eliot
11.03.09, 11:36
wyborcza.pl/1,86738,6357281,Matka_rosyjskich_zolnierzy.html
Matka rosyjskich żołnierzy
Wacław Radziwinowicz, Moskwa2009-03-09, ostatnia aktualizacja 2009-
03-08 17:41
Udaje nam się uczyć ludzi, których synowie stracili życie w
rosyjskiej armii, by nie godzili się pokornie z tym, co ich
spotkało, lecz bronili swych praw. Dzięki temu kiedyś skończy się u
nas i fala
Tak mówi Weronika Marczenko, szefowa fundacji Prawo Matki broniącej
praw tysięcy rodzin rosyjskich żołnierzy, którzy za sprawą fali w
wojsku stracili życie. Marczenko stała się wczoraj pierwszą rosyjską
laureatką nagrody Woman of Courage (Za kobiecą odwagę) przyznawanej
przez Departament Stanu USA od 2007 r.
Fundacja Prawo Matki mieści się w maleńkim pokoiku w zaniedbanym
domu przy Zaułku Łucznikow 4 w centrum Moskwy. Ponuro tu,
nieprzytulnie, mnóstwo gratów, zakurzonych papierów. Zupełnie jakby
nie pracowały tu kobiety. A i one robią wrażenie nawet nie tyle
przygnębionych co przytłoczonych tragediami, z którymi przychodzi im
się spotykać, i tym, co już widziały.
Weronika Marczenko nie lubi pytań w rodzaju: czym się zajmuje pani
fundacja? - Jak ci opowiem, nie będziesz mógł spać - odpowiada. O
Juriju Junczyku, którego porżnęli na pięć kawałków. Albo o Jarku
Łazariewie, którego ukrzyżowali i zamęczyli na śmierć. Mogłaby
wyliczać setki ofiar tego, co w Rosji nazywają "nieustawszczyną"
(zachowanie sprzeczne z regulaminem po rosyjsku "ustaw"), czyli
okrutnej fali w koszarach.
20-letni Łazariew spod Czelabińska, student prawa, po pierwszym roku
przerwał naukę i poszedł do armii w 2002 r., bo chciał służyć, i to
koniecznie w wojskach desantowych. Trafił do jednostki w uralskim
obwodzie swierdłowskim. Kiedy na pierwszy urlop przyjechał do domu,
błagał matkę, by za wszelką cenę starała się zwolnić młodszego brata
Aleksieja od służby. Sam oświadczył, że za żadne skarby nie zostanie
w jednostce, gdzie go poniżają i zmuszają do oddawania pieniędzy
przełożonym.
Wrócił jednak do koszar. Zaraz potem matka Zinfira Łazariewa dostała
telegram, że ma natychmiast "zwrócić syna armii". Pojechała do
jednostki. Przyjął ją kapitan Denis S., dowódca kompanii Jarosława.
Kapitan uspokoił ją, że to on sam zwolnił chłopaka, żeby ten
popracował na bazarze w Jekaterynburgu i przywiózł dowódcom trochę
pieniędzy. I że za tydzień chłopak cały i zdrowy wróci na służbę, a
włos mu z głowy nie spadnie. Za życzliwość kapitan zażądał od
kobiety trzech butelek wódki.
Po tygodniu z jednostki przyszedł telegram, że Jarosław nie żyje. A
parę dni później wojskowi przywieźli zaspawaną cynkową trumnę.
Postawili ją na podwórku i odjechali, nie porozmawiawszy z matką.
Sąd, do którego fundacja pomogła się zwrócić Łazariewej, ustalił, że
kapitan S. i szeregowiec Aleksandr C. przyjechali do Jekaterynburga.
Na bazarze na oczach ludzi pobili Jarosława, wrzucili go do
bagażnika samochodu. W koszarach chłopaka bili szeregowy Aleksandr
C. i sierżant Wiktor M. Jeden z nich kopnął chłopaka podkutym butem,
wybijając mu oko. Ponoć próbowali wyciągnąć jakąś tajemnicę. Potem
ukrzyżowali chłopaka na kracie w wejściu do magazynu broni.
Torturowali go uderzeniami prądu, bili, dopóki nie wyzionął ducha.
Szeregowy Aleksandr C. i sierżant Wiktor M. dostali po osiem lat
więzienia. Kapitan S., który rozkazał im rozprawić się z chłopakiem,
wyłgał się wyrokiem w zawieszeniu.
Matka zamordowanego nie otrzymała żadnego odszkodowania.
Fundacja Prawo Matki w jej imieniu wystąpiła o odszkodowanie - 10
mln rubli (około 1 mln zł). Łazariewa chciała za te pieniądze
wmurować na ścianie jednostki syna tablicę z nazwiskami jego i wielu
innych, których zabiła tam "fala". I jeszcze wyasfaltować drogę na
cmentarz, na którym leży Jarosław.
Sąd przyznał jej 500 tys. rubli odszkodowania. Zinfira nie ma już
sił, by składać apelacje. Po przejściach nerwy odmówiły
posłuszeństwa.
Takich historii "nie pozwalających spać w nocy" Weronika Marczenko i
jej koleżanki znają wiele. Co roku w jednostkach armii rosyjskiej
popełnia samobójstwa lub ginie z rąk kolegów ponad 400 żołnierzy. I
każdy taki przypadek to opowieść mrożąca krew w żyłach.
Zajmują się także ofiarami wojen czeczeńskich, które przecież według
oficjalnej wersji nie były wojnami. Pomagają matkom rozgrzebywać
zapomniane mogiły, jeżdżą z nimi do Rostowa nad Donem, gdzie w
wojskowej kostnicy oglądają setki trupów, próbując zidentyfikować
synów.
Weronika Marczenko nie traci wiary, że zmagając się z całą ta
makabrą, pomaga triumfować sprawiedliwości. - Uczymy matki, by
odważnie domagały się swoich praw. Taki fundusz emerytalny z zasady
odmawia wszystkim prawa do renty po synu, bo urzędnicy wiedzą, że
tylko co dziesiąta matka odważy się pójść do sądu. Jednak kiedy sąd
otrzyma skargę, płacą bez oporu. Co roku w imieniu kobiet, które
straciły synów, bierzemy udział a blisko dwustu procesach. I coraz
więcej wygrywamy. W ubiegłym roku wygraliśmy, i to w pierwszej
instancji, w 66 proc. przypadków - mówiła niedawno Marczenko w
wywiadzie dla serwisu internetowego Grani.ru. - Dla mnie
najważniejsze jest to, że udaje nam się uczyć ludzi, by nie godzili
się pokornie z tym, co ich spotkało, tylko bronili swych praw. A
dzięki temu kiedyś skończy się u nas i fala.
Poza szefową fundacji Prawo Matki sekretarz stanu USA Hillary
Clinton za "kobiecą odwagę" wyróżniła wczoraj, w Dniu Kobiet,
również przedstawicielki Afganistanu, Gwatemali, Malezji, Nigerii,
Uzbekistanu i Jemenu.
Źródło: Gazeta Wyborcza