xiazeluka
19.07.04, 11:00
Zbliża się kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego, zatem jak co rok
rozpocznie się uroczyste celebrowanie jednej z najcięższych klęsk
politycznych i militarnych w historii Polski. Ktoś kiedyś słusznie zauważył,
że polskie święta są smutne - obchodzi się rocznice przegranych kampanii i
bitew, na pomniki wynosi zaś ich autorów. Powszechnie znane są i kojarzone
przegrane powstania, natomiast jedyne zwycięskie znane jest chyba tylko
specjalistom i licealistom świeżo po tematycznych zajęciach historii; tak
samo jest ze spiżowymi Herosami: beztalencie wojskowe Kościuszko, gorąca
głowa Wysocki, bezładne tłumy powstańców styczniowych, włóczących się po
lasach z kosami, kierujący się irracjonalnymi odruchami Bór-Komorowski - ich
się kojarzy, o nich się dziatwa uczy, ich nazwiska noszą ulice, parki,
szkoły. Ten przygnębiający martyrologiczny masochizm stanowi wzorzec
narodowych uniesień, bezkrytycznej tromtadracji, infantylnego mesjanizmu pod
tytułem "Za wolność Wasza i Naszą", który wymiernych korzyści "nam" nigdy nie
przyniósł. Jubileusze są więc smutne, gdyż podczas imprez na cmentarzach
trudno nie zachowywać powagi.
Zdumiewającym jest ten pociąg do umartwiania się. Historia Polski nie składa
się przecież z pasma klęsk i permamentnego rozkładu państwa. Najwyższy czas
skończyć z promowaniem miernot i, co tu ukrywać, zbrodniarzy w rodzaju osób
odpowiedzialnych za wszczęcie powstań styczniowego i warszawskiego; najwyższy
czas przestać honorować wandali i sabotażystów, którzy w imię wąsko
pojmowanego kabotynizmu zaprzepaszczali szanse odbudowy polskości pod
zaborami drogą metodycznej pracy od podstaw, rozszerzających powoli lecz
nieustępliwie zakres autonomii. Na swój pomnik czekają książę Franciszek
Ksawery Drucki-Lubecki, Aleksander hr. Wielopolski, galicyjscy
konserwatyści... Nawet jedyny polski król, którego nazwano
słusznie "Wielkim", jest mniej doceniany od swego ojca chociażby, podobnie
jak Kazimierz Odnowiciel stoi w cieniu sławnego dziadka i równie znanego
własnego syna.
Największym nieszczęściem naszych rebeliantów było wywoływanie powstań w
momentach ku temu nieodpowiednich, bez głębszego planu, zaplecza
logistycznego, bez sojuszników, a przede wszystkim - bez chłodnej kalkulacji,
co zwykle kończyło się nie tylko nie zrealizowaniem postawionych celów, ale
wręcz przynosiło skutki odwrotne od założonych.
Właśnie skończyłem przeglądać trzytomowe wydawnictwo "Ludność cywilna w
Powstaniu Warszawskim" (Warszawa 1974), na które złożyły się pamiętniki,
relacje, zeznania, archiwalia oraz prasa, druki ulotne i inne publikacje
powstańcze. Dokumenty zawarte w tym dziele analizowałem pod kątem stosunku
ludności do powstania, jego władz i sytuacji politycznej - i muszę
stwierdzić, że była do przygnębiająca lektura.
Wybuch powstania przyniósł z początku, co zrozumiałe, euforię. Wszystkim
wydawało się, że walki potrwaja parę dni i zakończą się wkrótce wkroczeniem
do wyzwolonej Warszawy wojsk sowieckich. Rzeczywistość była inna i juz po
tygodniu nastroje ludności zaczęły się pogarszać - i z biegiem czasu stawały
się coraz gorsze, co podkreślają niemal wszystkie meldunki służb
informacyjnych AK.
Stałym elementem wpływającym niekorzystnie na stosunek społeczeństwa do
żołnierzy okazała się godna ubolewania postawa akowców, wyrażająca się coraz
gwałtowniejniej demonstrowanym poczuciem wyższości i lekceważania uzbrojonych
żołnierzy i żandarmów wobec cywilów. Dochodziło do bezprawnych rekwizycji,
nieuzasadnionych zatrzymań, terroryzowania ludzi w akompaniamencie wulgarnego
słownictwa, do przemocy fizycznej włącznie; często podobnych ekscesów akowcy
dopuszczali się po spożyciu alkoholu. Z biegiem czasu oprócz maltretowania
ludności dochodziło także do występków czysto kryminalnych, głównie
kradzieży, często połączonych z rozbojami, a nawet zabójstwami (przy czym
należy podkreślić, że bandyci często zakładali opaski powstańcze, więc trudno
było z niezachwiana pewnością stwierdzić, czy byli to rzeczywiście żołnierze,
czy przebierańcy względnie dezerterzy). Problem ten był znany Komendzie
Głównej, która wielokrotnie, aczkolwiek bezskutecznie, usiłowała stan rzeczy
zmienić. Dodatkowym elementem antagonizującym żołnierzy i cywilów był dostęp
do żywności - jedni drudzy oskarżali się nawzajem o lepsze zaopatrzenie.
Kolejnym aspektem przyczyniającym się do wzmożenia wzajemnej niechęci między
AK a społeczeństwem była kwestia ewakuacji ludności cywilnej z miasta. Po
nawiązaniu na początku września rozmów kapitulacyjnych między KG AK a von dem
Bachem-Zelenskim, udało się zorganizować wyjście z Warszawy kilkudziesięciu
tysięcy cywilów. Jak ze zgrozą stwierdzili akowcy oraz prasa powstańcza,
wśród kobiet, dzieci i starców znalazło się kilka tysięcy zdrowych, młodych
mężczyzn, którzy w ten sposób uchylili się od pomocy walczącym oddziałom,
co naturalnie wpłynęło na stosunek żołnierzy do pozostałych cywilów.
Wreszcie najważniejsze - powstanie politycznie wymierzone było w Sowiety. O
ile przed sierpniem 1944 r. stosunek społeczeństwa do komunistów był w
zasadzie niechętny, to z biegiem czasu wśród ludności cywilnej nastroje
zaczęły się zmieniać i to dość gwałtownie - wobec niemożności wyzwolenia
Warszawy własnymi siłami ludzie zaczęli upatrywać ocalenia w armii
sowieckiej, coraz przychylniej odnosząc się do niestrudzonej propagandy PPR i
AL; jak donosił KG AK meldunek o nastrojach, nawet ludzie "świadomi
politycznie" (tzn. stronnicy rządu londyńskiego) zmieniają zdanie i ulegają
komunistycznej propagandzie, nadziei na pomoc zza Wisły, nie tylko doraźnej,
ale i długofalowej - pojawia się przekonanie o konieczności współpracy z
Sowietami także po zakończeniu wojny, wobec, jak to odczuwano, pozostawienia
Warszawy swojemu losowi przez Aliantów, Rząd i AK.
Powstanie, które wszczęto z powodów antysowieckich, przygotowało grunt do
mentalnej akceptacji komunizmu w Polsce: elementy najbardziej ideowe padły w
boju (16 tys. zabitych powstańców) lub poszły do niewoli, ludność cywilna
stała się podatna na propagandę PPR i PKWN. Zagłada miasta, 150 tys. zabitych
cywilów, klęska militarna i polityczna - to wszystkie osiągnięcia rebelii
wzmieconej przez niezrównoważonego psychicznie Bora-Komorowskiego.
No i kolejna okazja do świętowania jeszcze jednej klęski.
Męczeńska martyrologia, amatorzy buntów narodowych, hurrapatrioci mówią
głośno o wolności i Narodzie, choć za nic te wartości mają, swoją głupotą
depcząc lub – co gorsza – topiąc w polskiej krwi swe poronione koncepcje,
mając do zaproponowania nachalny humbug: powstania przyczyniły się
do "wzmocnienia i zachowania ble, ble, ble", ponieważ wiedzą, że wymiernych
korzyści nie sposób wskazać.
Generał Anders nie wahał się nazwać decyzji o powstaniu "Zbrodnią", a ich
autorów "zbrodniarzami" - nie wahajmy się i my, przy zachowaniu szacunku dla
Poległych, nazywać rzeczy po imieniu, a rocznicę powstania wykorzystać nie do
cmentarnych obchodów sprawy bezsensownej, ale jako memento na przyszłość.