babuzonek
24.01.05, 01:27
My- szkolna miłość, dla wszystkich wokół wzór idealnej pary i symbol trwałych
związków...
Przez długi czas było jak w bajce, chyba nadal nie przestałam Go kochać,
ale ... po 6 latach chciałabym wiedzieć, że to "na poważnie" i że te 6 lat ma
jakiś sens, że przed nami jest jakaś przyszłość.
To nie jest tak,że zbliża się koniec studiów i "pili mnie do ślubu", chyba
jestem ostatnią osobą, o której można by coś takiego powiedzieć. Ale nie
bardzo już wierzę, że On planuje dla nas jakąś przyszłość.
Dążenie do wspólnego zamieszkania, później małżeństwa, rodziny, dzieci
wydawało mi się naturalne, a tymczasem widzę, że Jemu do tego wcale nie
śpieszno i nagle piętrzą się liczne trudności. Główną jest brak pracy- cóż,
kiedy mam wrażenie,że to raczej taka wygodna wymówka (bo nie zauważyłam nawet
nie tyle efektów, co jakichkolwiek wysiłków, by takową znaleźć). Ja pracuję
już od dość dawna, mielibyśmy gdzie zamieszkać, koniec studiów (do niedawna
kolejna z wymówek) tuż tuż, a dla Niego temat wciąż pozostaje odległy. W
sumie ja decyzję o wyprowadzce dotąd uzalezniałam od Niego (że jak będzie
miał pracę, to "zaczniemy" razem), ale nie wiem, czy to było słuszne, nie
wiem,czy ja w ogóle mam na co czekać, wydaje mi się, że on wcale nie ma na to
ochoty, że wręcz stara się odwlec te moment...
To, co dawniej wydawało mi się jego zaletą, teraz już nie do końca tak widzę.
Odpowiedzialny i zapobiegliwy? aż nadto- najpierw doróbmy się kokosów, potem
pomyślimy o ew.mieszkaniu razem... Rodzinny? obawiam się ,że chyba jednak z
nie do końca odciętą pępowiną (i to o dziwo problemem zdaje się być
apodyktyczny tatuś, a nie "teściowa"!)... Ambitny? Och, nad wyraz- ostatnio
tak bardzo koncentruje się na wynikach w nauce,że aż mu czsu na nic innego
(praca?) nie starcza...
Ja wiem, że rozstanie nie będzie łatwe. Ze po takim czasie, wciągnięte "w
związek" stają się też rodziny (hmmm, chyba moja raczej, bo "tak jakoś
wychodziło",że spotykaliśmy się bardziej u mnie i w związku z tym ja z Jego
rodziną zbytnio zżyta nie jestem, mimo wielu moich starań...). Trzeba nauczyć
się żyć od nowa, poukładać swój świat od początku. Nie wiem, czy stać mnie na
taki krok... Może warto jakoś ratować te 6 lat? A może nasze potrzeby za
bardzo się rozmijają?
Co mi radzicie?
Jak radziłyście sobie po rozstaniu po tak długim związku? Jak udało Wam się
posklejać sobie świat od nowa? Czy Wasi mężczyźni też nie bardzo mieli ochotę
na dorosłość?
Babuzonek- w zawieszeniu...