Coraz bardziej już nie tyle drażni, co męczy mnie "plastik". Plastikowe życie, plastikowi ludzie, gwiazdy i ich plastikowa muzyka itd. Takie wydmuszki świecące krzykliwym światłem, a w środku puuustkaaa...
Zauważam w sobie sentyment do lat 90, kiedy w mojej ocenie ( i wielu trzydziestolatków) życie było jakieś takie... prawdziwsze.
Czytam sobie fajoską książkę B. Tadli "Pokolenie '89", w której 30-latkowie wspominają swoje dzieciństwo i czasy, kiedy każdy drobiazg nas cieszył (np. "historyjka" z gumy balonowej czy upolowane pierwsze dżinsy). Ludzie ze sobą rozmawiali naprawdę, każdy mógł do każdego wparować bez zapowiedzi i spędzić z nimm parę godzin bez ciśnienia, że czas ucieka. Muzyka miała melodię i teksty, filmy do dzisiaj są aktualne. I przykładów można mnożyć. Nie liczyło się powierzchowne efekciarstwo, liczyło się to, co było w środku. A z powodu szarości świata nas otaczającego i deficytu wszystkiego, rozwijała się nasza wyobraźnia i pomysłowość.
Absolutnie nie dyskredytuję młodszych pokoleń, ludzie są różni, ale przecież wszyscy widzimy, że świat się zmienia, prawda? Też tęsknicie za tym, co już prawdopodobnie nie wróci?
Wiem, że brzmię jak Za-Moich-Czasów-Ciotka-Klotka

ale to w sumie dziwne jest, bo z postępującym wiekiem paradoksalnie czuję się coraz młodsza