Dodaj do ulubionych

rozstanie po 6 latach...

24.01.05, 01:27
My- szkolna miłość, dla wszystkich wokół wzór idealnej pary i symbol trwałych
związków...
Przez długi czas było jak w bajce, chyba nadal nie przestałam Go kochać,
ale ... po 6 latach chciałabym wiedzieć, że to "na poważnie" i że te 6 lat ma
jakiś sens, że przed nami jest jakaś przyszłość.
To nie jest tak,że zbliża się koniec studiów i "pili mnie do ślubu", chyba
jestem ostatnią osobą, o której można by coś takiego powiedzieć. Ale nie
bardzo już wierzę, że On planuje dla nas jakąś przyszłość.
Dążenie do wspólnego zamieszkania, później małżeństwa, rodziny, dzieci
wydawało mi się naturalne, a tymczasem widzę, że Jemu do tego wcale nie
śpieszno i nagle piętrzą się liczne trudności. Główną jest brak pracy- cóż,
kiedy mam wrażenie,że to raczej taka wygodna wymówka (bo nie zauważyłam nawet
nie tyle efektów, co jakichkolwiek wysiłków, by takową znaleźć). Ja pracuję
już od dość dawna, mielibyśmy gdzie zamieszkać, koniec studiów (do niedawna
kolejna z wymówek) tuż tuż, a dla Niego temat wciąż pozostaje odległy. W
sumie ja decyzję o wyprowadzce dotąd uzalezniałam od Niego (że jak będzie
miał pracę, to "zaczniemy" razem), ale nie wiem, czy to było słuszne, nie
wiem,czy ja w ogóle mam na co czekać, wydaje mi się, że on wcale nie ma na to
ochoty, że wręcz stara się odwlec te moment...
To, co dawniej wydawało mi się jego zaletą, teraz już nie do końca tak widzę.
Odpowiedzialny i zapobiegliwy? aż nadto- najpierw doróbmy się kokosów, potem
pomyślimy o ew.mieszkaniu razem... Rodzinny? obawiam się ,że chyba jednak z
nie do końca odciętą pępowiną (i to o dziwo problemem zdaje się być
apodyktyczny tatuś, a nie "teściowa"!)... Ambitny? Och, nad wyraz- ostatnio
tak bardzo koncentruje się na wynikach w nauce,że aż mu czsu na nic innego
(praca?) nie starcza...

Ja wiem, że rozstanie nie będzie łatwe. Ze po takim czasie, wciągnięte "w
związek" stają się też rodziny (hmmm, chyba moja raczej, bo "tak jakoś
wychodziło",że spotykaliśmy się bardziej u mnie i w związku z tym ja z Jego
rodziną zbytnio zżyta nie jestem, mimo wielu moich starań...). Trzeba nauczyć
się żyć od nowa, poukładać swój świat od początku. Nie wiem, czy stać mnie na
taki krok... Może warto jakoś ratować te 6 lat? A może nasze potrzeby za
bardzo się rozmijają?

Co mi radzicie?
Jak radziłyście sobie po rozstaniu po tak długim związku? Jak udało Wam się
posklejać sobie świat od nowa? Czy Wasi mężczyźni też nie bardzo mieli ochotę
na dorosłość?

Babuzonek- w zawieszeniu...
Obserwuj wątek
    • anula36 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 02:20
      NIe mial, tzn on moze by i mial ale mamusia nie pozwalala. Bylismy nawet rok
      dluzej ze soba niz wy.
      To ja odeszlam i niezaluje rozstania. Jak poukladalam zycie?
      Zwyczajnie.Powiedzialm wszytkim ze juz nie jestesmy razem, troche pozylam
      solo,troche poflirtowalam teraz znow jestem w dluzszym zwiazku, ktory od
      malzenstwa rozni sie tylko brakiem slubu.To czego moj byly nie mogl zrealizowac
      w 7 lat ( zamieszklania razem) moj obecny zrobil w 3 miesiace.

      Mysle,ze o szczegolach to polecam konto gazetowe (Anula36@gazeta.pl)lub GG
      1992072.
    • tora99 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 08:01
      po prawie 8 latach...
      dluuugo sie wachalam i bardzo balam, ale gdy juz zapadla decyzja poczulam tylko
      ulge. teraz mam fantastycnego odpowiedzialego meza roczna coreczke.. i poszlo
      to bardzo szybciutko :-)) jak kts chce z koms byc, to po prostu jest i tyle.
      wiem, troche to przykre, ale im szybciej to dotrze do ciebie, tym szybciej
      poukladasz sie na nowo. i daj sobie chwilke na odpoczynek i zabawe, tak zeby
      sie zregenerowac ;-)

      powodzenia

      kasia
      • sylwia168 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 08:38
        Cześć!nie masz na co czekać i łudzić się,że być może to chwilowe.Jest tyle
        wspaniałych facetów na codzień i tyle możliwości poznania się!Szkoda się
        mordować i czekać na zmiany bo faceci bardzo rzadko się zmieniają!Wydaje mi
        się,ze ten związek za długo trwa i to go już nudzi!Pozdrawiam i głowa do góry
        bo teraz może być tylko lepiej.
        • kasia191273 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 09:45
          ja sie rozstalam po 8 latach.Wczesniej tez mialam rozne watpliwosci,wlasciwie
          nawet bylam juz pewna,ze to nie to,ale paralizowal mnie strach przed a.
          samotnoscia (tez bylismy para z lat szkolnych,wiec nigdy wczesniej nie bylam
          bez 'pary';-) b. rzekoma afera i zamieszaniem,jakie to wywola. Klopot okazal
          sie duuuuzo mniejszy niz sobie wyobrazalam- i wewnetrznie,i zewnetrznie obylo
          sie bez reakcji przesadzonych.Tego wieczoru,kiedy ostatecznie zerwalam,plakalam
          najpierw,a potem dlugo gadalam z przyjaciolka,bo poczulam sie troche jak bez
          reki nagle.Ale potem juz minelo,szybciej niz sie spodziewalam,lagodniej niz
          sadzilam.Teraz jestem od 6 lat w innym zwiazku, w sierpniu biore slub i
          blogoslawie los,ze dal mi sie w pore opamietac;-)Odwagi!
    • baranka81 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 10:48
      Na pewno od czasów szkolnych dużo się zmieniło, Wy się zmieniliście! Nie wiem,
      czy wybraliście ten sam kierunek studiów, ale jeśli nie, to Wasze
      zainteresowania pewnie poszły w troche innym kierunku. Inni znajomi, inne
      towarzystwo...

      A jak to jest wsrod Waszych znajomych? Bo może on widzi wokol duzo
      nieszczesliwych malzeństw i się boi, że tak samo skończycie?

      Praca to inna trudna sprawa. Ja mam poczucie ze jak sie bardzo chce, to prace
      mozna znalezc... szczegolnie w duzym miescie. A jak rodzice M? Pila go do
      pracy, zachecaja? Dziwi mnie bardzo, ze w sytuacji, w której Ty pracujesz, on
      sie nie zmobilizował... Bo to chyba zwykle dziala na facetow mobilizujaco.

      Z tego co piszesz, to chyba faktycznie dobrze mu u mamusi (tzn tatusia) i
      niebardzo mysli o wyprowadzce. nie wiem ile macie lat, ale skoro konczycie
      studia, to chyba tyle, zeby byc na tyle doroslym, zeby sie wyprowadzic...

      A moze to jego rodzina go nastawia przeciw Tobie? To sie chyba czesto zdarza.
      Rozstanie po tak dlugim czasie jest na pewno bardzo trudne. Ale musisz
      pamietać, że nieważne co powie rodzina na początku - w koncu ona i tak będzie
      zawsze Ciebie wspierać, bo zapewne Cię kocha.
      A po drugie - to Twoje życie, które musisz przeżyc tak, zeby Tobie było dobrze,
      a nie żeby innym się wydawało, że Ci jest dobrze. bo to można sobie na dłuższą
      metę mocno zaszkodzić.
      A po trzecie - mysle, ze najbardziej sie boisz samotnosci... to normalne, ale
      nie mozesz temu podporzadkowywac Twojego zycia. Jesli jestes otwarta, mila i
      nie boisz sie facetów, to na pewno predzej czy pozniej znajdziesz odpowiedniego
      kandydata!

      Trzymaj sie cieplo, i napisz jaka decyzje podjelas!
    • sosjerka Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 12:12
      Zgadzam się z dziewczynami- skoro się tak ociąga, to czemu miało by się to
      zmienić? Na co dalej czeka??
      Ja sama się rozstałam po 5 latach, balam sie reakcji otoczenia, ale wyplakalam
      sie na ramieniu przyjaciolki (nie z kregu naszych (mojego ex-M i mojego)
      wspolnych znajomych, ale przyjaciółki ze studiow), ktora zreszta sama byla w
      szczesliwym zwiazku (a teraz mezatka) i dalej jakos poszlo. Rodzina tez
      przelknęla, mimo że lubila M-a i widziala nasza przyszlosc razem.
      tez bylismy wzorem idealnej pary, przynajmniej z wierzchu, ale wewnatrz
      narastaly onflikty, glownie poszlo o wspolna przyszlosc, nasze oczekiwania itd.
      Podobnie, nagle on widzial wszedzie problemy, braki, ograniczenia. Mialam tego
      troche dosyc, bo jak dla mnie to po prostu malo meskie podejscie.
      Mam wrazenie, ze przewyższasz poziomem swojego faceta, i to sporo,. może
      zaczynaliscie razem w szkole, ale Ty jak piszesz pracujesz, on nie. Ty masz sie
      gdzie wyprowadzic, on nie. Ty myslisz poważnie o przyszlosci, on nie. Czy
      odpowiada Ci takie życie na dluzszą metę?
      Glowa do góry! Jest mnostwo odpowiedzialnych facetów, to że on jest w poblizu
      od dawna wcale nie znaczy ze to ten jedyny!! Pozdrawiam Cię cieplo
    • eko_kasia Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 13:04
      Ja rozstając się (po 5 latach) ze swoim facetem zostałam zupełnie sama w obcym
      mieście, bez przyjaciół i możliwości wyżalenia się komuś w klapę. Na początku
      było trudno, ale minęło trochę czasu i jakoś się pozbierałam. Poznałam
      człowieka, który od początku wiedział czego chce. Dziś jestem szczęśliwą żonką
      (6 lat)i mamą dwojki dzieci. I z perspektywy uważam, że szkoda marnować czas na
      związek z kimś, kto nie potrafi spojrzeć dalej niż na czubek włsnego nosa :-)
      Jeśli dwoje ludzi patrzy w tym samym kierunku i dążą do jednego celu wszystko
      staje się łatwiejsze.
    • m_art_a80 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 18:19
      a próbowaliście o tym rozmawiać tak na poważnie?
      jakie on ma argumenty?
      Bo nie rozumiem czemu on sie tak ociaga...
      a moze juz po prostu "przechodzil sie" Wasz zwiazek?
      Jesli on sie ociaga z niewiadomych powodow to chyba rozstanie jest najlepsze,
      bo w takim zwiazku mozna tkwic i tkwic, i tylko sie frustrowac
      pozdrawiam, marta
    • grejdi znam smak tego rodzaju samotności 24.01.05, 19:20
      Wiem co czujesz. Jestem w podobnej sytuacji, z tą różnicą, że stoję po
      przeciwnej stronie. Zaczęliśmy być razem, gdy ja lizałam rany po poprzedniej
      wielkiej miłości. I tak się zaczęło...Było bardzo dobrze. Mieszkamy razem, on
      mnie wspiera (a raczej wspierał). Żyjemy razem - ale jednak obok siebie. Po
      prostu jestem najnormalniej w świecie samotna, choć obok mnie mam kogoś który,
      że kocha. Tylko że ta miłość nie jest z najwyższej półki. Boli to okrutnie. On
      twierdzi, że mam zbyt wielkie wymagania, że ustawiłam poprzeczkę za wysoko.
      Nasza miłość jest "poprawna". A ja pragnę takiej, co przenosi góry. Nie mogę
      pogodzić się z tym, że tak ma wyglądać moje życie. Poprawnie. Ech, smutne to
      strasznie... Tchórz ze mnie straszny - ot co.
    • oxygen100 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 20:16
      Moj maz tez jest moja szkolna miloscia. Nie zawsze bylo sielankowo nie zawsze
      rozowo czasem to... ech dluga historia. Slub bralam jako gowniara 25 letnia.
      uwazam ze duzo za wczesnie. Teraz moge to powiedziec z perspektywy czasu ze
      dopiero po 30-tce zauwazylam ze doroslam do bycia zona (ciagle nei jestem
      matka). Moze wiec wacale nie chodzi o to ze On Cie nei kocha czy unika
      odpowiedzialnosci. Moze normalnie facet jest za mlody na takie powazne decyzje.
      Wiesz nic na sile. Ale od razu zrywac?? W koncu juz skonczyly sie czasy ze 25
      letnie panny sa wytykane palcami ze niby STARE:)) Konczycie studia najlepsze
      dopiero przed Wami. Bo nigdy nie bedzie juz takiego luzu i robienia co sie Wam
      spodoba. Tak miedzy bogiem a prawda to nie ma sie do czego az tak spieszyc:))A
      wiesz najgorszy jest wiek po 30-tce. Najnudniejszy okres w zyciu. Nie ma za
      bardzo z kim poimprezowac bo wszyscy prawie sie rozmnozyli i nie maja czasu na
      glupoty albo sa zajeci zarabianiem kasy i tez nie maja czasu albo powyjezdzali
      i tyle pozytku:))A ze facet nie chce byc na Twoim utrzymaniu to tylko chwala Mu
      za to. pozdrawiam.
    • m_art_a80 Re: rozstanie po 6 latach... 24.01.05, 21:18
      no tak, tylko że tu chyba nie o to chodzi, ze facet jest odpowiedzialy, tylko
      że nie chce na siebie tej odpowiedzialnosci brac. a autorka postu, z tego co
      pisze, jak najbardziej.

      >"Ja pracuję już od dość dawna, mielibyśmy gdzie zamieszkać"

      bo super jesli obie strony chca właśnie poszaleć i poimprezowac, ale tu chyba
      bardziej jest tak, ze jedna strona chce stabilizacji i wspolnej przyszlosci, a
      facet sie ociaga, "bo mu dobrze na garnuszku rodzicow". Dla mnie to jednak
      troche nie normalne - kobieta pracuje jak rozumiem na wspolne przyszle zycie, a
      facet d..y nie ruszy???

      "piętrzą się liczne trudności" to zupelnie jakbym slyszala mojego eks-M, ktory
      decyzje o wspolnym mieszkaniu - nie wspominajac o slubie - okladal przez dlugie
      lata na zaś. no i sie nie doczekalismy w koncu. jestem z kims innym, i jest mi
      z tym lepiej.

      zycze Ci powodzenia w podjeciu decyzji. i uszy do gory, na pewno bedzie
      dobrze :-)
    • babuzonek rozstanie po 6 latach...- wynurzeń cd. 24.01.05, 23:40
      Dziekuję Wam wszystkim bardzo za pomoc!
      Niestety, zdaję sobie sprawę, że decyzja i tak należy do mnie i to ja będę
      musiała się z nią uporać, no i ponieść wszelkie konsekwencje...
      Ciężko mi zrozumieć samą siebie- bo to nie jest tak, że ja nie chcę już z Nim
      być, tylko, że po prostu nie wiem, czy nasze wizje dalszego bycia razem nie
      zaczęły się zbytnio rozmijać... Dla mnie zwsze było jasne, że wspólne
      zamieszkanie to nasz cel, taki, do którego razem dążymy. Tak wyobrażałam sobie
      związek- jeśli się kogoś kocha, to chce się z nim wieść wspólne życie. A teraz,
      kiedy już właściwie cel ten ma coraz realniejsze szanse urzeczywistnienia,
      odnoszę wrażenie, że Jemu wcale się do tego "urzeczywistniania" nie spieszy.

      Oxygen 1000- ja wiem, że to b.w porządku, że on nie chce być na moim utrzymaniu
      i taka opcja nie wchodzi w grę (jak również i ta, że "na niego" łożą rodzice),
      tylko kiedy od dłuższego czasu słyszę, że on marzy o wspólnym mieszkaniu, tylko
      pracę musi znaleźć, a widzę, że jednocześnie NIC w kierunku znalezienia takowej
      nie czyni, to trochę się czuję "zwodzona" i zwyczajnie robiona w trąbę.
      Rezultat jest taki, że spośród znajomych poszukujących pracy wszyscy już takową
      podjęli, zaczynają powoli "zmieniać status społeczny", albo chociaż adres
      zamieszkania na wspólny, realizują jakieś swoje plany, a my nadal trwamy w
      zawieszeniu, jak ta opoka... Ja po prostu myślę, że On się po prostu "wykręca"
      tą pracą (jego rodzina do pracy nie ciśnie, z wielu względów, ale chyba akurat
      nie chodzi o mnie...).

      Powiem szczerze, że ja teraz właściwie decyzję o wyprowadzce "na swoje"
      uzależniam od Niego- takie było moje (wydawało mi się, że nasze...) marzenie-
      wyprowadzamy się wspólnie do naszego gniazdka. Teraz jednak coraz poważniej
      myślę, że niesłusznie...
      Nie wiem, jak byśmy to (gdybym mieszkała sama) sobie poukładali, ale obawiam
      się skądinąd, że to może być dla Niego jeszcze wygodniejsze (na "miłe chwile"
      do przytulnego gniazdka, a później ucieczka przed problemami samodzielnego
      mieszkania pod opiekuńcze skrzydła rodziny) i to mnie wstrzymuje...

      Kocham go i chcę z nim być, ale z drugiej strony nie wiem, czy potrafię do tego
      stopnia zrezygnować z tego, co dla mnie wazne i pogodzić się z tym, że dla
      Niego ważne jest chyba jednak co innego (czy można mówić, że się kogoś kocha,
      jeśli budowanie z tym kimś własnego świata nie jest najwazniejsze?!)...

      Póki co- niedługo wyjeżdżamy... Będzie czas pogadać, może o czymś więcej, niż
      tylko o dobrych chęciach...

      Dzięki raz jeszcze,
      Babuzonek- w rozterce- między rozważną i romantyczną...
      • cynamonowapuma Re: rozstanie po 6 latach...- wynurzeń cd. 24.01.05, 23:51
        napisz czy podjelas jakas decyzje ;)


        Pozdrawiam i zycze szczescia
      • babuzonek Re: rozstanie po 6 latach...- wynurzeń cd. 26.01.05, 23:36
        Hmm,
        z nienamawiającymi do pracy rodzicami to jest tak, że- uprośćmy- jest
        alternatywa, której ja nie popieram (on z tego co wiem też nie bardzo, ale tak
        jest po prostu wygodniej...), bo nie przybliża nas do usamodzielnienia się- nie
        chciałabym tu wchodzić w szczgóły...

        Była rozmowa!
        On zestresowany, ja starałam się zimno i twardo (zdeptałam w sobie wszelkie
        wyrzuty sumienia...), stanęliśmy na tym, że miałam rację i on faktycznie szukał
        wymówki (ponoć nie z mojego powodu- wracamy do "alternatywy" i rodzinki) i że
        nie jest mu z tym dobrze oraz że czas skończyć z wymówkami i zabrać się za
        działanie.
        Ja już trochę nie mam nadziei, że to faktycznie odniesie jakiś skutek (chociaż
        chyba udało mi się na tyle twardo i konsekwentnie rozmawiać, że- po poziomie
        zestresowania sądząc- zrozumiał, że to "czas najwyższy"...). Na razie
        postanowiłam dać Mu trochę czasu i zobaczyć, ile była warta ta rozmowa.
        Trzymajcie kciuki, żeby się nie okazało, że to znów babska naiwność i że po raz
        kolejny dałam się zwieść...
    • sosjerka Re: rozstanie po 6 latach... 25.01.05, 09:21
      rzeczywiście na dwie baba wróżyła. Z jednej strony go kochasz, co jest
      zrozumiałe oczywiście, a z drugiej strony wyłania się jasno obraz taki, że to
      tak naprawdę tylko Ty robisz wszystko, żeby ten związek się zmieniał i
      przeszedł w bardziej dorosł etap.
      A Twój facet jakby przyklaskuje temu, bo widzi szansę na ewentualną wygodna
      przyszłość.
      Co on w ogóle o tym wszystkim myśli? Bo jak na razie mam wrazenie że Ty myślisz
      tylko kategoriami co by tu zrobić żeby jemu bylo dobrze, a Twoje potrzeby
      gdzies odchodzą w dalekie pola i lasy.
      no i jeszcze jedna rzecz, której bym sie obawiala: ze jesli go przymusisz do
      jakiejs decyzji, to on Ci potem to bedzie "wypominal" w jakims stopniu. ze byl
      nie gotowy itd.
      napisz moze co on na ten temat sądzi, czy on w ogóle czuje, ze Ty rozwarzasz
      rozstanie?a jesli tak, to co on na to?
      pozdrawiam cie serdecznie,
      sosjerka (w książkach - sesjaaa)
      • oxygen100 Re: rozstanie po 6 latach... 25.01.05, 09:56
        bo faceci czesto sa flakowaci i rozlazli i nic nie zrobia jak nie przystawisz
        im lufy do glowy. czasem po prostu trzeba ich narychtowac i KAZAC cos zrobic
        posuwajac sie nawet do szantazu. Wiec moze zmus go zeby tej pracy nie szukal a
        ZNALAZL. Moze sie wowczas wyhibernuje:)))
        • natalya20 Re: rozstanie po 6 latach... 25.01.05, 11:19
          mysle ze wiele par ktore byly ze soba przez kilka lat szkonego zaycia, pod
          koniec studiow staje przed takim problemem, dziwi mnie jego niechec do
          zamieszkania razem bo wydaje mi sie ze jak sie z kims jest i jak sie kogos
          bardzo kocha to sie przede wszytkim do tego dazy, slub nie musi przeciez byc
          rownoznaczny ze wspolnym mieszkaniem, co do jego pracy...hm rowniez wychodze z
          zalozenia ze jak ktos chce to bedzie pracowal albo chcoaciaz widac jego
          starania, u twojego chyba nastapil zanik jednego i drugiego, chyba przeraza go
          brak beztroskiego zycia, krok w doroslosc, nie jest na to gotowy. najlepiej
          powiedz mu wprost o swoich obawach i zapytac sie czy moze chcialby zebyscie
          troche odpoczeli od siebie. jezeli tak to dla mnie wszytko jasne...nie warto
    • m_art_a80 Re: rozstanie po 6 latach... 25.01.05, 21:26
      dla mnie propozycja rozstania na chwile jest ryzykowna. No bo co to jest "na
      chwilę"? Na miesiąc, tydzień? Do kiedy niby? Aż przyjdzie ze swiadectwem pracy
      w zębach?
      Dla mnie tez jest oczywiste, ze jesli się jest od dawna w związku, związek ten
      samoistnie ewoluuje. i mowa jest rzecz jasna o sytuacji dwojga doroslych ludzi,
      a nie nastolatkow. Nie uznaje zasady bawienia sie w dom na koszt rodzicow. ale
      dlatego tez staram sie i ja i moj facet zrobic wszystko tak zeby sie samemu
      utrzymac. Samemu, i RAZEM. Zawsze myslalam ze dla faceta to w pewnym sensie
      punkt honoru, zarobic na utrzymanie domu.
      Moim zdaniem opcja ze Ty sie sama utrzymujesz, a on "dochodzi" jest
      rzeczywiscie kiepska. dla faceta na pewno wygodna... A jemu odpowiadaloby takie
      rozwiązanie? Bo jesli tak, to chyba wszystko jasne - mile chwile tak,
      odpowiedzialnosc nie.
      a z drugiej strony nie mozesz doprowadzic do sytuacji, w ktorej facet bedzie
      pozniej wykorzystywal to, ze go kiedys przymusilas do decyzji. Tzn. ze Ci potem
      powie: no masz swoje, mieszkamy razem, ale teraz to juz nie licz na dalsze
      poswiecenia.
      A czemu rodzice nie namawiaja go do podjęcia pracy? Ze wzgledów obiektywnych
      (np. zdrowotnych) czy zeby sie synek nie przemeczał?
      Pisz co dalej jak sprawy sie tocza i trzymaj sie mocno!
      kazdy wybor bedzie dobry :)
    • paulinek1 historia duplikat 25.01.05, 23:03
      Witaj!
      Myślałam że jestem jedyna z takim problem a tu się okazuje....że nie..Nie wiem
      czy się z tego cieszyc czy smucić...Moja historia praktycznie jest taka sama jak
      Twoja! Chodzę (ale to brzmi hahaha) z facetem od 5 lat. W zasadzie wygląda to
      jak "randkowanie" , czyli: mieszkamy obydwoje z rodzicami, jesteśmy prawie po
      studiach(ja przed obroną jeszcze on już po)i wygląda to mniej więcej tak:
      codziennie telefon, co słychać itepe, spotkanie średnio raz- dwa razy w tygodniu
      (czasami u niego nocuje mimo że trochę nie podoba się to jego mamie- ale cóż
      jakoś trzeba się czasami na dłużej spotkać) i tak jest już od 5 bitych lat. Ja
      męczyłam go już dość dawno jeśli chodzi o wspólne zamieszkanie i w ogóle plany
      na przyszłośc- niestety przeważnie spotykałam się z wykrętami itp.(jak ty
      dokładnie)Dziś chyba trochę wydoroślał (ma pracę nawet) ale dalej mieszka z
      rodzicami i niby coś tam planujemy po mojej obronie (wspólne mieszkanie wspólne
      życie może zaręczyny)ale... jednak coś mi nie gra, czegoś mi brakuje i czegoś
      się boję. Coraz częsciej zastanawiam się czy top jest właśnie TO. Zastanawiam
      się czy czegoś nie przechodziliśmy, czy może nie jest za późno. Widzę, że chodzą
      mi po głowie inni faceci, marzę jeszcze o tej miłości szalonej ale takiej która
      ma jakiś finał, nie wymuszony ale upragniony i będący naturalną konsekfencją
      trwającego przed normalny okres związku (że tak to nazwę).
      Zbliża mi się obrona, z rodzicami na serio już nie chcę mieszkać dostałąm pracę
      nawet, ale jakoś do wspólnego zamieszkania mi się nie spieszy, boję się że
      jednak to będzie niewypał...a z drugiej strony..mam już 24 lata, ludzie się
      pobierają dookoła, bliscy mówią :to już najwyższy czas, a ja już sama nic nie
      wiem....
      boję się samotności, boję się zranić i jego i siebie i ciągle nie wiem: kocham
      czy nie? po prostu nie wiem
      • paris81 Re: historia duplikat- moja również 26.01.05, 10:41
        ja mam podobny prolem do Ciebie!!!!
        też myslalam ze jestem sama...

        jestesmy razem 5 lat, jestesmy zareczeni, bardzo sie kochamy, ale... No wlasnie
        jest ALE. nie meiszkamy razem, bardzo chcielibysmy jednak nie mamy pieniedzy.
        to rozumiem. ale nie potrafie zrozumiec ze moj M nie robi nic zeby zmienic ta
        sytuacje i zeby dazyc do wspolnego zamieszkania. coprawda mowi mi ze marzy o
        naszym wlasnym mieszkanku, ale niestety na slowach sie konczy...
        oboje pracujemy, jednak za marne pensje. ja staram sie jak moge zeby zmienic
        prace, a moj M nie! czasami mysle sobie ze jemu jest tak dobrze: pracuje za 800
        zl, mieszka z rodzicami, mama wszystko anszykuje, poda, nie musi sie martwic o
        niezaplacone rachunki czy tez o to co ugotowac na obiad...
        czy wszyscy faceci boja sie wyjsc spod spodnicy mamy????????????
        ile mozna czekac?
        mam 24 lata i naprawde chcialabym juz sie usamodzielnic, zalozyc rodzine i
        urodzic dziecko. czasami mysle sobie ze ja dluzej tego nie wytrzymam. tkwimy w
        prozni, ktora niekorzystnie wplywa na nasz zwiazek...
        nie wiem co mam robic. poczekac? porozmawiac? skonczyc?
        rozmawialam o tym z moim M przedwczoraj, a on mi powiedzial ze przesadzam...
        czy przesadzam? czy ja oczekuje tak wiele?
        • paulinek1 Re: historia duplikat- moja również 26.01.05, 11:52
          Ja słyszę ciągle "oj przesadzasz, przecież nie amm y na razie możliwości nie
          przeskoczę pewnuch rzeczy, itd" Ja wiem, ja rozumiem, ale... czy nie można
          chociaż pokazać że się stara?? robić cokolwiek?? to nic nierobienie coraz
          bardziej nad od siebie oddala, ciągle marze o czymś innym, a może o takim
          facecie który wziął by wszystko w swoje ręce i na którym mogłabym się oprzeć?
          smutne to jest
          czasami sobie myśle ze... jak kogos poznam (kto mi własnie takimi rzeczami
          zaimponuje, najlepiej zeby mial około 30;))to nie bede sie wahać...a to już
          chyba niedobrze
    • baranka81 Re: rozstanie po 6 latach... 26.01.05, 13:26
      tak sobie śledzę ten wątek i juz nie wiem co Wam napisac.
      Bo paulinku1, to rzeczywiscie niedobrze, jesli powoli rozgladasz sie za innym...
      moze postawcie wszsytkie 3 tych waszych mezczyzn pod sciana? mam wrazenie ze to
      jest troche tak ze wasi faceci tak jakby juz przyjeli za pewnik to ze bedziecie
      razem, i ze teraz sie nie ma co wysilac, a wasze potrzeby sie rozmijaja. bo
      facet jest wygodny - mama upierze, ugotuje i poda, a dziewczyna/narzeczona /
      zona to juz nie zawsze.
      jeden wniosek mi sie nasuwa. wy z waszej strony to bardzo przezywacie, dazycie
      do czegos, staracie sie. a wasi faceci to olewaja. i tu jakos nie widze milosci
      i zaangazowania z ich strony.
      jedno jest na pewno najwazniejsze,to co juz wczesniej pisalam. nie wazne co
      powiedza znajomi, co pomysla i co naplotkuja. najwazniejsze jest Wasze
      dziewczyny zycie - nie ma sensu sie frustrowac i udawac ze wszystko jest ok.
      nieraz sie przekonalam i moi znajomi ze lepiej grac w otwarte karty i po prostu
      o swoich problemach mowic. KAZDY ma problemy, to jest normalne, naturalne. po
      to ma sie przyjaciol, zeby na nich sie oprzec. jesli nie mozna, to znacy ze to
      nie przyjaciele a plotkarze. zycie zawsze sie uda od nowa poukladac,
      szczegolnie w mlodosci :-) tylko trzeba odwagi, i tego wam z calego serca
      zycze :)
      pozdrawiam cieplo, B.
      • paulinek1 Re: rozstanie po 6 latach... 26.01.05, 15:09
        baranko dzięki za kilka słów otuchy i w ogóle mądre przemyślenia, ale to
        strasznie ciężko sie przełamać i coś w końcu sensownego z życiem zrobić....mimo
        wszystko bede próbować
        pozdrawiam ciepło
    • getsemani Jak ja dobrze wiem o co chodzi 26.01.05, 20:37
      tez rozstałam sie po 6 latach. Nie uwierzycie, ale jak rok długi i szeroki nie
      sposób było znaleźć 5 minut, żeby porozmawiać o przyszłości.
      Dziewczyny, najłatwiej odejść do kogoś innego, ale myślę, że i bez pojawienia
      się kolejnego partnera jest to wykonalne. pewnego dnia rozościcie sie tak, że
      nic już tym panom nie pomoże. Zycze wam, żeby złośc ogarnęła was jak
      najszybciej.
      • paulinek1 Re: Jak ja dobrze wiem o co chodzi 26.01.05, 21:34
        a ile lat miałaś jak się rozstałaś? nie bałaś się że trudno będzie Ci kogoś
        znaleźć? ja właśnie tego się boję , zdaję sobie sprawę z tego że człowiek ma
        mniej czasu niż kiedyś, rzadziej wychodzi gdziekolwiek bo praca, to tamto, mniej
        jest okazji żeby kogoś poznać tym samym...
        • getsemani miałam 31 lat, odeszłam do innego mężczyzny, biłam 27.01.05, 12:00
          się z myślami prawie dwa lata. Jestem przekonana, że nawet gdybym nie spotkała
          mojego obecnego partnera to tez bym odeszła, bo to co się działo przekraczało
          granice mojej tolerancji. Wnoszę to z tego, że rozstanie nastapiło gdy jeszcze
          nie wiedziałam, ze sie zwiążę z kims innym.
          Ból braku możliwości poznania kogos jest mi znany lepiej niż dobrze.
          Przemysliwałam o biurze matrymonialnym.
          • getsemani jeszcze dopisek: 27.01.05, 12:12
            Bałam sie samotności jak ognia, zwłaszcza, że jakoś gorzej sobie z nia radzę
            niz przecietny człowiek. Z perspektywy czasu uważam, że JEDNAK lepiej być
            samotnym niz targać sobie nerwy w związku, który dla drugiej strony nie jest
            zbyt istotny. Nie zawsze było źle, ale w pamięci mam pełno komunikatow, które
            były pt. "biedne, głupie dziecko". I co mnie bardzo zabolało - oświadczenie, że
            on się nigdy nie ożeni. Jasne, że nigdy - ze mną mianowicie. A mnie zycie w
            konkubinacie nie interesuje. Nie znaczy to, że je potępiam, po prostu wole zyc
            w małżeństwie (nie ma to nic wspólnego z religią i Kościołem, od którego
            odeszłam wiele lat temu). A co poczułam po rozstaniu? Ulgę.
    • baranka81 Re: rozstanie po 6 latach... 26.01.05, 23:43
      wydaje mi się, że słowa getsemani o "złości" są strzałem w dzisiątkę. bo to
      chyba o to chodzi: albo kropla się przeleje, albo woda wyparuje i będzie
      dobrze.
      ja wiem, mimo że sama nigdy nie stanelam przed tak trundym wyborem, ze
      dokonanie wyboru bedzie dla was bardzo trudne ale z drugiej strony moze byc - z
      perspektywy czasu- jednym z lepszych wyborów waszego zycia.
      chyba warto by było zrobic mały bilans - dlaczego jest mi w tym związku
      źle/dobrze. a jesli sie okazuje, ze tych zle jest wiecej, i dotycza one
      najwazniejszych kwestii (to jest przyszlosci), a dobre to fajne wspolne
      wyjscia, dobra zabawa bez odpowiedzialnosci i beztroska to moze warto
      zaryzykowac i skoczyc na gleboka wode...
      pozdrawiam Was serdecznie, B
      • paris81 Sprostowaie :)... 27.01.05, 08:00
        Witam. Kilka postow wczesniej zalilam sie, ze ja rowniez mam podobna sytuacje-
        facet pragnie stabilizacji jednak nic nie robi w tym kierunku.
        Wczoraj postanowilam pogadac z moim M i okazalo sie, ze moj M mysli o naszej
        przyszlosci i to bardzo intensywnie!!!
        Przyznal mi sie, ze juz ziera pieniadze na nasze wspolne zycia- zalozyl
        specjalne konto w banku na ktore odklada pieniadze. ponadto porozwozil cv do
        kilku zakladow pracy. wiec nie jest zle!
        drogie dzieczyny pogadajcie ze swoimi mezczyznami, byc moze oni podobnie jak
        moj M chca wam zrobic pewien rodzaj niespodzianki????
        pozdrawiam was serdecznie i zycze wam z calego serca zeby wszystko sie
        poukladalo rtak jak nalezy....
        pa
    • baranka81 Re: rozstanie po 6 latach... 27.01.05, 10:58
      Paris81, gratulacje! Cieszę się, że wyszło słoneczko :)
      Trzymam kciuki za paulinka1 i babuzonka. Co u Was dziewczyny?
      • babuzonek to,co wyżej, może wskoczy w lepsze miejsce... 27.01.05, 12:05
        Hmm,
        z nienamawiającymi do pracy rodzicami to jest tak, że- uprośćmy- jest
        alternatywa, której ja nie popieram (on z tego co wiem też nie bardzo, ale tak
        jest po prostu wygodniej...), bo nie przybliża nas do usamodzielnienia się- nie
        chciałabym tu wchodzić w szczgóły...

        Była rozmowa!
        On zestresowany, ja starałam się zimno i twardo (zdeptałam w sobie wszelkie
        wyrzuty sumienia...), stanęliśmy na tym, że miałam rację i on faktycznie szukał
        wymówki (ponoć nie z mojego powodu- wracamy do "alternatywy" i rodzinki) i że
        nie jest mu z tym dobrze oraz że czas skończyć z wymówkami i zabrać się za
        działanie.
        Ja już trochę nie mam nadziei, że to faktycznie odniesie jakiś skutek (chociaż
        chyba udało mi się na tyle twardo i konsekwentnie rozmawiać, że- po poziomie
        zestresowania sądząc- zrozumiał, że to "czas najwyższy"...). Na razie
        postanowiłam dać Mu trochę czasu i zobaczyć, ile była warta ta rozmowa.
        Trzymajcie kciuki, żeby się nie okazało, że to znów babska naiwność i że po raz
        kolejny dałam się zwieść...
        • baranka81 gratuluje! 27.01.05, 12:12
          gratuluje babuzonku rozmowy! na pewno latwa nie była, dlatego gratuluje tym
          bardziej.
          trzymam kciuki i zycze duzo krytycyzmu - jak zauwazysz kolejne objawy
          ociagania - ... (wiadomo).
          Powodzenia!!!
          a jak paulinek1?
    • m_art_a80 Re: rozstanie po 6 latach... 27.01.05, 16:38
      oho!
      zajrzałam na ten wątek, żeby zobaczyć jak tam sprawy stoją, i widzę że jest
      postęp!!
      No i się chyba trochę wyjaśniło - facet coś bardzo uczepił się spódnicy mamusi
      (i spodni tatusia ;)) Miejmy nadzieje, że nie będzie to rzutować w Waszym
      dalszym wspólnym życiu (chyba, że zdecydujesz się rozstać), bo to może być
      udręka.
      Trzymam kciuki za efekty "poważnej rozmowy". Obstawaj przy swoim, nie rezygnuj
      z tego, na czym Ci naprawdę zależy w związku, teraz to jedna z ostatnich szans
      (bo z tego co rozumiem, to zależy Ci na jakiejś "definitywnej" decyzji?).
      Bo mimo, ze teraz jestes sklonna do wielu ustepstw, zastanow sie czy na pewno
      bedziesz do nich zdolna w przyszlosci, jak facet sie przywyczai do Twoich
      ustępstw.
      Popieram barankę81 - nieważne co mówią inni, "wciągnięte rodziny", nieważne
      że "znajomi zmieniają adres zamieszkania na wspólny" - każdy jest inny, kazdemu
      losy się trochę inaczej ukladają, ale przede wszystkim trzeba myśleć o SOBIE i
      swoich potrzebach, bo to tylko Twoje życie, a nie rodziny, znajomych, "ludzi".
      Zyczę Ci powodzenia i słusznych i odważnych decyzji!
      pozdrawiam, marta
    • jx3 Re: rozstanie po 6 latach... 27.01.05, 17:17
      1 ważny związek - od IIkl LO, 4 lata; rozstanie z Jego decyzji
      2 ważny związek - prawie 5 lat; ja zdecydowałam o rozstaniu z powodów, o
      których napisałaś. Skoczyłam studia (zaczynaliśmy razem), gdy On po raz kolejny
      próbował zaliczyć III rok (ciągle "próbuje"!), zaczełam pracę, a Jemu wygodnie
      jest bez (takie miałam wrażenie). Po 2 latach bycia razem zaczęliśmy rozmawiać
      o ślubie... przez kolejne 3 lata. Moje przechodzenie do konkretów było
      kwitowane: jeszcze nie teraz, jeszcze to, jeszcze tamto...
      Ponad 2 lata bycia samą. Trochę głupstw. Mnóstwo lęku o zaangazowanie się
      jakieś.
      3 związek - znamy się od ponad roku, od 2 miesięcy mieszkamy razem, w wakacje
      ślub:))

      Pozdrawiam!
      Życzę podjęcia dobrej decyzji!
    • paulinek1 Re: rozstanie po 6 latach... 27.01.05, 17:40
      ciesze się dziewczynki że powoli zaczyna Wam się układać:))
      u mnie na razie bez zmian,ale jak dojrzeje do jakiejkolwiek dezycji to Wam
      oczywiście powiem, mam w sercu cichą nadzieję że jednak jakoś się nam ułoży:)

      pozdrawiam Was ciepło
      p.
    • paulinek1 Re: rozstanie po 6 latach... 27.01.05, 17:51
      i jeszcze tylko dodam , że ostatnio z jeszcze dwoma koleżankami doszłam do super
      ciekawego wniosku, nie wiem czy się z tym zgodzicie ale...
      tak nam sie zdaje ze jesli w zwiazku wszystko idzie po kolei, każde wydarzenie
      dzieje się w odpowiednim czasie dla obojga,nie ma żadnego wymyszania, zmuszania
      do niczego itp., to wtedy dopiero jest ok
      spotykasz sie z facetem, zamieszkujecie ze soba (zaznaczam nie po 5 czy 10
      latach, ale znacznie wczesniej), potem narzeczenstwo, slub, dziecko, czarne BMW;)
      a ja czasami sobie mysle ze za wczesnie sie spotkalismy moze, albo zeby byl ode
      mnie chociaż te 3-4 lata starszy... sadze ze na 200% byłoby inaczej
      aaaa i jeszcze jedno! podtrzymuje to co twierdzilam od zawsze- facet pozniej
      dojrzewa do pewnych rzeczy niż kobieta, dlatego dobrze jest mieć kogoś starszego
      jednak....

      pozdrawiam again;)
      p.
      • ag_nes Re: rozstanie po 6 latach... 29.01.05, 21:45
        ja mam podobny problem tzn jestem z facetem 6 lat ( przy czym ja mam 21 a on 23), od 2 lat jestesmy zareczeni, jego rodzice buduja nam mieszkanie, ja pracuje i studiuje, on konczy studia i tez do pracy, wszystko pieknie... ale... zaczynam miec watpliwosci czy ten mezczyzna to ten mezczyzna...?? nie musze chyba dodawac ze jest moim pierwszym facetem i odwrotnie. Probloem polega na tym, ze brakuje slynnych "motylkow" w brzuchu, slubu nie ma zaplanowanego, ale prawie mieszkamy ze soba, tzn raz spimy u niego, raz u mnie... tylko, ze ja sie czuje jakbym przestawala go kochac, tzn jest mi dobrze gdy wiem ze on gdzies tam jest, ale nie ciagnie mnie do niego, jak kiedys... tak jakby mi sie to przejadlo.. i rowniez sie boje samotnosci... poza tym on mnie nie szanuje, wyzywa mnie czesto, jest arogancki i szorstki, a nasze wspolne wieczory wygladaja tak, ze ja siedze przy jednym komp on przy drugim i rozmawiamy przez gg ze swoimi znajomymi... nie wiem czy chce tak dlaej zyc, bo mnie to nudziii... ale sie boje, ze nie spotkam juz nikogo takiego jak on, ze strace cos bezpowrotnie... jesli ktos mial podobna sytuacje - prosze powiedzcie jak sie zachowalyscie... ja mam ochote szalec, wyjsc z kolezankami, pogadac z facetami, on natomiast siedzi tylko w domu, nie lubio wychodzic, a na mysl o moim wyjsciu dostaje spazmow...
    • kotek1979 Re: rozstanie po 6 latach... 31.01.05, 22:08
      Ja sie rozstalam z moim chlopakiem po 6 latach rowniez na finiszu
      studiow.Wydawalo mi sie ze juz go nie kocham i tak jak tobie ze jest jeszcze w
      ogole nie dojrzaly. Cierpie do teraz za moja decyzje ze sie z tym nie
      wstrzymalam nie dalam mu czasu na to 'dorosniecie' bo niedlugo potem
      zrozumialam ze nikt juz mnie tak nie bedzie kochal jak on i ja nikogo ale nie
      ma juz odwrotu nasze drogi sie rozeszly.A najgorsze ze to byl prawdziwy
      przyjaciel. Rada wstrzymaj sie z decyzja. Ja juz jestem z kims innym ale co
      wieczor tesknie za moja druga polowka i nie wiem czy kiedys bede szczesliwa w
      milosci, dalabym wszystko zeby odwocic moja egoistyczna decyzje.Pozdrawiam
    • m_art_a80 Re: rozstanie po 6 latach... 02.02.05, 15:35
      wiadomo, najlepiej wszystkie decyzje podejmować na spokojnie. pocieszyć Cię
      tylko mogę kotku1979 że wcale ine wiesz, czy z tamtym by Ci było lepiej... moze
      tlko teraz tak Ci się wydaje, bo jest Ci źle?
      w końcu z jakiegoś powodu się rozstaliście.
      co u Was dziewczyny, (paulinku, paris i babuzonku) jak postepy?
      pozdrawiam, marta
      • paulinek1 Re: rozstanie po 6 latach... 03.02.05, 18:38
        walczę o naszą miłość i zrobię na prawdę wszystko żeby nam się udało, ostatnio
        nawet stwierdziłam, że może nie jest tak bajkowo jak na początku ale... to chyba
        normalne, każda miłość przeżywa swoje etapy i tego już nikt nie zmieni
        przyparłam go do muru i powiedział, że po mojej obronie..pewnie się już
        zaręczymy:))))
        pozdrawiam was kochane i dużo szczęscia i zdrufffka życze
        paulis
    • barbee Re: rozstanie po 6 latach... 02.02.05, 16:22
      Radzę się rozstać, choć chyba będzie trudno. Jak przeczytałam co napisałaś to
      prawie moja historia. Ciąg dalszy to .....wymuszony ślub, dwa lata później
      dziecko, które leniuchowi przeszkadza w wolności i niezależności, dwa, trzy
      razy do roku jakaś miła rodzinna chwila. Przykro mi, ale z takim mężczyzną nie
      czekaCię nic innego. Zerwij i bądź szczęśliwa. Pozdrawiam.
      • kotek1979 Re: rozstanie po 6 latach... 03.02.05, 18:03
        Babuzonku!Wiesz co ja mysle, ze to wszystko to dlatego ze miedzy studiami a
        praca zawodowa i doroslym tak naprawde zyciem jest taki glupi czas.Zawsze
        czlowiek na tych studiach jeszcze w oblokach buja a potem trach i trzeba sie z
        dorosloscia zderzyc i niektorym to idzie wolniej a niektorym szybciej.Niestety
        w naszym kraju nie ma latwego zycia z praca jest ciezko itd..Moze zajmij sie
        soba i realizuj swoje cele.Jesli on ma sie zmienic to sie zmieni i dojdzie do
        tego:)Bo zeby jego zmienic musisz go baardzo kochac i byc cierpliwa i moze byc
        tak ze go potem cale zycie bedziesz tak popychac do podjecia akcji:)Ale mi sie
        wydaje ze jak bylas z nim tyle lat to jednak bardzo sie kochacie i duuzo was
        laczy a rozstanie to bedzie ciezka sprawa.Powodzonka
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka