enemy-at-the-gate
20.05.05, 14:43
... "Polacy tylko piją wódkę, kradną samochody i nie chcą się zabrać do
porządnej pracy!" Taka jest obiegowa opinia Austriaków...
Pod kościołem - i nie tylko
POLACY NAD DUNAJEM
-Panie, Polacy to tylko piją wódkę, kradną samochody, nie chcą się zabrać do
porządnej pracy! Taka jest obiegowa opinia Austriaków na temat Polaków.
I nie jest to tzw. subiektywna prawda. Badania socjologiczne ostatnich lat
pokazały, że na pytanie "Jaki naród europejski ceni pan(i) najmniej?",
Austriacy odpowiadali zgodnie, że Polaków szanują w myślach (oraz słowach) w
stopniu najmniejszym. Było mi przykro, czytałem z tzw. mieszanymi uczuciami
rezultaty tych badań naukowych, ale prawda, mimo że jest niemiła, pozostaje
prawdą...
Polacy ukazują nadal dwoisty obraz swojego charakteru. Z jednej strony
przedstawiciele katolickiego narodu (tak jak Austria), chcący się czegoś
dorobić, albo uczciwie (tak jak Austriacy) albo, nazwijmy to, na granicy
legalności. Wystarczy pójść pod kościół polski w Wiedniu, gdzie niemal zawsze
można natrafić na gromady czekających Polaków. Oficjalnie czekają na
rozpoczęcie mszy w kościele przy Rennweg 5a, niedaleko za Schwarzenbergplatz,
w samym centrum stolicy Austrii. Nieoficjalnie poszukują pracy, czyli są
pracowici, albo (wariant minimum) są jako tako ukierunkowani, aby znaleźć
jakąś pracę. Każdy musi jakoś stawiać pierwsze kroki na nieznanej, obcej,
nieprzyjaznej ziemi.
Elita Polonusów (zaradność? wykształcenie? szwagier już tu urządzony na
miejscu? świetna znajomość języka?) znalazła w międzyczasie dobrze płatne
posady, inne wyjścia, niż zapalenie kolejnego papierosa na wąskim chodniku
przed kościołem i czekanie na (polskiego?) Godota.
Niewielu z czekających przed lub po mszy świętej interesuje się faktem, że za
czasów rzymskich Wiedeń nazywał się "VinDObona", że ten kościół powstał za
czasów cesarzowej Marii Teresy (matki szesnaściorga dzieci!), że ma piękną,
oryginalną kopułę z tzw. latarnią i rozetą, że Jan Paweł II poświęcił tu 12
września 1983 nowe organy wykonane przez firmę Rieger ze Schwarzach, czyli z
wioski austriackiej oddalonej od Wiednia o 760 km. Najważniejsze (i
słusznie!) jest dorobienie się na obcym austriackim bruku. Już wspomniani
Rzymianie mawiali: "primum edere, deinde philosophari", czyli: "najpierw
trzeba zjeść, a potem filozofować". A towary kupuje się za zarobione ciężko
pieniądze. I tak jest wszędzie na świecie.
Nasz niedawno zmarły polski papież był tutaj równo 300 lat po odsieczy
wiedeńskiej, czyli po zwycięstwie króla Jana Sobieskiego nad Turkami (12
września 1683). O tym uczyliśmy się w szkołach polskich na lekcjach historii.
Optyka historiografów austriackich jest trochę inna, co denerwuje Polaków,
węszących w tym zamiarze umniejszenie roli polskich rycerzy, polskiej
szlachty, polskich huzarów w decydujących momentach bitwy. Jak wiadomo,
historia toczy się innym kołem w Polsce i poza nią. Dzisiaj król polski Jan
III byłby co najmniej zdziwiony wsiadłszy do wiedeńskiego metra: słyszy się
tu co najmniej tak często polski jak i turecki. Znam słabo turecki, ale znam
jako tako polski: ta warstwa intelektualizmu, sącząca się z podsłuchanych
rozmów w metrze i jej wyżyny! Wstyd jest się przyznać do swej polskości, gdy
się słyszy zza pleców (siłą statystycznego przypadku) rozmowy o nikłym
ładunku elegancji ("I wiesz, co mu powiedziałem? Spier... Zdzichu, bo jak ci
ku... doje..."), ale za to prowadzone wyraźnie po kilku "głębszych". Albo
nowocześne, za pomocą telefonu komórkowego czynione, wyznania: -"Nie, nie
wysprzątałam tego drugiego mieszkania, bo zapomniałam kluczy w domu. Pojadę
tam jutro, bo mi dobrze płacą. Nie, nie powiem ci ile". Jazda wiedeńskimi
środkami lokomocji dostarcza sporo wiedzy o Polakach.
Nagminne kradzenie samochodów (1985-1995) przez gangi Polaków w Wiedniu było
tematem dnia. Kiedy policja austriacka wykrywała, że to polskie bandy kradną
auta, powstał szablon myślowy o Polakach jako złodziejach. Ciekawe, że szczyt
tych kradzieży już od dawna należy do przeszłości, praktycznie już tego typu
przestępstwa nie istnieją, ale pozostała właśnie zła opinia, którą cytowałem
na początku artykułu: Polacy, zamiast iść do porządnej pracy, kradną. I na to
nie ma rady... A mity - jak wiedzą socjologowie i psychologowie - żyją długo,
bardzo długo... Dłużej, niż określana przez nie rzeczywistość.
W każdym kraju emigranci muszą walczyć o to, by przeżyć, by się integrować,
by zapewnić swoim dzieciom godne (koniecznie lepsze niż u rodziców!) warunki
bytowania.
Austria jest o tyle szczególnym krajem, że z perspektywy geograficznej Polski
jest krainą jej bliską. Jeden skok przez Czechy lub Słowację dzieli ten
zachodni, wolny politycznie (akurat jubileuszowo od 50 lat) kraj od Polski.
Ta jeszcze do roku 1989 dźwigała brzemię komunizmu. Austria jest jedynym
krajem na świecie, gdzie stacjonowały pułki Armii Czerwonej i się DOBROWOLNIE
(po wielkich meandrach politycznej dyplomacji) wycofały. Bez rozlewu krwi,
bez dramatów. Rosjanie byli tu do 26 października 1955. Od tej pory mamy tu w
Austrii nowe święto narodowe: 26 października. Jest to dzień wolny od pracy.
Na wspomnianym Schwarzenbergplatz, kilka minut pieszo od polskiego kościoła,
strzela ku niebu pomnik wdzięczności radzieckim żołnierzom, poległym w
walkach o demokratyczną Austrię. Można przeczytać po rosyjsku odpowiedni
rozkaz Stalina wygrawerowany forever...
Polacy zgromadzili się głównie w Austrii w Wiedniu i dużych miastach (które
są nieduże, porównując je z amerykańskimi): Graz, Linz, Salzburg i Innsbruck.
Oczywiście są także w innych mniejszych miastach, gminach, wioskach. Jak w
innych krajach też, zgodnie z banalną zasadą, że "Polacy są wszędzie". Ale
wspomniane ośrodki urbanistyczne dominują. Polacy są zrzeszeni w wielu
organizacjach, klubach, towarzystwach. Nie zawsze panuje między nimi zgoda
mociumpanie... Ale to inny problem, drażliwy a śliski nader, zauważany przeze
mnie również wśród Polaków mieszkających na innych kontynentach.
Niewielu Polaków z tzw. nowej fali emigracyjnej (czyli lata 80. i potem)
chciało tutaj pozostać. Znam przypadki, że całe rodziny po koszmarze pobytu w
obozie przejściowym w Traiskirchen wyjechały, bo chciały do Australii, Kanady
lub Afryki Południowej. Traiskirchen to mała miejscowość pod Wiedniem, gdzie
urządzono największe skupisko kandydatów na uchodźców, emigrantów, chętnych
zmiany radykalnej życia, gdzie odbywają się - fama tubylców tak niesie -
regularne orgie wódczane, bójki karczemne oraz agresja, wisząca w powietrzu
nasyconym oparami alkoholu i suszących się skarpetek, majtek i halek.
Scenariusz był dwojaki: ci, którym się udało, zostali hen daleko na dalekiej
ziemi obcych kontynentów, ci, którym się nie powiodło, wrócili. Pytałem ich
dlaczego. Odpowiedzi były różnorakie. Nuda, niemożność uzyskania pracy, która
chociażby minimalnie odpowiadała marzeniom...
Tak na marginesie: znam wielu Polaków, którzy osiedli w Austrii czy we
Francji lub w Kanadzie, którzy są zadowoleni z powziętej decyzji, lub
żałujących tego kroku lub czujących, iż aby być emigrantem, trzeba ku temu
mieć też pewne predyspozycje, szczególnie psychiczne... Inaczej mówiąc: ci
powinni byli zostać w domu, gdyż nie potrafią pokonać topornej ziemi
emigracyjnej, tego ciężkiego ugoru, zupełnie nowej rzeczywistości, gdzie
wszystko jest inne, zwłaszcza język.
Język niemiecki jest bardzo trudny dla Polaków. Niełatwo jest się go nauczyć
porządnie. Ma skomplikowaną gramatykę oraz słownictwo niepodobne do polskich
wyrazów. Nie wspominam już o wymowie: przeciętnego Polaka mówiącego po
niemiecku słychać na dwa kilometry. Niewielu Polaków (mam na myśli the first
generation) potrafi brylować na salonach, tworząc misterne i kunsztowne
zdania, zachwycające stylistycznym wykwintem słuchaczy, będących the native
speakers. Wiem coś o tym, gdyż posługuję się na codzień j