patience
15.08.05, 14:45
Gdzieś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych opublikowałem w "Polityce"
próbęwyjaśnienia, dlaczego emigranci nie wracają. Nie wracają, mimo że w
Polsce zawalił się komunizm. Wywodziłem, iż trud przeobrażenia się w
mieszkańca innego kraju - celowo nie piszę o zamienieniu się w Amerykanina,
Francuza czy Brytyjczyka, bo taką przemianę, po przekroczeniu pewnego wieku
uważam po prostu za niemożliwą - użytkownika innego języka i konsumenta innej
kultury jest tak ogromny i wyczerpujący, że niewielu zdecyduje się na podjęcie
go jeszcze raz, zaryzykuje podróż w odwrotną stronę, aby na nowo wrócić do
polskiego wcielenia.
Uważam tak nadal i sądzę, że dlatego nie należy oczekiwać masowego powrotu
emigrantów. To zbyt trudne. Natomiast z czasem począłem pojmować, że nie ma
żadnego innego wcielenia niż polskie, a to co się wydaje wcieleniem
amerykańskim, brytyjskim, niemieckim lub francuskim, jest zaledwie jakąś
odmianą polskości uformowaną przez długie lata emigracyjnej egzystencji.
Głównym składnikiem tej egzystencji jest poczucie nieprzystosowania,
powleczone cienką warstewką odruchów, przyzwyczajeń i gestów nabytych w
przybranej ojczyźnie.
Niedawno to, co chcę powiedzieć, ujął zgrabnie mój nowojorski kolega Jan
Latus: "Emigrant - nie tylko polski zresztą - w obcym kraju nie jest sobą.
Gra, przybiera pozy, udaje kogoś innego, niż jest. Zmusza się do uśmiechu w
pracy, przystosowuje rozmowę do typowych zainteresowań tubylców, wie już, o
czym ma milczeć, jaki problem i jaką myśl ma zachować dla siebie. Życie
emigranta składa się z dwóch sfer: świat zewnętrzny, gdzie pracuje, zarabia,
tankuje benzynę i rozmawia ze sprzedawcą w sklepie - czyli fragment życia,
kiedy udaje kogoś innego - i ten, gdy jest sobą. Gdy jest w domu, gdy jest z
rodziną, gdy jest... sam".
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_050813/plus_minus_a_12.html