xiazeluka
05.05.04, 10:30
Z dzisiejszej "RP" dowiedziałem się, że od Anszlusu na terenie zabudowanym
wolno za dnia jeździć z prędkością 50 km/h. Reżim Millera przeforsował taką
poprawkę do kodeksu drogowego... Pytanie tylko - po co?
Od jakiegoś czasu w Warszawie takie ograniczenie istnieje w centrum. Nie
wiadomo w jakim celu. Prawdopodobnie po to, by urzędasy poczuły się
dobrze: "Ileż ofiar śmiertelnych jest dzięki nam mniej!" Naturalnie, poza ich
oderwanym od rzeczywistości wrażeniami, stan faktyczny jest inny - nikt, poza
bojącymi się kobietami i facetami w kapeluszach (ci nie tyle przestrzegają,
ale po prostu tak jeżdżą, zawalidrogi), tego nakazu i tak nie przestrzega. Ja
podróżuję po stolicy z przeciętną szybkością 80 km/h (oczywiście tam, gdzie
nie ma korków) i częściej jestem wyprzedzany, niż sam wyprzedzam. Jednym
słowem - kolejny martwy przepis i kolejna inflacja poważania dla prawa.
Częste twierdzenia ze strony policajów czy biurokratów, że ograniczenie
prędkości w Warszawie przyniosło mniejszą ilość wypadków jest zwykłym
kłamstwem - skoro praktycznie nikt nie przestrzega szybkości 50 km/h to
znaczy, że mniejsza ilość kraks ma inny powód. Kiedy ustawiono fotoradar
przed tunelem na Wisłostradzie to szybko okazało się, że policja nie jest w
stanie poradzić sobie z tysiącami tzw. piratów drogowych, ponieważ radar
pstrykał zdjęcia prawie każdemu samochodowi. Urządzenie więc cichcem usunięto.
A propos - w sondzie Onetu na pytanie "Czy stosujesz się do nowych przepisów
ograniczenia prędkości?" TAK odpowiedziało 14% respondentów. 57%
odpowiedziało NIE, mając gdzieś absurdalne przepisy i samopoczucie
naprawiaczy świata kolejnymi linijkami przepisów. I słusznie.