cepekolodziej
01.03.12, 20:43
[Jeszcze jeden drobny tekst]
Kobusa spotkałem przez przypadek, po pięćdziesięciu latach.
Przyjechałem właśnie do N. coś załatwić, nieprzyjemne przedpogrzebowe
sprawy. Było zimno, mżyło. Wstąpiłem do „Przekąski” na jednego, raczej
głębszego.
W barze nie było o tej porze dnia gości. Tylko w kącie, plecami do
lustra, siedział jakiś mężczyzna. Wydał mi się dziwnie znajomy. On też
przypatrywał mi się, jakby mnie rozpoznawał. Usiadłem przy jego
stoliku, spytałem, czy się skądś nie znamy. Przedstawił się – Kobus,
chyba mieszkaliśmy kiedyś po sąsiedzku w akademiku? Razem na wojsku?
Teraz już skojarzyłem. Łysina, lekko obwisłe policzki, na dłoniach
siatka zmarszczek, ale – głos, to wciąż był ten Kobus, założyciel
studenckiego radia, to on puszczał ze zdobytych skądś płyt Presleya,
Paula Ankę i Brendę Lee. Wygłaszał niekonsultowane z nikim komentarze;
przepowiadano mu, że podpadnie.
Zamówiliśmy po setce. Spytałem go o rodzinę, nie chciałem od razu
pytać, co teraz robi. Uświadomiłem sobie, że widziałem go parę razy w
telewizji, wśród innych gadających głów, nie za bardzo wiedziałem, o
czym mówił.
– Rodzina? No, miałem przez kilka lat dziewczynę, ale mnie rzuciła.
Chyba nawet ją znałeś. Studiowała geografię. Potem nic. Jakoś nie
wyszło.
Przez kilka chwil wpatrywał się w płyn w kieliszku. Zaczął nagle mówić o psach.
– Wiesz, widuję często przed osiedlowym sklepem psy. Różne rasy, różny
wiek, różne faktury i barwy sierści. W lecie wystawiają różowe jęzory
i zieją otwartymi paszczami w poszukiwaniu ochłody, w zimie kulą się,
usiłują leżeć, nie dotykając zmrożonego betonu, przestępują ostrożnie
z łapy na łapę. W deszczu szukają schronienia pod skąpym, wąskim
daszkiem, przyciskają się do ściany. Potrącane przez wchodzących i
wychodzących klientów nie warczą, nie pokazują zębów, nie marszczą
ostrzegawczo nosów, usuwają się kornie na bok. Oczy wszystkich są, bez
różnicy, wlepione w automatycznie rozsuwane drzwi sklepu, z których
może w każdej chwili wyłonić się właściciel. Żaden z psów nie próbuje
wejść do środka, mimo fal kuszących woni ze stoiska mięsnego, mimo
tego, że wewnątrz jest cieplej lub chłodniej, że wewnątrz jest sucho –
zatrzymuje je próg sklepu, nieprzekraczalna granica, oddzielająca
znany im świat od świata, w którym nie ma dla nich miejsca.
Zamilkł. Nie przerywałem mu. Odstawił kieliszek.
– Obserwuję te wolne, bez kagańców, nieprzywiązane smyczą do
czegokolwiek, co wystaje ze ściany sklepu. Mogłyby wejść do wewnątrz,
a jednak tego nie robią. Być może pierwotnie je także przywiązywano,
może nawet bito. Żeby się nauczyły dystansu, żeby wiedziały, że nie
można. Teraz nie trzeba ich już przywiązywać. Realizują się w akcie
posłuszeństwa. w oczekiwaniu nagrody – udzielanej mimochodem pochwały:
„dobry pies”, sekundowego pogłaskania, możliwości nasycenia się
zapachem niesionych w torbach zakupów. Czekając przed sklepem,
przestają być partnerami człowieka, przeistaczają się w zwierzęcych
niewolników; wolny pies wszedłby do środka bez wahania, wolny pies
broniłby własnej cielesnej integralności przed obcymi, spoglądałby na
nich złym wzrokiem, szczerzyłby kły.
Spojrzał na zegarek i wstał. – No, dobrze się gadało. Na mnie już czas
– powiedział. Podszedłem z nim do wieszaka. Nakładając kurtkę, dodał:
– Nigdy nie zdarłem ubrania z żadnej kobiety.
Zamówiłem jeszcze jedną wódkę.
I ja mam granice, których nie przekraczam. Świat potencjalnych doznań
jest bezpieczny. Od dawna nie trzeba mnie przywiązywać, już od dawna
sam trzymam dystans.