Skrzynki z pomysłami.
Analizy rozmaitych niezależnych fundacji ekonomicznych prasa traktuje prawie
jak prawdę objawioną. Tymczasem przykład zachodnich "think tanks"
(najodpowiedniejsze tłumaczenie brzmiałoby: „skrzynki z pomysłami”

,
pokazuje, jak niewielki jest stopień ich obiektywizmu, a przede wszystkim
jak wątpliwa jest ich niezależność.
Droga przez pustynię
1 kwietnia 1947 roku w hotelu na górze Mont-Pelerin, powyżej szwajcarskiego
miasteczka Vevey odbyła się nietypowa konferencja. Kiedy wkoło, w całej
Europie Zachodniej tworzono zręby państwa socjalnego, tam zgromadzili się
ostatni - przynajmniej tak się wówczas wydawało - liberałowie. William
Rappard, genewski historyk w mowie otwierającej konferencję prosto określił
powody jej zwołania: „większość polityk gospodarczych w świecie jest
nieliberalna i zgromadziliśmy się tu, ponieważ wierzymy, że powinny być one
liberalne”. Pierwsze skrzypce na spotkaniu grał Friedrich August von Hayek,
48-letni wykładowca London School of Economics - to on był faktycznym
inicjatorem spotkania. Trudno jest uznać 36 uczestników konferencji za osoby
tuzinkowe. Był tam ojciec „liberalnego odrodzenia” Ludwig von Mises,
autor „Społeczeństwa otwartego” Karl Popper, przyszły noblista Milton
Friedman. Nie zabrakło też przedstawicieli mediów: „Fortune
Magazine", "Neewsweeka" „The Reader’s Digest”.
Liberalni nonkonformiści nie liczyli na natychmiastowy sukces, wierzyli
jednak - zwłaszcza Hayek - że ich czas nadejdzie. Romantycznej atmosfery tej
pionierskiej konferencji nie zepsuł fakt, że w całości jej koszty pokryli
przedsiębiorcy i bankierzy szwajcarscy. Wszak mieli wspólnego wroga: państwo
socjalne.
Owocem konferencji było Towarzystwo Mont-Pelerin, na którego czele stanął
von Hayek, potem Friedman, mające propagować liberalizm gospodarczy. Obecnie
członkami towarzystwa jest 5 tysięcy osób, w tym wielu światowej sławy
ekonomistów.
Nie mieli neoliberałowie łatwego życia w kolejnych dwóch dekadach,
prawdopodobnie gdyby nie finansowe wsparcie tej części przemysłowców, która
wciąż nie godziła się na kontrakt socjalny Welfare State, to niewiele z ich
instytucji przetrwałoby ten okres. Tradycyjną ostoją pozostawały oczywiście
Stany Zjednoczone. Friedman i von Hayek wykładali wówczas na uniwersytecie w
Chicago, czyniąc z niego główną wyrocznię neoliberalizmu, a w dodatku
maszynkę do produkowania laureatów ekonomicznej nagrody Nobla. Środowiska te
wsparły w 1964 r. kampanię wyborczą Godwatera, uważanego za przedstawiciela
amerykańskiej skrajnej prawicy. Póki co jednak wszystko zaprzeczało ich
przewidywaniom: państwo ingerowało w gospodarkę, niespecjalnie jej szkodząc.
Dwa fakty zadecydowały o powrocie liberałów na światowe salony: reakcja na
radykalizację społeczną przełomu lat 60. i 70. oraz wyczerpanie się
keynsowskiego modelu wzrostu gospodarczego na początku lat 70. Na pierwszym
planie znalazły się wówczas instytucje, fundacje ekonomiczne nawiązujące do
dorobku Towarzystwa Mont-Pelerin, które w świecie anglosaskim zwykło się
określać mianem think tanks (skrzynki z pomysłami). Ich cel był jasny:
likwidacja państwa opiekuńczego. Brytyjski Institute of Economic Affairs
(IEA) stawiał sprawę bez ogródek: „dążymy do złamania dominacji
socjaldemokratów nad klasą robotniczą i zniszczenia na zawsze socjalizmu”.
Na przykładzie Wielkiej Brytanii łatwo spostrzec dwie taktyki neoliberałów
walki z lewicą: IEA działała w świecie uniwersyteckim, natomiast utworzone w
1974 r. Centre for Policy Studies miało zdobywać wpływy poza uczelnianymi
murami, nie stroniąc od populizmu w stylu Cejrowskiego. Kierownik tego
centrum, Jospeh Keith został później jednym z głównych doradców
ekonomicznych Margaret Thatcher, która z sukcesem łączyła ekonomiczny
liberalizm z populistyczną demagogią (hasła o „kapitalizmie
ludowym”, „upowszechnieniu własności”

.
Populistyczna retoryka nieobca była także amerykańskim neoliberałom (których
w ich kraju określano jako konserwatystów w opozycji do liberałów Partii
Demokratycznej). Milton Friedman w 1976 r. wymyślił „dzień wolności
podatkowej”, w którym „kończymy pracować na państwo, a zaczynamy na siebie”.
Do teraz w polskiej prasie hucznie ogłasza się takie dni, nie bacząc na rolę
pełnioną przez podatki (pieniądze nie idą tylko na biurokracje państwową i
armię, ale też na płace nauczycieli, czy służbę zdrowia; zadłużenie
wewnętrzne państw zachodnich jest też efektem tej antypodatkowej manii, w
wyniku której bogatym zmniejszano podatki, a potem za „zaoszczędzone”
pieniądze kupowali oni obligacje, wypuszczane przez rządy, którym brakowało
środków w budżecie).
Liberalna krucjata
Największym wzięciem think tanks cieszą się wciąż w Stanach Zjednoczonych.
Do starych, sławnych instytucji, jak ponad półwiekowy American Enterprise
Institute, dołączyły nowe - dzisiaj ich liczbę szacuje się na około tysiąc.
Wypłynęły one na dwóch falach konserwatywnej rewolucji (pierwsza fala w
czasach prezydentury Ronalda Reagana, druga już w latach 90. za dominacji w
obozie republikańskim Newta Gringricha), a do grona ich wrogów dołączył,
obok roseveltowskiego Nowego Ładu, prezydent Bill Clinton (wielkim wzięciem
cieszyły się w tych instytucjach napisy „Strefa wolna od clintonizmu”

. –
Nowy Ład jest martwy. Trzeba pochować tego trupa, zanim smród stanie się nie
do zniesienia - to obrazowa wypowiedź jednego z szefów fundacji Progress and
Freedom, założonej w 1993 r. Styl nowych think tanks zaostrzył się, dominuje
język młodych prawicowych radykałów: - Nasz świat nie jest światem zwartych
analiz, gdzie wiedza jest strzeżona niczym kapitał. My chcemy zniszczyć
biurokratyczne państwo, które narodziło się wraz z erą przemysłową -
zwierzał się francuskiemu dziennikarzowi Michael Vlahos z tej fundacji. - Po
1945 import socjaldemokratycznych idei z Europy przyśpieszyła wspólnota
atlantycka i przypływ niemieckich wykładowców na amerykańskie uniwersytety.
Nasza skorumpowana i próżniacza elita chciała wówczas imitować zachowanie
się elit europejskich.
Wobec słabości amerykańskiej lewicy (jedna z nielicznych lewicowych think
tanks Brookings Institution jest oskarżana o technokratyzm; program
gospodarczy Clintona niespecjalnie różnił go od umiarkowanych republikanów),
prawica atakuje na pełnej linii. Dominuje aktywizm, prawie religijny zapał
we wdrażaniu swych idei. Co więcej tych idei nie czuć już naftaliną: w
modzie jest „trzecia fala”, „cyberprzestrzeń”. I sporo w nich młodych,
błyskotliwych ekonomistów. Organizują konferencje, seminaria, publikują tak
książki, jak i krótkie, kilkustronicowe memoranda przesyłane republikańskim
kongresmenom. Tak wygląda to z zewnątrz - idee i zapał, które mogą wywoływać
odruch sympatii (walka z korupcją, biurokracją państwa), spróbujmy jednak
przyjrzeć się nieco dokładniej...
Naom Chomsky, najbardziej znany amerykański lewicowy intelektualista,
oceniał, że think taks są tylko „epiphenomenes ofensywy finansjery, by
przejąć władzę polityczną w Waszyngtonie”. Ogromna większość sponsorów
American Enterprise Institute to przedstawiciele świata wielkiego biznesu
(na co zresztą wskazuje nazwa instytucji). Vincent Sollito, dyrektor public
relations AEI nie ukrywał tego: - Nasze badania faworyzują przedsiębiorstwa:
wszak są one podstawą naszej gospodarki.
W grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Sama Heritage Foundation w 1994 roku
miała budżet roczny w wysokości 25 mln dolarów. Wspomaga ją m.in.
pismo „Reader’s Digest”, a poza tym 250 tys. sponsorów (jednakże 90 proc.
uzyskanej sumy pochodzi od najbogatszych 6 tysięcy). - Kiedyś zaliczano nas
do skrajnej prawicy, dziś nasze idee dominują -