Władcy marionetek
Podczas stanu wojennego krążył taki dowcip, że najlepiej dla Polski byłoby,
gdybyśmy wypowiedzieli wojnę USA i natychmiast się poddali. Dlaczego byłoby
najlepiej? Ano zwycięskie Stany zaprowadziłyby u nas swoje porządki i nie
musielibyśmy emigrować za ocean. Niestety, dowcip ten chybia celu z
zasadniczego powodu. Polityka zagraniczna USA nigdy nie polegała na
zaprowadzaniu swoich porządków za granicą. Stany zawsze tylko szukały
sojuszników. Kim ci sojusznicy są, jaką opcję polityczną, moralną itd.
reprezentują, to rządu Stanów Zjednoczonych nigdy nie interesowało.
NIE WIEM, dlaczego tak się dzieje. Być może taki pokraczny sposób uprawiania
polityki zagranicznej wynika z niepisanego kompromisu, ustępstwa wobec zawsze
żywych w USA tendencji izolacjonistycznych? A więc działanie zgodnie z
hasłem: „będziemy się wtrącać, ale malutko".
Powyższa krytyczna ocena polityki zagranicznej USA może się wydać
kontrowersyjna. Dlatego poczuwam się w obowiązku przedstawić kilka faktów
historycznych potwierdzających tę ocenę. Na początek może coś z grubej rury.
Lata siedemdziesiąte i popieranie reżimu Poi Pota. Trudno w to uwierzyć, ale
USA -osławiony kraj wolności i swobody, wolnego handlu i dobrobytu popierały
najbardziej zbrodniczy system, jaki kiedykolwiek udało się na świecie
urzeczywistnić. Ani Hitler, ani Stalin nie posunęli się nigdy do kroków, na
które zdecydował się Pol-Pot. Ten zbrodniarz kazał siebie tytułować Bratem nr
1. Zamiast iść na zgniły kompromis i tworzyć jakieś łagry czy gułagi dla
nieposłusznych, Brat nr l zamienił cały kraj w jeden wielki obóz
koncentracyjny. Wymordował kilka milionów ludzi, co stanowiło ponad 50%
społeczeństwa Kambodży. Ci, co przeżyli oprócz niewolniczej pracy
doświadczyli niezliczonych tortur i gwałtów. Nie miejsce tu na szczegóły, bo
te przekraczają wszelkie wyobrażenia nawet weteranów Oświęcimia czy Sybiru.
Dlaczego USA popierały Brata nr l? Ano ponieważ Poi Pot był przeciwnikiem
Wietnamu, czyli kraju, z którym USA miały na pieńku. Zabrzmi to jak paradoks,
ale o ile Wietnamczycy uciekali w popłochu przed jarzmem komunizmu
(przysłowiowy Sajgon i boat people), o tyle mieszkańcy Kambodży powitali
armię wietnamską jak zbawców. Stany Zjednoczone dementowały i wyciszały przez
długi czas wszelkie zarzuty przeciwko Poi Potowi.
Ktoś powie: przypadek, jedna pomyłka. Niestety. Podobnie było w Iranie, gdzie
CIA szkoliła w zadawaniu tortur osławione służby bezpieczeństwa szacha -
Savak. Ponieważ szach sprzyjał amerykańskim koncernom naftowym, USA
zdecydowały się wspierać jego politykę siłą. Popatrzmy - w Kambodży krwawy do
kwadratu komunizm, w Iranie monarchia, a USA nic (choć we Włoszech
zadecydowały o zmianie ustroju na demokrację mafijną jak się później
okazało). Dalej państwa Ameryki Południowej. USA poprzez CIA poparły najkrwaw-
sze junty tylko dlatego, że te reżimy umożliwiały utrzymanie monopolu
amerykańskim koncernom bananowym. Nie można nie wspomnieć o Indonezji i
agenturalnych dynastiach Suharto/Sukarno (które CIA ustanawiała, a później
zwalczała lub popierała zależnie od humoru). Wreszcie Panama - sztuczne
państewko utworzone, tylko po to, by kontrolować strefę Kanału Panamskiego i
jego władca - narkotykowy baron Noriega, oczywiście TW CIA.
Wszystkie te poczynania działy się w czasie, gdy na świecie panował system
dwubiegunowy. Siłą rzeczy taka polityka pchnęła wymienione kraje (to jest
między innymi Iran, Kambodżę, liczne państwa w Ameryce Łacińskiej), w orbitę
wpływów ZSRR. Zresztą Sowieci nie czekali biernie, aż te państwa same przejdą
na ich stronę.
Trudno więc dziwić się panującej w niektórych społeczeństwach dogłębnej
nienawiści do wszystkiego co madę in USA. Jeśli za reprezentację USA uznać
Pol Pota, szwadrony śmierci i Savak, to mnie samemu otwiera się nóż w
kieszeni. Stąd właśnie płynie olbrzymia nienawiść do Amerykanów. Bo jeśli
przeciętny poddany szacha lub obywatel Gwatemali z amerykańskich produktów i
urządzeń ustrojowych poznał jedynie tortury i szykany, to trudno się dziwić,
że pokochał islamską czy latino wersję socjalizmu (którą serwowali mu
usłużnie towarzysze z bratnich służb).
Na koniec malutka perełka, która - jak z całą mocą zaznaczam - jest tylko
podejrzeniem, a nie faktem. Oto siedział sobie w więzieniu w Meksyku niejaki
Fidel Castro z dużym wyrokiem za lewactwo. Nagle zostaje zwolniony i
uzbrojony ląduje na Kubie, a wstrętny Batista zwija manatki. Odsiecz w Zatoce
Świń nie udaje się, bo USA nie dają wsparcia lotniczego. Naszego marszałka,
agenta jego niemieckiej cesarskiej mości, też ni z gruszki, ni z pietruszki
nagle zwolniono z twierdzy, by mógł w Polsce objąć posadę. O zaplombowanym
pociągu z Leninem tylko wspomnę. Agenturalność Castro potwierdza także to, że
nie od razu zwąchał się z Sowietami, najpierw nie udało mu się dogadać z USA.
Piszę o tym, bo oto szykuje się ruchawka w Iraku. Ja wiem: Saddam jest
lewakiem, jest „be" i zagraża światu, a przynajmniej Izraelowi. Ale co
Persowie dostaną w jego miejsce? Co dostał Afganistan w miejsce talibów?
Dostał „najlepiej ubranego mężczyznę 2001 roku" wg światowych dyktatorów
mody, lalkę Karzaja Kena, który wydaje wiele tysięcy| amerykańskich dolarów
na stroje szyte u najsławniejszych krawców Paryża, Londynu i Nowego Yorku.
Podobnie Persowie dostaną jakąś Barbie, kogoś, kto będzie posłuszny USA, a
przynajmniej CIA i nic ponadto. A czy mieszkańcy regionu będą jeszcze
głośniej jęczeć pod butem nowych panów, to Amerykanów zdaje się nie
obchodzić. Szczytem ich zaleceń ustrojowych jest demokracja, która
najprawdopodobniej w tamtym regionie i tak nie przejdzie albo zamieni się w
szopkę. A gdzie wolny rynek, handel? Gdzie zniesienie koncesji? Swoboda
gospodarowania? Gdzie wreszcie te wszystkie zasady, na które powoływali się
Ojcowie Założyciele, pisząc Deklarację Niepodległości? Nie chcę tu cytować,
ale było coś o równości wszystkich ludzi, o dążeniu do szczęścia... Stany
Zjednoczone niestety prowadzą dziwną politykę wystrzegania się podbojpw i
unikania zaprowadzania swoich porządków ustrojowych na opanowanych
sojuszniczych terytoriach. Dokładnie odwrotnie niż czynił to ZSRR, który
wyjątek zrobił jedynie dla Finlandii (amerykańskim wyjątkiem można nazwać
Chile). Tak więc nie łudźmy się co do wspomnianego na początku dowcipu. Gdyby
w 1981 roku Jaruzelski poszedł na współpracę z USA za cenę utrzymania ustroju
i zachowania władzy, to CIA by to poparła. Niestety, nie mielibyśmy
powszechnego głosowania na powiatowych szeryfów, prawa do noszenia broni jak
w Teksasie i Krzemowej Doliny ani nawet filii NYSĘ w Warszawie, mielibyśmy
wyszkolone w USA oddziały ZOMO pacyfikujące robotnicze protesty pośród
walącej się w gruzy gospodarki niedoboru, której resztki przejęłyby
największe koncerny USA na zasadzie koncesyjnego monopolu.
Witold Świrski
[ publicystyk z periodyku Najwyższy Czas! ]
www.nczas.com/
pozdrawiam i zapraszam do komentowania!