Gość: EUROMIR
IP: *.cm-upc.chello.se
07.08.04, 20:11
Szanowne Kolezanki, Szanowni Koledzy,
wczoraj wstalem jeszcze przed szosta.
Nie myjac sie, ani golac, zarzuciwszy burke, wybieglem do pobliskiego lasu.
Jest piekny, stary, mieszany, z bogatym, roznorodnym poszyciem. Rosnie
calkiem niedaleko mego domu. A wiec nie wiecej mialem jak, no… moze …
piecdziesiat, szescdziesiat metrow do przebycia, laka wsrod kwiatow i bujnie
tu rosnacego perzu.
Niskie jeszcze slonce padajacymi z ukosa promieniami jaskrawo oswietlalo
lesne polanki i przereby wypelnione rzeska, czerwona borowka albo niskimi,
zielono blyszczacymi krzaczkami czarnej jagody.
Szedlem kreta sciezka nie zwracajac na te mizerie wiekszej uwagi. Kierowalem
sie w strone niedaleko stad polozonej lesnej wyzyny, na ktorej przedwczoraj
znalazlem kilka nieprawdopodobnie bogatych wysiewow kurek. Rosly w
ksztaltnych polkolach, z daleka wygladajac jak zlote ksiezyce w nowiu. Po
kilkanascie sztuk w swietnych grupach dumnego kwiatu grzybni.
Nie dochodzac do rozwidlenia drozki, kiedy mialem akurat skierowac sie jej
rozwidleniem na zachod, przystanalem nagle spoloszony raptownym poderwaniem
sie do lotu lesnego golebia.
Przez chwile jeszcze nasluchiwalem jak furkotal energicznie skrzydlami,
gdzies wysoko, pod konarami rosnacych tu gesto debow.
Potem poszedlem dalej, bystro rozgladajac sie dokola, szukajac wzrokiem celu
mej dzisiejszej wyprawy – grzybow jak armaty !
Wiedzialem, iz z pewnoscia znajde tu troche kurek. Choc sezon na nie powoli
sie juz konczy… Oczekiwalem tez, iz – moze wlasnie dzis – natrafie na
pierwsze w tym roku prawdziwki i tak bardzo ukochane przeze mnie rydze.
Lecz – jak Mily Czytelniku zapewne sie domyslasz – zamiar zbierania grzybow
szlag wzial, gdy schylilem sie tylko, aby zerwac pierwsza czarna jagode. A
chcialem jedynie nia usta spierzchle zwilzyc…
W niecala godzine nazbieralem ponad trzy kilo. Dorodnych. Dojrzalych.
Czarnych jagod.
Zanioslem je do domu i wstawilem do chlodziarki, ktora jak zwylke zawyla z
rozpaczy czujac iz zlecam jej dodatkowa, nieprzewidziana przecie zadnym
planem prace.
Odetchnalem chwile.
Przejrzalem poczte i wzialem zimny tusz.
A pozniej poszedlem do ogrodu. Pojadlem (rusycyzm) tam troche czerwonej
porzeczki. Zachlannie. Prosto z krzaka.
A dwa - jeszcze nieco zielone jablka, ktore znalazlem pod najmlodsza
jablonka - wprost spalaszowalem (madziaryzm). I troche malin. Byly naprawde
pyszne. Nagrzane sloncem, slodkie, pelne aromatu.
Kiedy poczulem sie juz w pelni usatysfakcjonowany, kiedy brzuch moj byl juz
napelniony, zechcialem wreszcie odpoczac po obzarstwie (makaronizm).
Niestety okazalo sie , iz w zaden sposob nie potrafie uwolnic sie z pulapki,
w ktora nieswiadomie wpadlem, zbyt blisko w ostatnich minutach spoufalajac
sie z malinowym krzakiem.
Otoz – nie wszystcy Koledzy na FA o tym wiedza – mam wytworna, wspaniala,
dluga, obfita, dziko rosnaca, lsniaca, bialosiwa brode*.
Siega mi do stop i czasami, gdy jestem nieuwazny staje sie powodem wielu
smiesznych wydarzen i (czesto) wyjatkowo pozniej mnie zenujacych przygod. Tak
stalo sie i tym razem.
Nieposkromione me lakomstwo, lasuchowatosc, a nade wszystko pociag do
nagrzanych sloncem slodkich malin spowodowaly, iz moja bujna broda ze
szczetem zaplatala sie w gietkich haszczach tego wyjatkowo zdradliwego,
kolczastego krzaka.
Tkwilem wiec w pulapce. Nie potrafiac sie z objec wrazych kolcow uwolnic.
Szarpalem krzakiem i chlostalem go gniewnymi slowy, Na prozno ! Me gwaltowne,
nieopanowane ruchy powodowaly jedynie, iz grzezlem w objeciach krzaka coraz
bardziej. Gdzies po godzinie, kiedy chcialem juz dac za wygrana,
przypomnialem sobie na szczescie, iz mam u boku, na pasku zaczepiona
harcerska saperke. Nosze ja od lat. Na wszelki wypadek.
To przy jej pomocy wydostalem sie z opresji.
Pozniej tryumfujacy, w saunie, przed lustrem, uzywajac sekatora uwolnilem sie
z kolczastych objec. Opatrzylem rany i zakopalem krzak z powrotem. Ale nie na
swoim miejscu, nie w ogrodzie !
Slonce stawalo sie coraz bardziej nieznosne. Zblizalo sie poludnie.
Zar z nieba sie lejacy przepedzil mnie do kuchni, w ktorej postanowilem
poszukac nieco ochlody. Zaparzylem kawe (tym razem po turecku). Odcedzilem
fusy, kawe wylalem precz i wymieszalem je z dwoma galkami lodow waniliowych.
Na koniec przyprawilem tak powstaly mus, znana zapewne ze slyszenia wielu
bywalcom FA okowita. Po czym wyjawszy juz porzadnie schlodzone jagody z
lodowki napelnilem nimi dluga, ozdobna cwierclitrowa szklanke wykonana z
jasnego, weneckiego, rznietego szkla. Calosc posypalem cukrem i nawilzylem
troche naturalnym, greckim jogurtem.
W miedzyczasie temperatura w kuchni rowniez stala sie nie do wytrzymania.
Wyszedlem wiec przed dom. Lekki wiatr wial mi prosto w twarz i mile wysuszal
krople potu na rozgrzanych mych skroniach.
Usiadlem w cieniu, na schodach i ceremonialnie lyzka do zupy nabieralem
chciwie zimne jagody. Dbajac aby dokladnie wymieszac je z krysztalkami cukru.
Czynilem to nagniatajac je nieco stalowa lyzka - przyciskajac sprytnie do
brzegu szklanki. Wowczas jagody pekaly eksplodujac… Swiezy, chlodny sok
pryskal mi na brode, czolo, koszule. Tak spreparowane, wymieszane z cukrem
nakladalem lyzka na jezyk. Zamykalem usta. Sok i chlod rozplywaly sie
rozkosznie po cebulkach smakowych...
Coz to byl za dzien ! Coz za widoki ! Coz za potrawy !
Coz za afirmacja naturalnego zycia !
Jakze wyraznie w opozycji stojaca do zmanierowanego, zboczonego, bedacego
wrogiem natury relatywistycznego obojniactwa, reprezentowanego na naszym FA
(jakze czesto!) przez roznej masci Helgi i Jenisiejow…
Postaci te (a rowniez postac Pana Scana) jakze gleboko rozpaczliwe - gdy
politpoprawnosc groteskowo przerysowawszy - glownym antysemityzmu (pewno
nieswiadomie) staly sie aliantem…
Przypisy :
*Brode nosze od czasu mego pobytu na Sybirze gdzie znalazlem sie po upadku
Powstania Listopadowego…
Ktorejs mroznej zimy, noca kiedy temperatura spadla ponizej szescdziesieciu
stopni, lezac skostnialy z zimna na wieziennej pryczy myslalem, iz przyszedl
juz moj koniec. Wowczas to pewien starowier z Tweru, powodowany
chrzescijanska litosca, podal mi kubek goracego czaju i chroniac przed
dotkliwym mrozem okryl mnie… swoja broda.
Tem sposobem uratowal mi zycie. Wowczas to postanowilem, iz na pamiatke tego
wydarzenia zapuszcze zarost. Jak on. I bliznim bede nim sluzyc.