głosów próbujących podważyć prawo Polski do protestowania przeciwko budowie Centrum - głosów mówiących, że Polacy nie mają prawa pouczać Niemców, bo sami nie respektują praw Kaszubów. Środowiska kaszubskie powinny odciąć się od prób ponownego rozgrywania "karty kaszubskiej" przez Niemców przeciwko Polakom. Sprawy kaszubsko-polskie są naszą wewnętrzną sprawą, po Piaśnicy, Szpęgawsku i Stutthofie Niemcy nie mają prawa komentować stosunku Polski do Kaszubów, szczególnie w dyskusjach dotyczących tamtego okresu. Można dodać, że obecnie Kaszubi nie odczuwają ze strony państwa polskiego planowej dyskryminacji, a z pojawiającymi się gdzieniegdzie przejawami niechęci poradzimy sobie sami, bez pomocy nieszczerych adwokatów. W swoim projekcie listu Tomek zawarł następujące stwierdzenia: - każda tragedia zasługuje na pamięć i współczucie - pamięć nie może być wybiórcza, nie można wynosić jednej tragedii ponad inne - wypędzenia w 1944/45 mają swoją genezę w 1939 - przypomnienie Piaśnicy, Szpęgawska, Stutthofu - gdzie zginął brat T. Mazowieckiego (dobra myśl, Mazowiecki jest jedną z symbolicznych postaci pojednania polsko-niemieckiego) - dla Pomorzan wypędzenia zaczęły się w 1939 - do Generalnego Gubernatorstwa, do pracy przymusowej - ojciec E. Steinbach był żołnierzem okupacyjnej armii niemieckiej, na czele Związku Wypędzonych stoi córka okupanta. Mundur jej ojca dla nas był symbolem trwogi i zwiastunem śmierci. - nie uznajemy dziedziczenia statusu wypędzonego. Dodałbym jeszcze, że Kaszubi rzeczywistość wypędzeń znają bardzo dobrze, bo sami ich doświadczali, widzieli jak z ich ziemi jedni ludzie musieli odejść, widzieli jak na ich miejsce przybyli inni ludzie wypędzeni ze swoich domów - na wschodzie Polski. Wielu dzisiejszych Pomorzan również ma prawo nazwać się wypędzonymi. Pod wpływem Kołakowskiego napisałbym też, że wielu niemieckich tzw. wypędzonych w rzeczywistości opuściło swoje domy z własnej woli lub na polecenie niemieckich władz, uciekając przed Armią Czerwoną. Na pokładzie Gustloffa byli uciekinierzy, ale nie wypędzeni! Zwróciłbym uwagę, by Niemcy wyrażając pretensje za doznane krzywdy, ważyli ich rozmiar i adresatów. To nie polskie wojsko zrównało z ziemią stary Gdańsk i zgwałciło 50 procent znajdujących się tam kobiet. Polskie wojsko było niewielką częścią armii zdobywającej Pomorze, a miasta zdobyte przez Polaków, np. Darłowo / Ruegenwalde zachowały się znacznie lepiej niż zdobyte przez Rosjan, np. Bytów (proszę o ew. lepsze dobranie przykładów). Wreszcie, Polacy nie brali udziału w decydowaniu o wysiedlaniach - ta decyzja została podjęta przez zwycięskie mocarstwa równocześnie z decyzjami o podziale Niemiec i przekazaniu ich wraz z wieloma innymi państwami zniszczonymi przez niemiecką wojnę, w tym Polską, pod wpływy radzieckie, co oznaczało m.in. odcięcie ich od możliwości odbudowy, z których tak obficie skorzystały Niemcy zachodnie. Chciałbym, by ten list był napisany w takiej formie, by mogli się z nim identyfikować nie tylko Kaszubi, ale wszyscy obecni Pomorzanie. Równocześnie ten list, powstały z kaszubskiej inicjatywy, mógłby być wyrazem wewnętrznej siły i ekspansywności Kaszubów, którzy nie zamykają się we własnej społeczności, ale są liderem budującym wokół siebie tożsamość nowego Pomorza www.zk-p.pl/xoops/modules/newbb/viewtopic.php?topic_id=17&forum=3&jump=1 Odpowiedz Link
ignorant11 Centrum prawdy historycznej 04.10.03, 13:18 Centrum prawdy historycznej Pierwsze czytanie projektu uchwały Sejmu, która wezwałaby rząd do budowy Centrum Martyrologii Narodu Polskiego w XX wieku wywołało ostrą dyskusję. Projekt rozpatrywały połączone komisje Kultury i Środków Przekazu oraz Edukacji, Nauki i Młodzieży, które zdecydowały, by skierować projekt do powołanej w tym celu podkomisji. Wnioskodawcy uchwały - posłowie Ligi Polskich Rodzin - odpierali ataki posłów SLD i PO, którzy twierdzili, że projekt ma "odwetowy" charakter w kontekście niemieckich planów utworzenia tzw. centrum wypędzonych. Zdaniem posła Kotlinowskiego (LPR), Centrum Martyrologii Narodu Polskiego powinno powstać ze względu na uniwersalną potrzebę pielęgnowania pamięci. Nie zaprzeczył on jednak, że ostatnie wydarzenia związane z zaangażowaniem się części polskich środowisk intelektualnych w budowę centrum wypędzonych przyczyniły się pośrednio do powstania projektu uchwały w gronie posłów Ligi Polskich Rodzin. - Sprzeciwiamy się pomniejszaniu martyrologii Narodu Polskiego, umniejszaniu winy za nią odpowiedzialnych i eksponowania winy Polaków działających w swojej obronie - mówił Kotlinowski. Według LPR, przyszłe Centrum powinno być zlokalizowane w miejscu najbardziej odwiedzanym przez turystów zagranicznych, a więc w centrum Warszawy lub Krakowa. "Centrum widzimy nie jako muzeum z pamiątkami, czy archiwum z dokumentacją - czytamy w uzasadnieniu do projektu - ale jako nowoczesny zespół sal ekspozycyjnych ukazujących w sposób audiowizualny poszczególne wydarzenia XX wieku, w których Naród polski był ofiarą obcego barbarzyństwa". Ekspozycja miałaby dotyczyć szerokiego zakresu wydarzeń od protestu wrzesińskich dzieci, poprzez polski wrzesień 1939 r. i Katyń aż po zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki. Poseł Michał Stuligrosz (PO) wyraził obawę - która jest obca inicjatorom budowy niemieckiego centrum wypędzonych - że podnoszenie cierpienia Polaków w XX w. zostanie negatywnie odebrane przez polskich sąsiadów. - Takie podejście zafałszowuje i relatywizuje historię, co w konsekwencji prowadzi do jej nieznajomości zarówno przez samych Polaków, jak i obywateli innych państw. Musimy przekazywać prawdę o naszej przeszłości, a nie dostosowywać ją do bieżących potrzeb - podkreślali posłowie LPR i PiS. Oczekują oni też, że prace nad uchwałą przyczynią się do rozpoczęcia narodowej dyskusji o upamiętnianiu historii oraz przekazywaniu jej młodemu pokoleniu. Beata Andrzejewska Odpowiedz Link