...ależ ostatnio miewam

Jakaś wycieczka, wyjazd, z koleżanką Wmieściejakrybytramwaje, koleżanką Bezpokorną i koleżanką Stefcią.
Gdzieś na południe, w jakieś nieznane góry, hen wyżej, wyżej - mnóstwo kwiatów rośnie tam

Ogólnie takie raczej italiańskie te góry mają być.
Zwiedzamy jakiś zamek, czy też świątynię o intrygującej nazwie Porcupine Tree.
Ale to drzewo to raczej baobab - budowla jest bardzo rozłożysta. Coś jak skrzyżowanie Malborka z Alhambrą i zamkiem z czołówki filmików Disneya. Jest wielopoziomowa, z zakamarkami, ukrytymi przejściami, salami, freskami itp.
W pełnym letnim słońcu ciemnoceglaste ściany są takie rozgrzane. A my chowamy się w cieniu wielkich drzew rosnących wokół i pijemy lemoniadę. I ciągle nie mogę dogonić którejś z dziewczyn, bo mi znikają.
Patrzę w górę i widzę, że nad nami, strasznie wysoko biegnie linia kolei linowej. Ale tak wysoko, jak żadna inna. Srebrzystobiałe słupy, liny, na tle wściekle niebieskiego nieba wyglądają zupełnie jak smugi kondensacyjne po przelocie samolotów....
I ta kolejka jest dwuetapowa - ze stacją pośrednią. Oczywiście napalam się natychmiast, żeby się wybrać, bo tak wysoko to nie byłam jeszcze nigdy. I któraś z Koleżanek ostro protestuje, bo ma lęk wysokości. A ja bym tak chciała...
Na szczęście w tym momencie się budzę, zmęczona strasznie tymi podróżami.
Tak to jest, jak człowiekowi życzą kolorowych snów