Gość: ewta
IP: *.dip.t-dialin.net
27.09.02, 07:15
Tzw. prawdziwym "Polakom" dedykuję ten artykuł pod rozwagę.
***
Polacy do Wehrmachtu, czyli pomysły na kolaborację
Ktoś wizytujący oddziały niemieckie na froncie wschodnim zdziwiłby się, jak
wielu żołnierzy mówiło słabo (lub w ogóle) po niemiecku. Byli to zarówno
przymusowo powołani do armii Niemcy etniczni – z Polski, Belgii, Słowenii,
Francji, Węgier, Rumunii, jak i ponad milion ochotników nie posiadających
niemieckich korzeni. Pochodzili zarówno z państw okupowanych, jak
sprzymierzonych przeciw Hitlerowi czy neutralnych: Szwajcarii, Hiszpanii,
Portugalii, Szwecji, Turcji. Zdarzali się Arabowie, Irlandczycy, obywatele
USA i Kanady. Niewielu było Polaków. Co o tym sądzić?
***
Fakt, że nie było w Wehrmachcie oddziałów polskich, zawdzięczamy w
największej mierze zdecydowanemu oporowi Polaków wobec współpracy z
okupantem. Z drugiej jednak strony propozycje utworzenia polskich formacji,
wysuwane przez środowiska gotowe do kolaboracji, były aż do końca 1944 r.
kategorycznie odrzucane przez Berlin. Pierwsze pomysły powołania takich
oddziałów pojawiły się bezpośrednio po zakończeniu kampanii wrześniowej w
warunkach głębokiego rozczarowania i zbiorowego stresu. Jest ziarno prawdy we
wspomnieniach germanofila Władysława Studnickiego, który napisał, że jesienią
1939 r. „przychodzili do mnie ludzie z różnych środowisk społecznych,
reprezentujących różne kierunki polityczne. (...) Uważali oni, że należałoby
pertraktować z Niemcami, utworzyć Komitet Narodowy, wysłać do Berlina jakąś
delegację, że trzeba ratować, co się da. Mówili, że jest moim obowiązkiem
wziąć sprawy w swoje ręce”. Płaszczyzną porozumienia miał stać się
spodziewany konflikt niemiecko-radziecki. „Nie macie materiału ludzkiego –
tłumaczył Niemcom Studnicki – aby obsadzić to terytorium i zabezpieczyć wasze
linie komunikacyjne. Zatem bez odbudowy Polski, bez odtworzenia wojska
polskiego wojnę z Rosją przegracie”. Propozycje zawarł w złożonym 20
listopada 1939 r. „Memoriale w sprawie odtworzenia Armii Polskiej i w sprawie
nadchodzącej wojny niemiecko-sowieckiej”.
Armia owa, powołana przez choćby prowizoryczny polski rząd, w ewentualnym
pochodzie na Rosję obsadziłaby tereny do Dniepru, Niemcy zaś po Don i Kaukaz.
Wyszukaniem odpowiednich oficerów, wykazujących „zrozumienie
niebezpieczeństwa”, zajęłaby się stworzona przez Studnickiego organizacja.
Pomysłodawca zauważał jednak, że oddziały mogłyby walczyć wyłącznie na
wschodzie. „Nie może być jednak powodu do żadnych obaw ani żadnych
wątpliwości, gdy hasłem będzie: »Wojna przeciw Rosji« – albowiem największym
nieszczęściem dla narodu polskiego byłoby znalezienie się całej Polski pod
panowaniem Rosji Sowieckiej”. Poza tym kilka dywizji piechoty i kawalerii,
pozbawionych broni pancernej i lotnictwa, nie zagrażałoby Rzeszy.
Niemcy mówią nie
Niemcy byli jednak innego zdania. Hans Frank kategorycznie zakazał
rozpowszechniania memorandum, zwłaszcza wśród oficerów Wehrmachtu. Niezrażony
Studnicki przesłał w styczniu 1940 r. zarówno ten memoriał jak i kolejny,
protestujący przeciw brutalizacji polityki okupantów, m.in. Hitlerowi,
Göringowi i Goebbelsowi. Minister propagandy spotkał się niebawem ze
Studnickim, nie pozostawiając mu żadnych złudzeń: „Wiem, że zawsze był pan
wrogiem Rosji – mówił. – (...) Ale dziś jest pan dla nas niewygodny, może pan
nam zaszkodzić albo nawet być niebezpieczny”.
Należałoby się zastanowić, czy gdyby Niemcy zaakceptowali propozycję
Studnickiego, znalazłby ochotników. Wydaje się – choć to jedynie nie poparta
źródłami intuicja historyka – że tak. Skoro w tym samym czasie udało się bez
większych trudności wyselekcjonować w obozach radzieckich grupę oficerów
polskich gotowych do współpracy, to podobna próba podjęta w oflagach i
stalagach niemieckich byłaby również uwieńczona sukcesem. Należy
przypuszczać, że w pierwszych miesiącach okupacji, kiedy dopiero rozwijała
się spirala terroru i gwałtu, zapewne udałoby się znaleźć chętnych
również „na wolności”.
Wydawało się, że właściwy czas nadszedł latem 1940 r., wraz z widocznym
narastaniem napięć między ZSRR a Niemcami. Na początku lipca 1940 r. Ludwik
Landau zanotował w swojej „Kronice”, że pojawienie się megafonów warszawska
ulica tłumaczyła spodziewanym ogłoszeniem przez nie „wezwania do wstępowania
do wojska, do jakichś oddziałów, tworzonych przeciw bolszewikom, istotnym
wrogom Polski”. Rozchodziły się plotki, że gdzieś na prowincji werbunek już
się zaczął. Nastroje takie musiały być stosunkowo powszechne, skoro
mieszkający w Grodzisku Mazowieckim Stanisław Rembek, człowiek wywodzący się
z PPS, tłumaczył spotkanemu na ulicy Wacławowi Sieroszewskiemu, że „jednak
należałoby zacząć paktować z Niemcami, żeby ratować, co się jeszcze da z
żywiołu polskiego, i żeby mieć jaką taką siłę zbrojną na wypadek powszechnej
rewolucji bolszewickiej, która według mnie grozi bardzo w związku ze
spustoszeniem całej niemal Europy”. Autor „Wyroku na Franciszka Kłosa” nie
znalazł uznania u starego pisarza. Natomiast spotkany tego samego dnia
Ferdynand Goetel nie tylko zgodził się z nim, ale stwierdził wręcz, „że już
coś robi w tym kierunku, ale wcześniej nie zacznie się, jak dopiero na
jesieni”.
Kiedy rok później wojna rzeczywiście wybuchła, Niemcy nie skorzystali z
kolejnej oferty Studnickiego „mobilizowania Polaków”, a nasz czołowy
germanofil znalazł się (na ponad rok) na Pawiaku. Jednakże latem 1941 r.
ustawiono w kilku miejscach Warszawy olbrzymie ekrany, na których pokazywano
krótkometrażówki, m.in. o cudzoziemskich ochotnikach udających się na front
wschodni. „Cała Europa walczy z bolszewizmem... – brzmiał komentarz – (...) U
boku żołnierza niemieckiego są Włosi, Hiszpanie, Belgowie, Norwegowie,
Holendrzy, Duńczycy, Chorwaci, Słowacy, Węgrzy i Rumuni. A ty gdzie jesteś,
Polaku?”. Po kontrakcji małego sabotażu Niemcy zaprzestali pokazywania filmu.
Niemcy zmieniają front
Jego prezentacja nie była zapewne wybrykiem jakiegoś nieodpowiedzialnego
propagandzisty, ale świadomą – i najprawdopodobniej nieuzgodnioną z Berlinem –
decyzją władz Generalnego Gubernatorstwa, które co pewien czas łagodziły
terror, czyniąc pozory porozumienia z Polakami. Podobnie było wiosną 1943 r.,
kiedy niemiecka propaganda w GG próbowała, szermując hasłami zagrożenia
bolszewicko-żydowskiego, zdyskontować sprawę katyńską. Od połowy maja 1943 r.
w „Nowym Kurierze Warszawskim” obok wykazu pomordowanych oficerów
zamieszczano – preparowane lub nie – listy do redakcji wzywające do walki
z „żydokomuną”.
„Jakiś autor takiego listu – zanotował Landau 29 maja 1943 r. – woła w
natchnieniu, że idzie na front walczyć z Żydami i bolszewikami i wzywa ogół
Polaków do pójścia w swoje ślady – pierwsza taka wyraźna próba werbunku”.
Pojawiła się pogłoska, że dowodzenie polskiego legionu antybolszewickiego
zaoferowano gen. Bortnowskiemu, który jednak odmówił. W oficjalnej prasie nie
brakowało entuzjastycznych doniesień o oddziałach Andrieja Własowa i tłumnie
zgłaszających się do dywizji SS-Galizien Ukraińcach, podkreślając, jak liczna
jest wśród nich dawna kadra Wojska Polskiego.
Odpowiednie rozegranie „sprawy polskiej” planowano jednocześnie w
rywalizujących kręgach hitlerowskiego establishmentu. Zapewne nie było
dziełem przypadku, że jednego dnia – 19 czerwca 1943 r. – aż dwóch dygnitarzy
przedstawiło Hitlerowi pomysł powołania Polaków pod broń. Pierwszym był szef
SS i policji Heinrich Himmler, który nie uczynił tego bez