Dodaj do ulubionych

Polska bomba atomowa

01.09.03, 01:20
Polska bomba atomowa

Władze PRL za czasów Edwarda Gierka przygotowywały się do zbudowania
polskiej bomby jądrowej, co dawałoby nam pozycję jednego ze światowych
mocarstw

Za początek prac nad polską bombą termojądrową należy uznać rok 1968. Wtedy
to doktor Zbigniew Puzewicz, szef Katedry Podstaw Radiotechniki Wojskowej
Akademii Technicznej, sporządził sprawozdanie, w którym sugerował, że możliwe
jest przeprowadzenie syntezy termojądrowej przy użyciu laserów dużej mocy.


MIROSŁAW BŁACH 2003-08-05

Sprawą zainteresował się generał profesor Sylwester Kaliski, ówczesny
komendant Wojskowej Akademii Technicznej. Obaj panowie postanowili tę teorię
sprawdzić. W 1970 roku Puzewicz i Kaliski przebywali na sympozjum w
Montrealu, gdzie wysłuchali wykładu Edwarda Tellera, ojca amerykańskiej bomby
wodorowej, inicjatora koncepcji reaganowskich gwiezdnych wojen. Dowodził on,
że można przeprowadzić syntezę termojądrową za pomocą lasera, co ostatecznie
zadecydowało o rozpoczęciu prac nad polską bombą termojądrową. Prowadzono je
w specjalnie wybudowanej hali WAT w warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku
prace kontynuowano w Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wzniesiono
nową halę i specjalne budynki. Jak to w czasach PRL, nie obyło się bez
elementów groteskowych, jak na przykład otoczenie tych budowli kilkumetrowym
ziemnym nasypem, który miał "chronić" okolicę w razie przypadkowego wybuchu.


Polscy piloci ćwiczyli na samolotach Su-20 atak bronią jądrową

Sen o potędze

Edward Gierek nie szczędził pieniędzy, nie chciał tylko, aby o próbnej
eksplozji dowiedzieli się "radzieccy towarzysze". Radził się w tej sprawie
profesora Romana Neya, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk i eksperta robót
podziemnych. Sylwester Kaliski zasugerował przeprowadzenie próbnej eksplozji
w wybudowanej w Bieszczadach sztolni, tak by nikt na świecie - kolejna
bzdura - nie wykrył wstrząsów sejsmicznych. Na potrzeby prac nad bombą
zakupywano unikatowe przyrządy badawcze, materiały i mechanizmy objęte
embargiem. Ich przemycaniem zajmował się PRL-owski wywiad. Według Wojciecha
Łuczaka, dziennikarza oraz redaktora naczelnego magazynu Raport - wojsko,
technika, obronność, badającego swego czasu całą sprawę, udało się nawet
sprowadzić z USA do Warszawy słynne krytrony, czyli superczułe przełączniki
elektroniczne sterujące procesami uruchamiania ładunków wybuchowych w
niewyobrażalnie krótkich ułamkach sekundy. Urządzenia te są niezbędne w
konstrukcji zapalnika bomby atomowej. - Gdybym w jednym z warszawskich
gabinetów sam nie trzymał takiego urządzenia w ręce, nigdy bym nie uwierzył,
że udało się go zdobyć - uważa Łuczak. Wszystko to kosztowało bajońskie sumy.
Oficjalnie zaksięgowane wydatki szły w miliony dolarów, jednak nikt nie
policzy tego, czego nie księgowano. Niektórzy spośród zaangażowanych w
projekt (nazywany przez wtajemniczonych "niekontrolowaną syntezą jądrową")
twierdzą, że prace nad polską bombą wodorową pochłonęły tak wielkie środki,
iż całe to przedsięwzięcie mogło przyczynić się do załamania gospodarki w
drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Cel Edwarda Gierka był ambitny: chciał
wprowadzić Polskę do ekskluzywnego klubu atomowego, potwierdzając tym samym
propagandowe slogany o PRL jako dziesiątej potędze przemysłowej świata.
Pierwszy sekretarz wzorował się na Francji, prowadzącej własną politykę
atomową. Chciał ją naśladować; oczywiście, tylko w takim stopniu, w jakim
pozwoliliby mu na to "radzieccy towarzysze".

Wielkie rozczarowanie

Polska bomba termojądrowa miała działać w sposób dziecinnie prosty. Tworzyły
ją wtryskiwacze deuteru i trytu oraz kulminacyjne ładunki wybuchowe, takie
jakie służą do przebijania pancerza czołgu, podłączone do zdobytego przez
nasz wywiad krytrona. Decydującym elementem był laser mający dostarczyć w
odpowiednim ułamku sekundy energię wystarczającą do zapoczątkowania syntezy
termojądrowej. Niestety, w polskich warunkach moc lasera mogła osiągnąć tylko
1 kilodżul. W tym czasie w Moskwie do podobnego eksperymentu użyto 20-
kilodżulowego lasera, a w USA aż 100-kilodżulowego, jednak bez rezultatu.
Najnowsze badania naukowe dowodzą, że aby w ten sposób wywołać syntezę
termojądrową, trzeba by użyć lasera o mocy 10 tysięcy kilodżuli.
Z polskim projektem atomowym były jeszcze inne kłopoty. O prowadzonych w
Warszawie pracach nad bombą dowiedział się sowiecki wywiad. Rosjanie jednak
zdawali już sobie sprawę, że metodą laserową nie da się osiągnąć celu,
udawali więc, że o niczym nie wiedzą. Zastanawiająca jest natomiast zagadkowa
śmierć profesora Sylwestra Kaliskiego, który zginął w wypadku samochodowym,
prowadząc swego fiata mirafiori. Dla części znajomych Kaliskiego nie było to
zaskoczeniem, znali go bowiem jako złego kierowcę, do tego jeżdżącego zbyt
szybko. Według innych jednak nie ulegało wątpliwości, że dostępne jedynie dla
partyjnych notabli mirafiori, serwisowane w rządowych warsztatach, zostało
specjalnie uszkodzone. Już nigdy nie dowiemy się, co było przyczyną kraksy.
Pewne jest natomiast, że śmierć profesora Kaliskiego oznaczała koniec
polskiego programu budowy bomby termojądrowej.

Atomowy taksówkarz

Prace profesora Kaliskiego nie były jedyną przygodą PRL z bombą jądrową.
Wcześniej, w myśl istniejącego "planu ograniczonej wojny atomowej", stale
ulepszanego przez sztaby Układu Warszawskiego, który zakładał napaść na kraje
Europy Zachodniej, na początku lat sześćdziesiątych zapadła decyzja, że
Polska zakupi pułk samolotów myśliwsko-bombowych Su-7, mogących przenosić
broń jądrową. W 1965 roku uzbrojono w te odrzutowce stacjonujący w Bydgoszczy
5. Pomorski Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. W marcu 1968 roku ćwiczył on
z 11. Dywizją Pancerną tworzenie tak zwanych korytarzy atomowych, przez które
miały ruszyć na Zachód dywizje pancerne Układu Warszawskiego. W planach
operacyjnych ZSRS polskie armie w pierwszych dniach owej ewentualnej wojny
miały nacierać przez Lubekę na Danię. Dodajmy, że w czasie wspomnianych
ćwiczeń w marcu 1968 roku po raz pierwszy zrzucono bombę IAB-500, imitującą
wybuch bomby atomowej. Piloci wyznaczeni do lotów w razie prawdziwego
konfliktu nuklearnego z Zachodem i z prawdziwym ładunkiem musieli być
kawalerami, najlepiej członkami PZPR.

Zrzucania bomb atomowych uczyli ich sowieccy instruktorzy, którzy specjalnie
w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy. Na jedno ze szkoleń razem z nimi
przyleciał nawet specjalny samolot An-26, który w czasie ewentualnej wojny
miał dostarczyć bomby do polskich samolotów.

W 1974 roku polscy piloci byli szkoleni w Lidzie (na Białorusi) w lataniu na
nowoczesnych odrzutowcach Su-20 ze zmienną geometrią skrzydeł. - Polacy
ćwiczyli uzbrajanie samolotów w bomby nuklearne - mówi Wojciech Łuczak. -
Potem to samo trenowano na polskim lotnisku w Powidzu, gdzie znajdowały się
samoloty przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Sam oglądałem
zakupione przez Polskę w latach osiemdziesiątych samoloty Su-22M4, które
zaopatrzone były w specjalne panele w kabinie pilota umożliwiające bojowy
zrzut i belki oraz zamki do podwieszenia 500-kilogramowych bomb atomowych.
Największą tajemnicą otoczony był serwis i konserwacja specjalnej atomowej
amunicji, a także procedury jej przekazania polskiemu wojsku
przez "radzieckich towarzyszy". Nieliczni znali miejsca przechowywania przez
wojska sowieckie na terenie naszego kraju atomowych pocisków do naszych
samolotów. Co stało się zresztą z pogwałceniem zasad jawności, PRL bowiem
nigdy nie była oficjalnie poinformowana o składowaniu na jej terytorium
takiej broni.

Po wycofaniu się Rosjan z Polski w Bagiczu w okolicach Kołobrzegu w dawnej
bazie rosyjskiej przypadkiem odkryto ślady składowania półtonowych bomb
atomowych, które wisiały w schronach samolotowych na zwykłych hakach jak
kiełbasa w sklepie mięsnym. Przypuszczalnie ta
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Polska bomba atomowa (dok) 01.09.03, 01:22
      Po wycofaniu się Rosjan z Polski w Bagiczu w okolicach Kołobrzegu w dawnej
      bazie rosyjskiej przypadkiem odkryto ślady składowania półtonowych bomb
      atomowych, które wisiały w schronach samolotowych na zwykłych hakach jak
      kiełbasa w sklepie mięsnym. Przypuszczalnie taktyczne ładunki jądrowe Rosjanie
      trzymali również w swoich bazach w Żaganiu, Toruniu, Brzegu, Szprotawie i
      Sypniewie. Według Józefa Szaniawskiego, pełnomocnika pułkownika Ryszarda
      Kuklińskiego, Sowieci składowali broń atomową na terytorium Polski od połowy
      lat sześćdziesiątych. W związku z tym wypowiedzi kolejnych polskich przywódców:
      Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego, że w Polsce nie ma broni atomowej, były
      jedynie czczą propagandą. - Rosjanie zakładali, że wojna w Europie potrwa od 7
      do 18 dni, a do tego konieczne było użycie broni atomowej - twierdzi Józef
      Szaniawski.

      Scenariusz wojny

      Według pragnącego zachować anonimowość pułkownika, w latach osiemdziesiątych
      wykładowcy Akademii Obrony Narodowej, "wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę,
      co oznacza wyrąbywanie atomowych korytarzy dla mających nacierać na Zachód
      polskich dywizji. W razie wojny każdy dowódca dywizji zmechanizowanej miał w
      ciągu dnia posunąć się o 60 kilometrów. Aby wykonać to zadanie, mógł
      zadecydować o dokonaniu na swoim kierunku natarcia kilku uderzeń atomowych,
      których wykonanie spoczywało na naszych wojskach rakietowych i lotnictwie".
      Utworzenie za pomocą broni atomowej korytarzy dla nacierających wojsk
      pancernych miało umożliwić tak szybkie zajęcie Europy Zachodniej, aby nie
      zdążyły do niej przybyć z pomocą wojska amerykańskie. Polska generalicja
      wiedziała jednak, że NATO opracowało plan mający nie dopuścić do realizacji
      takiego scenariusza. Zakładał on, że wojska europejskich członków NATO powinny
      się skupić jedynie na powstrzymaniu uderzenia pierwszego rzutu strategicznego
      wojsk sowieckich stacjonujących we wschodnich Niemczech oraz armii NRD, CSRS i
      PRL. Maszerujący w tym czasie z terenów obecnej Ukrainy i Białorusi drugi rzut
      strategiczny wojsk sowieckich miał zatrzymać na linii Wisły zmasowany atak
      atomowy. To pozwoliłoby dotrzeć do Europy wojskom amerykańskim, zanim osłabiony
      nuklearnym ciosem drugi rzut strategiczny Układu Warszawskiego dotarłby do
      rejonu walk toczonych pomiędzy Renem a Łabą. Łatwo można sobie wyobrazić, co
      oznaczałoby dla Polski powstrzymanie przez NATO wojsk sowieckich w środku
      naszego kraju przy użyciu broni atomowej. Tym bardziej że do akcji tej użyto by
      nie kilku głowic, a większości ze świeżo zainstalowanych na Zachodzie atomowych
      rakiet średniego zasięgu "Pershing", których celem stałyby się, między innymi,
      wszystkie mosty na Wiśle, w tym i te na terenie Warszawy.

      Dzisiaj, kiedy nie istnieje już Układ Warszawski, a sowieckie czołgi z braku
      pieniędzy rdzewieją w koszarach lub zostały zniszczone w Czeczenii,
      przedstawione powyżej scenariusze przypominają senne koszmary. Jednak jeszcze
      20 lat temu atomowa apokalipsa była realną groźbą zarówno dla Europy, jak i
      naszego kraju. Polacy mieli wziąć w niej czynny udział.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka