karafka7
01.03.07, 00:25
I nie umiem sobie z tym poradzić...
Jesteśmy razem już 11 lat, a 3.5 roku po ślubie. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy
za granicę żeby zarobić na własne mieszkanie, o którym strasznie marzyliśmy i
nie mogliśmy się doczekać kiedy wrócimy do Polski, do rodziny, do naszego
małego ale własnego mieszkania. Były plany, marzenia, wszystko do tej pory
układało się pomyślnie. Mieliśmy w kwietniu wracać do Polski. Kochaliśmy się
strasznie, piękne smsy, wyznania miłości, kwiaty...Aż czasami się dziwiłam,
że po 11 latach może być tak pięknie i można mieć motyle w
brzuchu...Staraliśmy się o dziecko...
Trzy miesiące temu wyjechałam do Polski, bo zmarł mąż mojej siostry i
chciałam z nią trochę pobyć. Mąż przyleciał na święta na 3 tygodnie, wszystko
było w porządku. Znowu plany związane z rodzinnym miastem, szukaniem pracy i
urządzaniem mieszkania. Za granicę wrócił po świętach, ja miałam zostać
jeszcze miesiąc z powodów zdrowotnych. Nie chciał już tam wracać, miał łzy w
oczach jak wyjeżdżał i się rozstawaliśmy. Obiecywał, że już nigdy nie
rozstaniemy się na tak długo.
I stało się...3 tygodnie przed moim przylotem, a najgorsze jest to, że miałam
już bilet. A on na dzień przed moim przyjazdem dzwoni i mówi, że zrobił coś
strasznego, że mnie zdradził i nie chce żebym teraz przylatywała. Chce
rozwodu, że to już koniec... A ja...totalny szok, myślałam, że to żart.
Wszyscy w szoku, jego rodzice, ludzie z którymi mieszkaliśmy nie mogli
uwierzyć. Mówili, że strasznie tęsknił jak mnie nie było, a jak przyleciał po
świętach to przez tydzień do nikogo się nie odzywał, taki był zły, że musiał
tu przyjechać sam.
On taki kochany mąż, zawsze ze mną...Taki poukładany, wielki przeciwnik
zdrady...Ciągle "kochana", "kochanie", "moja żona" i jaki dumny był z tego. A
teraz przekreślił wszystko jednym pstryknięciem palca. Jak przyleciałam to
nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Stwierdził, że to koniec, że on nie wie co
to jest miłość,a przysięga małżeńska to tylko regułka, a te piękne sms-y
pisał bo pisał. Nie wierzę w to, bo czułam, że patrzy i mówi do mnie z wielką
miłością...
Mówi, że ma dosyć takiego życia, ciągłego oszczędzania i że i tak nic z tego
nie mamy. Chce żyć chwilą, bawi się teraz z nią (ta dziewczyna to
Brazylijka), chodzi na koncerty, musicale. Przychodzi do domu co drugi dzień
dosłownie na chwilę, nawet nie dał mi szansy normalnie porozmawiać, wyjaśnić,
wszystko na szybko i ucieka od tego. I cały czas o rozwodzie...Chce żebym
wracała do Polski.
Nikt nie może do niego dotrzeć w tej chwili, ani jego brat z którym
mieszkamy, ani rodzice, z nikim nie chce rozmawiać. Teraz mi mówi, że go
ograniczałam, a jak pytałam czy mu czegoś brakuje w naszym związku to zawsze
mówił, że jest szczęśliwy. Nie było mnie prawie 3 miesiące, mógł się
wyszaleć, chodzić na koncerty ale nie, siedział w domu jak przykładny
mąż...Znajomi mówią, że jak wybierali się na koncert to nie chciał iść. Nie
wiem już co robić, sto myśli na minutę, co zrobiłam źle, gdzie popełniłam
błąd. Przez ostatni rok nie pracowałam, ale nigdy mu to nie przeszkadzało.
Mieliśmy wracać do rodzinnego miasta i tam szukać pracy. Zrozumiałbym gdyby
był młodszy ale ma 31 lat, zrozumiałabym gdyby coś złego się działo w naszym
związku...Może wtedy byłoby łatwiej, a tak po prostu zadał mi cios poniżej
pasa...Kocham go i może byłabym w stanie mu wybaczyć ale on nie daje mi
żadnej szansy. To strasznie boli...Budzę się i myślę, że to sen... Boszze
jakie to wszystko trudne...