Ichi the Killer

25.11.03, 00:21
film Miike z 2001...

duzo krwi, flaki i tego typu historie.

ogladalem glownie dla wspolczesnego otoczenia- mieszkan, ulic, sposobow
zachowania.

nie pierwszy raz jedna rzecz mi sie narzuca- inaczej niz w moich
wyobrazeniach japonia jest bardzo azjatycka /co dla mnie oznacza ;] - jak w
innych filmach z azji, chinskich, hongkongskich /

z obserwacji praktycznych - mieszkania wydaja sie bardzo niskie, niewiele
ponad dwa metry ;]
    • yawokim Krew, pot i śmiech 21.03.04, 17:30


      Michał R. Wiśniewski 19-03-2004

      Japońskie filmy często oskarża się o nadmiar bezsensownej przemocy. Czy
      słusznie?

      W jednym z najbardziej brutalnych japońskich filmów "Ichi the Killer" (2001)
      Takashi Miike znajdziemy taką oto scenę. Pewien pomniejszy boss yakuzy jest
      przesłuchiwany przez konkurencyjny gang. Nieszczęśnik zostaje podwieszony na
      haczykach i jest polewany gorącym olejem. Okropieństwo i sadyzm w czystej
      postaci. Inna scena - bohater pojmany przez zdrajcę zostaje przywiązany do
      belki, po czym jesteśmy świadkami przypalania jego boku pochodnią. Okropieństwo
      i sa... A nie, przepraszam, ta druga scena pochodzi z "Potopu" Hoffmana,
      wyemitowanego w środku dnia w zeszłe święta. To przemoc osadzona w naszej
      tradycji. Przemoc, którą akceptujemy, gdyż umotywowana jest wartościami
      wyższymi. Przysmażanie Kmicica ma pokazać jego wielkie oddanie i patriotyzm, a
      on sam ma służyć nam za wzór. Kolejne pokolenia są straszone okaleczonym przez
      Krzyżaków Jurandem ze Spychowa.

      Skąd natomiast ten sadyzm w obrazach japońskich? Czy można to wytłumaczyć
      krwawą tradycją związaną z kodeksem samurajów bushido (w tym rytualnym
      samobójstwem seppuku) tak ukochanym przez Toma Cruise'a? Niestety, nie tędy
      droga. Współczesny Japończyk ma tyle wspólnego z krwiożerczym samurajem, ile
      przeciętny Polak z krwiożerczym Sarmatą. Do przemocy podchodzi jednak zupełnie
      inaczej niż człowiek Zachodu - z dystansem i poczuciem humoru.

      Macho musiał odejść

      Samuraj nie ma nic wspólnego z zachodnią tradycją arturiańską, obce są mu
      przeżycia sir Lancelota czy Tristana. Rzecz niewyobrażalna w feudalnej Japonii -
      przedłożyć uczucie do kobiety nad lojalność wobec pana. Ideał samuraja został
      przeniesiony do teatru (a później i kina) jako postać tateyaku, czyli silnego
      bohatera, z twarzą niewyrażającą emocji, ze spojrzeniem bezlitośnie wymownym -
      nie dla mnie miłość. Ale jak robić przedstawienie bez scen miłosnych? To
      proste - wprowadzając nimaime, postać czasem słabego, czasem bezmyślnego
      przystojnego młodzieńca, który występuje w wątku romansowym, ale nie jest nawet
      w stanie obronić ukochanej kobiety.

      Po II wojnie światowej, po wprowadzeniu nowej konstytucji i obaleniu rządów
      militarystów, naród japoński przestał czuć się jak tateyaku. Pojmowany w
      kategoriach bushido heroizm stracił rację bytu - odrzucająca go postać nimaime,
      mężczyzny, który potrafił płakać i okazywać emocje, stała się o wiele bliższa
      podbitemu społeczeństwu.

      Twardziel nie zniknął z kina, stoicki tateyaku obecny był choćby w filmach
      Kurosawy, stał się też filarem kina gangsterskiego. Rósł jednak dystans wobec
      tego typu postaci i dziś łatwiej napotkać parodię takiej postawy niż
      prawdziwego japońskiego macho. W "Red Spectacles" (1987) Mamoru Oshii głównym
      bohaterem jest szukający zemsty dawny członek elitarnego oddziału policji.
      Cierpi przy tym na rozwolnienie, przez co cały czas robi śmieszne miny. Jeśli
      nie umiemy poważnie traktować bohatera, będziemy mieli także dystans do
      przemocy. W filmie animowanym "Dragonball" muskularni herosi broniący Ziemi
      przed zagładą są ewidentną kpiną z etosu tateyaku. Robią groźne miny, ale spod
      masek twardzieli co rusz wyglądają dyskwalifikujące ich w tej roli komiczne
      słabostki. Nawet twardzi yakuza zmienili się w filmach wspomnianego Takashi
      Miike w napędzane żądzami i emocjami groteskowe figury.

      Jedynymi postaciami, których oblicza nie zbrukała choć jedna emocja, były
      wywodzące się z tradycji Godzilli wielkie roboty. Jednak i to się zmieniło, gdy
      w popularnym "Neon Genesis Evangelion" (1995) zamiast dzielnych pilotów za
      sterami ogromnych metalowych potworów zasiadły mające problemy z dojrzewaniem
      neurotyczne nastolatki.

      Takie straszne, że aż śmieszne

      Japończycy opanowali sztukę przerysowywania celuloidowej przemocy,
      doprowadzania jej do granicy komizmu. Kto nie potrafi prawidłowo odczytać ich
      intencji, powinien obejrzeć "Kill Bill", hołd złożony wschodniemu kinu akcji
      przez Quentina Tarantino. Dystans do rzeczywistości jest tu pokazany dobitnie -
      wszyscy noszą samurajskie miecze, a w samolotach są na nie specjalne uchwyty
      przy siedzeniu. Kiedy z zabitego człowieka wylewa się tyle krwi, ile
      wystarczyłoby do napędzenia drużyny piłkarskiej, nie można tego brać serio.
      Kino jest zabawą, a przemoc tylko z jednym ze środków, by dostarczyć
      przyjemności widzowi. Coraz większa popularność filmów z Japonii na Zachodzie
      dowodzi przecież, że zamiłowanie do krwistych obrazków to nie tylko wschodnie
      zboczenie.

      Kinowa przemoc nie jest ich wynalazkiem, ale Japończycy opanowali ją, jak
      wszystko inne, do perfekcji. Do tematu podchodzą bez hipokryzji, nie każą
      widzowi odczuwać wstydu z powodu oglądania "takich rzeczy", nie potrzebują
      wymówek w stylu Kmicicowego cierpienia za ojczyznę. Wiedzą, gdzie leży granica
      między fikcją a światem realnym. To jeden z najspokojniejszych krajów na
      świecie. Mój kolega spędził zeszłe lato w Hiroszimie i przeżył tam mrożącą krew
      w żyłach przygodę. Otóż na pobliskim placu odbywało się zebranie prawdziwego
      gangu. Zapytał znajomej Japonki, czym zajmują się takie gangi. "Hałasują i
      śmiecą" - odpowiedziała. "Ale potem sprzątają". W kraju, w którym nikt się nie
      boi przemocy za oknem, nie trzeba bać się przemocy w mediach. Nasza sytuacja
      jest inna. To do Polski przyjechał Mamoru Oshii, by na tle wrocławskich
      kamienic nakręcić postapokaliptyczny "Avalon". Dla twórców "Battle Royale",
      opisującego brutalną przyszłość Japonii, podstawą mrocznej wizji jest
      niewyobrażalnie wręcz wysokie, 15-procentowe bezrobocie. Tym bardziej
      powinniśmy nauczyć się od Japończyków traktowania ekranowego gwałtu z
      dystansem. Może będzie to krok ku normalności?

      Koji Morimoto, twórca nagrodzonego przez MTV animowanego teledysku "Extra",
      został zapytany, dlaczego jego produkcja składa się z samych krwawych scen.
      Odpowiedź była prosta: "Ludzie to lubią". No właśnie.

      redaktor naczelny miesięcznika "Kawaii" zajmującego się japońską popkulturą




      • p_orridge Re: Krew, pot i śmiech 29.03.04, 12:35
        www.midnighteye.com
Pełna wersja