Witajcie

Jestem tu nowa,wlasciwie pierwszy raz przyszlo mi na mysl,ze moze istnije takie forum dla kochanek wlasnie skoro istnieja wszelkie inne i zadzialalam...poszlam za ciosem,znalazlam,zarejestrowalam sie i jestem....
Skoro tu jestem to znaczy,ze mam problem a wlasciwie kochanka co oznacza chyba to samo....
I ja jestem dla niego kochanka,zdradzajac meza...choc w naszym przypadku to bardziej teoretyczne niz fizyczne....
Poznalismy sie na czacie prawie 1,5 roku temu gdy oboje mielismy "gorszy czas",przegadalismy kilka godzin,potem przeszlismy na kontakt bardziej prywatny,ale...ograniczony....rozumiecie...on z pozycja,zonaty,szanowany...
I to nam wystarczalo....jakis czas....byl czat,maile,sms-y,telefony,ale tylko w okreslonym czasie,nigdy w swieta i weekendy,absolutnie po 17.00...zrozumiale...
Ja mialam latwiej,bo sama jestem sobie szefowa,meza czesto nie ma w domu (zbyt czesto),a moim sprzetem jest komputer i mialam staly nieograniczony kontakt do maila...niewazne....
Znajomosc na poczatku dosc przyjacielka przeradzala sie w cos wiecej...po kilku tygodniach znajomosci i setkach przegadanych godzin,dziesiatkach wyslanych zdjec zaczelismy lgnac do siebie,czuc "motylki" na mysl o tej drugiej osobie.
Pasowal nam ten uklad...w tygodniu rozmawialismy na czacie,mailu a w weekend kazdy z nas wracal do swojego zycia...byla tesknota,ale nauczylismy sie z tym zyc.
Nie oczekiwalismy nic wiecej,nie chcielismy zmian...po pol roku rozmow doszlo do spotkania....tak sie skladalo,ze akurat bylam sluzbowo niedaleko jego miasta,umowilismy sie i spotkalismy!
Stalismy oko w oko,po setkach goracych rozmow online moglismy przemowic realnie do siebie...niewiele padlo slow....spieszyl sie,nie jest oratorem,nie wiedzial jak ma sie zachowac,co robic i jeszcze telefon zony....
I tu dostalam obuchem w glowe!Szef wielkiej korporacji przy zonie byl jak psiak podkulajacy ogon!
Uciekl jak oparzony przepraszajac za to,ze zyje!Rodzina czekala!
Mogl robic nadgodziny,ale zeby tak dla znajomej z neta zarwac pol godzininy!
Coz...wrocilam do domu i nie odzywalam sie jakis czas...zdobylam sie zajrzec na nasz czas,dluuuugo rozmawialismy....przepraszal,"pisal" pieknie...uwierzylam....
Kolejne spotkanie bylo kwestia czasu i tu mial owszem wiecej czasu,ale to on byl rezyserem tego spotkania,on decydowal i mowil "pass" a ja potulnie godzilam sie na to...
Nie musze dodawac,ze doszlo miedzy nami do zblizenia,ale zaraz potem przepraszajac ...uciekl...znow...
Tym razem zabolalo!Szukalam winy w sobie...zadzwonil...przepraszal....
Przegadalismy godziny na czacie,mailu,przez tel...prosil o spotkanie,wymigalam sie,ale nie zakonczylam tej znajomosci....
Po 4 miesiacach spotkalismy sie znowu na jego terenie,znow bawil sie w rezysera a ja odgrywalam wyznaczona mi role....kochanki....
Wynajelismy pokoj ( ja zaplacilam,bo zapomnial portfela...) i szalelismy caly dzien...z przerwami,bo...musial wracac do pracy,a wybor hotelu padl nieprzypadkowo na okolice pracy...wygodnie co?
Bylo cudownie tylko zabraklo slow,czulosci i po kolejnej jego wizycie poczulam sie jak...chyba nie musze konczyc!
Chcialam uciec,ale potrafilam tylko plakac...napisalam maila o tym co mysle i czuje,nie odpisal...wrocil jak na skrzydlach z prezentem,kwiatami i kilkoma slowami,ktorych nie umial mi do tej pory przekazac...
To stalo sie dokladnie miesiac temu...
Od tamtego czasu cos sie popsulo,ale on twierdzi,ze jest tylko przemeczony praca...teraz jest na urlopie i co zrozumiale nie mamy kontaktu...zona...
I myslac o tym wszstkim,czytajac to co sama napisalam widze,ze jestem naiwna i glupia,moze nawet natretna czasami,ale rowniez zaangazowana uczuciow...on podobno tez,ale ...jakos nie tesknie choc nie ma go juz dluuuugo....
I zastanawiam sie tylko czy bede na tyle silna zeby milczec i nie odpowiadac na jego maile,sms-y,nie wchodzic na czat....ale nawet teraz nerwowo zerkam na telefon,otwierajac jednoczesnie nasza strone i logujac sie,wiec czy ja jestem chora czy uzalezniona?
Prosze nie oceniajcie mnie zbyt ostro...kazda historia jest inna...przeczytajcie,napiszcie cos,pozdrawiam i czekam