bimi
14.09.04, 23:56
Ostatnio, głównie dzięki naszym mediom i politykom, dużo mówi się o
odszkodowaniach dotyczących II Wojny Światowej, które powinniśmy sobie,
wzajemnie z Niemcami, zacząć wypłacać. To znaczy, jest chyba trochę inaczej:
Niemcy chcą odszkodowań od nas, a my chcemy im tylko uświadomić, że też możemy
chcieć – tak przynajmniej ja to rozumiem, po obejrzeniu, wysłuchaniu i
przeczytaniu kilku opinii na ten temat. Opinii nie tylko ze źródeł oficjalnych
(czyli tych, którym akurat ani trochę nie wierzę), ale również od moich
przyjaciół, czy ze stron internetowych, co do których obiektywizmu, nie mogę
mieć zastrzeżeń.
Mimo to, ponieważ odczucia płynące z mojego wnętrza, mają zabarwienie zgoła
odmienne, pozwolę sobie przedstawić swój własny pogląd na tą sprawę. Otóż
uważam, że to co robią nasi dysydenci, nie tylko jest bezsensownym populizmem,
ale przede wszystkim, ordynarnym, niepoprawnym i niewskazanym gestem.
Ordynarnym, gdyż nasz Sejm, moim zdaniem niesprowokowany, zażądał od Niemców,
w sposób najbardziej oficjalny z możliwych, odszkodowań za II Wojnę Światową.
Można oczywiście argumentować, że Niemcy sami zaczęli. Wszak to u nich
powstały organizacje z niemałym budżetem, których jedynym celem jest domaganie
się odszkodowań od Polski za mienie pozostawione na naszych ziemiach
„odzyskanych”. Nie da się ukryć, że takie organizacje w Niemczech istnieją.
Nie da się jednak ukryć też i tego, że dopóki w Niemczech panuje demokracja i
wolność słowa (a moim zdaniem jest tam ona nie gorsza niż u nas), dopóty takie
organizację są i będą. W końcu w Niemczech też mają kapitalizm i wolny rynek,
więc i tam każdy (a na pewno wielu) będzie chwytać się wszystkich możliwych
kroków, aby zarobić, nie robiąc nic. Moim zdaniem sentymenty mają tu niewiele
do rzeczy i chodzi głownie o kasę.
Należy jednak zauważyć, iż jest to mały procent niemieckiego społeczeństwa.
Ośmielam się zaryzykować stwierdzenie, że mniejszy niż ten procent polskiego
społeczeństwa, który był za użyciem polskiej armii do podboju Iraku, w celu
zarobienia na późniejszych „intratnych kontraktach”. Niemiecki rząd jasno i
wyraźnie mówi, że Niemcy jako kraj nie żywią do polski żadnych roszczeń
związanych z terenami, które przed wojną były ich. Tamtejszy parlament, poza
grupą posłów, która przecież tylko reprezentuje swoich wyborców (w końcu i my
mamy różne partie), nie ośmielił się nawet wspomnieć w żadnej uchwale o tym,
że jakiekolwiek roszczenia mogą wchodzić w grę. Nie ośmielił się przez 65 lat
i dalej nie zamierza się ośmielić. Czy w tym kontekście, uchwała polskiego
parlamentu nie była ordynarna?
Niepoprawnym ponieważ, jak każdy Polak wie, w życiu chodzi nie tylko o
pieniądze. Wszyscy wiemy, że tego, co przeżyli (lub nie), nasi rodzice,
dziadkowie czy inni krewni, nie da się przeliczyć na pieniądze. Wiemy, że
ludzkie cierpienia są bezcenne, tak samo jak bezcenne jest życie każdego z
nas. Ponadto, większość z nas na pewno nie chciałaby wzbogacić się na niczyjej
śmierci. Ja nie chciałbym wzbogacać się na śmierci Polaków zamordowanych przez
Niemców w czasie II W.Ś. Nie ma przy tym znaczenia, czy ci Polacy byli moimi
krewnymi, czy nie. Na pewno nigdy nie zapomnę mordercom tego co zrobili,
jednak nigdy nie wezmę od nich pieniędzy.
Można oczywiście wysuwać argument, że oczywiście ludzkiego życia przeliczyć
się nie da, ale pieniądze to tylko symbol – coś w rodzaju odsiadki dla
więźnia, przestrogi dla innych narodów, które chciałby w przyszłości napadać
na inne kraje. Skoro jednak tak, to dlaczego ten sam Sejm pomaga Bushowi
napadać na Irak? Czy wyobrażacie sobie, że pewnego dnia Iracki parlament
zobowiąże swój rząd do tego, aby domagał się od USA, Polski i jeszcze kilku
krajów, odszkodowań za zbrojną napaść w 2003 roku i dalszą wieloletnią okupację?
Uchwała naszego parlamentu, poza tym, że nie przystoi dzisiejszej Polsce, była
jednak sporym błędem, ponieważ pchnęła sprawę w niewłaściwym kierunku. Jeśli
bowiem założyć, że reakcja naszych polityków ma na celu zniechęcenie Niemców
do domagania się odszkodowań na drodze sądowej, to moim zdaniem, należało
postąpić zupełnie inaczej. Głównie dlatego, że tego rodzaju działania jedynie
zwielokrotnią liczbę ewentualnych roszczeń. Pozwólcie, że to wyjaśnię…
Czego właściwie mielibyśmy się obawiać, skoro (kontr-)atakujemy Niemców? Bo
chyba nie tego, że Niemcy będą się domagać sprawiedliwości w polskich sądach?
Nie obawiamy się tego. Nie tylko dlatego, że to przecież nasz Sejm (ten od
antyniemieckiej uchwały) stanowi prawo, którym kierują się potem nasze sądy.
Ostatecznie zdajemy sobie przecież jednak sprawę z tego, że Niemiec ma w
polskim sądzie mniejszą szansę na wygranie sprawy z Polskim rządem, niż Polak.
A wszyscy chyba zgodzimy się z tym, ze Polak ma raczej znikomą.
Nie boimy się więc tego, że Niemcy wygrają w polskich sądach swoją ziemię.
Obawiamy się, co najwyżej, tego, że po ostatecznym orzeczeniu naszego sądu,
odwołają się oni do Trybunału Europejskiego, który może postanowić inaczej. Ta
opcja jest możliwa, a nawet prawdopodobna. I właśnie dlatego uważam, ze polska
reakcja jest błędna. Jest ona bowiem skierowana przeciwko Niemcom, zamiast być
przeciwko ewentualnym wyrokom Trybunału.
Dlaczego nasz Sejm nie podjął uchwały nakazującej rządowi poinformować
wszelkie europejskie instytucje o tym, że Polska nie zaakceptuje żadnego
wyroku dotyczącego ewentualnych odszkodowań dla wypędzonych Niemców? Dlaczego
nie zażądaliśmy od niemieckiego rządu, aby zgodnie ze swoim stanowiskiem,
zobowiązał się na pokrycie wszelkich ewentualnych odszkodowań, dotyczących
tych spraw, a zarządzonych przez europejski Trybunał? Myślę, że jak
najbardziej można było takie zobowiązanie niemieckiego rządu uzyskać i nie
byłoby to tak ogromnym nietaktem, jak obecne zachowanie naszych władz. Poza
tym pamiętajmy o jednej ważnej rzeczy: nie ma takiego trybunału, który mógłby
nakazać polskiemu rządowi cokolwiek. Nawet, jeśli jakiś Niemiec wygrałby
sprawę, w której europejska instytucja nakazuje polskiemu rządowi wypłacić
odszkodowanie, to przecież nie ma siły, która zmusiłaby Belkę, Kwacha, czy
innego Kaczora do podporządkowaniu się decyzji Trybunału Europejskiego. Nikt
nie jest w stanie zmusić ich, a co dopiero nas do wypłacenia choćby jednej
złotówki. Zresztą Trybunał Europejski doskonale zdaje sobie z tego sprawę,
dlatego wątpię, aby kiedykolwiek wydał wyrok, który zagrozi istnieniu UE, a
tym samym istnieniu samego Trybunału.
Dlaczego Polska nie mówi o tym, że żadne roszczenia nie wchodzą w grę, tylko
zaczyna domagać się roszczeń od Niemców? Czy aby na pewno o to wszystkim
Polakom chodzi? Bo mi na pewno nie.