Kiedy wracam pamięcią do początków wolnej Polski, do przełomu roku 1989, w kalejdoskopie przewijających się obrazów, choćbym nie wiadomo jak mocno i z jaką ochotą się bronił, na pierwszym planie dostrzegam… gigantyczny portret Michnika

Jest bardzo nierówny. W dużym stopniu nieudany. Pełen dziur. Źle oswietlony. Jąka się…
Są tacy, co twierdzą, że nieźle mu w tym, że do twarzy!
- Adam jest wówczas taki niebanalny, kolorowy! (Gazeta czai się w tle, jak świnia w kontrze - tłusta, tępa, Boże, jakże potwornie czarno-biała.)
Ogrom Michnika w moim wspomnieniu ma oczywiście swoje tłumaczenie.
- Rozmiar postaci narzuca jej faktyczna waga i znaczenie!
- A czy można odmówić Michnikowi pierwszorzędnej roli w historii współczesnej Polski i centralnej Europy?
***
W 1989, po załamaniu się komunizmu, gdy Michnik zasiadł w fotelu naczelnego GW, jego popularność sięgnęła szczytu. Ubóstwiany przez (prawie) czterdzieści milionów, wszedł wówczas Adam, na parę lat, do Panteonu największych Polaków.
Jego akcje spadły, gdy – głupi - miast walczyć o demokrację, zaangażował się w walkę z teokracją. Bez trudu udało mu się podzielić Polskę i Polaków.
W konsekwencji wielu obywateli programowo nie czytało już jego wstępniaków.
Michnik powoli zaczął tracić popularność. Oraz opiniotwórcze znaczenie.
Gwóźdź do trumny stanowiła afera Rywina. Kompletna kompromitacja. Imidżowe schody. Po jej wybuchu nie było już laurów, które można by było zrywać z jego głowy.
Oskarżony o: nienawiść do Kościoła, syjonizm, antypolskość, liberalizm i ciągotki żydokomunistyczne – ponoć do dziś z Urbanem na Czerskiej pije wódke.
***
Od lat jestem zagorzałym krytykiem Michnika. Dziś wszakże, gdy spojrzę wstecz, na wolną Polskę, na naszą demokrację, trudno mi Adamowi nie gratulować. Nie mogę bowiem tych dwu wartości, bez jego zasług wyguglować!