hellish.monster
11.02.11, 16:25
To sprawy charakteru chyba, nie…?
Bo zastanawiam się skąd się biorą takie różnice w podejściu do życia pomiędzy rodzeństwem na ten przykład. Od kiedy pamiętam, to moi rodzice byli wiecznie niezadowoleni, od podstawówki. Przychodzę do domu, chwalę się, że z matematyki dostałam czwórkę [ten przedmiot to moja zmora była od zawsze], od wejścia pytanie – „a dlaczego nie piątka?” Przyniosłam piątkę, pytanie: „A Kasia z Ewą pewnie szóstki dostały, co?” Gdzieś tak w połowie podstawówki zaczęłam sobie wszystko odpuszczać. Doszłam do wniosku, że skoro i tak nigdy rodzice nie będą w pełni usatysfakcjonowani moją osobą, to po co się w ogóle przejmować, stresować i wypruwać sobie żyły…? Z wiekiem zaczęło się to przekładać na inne sprawy, właściwie to stwierdziłam, że nikt nigdy nie będzie ze mnie zadowolony – więc… po co…? A moja siostra ma zupełnie odwrotnie – ona stanie na rzęsach, żeby tylko udowodnić rodzicom, znajomym, pracodawcom – że jest lepsza niż się o niej mówi.
Jak dochodzi do jakiejś rywalizacji, walki o coś – ja odpuszczam. Mam do tego strasznie olewczy stosunek. Z góry zakładam swoją przegraną… W sumie tak się zastanawiam jak to się stało, że do matury przystąpiłam – skoro miałam podejście: „i tak nie zdam” W ogóle – zero ambicji…
Dziwne jest to, że tylko będąc w związku z kimś w ogóle chce mi się chcieć. Może w ten sposób udowadniam sobie, że jednak nie jestem taka najgorsza i do dupy…? Ale to na początku, bo potem czasem bywa tak, że gdzieś pojawia się i krąży to tu, to tam – „ta inna” [nie do końca – „ta druga”]. I co wtedy…? Na początku walczę – z nią, z nim, o niego [bo przecież nie wierzę w przyjaźń damsko – męską i nie mam zaufania do takich relacji….]. A potem siadam i myślę: „k..a! przecież nie jestem równie mądra, bogata, fajna, inteligenta, nie jestem taka dobra z charakteru… za mało wiem o życiu…” i wtedy zaczynam popełniać błąd za błędem, robię z siebie kretynkę i wszystko się raczej kończy katastrofą…
I zdawać by się mogło, że z takim podejściem jestem fatalnym pracownikiem – skoro zero ambicji i takie tam. Ale tu ciekawostka – zawsze mnie chwalą i są zadowoleni, a ja nie wiem na czym to polega… Może jak się nie staram, to mi lepiej wychodzi…? Więc może gdybym od samego początku w „miłości” też zaczęła olewać, to by mi się to wszystko jakoś zdrowo układało…? Jednak akurat w tej dziedzinie życia nie potrafię… ech, pokręcone to wszystko. Pokręcona ja…
A jak tam u Was – walczycie, rywalizujecie… odpuszczacie…?