"Jeśli jesteś prosty, kochający, otwarty, dostępny, wytwarzasz wokół siebie raj. Gdy jesteś zamknięty, wiecznie się bronisz, ciągle boisz się, że ktoś pozna twoje myśli, twoje marzenia, twoje perwersje - to jakbyś żył w piekle. Piekło jest w Tobie - niebo również. Nie są one miejscami geograficznymi, lecz przestrzenią duchową." OSHO
I dla mnie.
Czasem przeczytam coś, co we mnie uderzy jak grom z nieba. Publicznie tu wylewałam żale nad nieudanym związkiem, a wcześniej publicznie się dzieliłam swoją radością i rozterkami. Więc sprawa jest wam znana. Teraz zastanawiam się, ile w tym było z mojej przyczyny. Czy stworzyłam wokół siebie takie nieprzyjazne miejsce, że przyciągnęłam akurat kogoś takiego? A to nie jedyny nieudany związek w moim życiu, jak można się domyślać, zważywszy na mój wiek. Najpierw chyba trzeba otworzyć w sobie przestrzeń na ten raj, żeby on mógł w ogóle zaistnieć. Pytanie, jak to zrobić, w moim przypadku pozostaje wciąż bez odpowiedzi...
Sorry za może nazbyt filozoficzny temat jak na niedzielne popołudnie. Ale czasem mnie najdzie, żeby pogadać o czymś więcej niż ptaszki, serniczki i inne duperele.
Jak ktoś się odezwie, to proszę raz bez oceniania mnie, dobrze czy źle, tylko tak prosto z mostu co myślicie na ten konkretny temat. W końcu związki, także te nieudane, powinny nas jakoś zmieniać, czegoś uczyć. A skoro większość z nas tu to SŁS, można założyć, że nauki mamy aż nadto. Jakieś wnioski?