Gość: Gurion [...] IP: 209.234.157.* 21.01.03, 15:46 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Odcienie szwedzkiej tolerancji 23.01.03, 04:09 Odcienie szwedzkiej tolerancji Grzeszny raj Jerzy Sławomir Mac Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod auspicjami Polskiej Akademii Nauk. - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji Polskiego Roku w Szwecji 2003. Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak jak polska homogeniczność narodowa. Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w 1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną. Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej kultury. Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan, głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie był im życzliwy. Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego uciekali "myślący inaczej". W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np. belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude) do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych" aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r. szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny... Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali jego czarnych, kręconych włosów. Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim, przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds. Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit". Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów. Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70 tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano, wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet za znaczki na listy pisane przez te dzieci. W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30 tys. zł... Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes, portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą. Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji. W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego. Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc. głosów. - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z niej uczyć - konkludował Kantor Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator ! JERUZALEM (...) O! WARSZAWO! 23.01.03, 04:10 W 140 rocznicę powstanie styczniowego O! JERUZALEM (...) O! WARSZAWO! Rafał Żebrowski Tytuł tego szkicu został zaczerpnięty z wiersza pt. "Rabin" Mieczysława Romanowskiego, poety rodem z Galicji, który swą młodą głowę złożył na pobojowisku pod Józefowem 24 IV 1863 r. Słowa w nim użyte są skargą bohatera utworu zaniesioną przed Boży Tron. Polskiego rabina poeta ukazuje jako proroka Jeremiasza, opłakującego Miasto Dawidowe, spustoszone babilońskim orężem. Odrzuca on propozycję objęcia lukratywnego stanowiska przewodnika duchowego jakiejś niemieckiej gminy, albowiem chce dochować wierności ziemi, na której się urodził. Posłowie przybyli z Zachodu przekonują: "Zważ: przyjaciółmi nam królowie świetni,\ A przy tej Polsce kto stoi?\ Szlachetni". Utwór ten powstał w 1862 r., gdy w Królestwie Polskim narastało wrzenie, zapowiadające wybuch powstania. Od wielu miesięcy jego stolica była widownią dramatycznych wydarzeń. Stworzyły one klimat, w którym wielu ludzi uświadamiało sobie wspólnotę losów obu ludów mieszkających na tej samej ziemi. W tej atmosferze każdy gest, każdy przejaw szlachetnych dążeń czy poświęcenia dla wspólnej sprawy, odbijał się szerokim echem. A przecież tak niedawno, bo w 1858- 1859 r., nieudany koncert dwóch sióstr stał się przyczyną napaści na Żydów, oskarżanych o bojkot tego "wydarzenia artystycznego". Wyemancypowani przedstawiciele młodej inteligencji żydowskiej, z kręgu asymilatorów, zaprotestowali. Był na to czas najwyższy, gdyż zapowiedzi narodzin nowoczesnego antysemityzmu można było już nie raz spotkać w publicznych wystąpieniach w latach 50. XIX w. Wszystko to jednak w cień usunęło widmo nadciągającej rewolucji, bowiem każde powstanie, czy rozbudzenie nadziei narodowych, owocowało zbliżeniem bądź "zbrataniem" polsko-żydowskim. Niesławnym wyjątkiem w tej materii było powstanie wielkopolskie w 1848 r. Szlachetne porywy sprzyjały odchodzeniu od stereotypów i uprzedzeń. Szczególnie ważne stawały się wówczas wydarzenia mające kontekst religijny. Ciągle niechęć do Żydów miała główną pożywkę w antyjudaizmie, który przełamywały gesty takie, jak wydanie przez naczelnego rabina Warszawy Bera Meiselsa polecenia odprawienia 19 IX 1861 r. modłów w synagogach o rychłe wyzdrowienie arcybiskupa Antoniego Fijałkowskiego, przychylnego dążeniom niepodległościowym. Niestety, kapłan ów zmarł 5 X 1861 r. Jego pogrzeb 10 X był wielką manifestacją patriotyczną. W pogrzebie wzięła udział delegacja rabinatu i gminy warszawskiej. Wedle planu uroczystości, miała ona spotkać kondukt na Placu Bankowym i w ten sposób złożyć uszanowanie zmarłemu. Jednak przedstawiciele Dozoru Bóżniczego i rabini przyłączyli się do pochodu. Potem w śledztwie wyjaśniali, że uczynili to pod presją tłumu. Co więcej, w ich pobliżu młody Żyd, ubrany w czamarę (uznaną za stój staropolski) niósł sztandar ze znakami narodowymi. Spostrzegłszy sztandar, Meisels zażądał jego wycofania, pod groźbą odstąpienia od uczestnictwa w pogrzebie. Autor pracy magisterskiej napisanej na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Majera Bałabana w latach 30. XX w., Majer Rozenblat, uważał, że naczelny rabin był zwolennikiem mniej ostentacyjnych i bardziej podkreślających żydowską odrębność sposobów manifestowania. Warto też zwrócić uwagę, że Dozór Bóżniczy wystąpił wówczas po raz drugi jako całość, a nie reprezentowany tylko przez tzw. duchowieństwo, w demonstracji patriotycznej. Za pierwszym razem było to podczas pogrzebu pięciu poległych (2 III 1861 r.), kiedy to naczelny rabin Warszawy odmówił Kadysz nad ich otwartą mogiłą, co było gestem bezprecedensowym ze strony misnagda. W obu tych przypadkach były to zgromadzenia odbywające się za zgodą władz zaborczych. Demonstracja ze strony Meiselsa i Dozoru polegała na przekroczeniu spodziewanego zakresu ich udziału w pogrzebach oraz częściowym przełamaniu barier religijnych. Jednak równocześnie naczelny rabin oświadczając 10 X: "Nasze duchowieństwo nie ma żadnego sztandaru", odnosił się do faktów dokonanych stworzonych przez młodych patriotów, ale i do religijnego aspektu ich czynu. Wiadomo bowiem, że wspomniany sztandar został zakupiony w sklepie z paramentami kościelnymi, a znaki narodowe były dziełem żydowskiego szmuklerza. Można więc przypuszczać, że forma owego znaku była nie do zakceptowania przez Meiselsa, jako że stojąc na czele reprezentacji wszystkich rabinów Królestwa Polskiego byłby zmuszony występować pod znakiem zapożyczonym z innej religii. Władze rosyjskie przywiązywały do owego incydentu bardzo dużą wagę. W sprawie sztandaru przeprowadziły ścisłe śledztwo i aresztowały kilkanaście osób, a dwie dalsze zbiegły za granicę. Znacznie poważniejszą sprawą było zamknięcie synagog. Mimo wprowadzenia stanu wojennego, ludność Warszawy demonstracyjnie obchodziła rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki. Manifestacje w kościołach skończyły się wkroczeniem do nich wojska (15/16 X 1861). W proteście przeciw profanacji świątyń, zostały one zamknięte. Policmajster zapowiedział, że podobny akt solidarności ze strony Żydów zostanie potraktowany jako wystąpienie przeciw władzom. Wobec tego Meisesls zwołał w swym mieszkaniu naradę z przedstawicielami komitetów obu synagog postępowych wraz z ich kaznodziejami, Markusem Jastrowem i Izaakiem Kramsztykiem. Zaproszono na nią przedstawicieli Dozoru Bóżniczego z jego prezesem Mojżeszem Feinkindem i sekretarzem Jakubem Rotwandem, ale wyraźnie chodziło o to, by przedsięwzięciu nie nadawać charakteru akcji gminy. Potem rabin naczelny udał się do policmajstra i oświadczył mu, że musi zamknąć synagogi, bowiem obawia się przeprowadzenia w nich demonstracji patriotycznych. W późniejszym śledztwie zeznawał, że policmajster pochwalił jego zapobiegliwość, a więc uważał, iż zgodę uzyskał. Toteż 18 X, na polecenie Meiselsa zostały zamknięte synagogi postępowe przy Daniłowiczowskiej i Nalewkach oraz jeszcze 4 dalsze, co nie było liczbą imponującą, jak na 130-140 domów modlitwy w Warszawie. Na nic jednak zdały się też drobniejsze wybiegi - np. zamknięto tylko główne wejścia do synagog, pozostawiając otwarte boczne. Władze nie miały zamiaru tolerować aktów bratania się obu nacji. Owocem zniecierpliwienia Petersburga wobec nich była wysłana jeszcze na początku maja "propozycja podjęcia środków zaradczych przeciw zbliżeniu Polaków i Żydów" (m.in. przez poprawienie sytuacji ludności żydowskiej). Teraz zdecydowano się na aresztowanie Kramsztyka, Jastrowa, Meiselsa i Feinkinda (28 X). Linia obrony oskarżonych polegała na wykazywaniu, że gmina, a także Meisels, nie posiada synagog pod swym bezpośrednim zarządem. Decydujący głos w ich sprawach mają kierujące nimi komitety bądź właściciele. Władze wiedziały, że jest to wybieg. Ostatecznie Meisels i Jastrow zostali wydaleni z Warszawy jako obcy poddani; Kramsztyk spędził pół roku na zesłaniu w Bobrujsku. Jedynie Feinkind - a wraz z nim i gmina - uniknęli cięższych represji, w czym zapewne spory udział miał fakt, iż ów kupiec był zasłużonym dostawcą armii rosyjskiej. Historyk Jakub Szacki wręcz sugeruje, że zwolnienie z Cytadeli zawdzięczał powiązaniom finansowymi z wysoko postawionymi Rosjanami. Prawdopodobnie jego wybór na stanowisko prezydującego Dozoru w niespokojnych czasach był podyktowany m.in. tym, że potrafił on rozmawiać z urzędnikami rosyjskimi i skutecznie docierać do nich drogami zakulisowymi. Strategia ochrony gminy przynosiła efekty. Jednak Feinkind nie mógł już pełnić funkcji prezydującego Dozoru i został z niej usunięty 16 XII 1861 r. "w wykonaniu rozkazu wyższego". Warto zastanowić się nad przełomowym znaczeniem tych wydarzeń w dziejach Żydów polskich. Ich aktywność polityczna do tej pory skupiała się na zakulisowych zabiegach o ochronę interesów społeczności żydowskiej. Przedstawiciele gminy warszawskiej potrafili skutecznie storpedować powoływanie współwyzna Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator hebrajski, film dla izraelskiej TV 23.01.03, 04:11 Nowe przekłady na hebrajski, film dla izraelskiej TV Izrael i ks. Jan Twardowski Ryszard Wasita Właściwie istnieje już gotowy materiał do nieistniejącej jeszcze książki pod tytułem "Żydzi i ich kultura w biografii i twórczości ks. Jana Twardowskiego", albo - "Ks. Jan Twardowski a świat Żydów polskich", albo jeszcze inaczej - "Obecność ks. Jana Twardowskiego w Erec Israel". Obecność poprzez coraz liczniejsze przekłady jego wspaniałych wierszy na hebrajski w czasopismach literackich, antologiach poezji polskiej, a już rychło spodziewać się można osobnego tomu. Wielkim i, niestety, niespełnionym marzeniem poety w sutannie było osobiste spotkanie z Ziemią Izraela. Miał tam w podjerozolimskim kibucu Maale Hahamisza największego przyjaciela swego całego życia - Leona Harari. Gdy żył (bo kochany przez wielu Leon już odszedł), zapraszał księdza Jana parokrotnie. W okresie peerelowskiej wrogości do młodego państwa żydowskiego nie było to możliwe, a gdy już stało się możliwe, nękały poetę choroby i słabości, za to Leon zdążył jeszcze odwiedzić księdza w Warszawie, przedstawić mu swego syna Avishai i wnuka. Ks. Twardowski miał być też naprawdę upragnionym (wiem, bo trochę pośredniczyłem) gościem Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, organizacji pisarskich w Tel Awiwie (już były ustalone miejsca i terminy spotkań!). Znakomity tłumacz Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego i... ks. Jana Twardowskiego - profesor literatury hebrajskiej, tłumacz i eseista David Weinfeld zapewniał mnie (i prosił o przekazanie), że sam razem z żoną zawiezie księdza wszędzie tam, gdzie będzie sobie życzył. Gdy ukazała się "antologia poezji polskiej po 1945 roku" w języku hebrajskim, jej autorzy: David Weinfeld i Rafi Weichert jako tytuł całości dali cytat z wiersza ks. Twardowskiego - "Po tylu rewolucjach". Cały rozdział tej przyszłej książki o związkach ks. Jana ze światem żydowskim będzie niewątpliwie poświęcony wypowiedziom, tekstom i trzem osobistym wizytom w Domu Sierot na Krochmalnej przyszłego poety i przyszłego księdza. Janusz Korczak bardzo wcześnie zaczął fascynować młodego chłopca z warszawskiej ziemiańsko--inteligenckiej rodziny. Kiedyś latem siedzieliśmy pod starym modrzewiem w ogródku kapelani przy Krakowskim Przedmieściu i niespodziewanie ks. Jan wyjął zeszyt i długopis i prosił o wyjaśnienie takich między innymi pojęć jak aszkenazyjczycy, sefardyjczycy, hebrajszczyzna, jidysz, ladino. Zapisywał mój "wykład" z zapałem, więc poprosiłem panią dr Helenę Datner- Śpiewak o rzetelniejsze materiały informacyjne. Toteż trudno się dziwić, że echa kultury żydowskiej tak bogato odzywają się w twórczości ks. Jana Twardowskiego. Na przykład w wierszu "Od końca" czytamy: "ewangelie czyta się jak hebrajskie litery od końca". Albo w krótkim rozważaniu pt. "Urok Psalmów" ks. Twardowski pisze: "Urzekają mnie Psalmy Dawidowe, modlitwy Starego Testamentu. Są one prawdziwą, czystą poezją miłosną, w której odnajdujemy w miłości do Boga te same przeżycia, jak w ludzkiej miłości: radość, smutek, zwątpienie, rozpacz, szczęście, samotność, zachwyt, uwielbienie". Całkiem niedawno prosił mnie ks. Jan o "wykład" na temat chasydyzmu. Powiedziałem, co wiedziałem, czując oczywiście ogromny niedosyt. Odnalazłem w domu zwięzłe, ale rzetelne hasło "chasydyzm" w mojej "Encyklopedii Tradycji i Legend żydowskich" Alana Untermana. Przyniosłem księgę na następne spotkanie. Ks. Jan nie tylko uważnie przeczytał to hasło, ale długo wertował całą encyklopedię. "Jaki to ciekawy świat" - powiedział wyraźnie wzruszony. Chciał, abym zdobył egzemplarz encyklopedii dla niego. Nie było to łatwe, ale się udało i poeta się po prostu hasłami encyklopedii zaczytywał. Kiedy po dłuższej przerwie (szpital) znowu odwiedziłem ks. Jana Twardowskiego w jego małych pokoikach pełnych ludowych rzeźb, obrazów, witraży, rodzinnych pamiątek z ukochanym portretem matki i cudem ocalonym z pożogi wojennej starym sekretarzykiem, niosłem list od pisarki hebrajskiej z Tel Awiwu (ale rodem z Krakowa) lubianej i w Polsce (sześć książek wydanych w polskich przekładach) - Miriam Akavii, a w tym liście takie słowa: "Tymczasem możesz zrobić przyjemność ks. Janowi Twardowskiemu, właśnie w najnowszym numerze naszego pisma "77" ukazał się jego wiersz w moim tłumaczeniu. Tylko cztery wersy, a jakie wymowne". Zostawiłem przysłane w liście kserograficzne odbitki, bo o to prosił. "A miałem niedawno wizytę bardzo sympatycznego, wykształconego pana z Izraela. Odnalazł mnie tutaj, bo chciał mnie poznać i porozmawiać" - poinformował mnie ks. Jan. Dowiedziałem się, że dr Filip Rosenstein, to człowiek młody - ksiądz go określił jako czterdziestolatka - czytał hebrajskie przekłady ks. Jana. Tłumacz i eseista, sam zaczął tłumaczyć wiersze ks. Twardowskiego i chce je włączyć do przygotowywanej nowej antologii poezji polskiej. Cały czas podkreślał zarazem wysoką jakość sztuki translatorskiej dotychczasowego "głównego" tłumacza wierszy ks. Jana na hebrajski - Davida Weinfelda. Wiersze i proza ks. Jana Twardowskiego ukazują się nakładem jednej z krakowskich oficyn w dwudziestu tomach jako Dzieła Zebrane. Siedem tomów już wydano. Ukazały się też różne wybory po niemiecku (także i w Szwajcarii), francusku, niderlandzku, rosyjsku (zachwycony jest tymi wierszami wielki rosyjski humanista Siergiej Awierincew), słowacku, włosku. Ale dla ks. Jana najważniejszy jest hebrajski. "To przecież język Adama i Ewy" - żartem zasłania wzruszenie. Dr Filip Rosenstein uczestniczył też w filmie nakręconym dla izraelskiej TV (październik 2002 rok) w liczącej już ponad trzysta lat kapelani przy Krakowskim Przedmieściu. Ks. Jan mówił nie tylko o sztuce, o wierszach. Także o ludziach. Nie mogło zabraknąć serdecznego wspomnienia o przyjacielu z lat jeszcze przedwojennej młodości - Leonie Harari, który potem stał się kibucnikiem. Kiedyśmy się w głodowym roku stanu wojennego w Polsce (1982) spotkali w Augsburgu, Leon dał mi dużą suszoną kiełbasę i szepnął z uśmiechem: "To dla Janka. Wiesz, którego". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: zecik Re: Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow IP: *.sympatico.ca 23.01.03, 04:05 Gość portalu: misiek napisał(a): > Zakladam liste morderstw popelnionych przez zydow. > W Palestynie codziennie gina ludzie, jesli nie zginie co najmniej 10 > to prasa swiatowa nawet o takim wydarzeniu nie wspomni. > W czasie 2 letniego palestynskiego powstania zydzi zamordowali okolo 2000 > ludzi. > > Zydzi morduja nie tylko w Palestynie. > Najwiekszym mordercom w histori Nowego Jorku jest rowniez zyd - Berkovitz. > > Zydzi mordowali Rosjan,Polakow,Czechow w miedzywojennej Europie. > > Zydzi mordowali zolnierzy egipskich ktorzy oddali sie do niewoli w czasie > wojny 1967. > > > Proponuje wpisywac w ten post kazde morderstwo popelnione przez czlonkow > rasy zydoskiej - bez wzgledu kiedy lub gdzie zostalo popelnione. > > > misiek Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Wspomnienie o Jakubie Goldbergu 23.01.03, 04:12 Wspomnienie o Jakubie Goldbergu współtwórcy legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego Janusz Kozłowski Ze stolicy Danii, Kopenhagi, nadeszła wiosną zeszłego roku smutna wiadomość, że zmarł tam Jakub Goldberg - reżyser i scenarzysta, współtwórca legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego. Należał do pierwszego rocznika Wyższej Szkoły Filmowej, tak zwała się wówczas nasza uczelnia nienosząca jeszcze w nazwie słowa "państwowa" - wspomina wieloletni rektor PWSFTviT w Łodzi, prof. Henryk Kluba. - Jakub Goldberg przyjęty został na Wydział Reżyserii 5 października 1948 r. Warto nadmienić, że otrzymał indeks z numerem 9. Razem z nim studiowali na tym samym Wydziale między innymi: Stanisław Lenartowicz, Janusz Nasfeter, Wadim Berestowski, Jan Batory, Ewa i Czesław Petelscy, a na równoległym Wydziale Operatorskim - Roman Wionczek, Kurt Weber, Zbigniew Raplewski. Był to jeden z najliczniejszych powojennych roczników - liczył prawie stu studentów. Kuba Goldberg, pochodzący z Warszawy, gdzie się urodził 29 sierpnia 1924 r., jak pamiętam jego ojciec był z zawodu stolarzem, miał o wiele trudniejszy start niż większość z nas, ponieważ nie miał wcześniej żadnego przygotowania zawodowego, ja na przykład byłem słuchaczem Studium Teatralnego im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Poznaliśmy się w 1953 r., wówczas kiedy zacząłem studiować. Zbliżyła nas potem gra w eksperymentalnym, legendarnym dzisiaj filmie Romana Polańskiego "Dwaj ludzie z szafą". Mnie z Kubą Goldbergiem przypadło w udziale dźwigać wspólnie osławioną szafę z lustrem. Kręciliśmy go w bardzo trudnych warunkach na wybrzeżu. Wiele niecodziennych zdarzeń wiąże się z tym filmem, ale w pamięci utkwiły mi najbardziej dwa wydarzenia. Scena, w której wygrzewamy się, leżymy z Kubą w słońcu, patrząc na przesuwające się chmurki (uchwycił to po mistrzowsku Roman Polański), wśród gigantycznych stosów drewnianych beczek, służących do przechowywania i transportu ryb. Widzi nas strażnik, nakazuje opuścić to miejsce i kiedy opieramy się, wyrywa klapkę z rozsypującej się beczki, bije nas i przepędza. Zapach, jaki wydobywał się z beczek był nie do zniesienia, po kilku minutach strasznie rozbolała nas głowa. Ale opłacało się... powstała bowiem scena utrzymana w świetnym, surrealistycznym klimacie. Przebywaliśmy bardzo długo razem, od wczesnego rana do późnego wieczora na planie i nastał taki moment, taki czas, kiedy już mieliśmy wszyscy siebie dość. Polański jeszcze przed kręceniem filmu kazał mi specjalnie zapuścić zarost. Któregoś dnia Kuba wyrwał maszynką do golenia część mojego zarostu. Roman się wtedy niesamowicie wściekł, stłukł lustro i zszedł z planu. Później pojawił się, jak gdyby nic się nie stało. To był właśnie cały Romek. Zakupiono wtedy, na wszelki wypadek, dziesięć luster. Jakub Goldberg, jak go zapamiętałem, żył szybko, pełnią życia. Był niezrównany w towarzystwie, lubił w nim brylować, ubierał się elegancko i modnie. Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie lata. Spotykaliśmy się później w mieszkaniu Andrzeja Czekalskiego. Żywił zawsze wielki sentyment do Łodzi, do pamiętnych schodów w Szkole Filmowej i do "Honoratki". Chcemy ufundować pamiątkową tablicę na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Goldberga kilkakrotnie wspomina Roman Polański w książce "Roman" (Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989) - Innym człowiekiem z naszego kółka był Kuba Goldberg, absolwent łódzkiej szkoły, ze świetną opinią, choć w czasie pięciu lat studiów nie udało mu się zrealizować ani jednego filmu. Tego dowcipnego, przedwcześnie pomarszczonego, elegancko ubranego człowieka, otaczał nimb niezwykłości i to z jednego wyłącznie powodu: łączyła go przyjaźń z Andrzejem Munkiem, który mianował go swoim asystentem. Był współreżyserem oraz współautorem scenariusza - wraz z Jerzym Skolimowskim i Romanem Polańskim - głośnego "Noża w wodzie", który po znanych perypetiach politycznych w kraju, nominowany na Zachodzie do Oskara, utorował Polańskiemu drogę do kariery światowej. Jakub Goldberg był między innymi asystentem reżysera w tak głośnych filmach powojennych, jak: "Celuloza" (1953) i "Pod Gwiazdą Frygijską" (1954) Jerzego Kawalerowicza, współpracował reżysersko przy powstawaniu "Człowieka na torze" (1956) i "Eroiki" (1957) Andrzeja Munka, które przeszły do historii kina polskiego. Jako drugi reżyser asystował przy kręceniu filmu "Mąż swojej żony" (1960). W sumie brał udział w tworzeniu kilkunastu polskich filmów. W pięknym i wzruszającym pożegnaniu Jakuba Goldberga, zamieszczonym na łamach łódzkiej "Gazety Wyborczej" (z 20 maja ub.r.), jego bliscy i wieloletni przyjaciele - Andrzej Czekalski i Andrzej Gronau napisali: I wydawało się, że Ty - mały Kuba, mądry Kuba, wesoły Kuba - nie możesz mieć wrogów. Ale przyszedł czas i źli ludzie zmusili Cię do wyjazdu. Na Dworcu Gdańskim nadrabiałeś miną w oknie odjeżdżającego pociągu. Poszarzało, posmutniało na tyle długich lat. Zostały tylko listy, dużo listów, zaproszenia, odwiedziny. Ostatni raz, już wiedząc, żegnaliśmy Cię na Okęciu. Powiedziałeś: "Odlatuję...". To było ostatnie słowo, które usłyszeliśmy od Ciebie. Przymykamy oczy, bo chcemy widzieć jak odlatujesz, lecisz, mały jak polskie ptaki, lecisz ku słońcu. Tacy radośni jak Ty, mogą odlatywać tylko ku słońcu. To nic, Kubuś. Z naszej półki już biorą. Zobaczymy się niebawem... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: WOJO!!!! [...] IP: 168.143.123.* 25.01.03, 16:46 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: wikul W pobliżu Hebronu zginęło trzech Izraelczyków IP: *.acn.waw.pl 25.01.03, 23:33 23.1.Jerozolima (PAP/AP) - Trzech Izraelczyków zginęło w czwartek z rąk Palestyńczyków w pobliżu Hebronu na Zachodnim Brzegu Jordanu - poinformowali świadkowie. (PAP) ala/ mc/ hes/ 6311 Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Żydzi z Góry Kalwarii 25.01.03, 23:53 Żydzi z Góry Kalwarii Henryk Prajs Skąd wzięli się Żydzi w Górze Kalwarii? Wedle siedemnastowiecznej chasydzkiej legendy pierwszym, który chciał zamieszkać w Górze Kalwarii mimo zakazu i niechęci do Żydów, był Baal Szem Tow. By ominąć zakaz, nocował w pobliskim Czersku. Ponoć kamień, przy którym zatrzymał się, przetrwał do dziś. W Górze Kalwarii nie tolerowano Żydów i nie pozwalano się im osiedlać. Sytuację odmienił rząd pruski, który w 1802 roku zniósł feudalne przywileje grodów. Natychmiast liczba mieszkańców Góry Kalwarii zaczęła się zwiększać. Żydzi przybywali głównie z pobliskich wsi. Do 1817 r. osiedliły się w mieście 332 osoby, a w 1825 było ich już dwa razy więcej. Katolicy powoli zaczęli stawać się mniejszością. Pierwsi żydowscy osadnicy mieszkali w wynajętych pokojach. Podnajmowali też pomieszczenia na warsztaty, bóżnicę, jak również na chedery. Dopiero kupiec Aron Kleyn w 1806 r. wybudował sobie, jako pierwszy, dom przy Rynku. Żydzi w Górze Kalwarii niechętnie widziani byli w mieście przez miejscową społeczność, a w szczególności przez zakonników, sklepikarzy, karczmarzy i rzemieślników. Napływowa ludność wyznania mojżeszowego odbierała im klientów. Oczywiście, inaczej myślano w magistracie, gdzie na Żydów patrzono przez pryzmat podatków wpływających do kasy miejskiej. Na początku XIX wieku tysiące żydowskich pielgrzymów stały się manną z nieba dla Góry Kalwarii - każdy zasilił miejską kasę. Społeczność chrześcijańska Góry Kalwarii broniła się wszystkimi sposobami przed konkurencją gospodarczą ze strony przybyszów. Aby prowadzić jakąkolwiek działalność zarobkową Żydzi musieli wykupić koncesję, której cena na przestrzeni lat 1814-1825 wzrosła dziesięciokrotnie. Główną przyczyną sporów stały się zyski z produkcji i sprzedaży trunków. Do Prokuratury Generalnej stale docierały liczne petycje, podpisywane przez chrześcijan. Żądali w nich od Księcia Namiestnika Królewskiego, aby zabronił Żydom fabrykacji trunków i prowadzenia szynków, jak to się stało w Grójcu. Władze miasta nie zawsze przychylnie ustosunkowywały się do powyższych żądań, gdyż Żydzi znacząco zasilali miejską kasę. Dzięki przybywającym do Góry Kalwarii Żydom miasto znacznie się ożywiło. Rozwinęli oni rzemiosło i handel. Zawiązując kontrakt z Radą Miejską, Hersz Birenbaum i Judka Goldberg dokończyli budowę ratusza. Żydzi wybudowali też Sukiennice wzdłuż ulicy 3 Maja, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Stale przeprowadzali remonty ulic i urządzeń miejskich, wznosili nowe budynki, kreując wygląd i atmosferę miasta. Góra Kalwaria stała się znanym ośrodkiem żydowskiego kultu religijnego. * * * Cadyk - ostoja świata, jego dusza, jego życie; pośrednik między ludem a Bogiem. Wśród coraz bardziej popularnych chasydów rozwinęła się potrzeba posiadania silnego, charyzmatycznego przywódcy - cadyka. To on nauczał, rozsądzał zarówno sprawy religijne jak i życiowe. Godność cadyka była często dziedziczona z ojca na syna. Założycielem dynastii cadyków z Góry Kalwarii był Icchok Mejer Alter, zwany Gerer Rebe, w skrócie "Ger", a przez chasydów - Chidesz - Arym. Przybył do Góry Kalwarii w 1859 roku z Warszawy. Początkowo dochody przynosił mu skład sukna (założony przez bogatego teścia) w Warszawie. Po zdobyciu sławy, budżet Altera zasilali również hojnymi darami jego zwolennicy. Cadyk Gerer Rebe zyskał dużą popularność wśród Żydów. Rzesze pielgrzymów oblegały ulice Góry Kalwarii, zwłaszcza podczas świąt. Podziwiano niezwykłe zdolności umysłowe cadyka, który słynął także z prawości i łagodności charakteru. Alter zmarł w 1866 roku. Społeczność żydowska długo wspominała swego cadyka, a wielu nowo narodzonym chłopcom nadawano jego imię. * * * Następcą Gerer Rebe został jego nie mniej wybitny wnuk Arie Lejb zwany "Swas - Emes". To za jego czasów rozpoczęto w Górze Kalwarii budowę marmurowej bóżnicy. Jeszcze za jego życia swoje rządy rozpoczął jego pierworodny syn. Abram Mordechaj Alter, najsłynniejszy cadyk z Góry Kalwarii. Gdziekolwiek się pojawiał, towarzyszyły mu tłumy. W Polsce miał ponad sto tysięcy zwolenników. Pielgrzymi przybywali do niego także z krańców Kongresówki, Galicji, Austrii, Węgier i innych krajów. Pozwolę sobie przytoczyć relację z pielgrzymki do Góry Kalwarii z 1924 roku niemieckiego pisarza Alfreda Döblina: "Po południu pielgrzymi cisną się do wielkiego stołu cadyka. Tłok przy tym taki, jak na przedpołudniowej audiencji, a nawet gorszy. Wielki stół zostaje wniesiony do hali. Niektórzy dużo wcześniej wczołgają się pod stół, żeby potem stać blisko świętego. Cadyk zasiada z synami i dostojnymi gośćmi. Cała reszta stoi dookoła. Przy jedzeniu cadyk tłumaczy objaśnienia Talmudu i Torę, podaje nowe wykładnie. Wyznawcy obserwują jego i gości, śledzą jego ruchy, podchwytują i tłumaczą sobie nawzajem każde jego słowo. Najbardziej pożądane są "szyraim", resztki z misy cadyka. Biją się o nie. Czasem cadyk sam daje komuś kęs ze swojej miski". Nieoficjalnie mówiło się, że cadyk Abram Mordechaj Alter był udziałowcem kolejki wąskotorowej z Warszawy do Góry Kalwarii, nazywanej przez Żydów "Rebes kolejka". Powodem decyzji o budowie kolejki niewątpliwie były częste pielgrzymki do siedziby cadyka oraz potrzeba połączenia stolicy z cegielniami w Baniosze. Książę Stefan Lubomirski i hrabia Tomasz Zamojski chętnie więc wyłożyli pieniądze na budowę linii, gdyż widzieli w tym dobry interes. Cadyk miał ogromny wpływ na swoich sympatyków. Raz zdarzyło się, że gdy jechał kolejką do Warszawy, ktoś rzucił kamieniem w zajmowany przez niego wagon. Cadyk nie zareagował. Dopiero po powrocie opowiedział o incydencie swoim zwolennikom. Pielgrzymi w imię protestu postanowili więcej kolejką nie jeździć. Dopiero gdy do Góry Kalwarii przybył wysokiej rangi urzędnik i przeprosił cadyka, wagony znów zapełniły się pielgrzymami. Abram Mordechaj Alter był zapalonym bibliofilem. Niestety, jego unikalna biblioteka została zrabowana przez hitlerowców. Dwór cadyka stał się w latach międzywojennych nie tylko jednym z ważniejszych ośrodków religijnych w Polsce i Europie, ale także żydowskim centrum politycznym i społecznym, ostoją religijnego konserwatyzmu. Zaraz po wybuchu wojny, Alter z dwoma synami trafił do Warszawy. Przez pewien czas ukrywał się w warsztacie szewskim. Dzięki pomocy urzędnika ambasady włoskiej i grupy działaczy żydowskich przedostał się do Palestyny. W warszawskim getcie gestapo wywiesiło plakaty oferując wysoką nagrodę za jego głowę. Nikt jednak nie ważył się go wydać. Abram Mordehaj Alter zmarł w 1948 roku w swej kupionej jeszcze przed wojną posiadłości w Jerozolimie. Z jego pozostałych przy życiu zwolenników utworzył się w Izraelu dwór. Jego naczelną postacią był najstarszy syn Abrama: Byjnem. Dziedzic tradycji - Pynches Menachem (najmłodszy syn Abrama) na początku lat siedemdziesiątych odwiedził Górę Kalwarię. * * * Przed wojną, w 1939 roku, w Górze Kalwarii mieszkało 3300-3800 Żydów. Wkrótce po wkroczeniu do miasta Niemców, wojenny burmistrz Ewald Jauke zabronił Żydom uprawiania handlu, rzemiosła, hodowli gołębi, a także słuchania radia i utrzymywania kontaktów z ludnością polską. Codziennie, niezależnie od pogody, pod ratuszem musiało się stawić stu mężczyzn do pracy. Wielu młodym Żydom udało się uciec z miasta. Chowali się po wsiach, albo w nadwiślańskich zaroślach. Wiosną 1940 r. hitlerowcy zwieźli do miasta około 400 Żydów z Łodzi, Pabianic, Aleksandrowa i Sierpca. W czerwcu tego roku z rewiru żydowskiego utworzono getto. Porządku w nim strzegli funkcjonariusze żydowskiej policji. Później podzielili los reszty wysiedlonych i trafili do Treblinki. Żydom nakazano noszenie gwiazdy Dawida. Nie wolno im było opuszczać getta. Getto zlikwidowano w dniach 25-26 lutego 1941 roku. Tak zakończył się los trzech tysięcy Żydów z Góry Kalwarii. Zginęli w kom Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Grzeszny raj 25.01.03, 23:49 Odcienie szwedzkiej tolerancji Grzeszny raj Jerzy Sławomir Mac Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod auspicjami Polskiej Akademii Nauk. - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji Polskiego Roku w Szwecji 2003. Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak jak polska homogeniczność narodowa. Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w 1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną. Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej kultury. Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan, głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie był im życzliwy. Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego uciekali "myślący inaczej". W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np. belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude) do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych" aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r. szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny... Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali jego czarnych, kręconych włosów. Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim, przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds. Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit". Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów. Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70 tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano, wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet za znaczki na listy pisane przez te dzieci. W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30 tys. zł... Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes, portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą. Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji. W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego. Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc. głosów. - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z niej uczyć - konkludował Kantor Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Przeszłość, która jest za progiem 25.01.03, 23:51 Przeszłość, która jest za progiem 19 kwietnia 1943 r - (a) Miesiąc kwiecień, trwale skojarzony z powstaniem w getcie warszawskim, jest dla społeczności żydowskiej na całym świecie czasem pamięci o zagładzie żydowskiej diaspory w Europie. Walka i tragedia warszawskiego getta wpisała się w długi ciąg dramatycznych wydarzeń, które dotykały naród żydowski od czasów najdawniejszych, a dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce w miesiącu Nisan, hebrajskim odpowiedniku kwietnia. Ale nie tylko ta okoliczność przydała powstaniu rangę symbolu. Daleko ważniejsze jest to, co wnosi ono do kanonu narodowych wartości. Powstańcy warszawskiego getta upomnieli się o dwa podstawowe prawa: prawo do człowieczeństwa i prawo do wolności. W sensie militarnym był to akt skrajnej desperacji. Ale przesłanie ideowe zawarte w dokumentach powstańczych jest owocem dojrzałego namysłu i świadomości celów, które muszą towarzyszyć Żydom, gdziekolwiek się znajdują. Zgodnie z kanonami ówczesnej poprawności politycznej powstańcy głosili, iż walczą za "wolność naszą i waszą", ale wywiesiwszy flagę niebiesko-białą obok biało-czerwonej, po raz pierwszy od czasów Machabeuszy przypomnieli, iż to prawo przysługuje nie tylko narodom pośród których żyją, ale także Żydom jako narodowi. Ziarno wolności rzucone na glebę żydowskich tęsknot i przez tysiąclecia diaspory przechowywanej nadziei "powrotu do Jerozolimy", już nazajutrz po upadku hitleryzmu zaczęło rozsadzać tradycyjny dla czasów wygnania model myślenia żydowskiego o Żydach jako wiecznych poddanych, kupujących nadzieję u władców państw, w których osiedli. Sześć milionów ofiar nazizmu, faszyzmu i antysemityzmu, uświadomiło ocalałym z owego całopalenia, że we współczesnym świecie przetrwać może tylko naród wolny. Z tej wiedzy i z tego tragicznego doświadczenia narodziło się przemożne dążenie, by wbrew wszystkim wrogom i wszelkim trudnościom powrócić na ziemię izraelską, skąd przed 2000 lat obca przemoc Żydów wygnała. Powstańcy getta warszawskiego stali się wzorem i natchnieniem dla młodzieży żydowskiej, która podjęła walkę z Anglikami i Arabami o ustanowienie państwa żydowskiego, a po jego proklamowaniu z inwazją ościennych krajów arabskich. I choć ich desperacja miała inny wymiar niż desperacja młodzieży gettowej, to jedno było w ich myśleniu wspólne: myśl o wolnym narodzie żydowskim. Pamięć getta warszawskiego, powstania, tak jak pamięć Zagłady, mimo dziesiątków upływających lat, jest wciąż trwałym elementem historycznej świadomości Żydów na całym świecie. W Izraelu stanowi ona ważny składnik wychowania obywatelskiego i patriotycznego młodego pokolenia Izraelczyków. W diasporze jest ona, obok czynnika religijnego i szeroko pojętej kultury żydowskiej, jednym z najważniejszych elementów społecznej integracji środowisk żydowskich. Jom Szoa - Dzień Pamięci Zagłady, gromadzi na uroczystościach i okolicznościowych imprezach ludzi z różnych opcji politycznych i światopoglądowych, złączonych jednym pragnieniem - uczczenia milionów żydowskich ofiar nazizmu. Nie ulega wątpliwości, iż obecna diaspora żydowska korzysta w demokratycznych krajach z praw i wolności obywatelskich na równi z innymi obywatelami tych krajów. Dyskryminacja nie jest już problemem żydowskim nawet w państwach, które wychodzą z totalitaryzmu. Ale pojawiają się nowe zagrożenia. Dzisiaj takim dramatycznym zagrożeniem jest islamski terroryzm, który dotyka nie tylko społeczeństwo izraelskie, ale także środowiska żydowskie w diasporze. Giną ludzie, bomby wybuchają pod budynkami należącymi do żydowskich instytucji świeckich i religijnych. Państwa islamskie otwarcie prowadzą skrajnie antysemicką propagandę, korzystają bez żenady z tradycyjnego arsenału antysemickich kłamstw, pomówień i fałszerstw, upowszechniają najdziksze antyżydowskie wymysły w szkole, w prasie, w nauczaniu religijnym. Powiela się prastare brednie o używaniu krwi dzieci chrześcijańskich i muzułmańskich na macę, opowiada, cytując "Protokoły mędrców Syjonu", o rzekomych wrogich zamiarach Żydów wobec świata nieżydowskiego, głosi pochwałę polityki nazistowskiej wobec Żydów i jednocześnie poddaje w wątpliwość prawdę o Holocauście. Gdyby te bezeceństwa nie przekraczały granic krajów islamskich, głównie zresztą arabskich, w których Żydów praktycznie nie ma, bo albo ich wypędzono, albo uszli, by ratować życie, najczęściej zostawiając swoje dobra, problem ten byłby może mniej groźny. Wystarczy jednak spojrzeć na arabsko-muzułmański zalew Europy Zachodniej, Ameryki Południowej i częściowo Północnej jak również Australii, by zrozumieć obawy środowisk żydowskich, czy aby ta brudna fala islamskiego antysemityzmu nie stanie się zaczynem nowych tragicznych doświadczeń żydowskiej diaspory, tym razem już nie tylko w Europie. Powstanie w getcie warszawskim miało miejsce 59 lat temu. Ale nauki, jakie płyną z tamtych wydarzeń, mają wymiar nie tylko historyczny. Przeszłość, niestety, nie jest wciąż zamkniętą kartą. Ona jest za naszym progiem. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Spotkamy się w Internecie 25.01.03, 23:51 Spotkamy się w Internecie Poldek Sobel Wraz z rozwojem Internetu od kilku lat powstaje coraz więcej grup dyskusyjnych operujących w przestrzeni cybernetycznej. Od marca 1997 roku działa również grupa internetowa Żydów polskich pokolenia powojennego. Są to głównie emigranci pomarcowi, którzy po 1968 roku znaleźli się w krajach skandynawskich, USA, Izraelu, Kanadzie, Europie Zachodniej i Australii, ludzie związani z powojennym pokoleniem Żydów polskich przez wspólne wspomnienia ze szkół żydowskich, klubów TSKŻ, kolonii letnich i obozów studenckich organizowanych przez TSKŻ w latach 1958-1967. Dzięki inicjatywie kilku zapaleńców, którzy zapoznali się z działaniem różnych grup internetowych, powstała unikalna struktura internetowa dla Żydów polskich zainteresowanych w utrzymywaniu wzajemnych kontaktów. Nazwa Świetlica odzwierciedla spotkania dzieci i młodzieży po nauce w świetlicach szkół żydowskich we Wrocławiu, Łodzi, Szczecinie, Wałbrzychu, Legnicy czy Dzierżoniowie lub spotkania w świetlicach TSKŻ, gdzie zawsze można było wpaść i spędzić czas w miłej domowej atmosferze. O działalności Świetlicy dowiedziałem się latem 1998 r. na zlocie emigracji polskiej w Izraelu, ale z powodów technicznych podłączyłem się do tej grupy w końcu 1999 roku. Wówczas istniała już rozgałęziona sieć grup internetowych, które wyrosły ze Świetlicy i przekształciły się w kilka grup prywatnych, niezwiązanych z żadną strukturą nadrzędną. Jedną z takich grup jest Wysepka, w której uczestniczy wielu członków Świetlicy. Istnieją również oddzielne grupy informacyjne dla emigrantów w USA, Izraelu, Kanadzie, Francji, Niemczech, Danii i Szwecji. Grupa polska skupia naszych kolegów i koleżanki, którzy uczestniczyli w życiu żydowskim przed 1968 rokiem, ale z różnych przyczyn pozostali w Polsce lub powrócili z emigracji w końcu lat 80. lub 90. Istnieje też internetowa grupa byłych uczniów szkoły żydowskiej im. Szołema Alejchema we Wrocławu, którzy jako ostani otrzymali tam maturę w roku 1968. Istnieją też listy czysto informacyjne, np. jeden z kolegów w Szwecji oferuje zainteresowanym osobom materiały prasowe po polsku lub w innych językach. Wynajduje on interesujące materiały w Internecie lub skanuje je z nadesłanych artykułów i rozsyła po całym świecie. Tematyka jest różnorodna, ale głównie związana z sytuacją Żydów w różnych krajach. Podczas toczącej się w Polsce dyskusji o Jedwabnem otrzymaliśmy chyba najbardziej wyczerpujący serwis informacyjny z prasy polskiej i z innych krajów. Obecny stan osobowy Świetlicy wynosi ok. 320 osób, choć liczba osób czytających i dyskutujących jest płynna. Tematyka rozmów internetowych jest podzielona na dwa poziomy. Poważne dyskusje odbywają się w podgrupie nazwanej Serio, gdzie ilość wypowiedzi jest ograniczona do kilku dziennie. Rozmowy w bardziej swobodnym tonie są prowadzone w podgrupie Forum, gdzie można zamieszczać znacznie większą ilość listów. Rozmowy na serio dotyczą głównie polityki, historii i kultury żydowskiej, a dzięki naszej koleżance dziennikarce otrzymujemy bieżące informacje Reutera o najważniejszych wydarzeniach, szczególnie w Izraelu. Wśród naszych kolegów wielu dzieli się swoimi wiadomościami, ekspertyzami i umiejętnościami. Najtrudniejsze problemy związane z komputerami są rozwiązywane dzięki pomocy naszego webmastera Wieśka Kochańskiego ze Sztokholmu, zwanego webskim, który jest odpowiedzialny za administrację Świetlicą. Czerpiemy wiele z doświadczeń krajów emigracji. Informujemy się nawzajem o nowych książkach, filmach, programach telewizyjnych i wystawach. Najprzyjemniejsze są wspomnienia z naszej młodości - z kolonii, obozów. Odtwarzamy w pamięci nasze domy we Wrocławiu, Legnicy lub w Warszawie, rozmawiamy o naszch rodzicach. Różne są tony naszych rozmów, czasem w Internecie prowadzimy polemikę związaną z dzisiejszą Polską, stosunkiem do Żydów w różnych krajach no i otrzymujemy informacje "z pierwszej ręki" o sytuacji w Izraelu od kolegów tam mieszkających. Niektórzy koledzy dzielą się z nami owocami swej pracy, np. niedawno otrzymaliśmy od kolegi z odległego miasta w Kanadzie wykaz miasteczek żydowskich w Polsce, wraz z informacją, jak można je znaleźć w Internecie. Jest to rezultat jego wieloletniego zainteresowania tymi miejscami i pracy wykonanej dla internetowej genealogicznej grupy żydowskiej działającej w Ameryce Północnej. Jeżeli potrzebna jest nam jakaś informacja lub chcemy kogoś odnaleźć, wystarczy to "puścić na Świetlicę" i po kilku godzinach otrzymujemy odpowiedź na pytanie, jak coś powiedzieć prawidłowo po hebrajsku lub jak odnaleźć swojego dawno zaginionego krewnego lub kolegę z klasy. Osobiście udało mi się odnaleźć kilka osób, z którymi nie miałem kontaktu od ponad 30 lat. Najbardziej interesujące jednak są osobiste spotkania członków Świetlicy. Gdy jest to tylko możliwe, spotykamy się podczas wakacji lub podróży, nawet służbowych, choćby na kilka godzin pomiędzy startami samolotów w jakimś odległym mieście. Czasami udaje się nam spotkać w większym gronie, jeżeli np. ktoś przyjeżdża do Nowego Jorku, Londynu, Paryża lub do Izraela. Wtedy umawiamy się w kawiarni lub restauracji. Czasem jednak nawiązane przez Internet przyjaźnie są tak silne, że urządzamy sobie kilkudniowe weekendy u internetowych znajomych, np. w Kopenhadze lub w Paryżu. W pewnym sensie dzięki Internetowi udaje się nam przywołać atmosferę, która panowała w szkołach żydowskich, klubach, na koloniach i obozach TSKŻ, atmosferę swojskości i intymności. A najważniejsze jest to, że piszemy po polsku i rozumiemy wiele niuansów, których nie możemy ani wypowiedzieć, ani dać do zrozumienia naszemu otoczeniu, w którym jesteśmy na co dzień. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gitman [...] IP: bierki:* / 192.168.9.* 26.01.03, 19:18 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator [...] 27.01.03, 03:30 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Michal Nie wiedzialem ze to az tyle! IP: *.acn.waw.pl 27.01.03, 02:39 ale jestem w stanie w to uwiezyc, znam paru zydow i spodziewalbym sie po nuch wszytskiego... Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Wychowanie jest twórczością 28.01.03, 00:08 Wychowanie jest twórczością Profesor Aleksander Lewin (1915-2002) Ryszard Wasita Trzeciego września 2002 roku pożegnaliśmy na warszawskim cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej profesora Aleksandra Lewina. Z ciężkim sercem przystępuję do pisania tego biograficzno--wspomnieniowego tekstu. Jak pisać w czasie przeszłym o człowieku, z którym przez parę ostatnich dziesięcioleci połączyły mnie wspólne prace edytorskie i redakcyjne, wspólne podróże studyjne (parokrotnie między innymi do Izraela, Szwajcarii, Niemiec), udało nam się całkiem niedawno doczekać wydania wyboru dzieł Janusza Korczaka w dwu językach: bośniackim w Sarajewie i chorwackim w Zagrzebiu (w gościnnym domu Państwa Lewinów na Bielanach spotykaliśmy się na wielogodzinne przygotowawcze prace w maleńkim międzynarodowym gronie). Od paru lat mawiałem do profesora: Kochany panie Aleksandrze! Wszystko trzeba zostawić (prócz troski o zdrowie i rodzinę) na rzecz Dzieł Zebranych Janusza Korczaka. Od tego polskiego wydania uzależniony jest też los edycji hebrajskiej i niemieckiej, a w przyszłości również i francuskiej. Opera omnia Starego Doktora z Warszawy to najważniejsza rzecz w Pana życiu. Profesor Lewin uśmiechał się w swoisty sposób - nieśmiało a trochę z ironicznym dystansem - i... godził się ze mną. Niestety, nie doczekał wydania ostatnich tomów tej monumentalnej edycji. Zostało niewiele, a część tekstów - jak mi sam profesor jeszcze całkiem niedawno mówił - jest gruntownie przygotowana do druku. Wszyscy czekaliśmy niecierpliwie na teksty Korczaka wydobyte z roczników "Małego Przeglądu" - dodatku dziecięco-młodzieżowego do świetnej żydowskiej gazety w języku polskim - "Naszego Przeglądu". Długie życie Profesora Lewina było życiem pracowitym, życiem twórczym. Kiedy o tym mówiłem Profesorowi - patrzył trochę nieufnie. Jego pewna powściągliwość emocjonalna była - moim zdaniem - tarczą ochronną człowieka, który doświadczył i widział wiele na Wschodzie i Zachodzie. Ale gdy komuś ufał (a może i polubił), otwierał się całkiem. Pisząc parokrotnie o książkach Profesora (między innymi w "Twórczości", "Więzi", "Lithuanii" i oczywiście w "Słowie Żydowskim", które Aleksander Lewin prenumerował i systematycznie czytał) doświadczyłem prawdziwej ludzkiej bliskości, otworzyły się przede mną archiwa rodziny Lewinów, wspomnienia z różnych lat. Kiedyś zatelefonował wieczorem po telewizyjnym spektaklu bodajże Ibsena, aby porozmawiać o trafności reżyserskiego odczytania sensu sztuki i wartościach gry aktorskiej. Wtedy też - po latach znajomości! - dowiedziałem się, że pan Aleksander od gimnazjalnej młodości pasjonował się dramaturgią polską i światową. Pracował powoli, bardzo odpowiedzialnie, z namysłem, zawsze zależało mu na jakości, która mogła gwarantować trwałość jakiegoś dokonania - a były to między innymi opracowane przez Profesora dzieła Antona Makarenki i dzieła zebrane Janusza Korczaka, i książki własne, i książki zbiorowe w serii studiów i prac poświęconych Korczakowi, w tym wstrząsający tom nowych, nieznanych dotąd źródeł dotyczących Korczaka, jego zespołu i jego sierot w warszawskim getcie. Aleksander Lewin urodził się 15 grudnia 1915 roku w Pińsku. Ciekawe, że z tego samego poleskiego miasta pochodził inny wielce zasłużony człowiek z kręgu Korczaka - Michał Wróblewski. Gdy po 1968 roku musiał wyjechać z rodziną do Szwecji, rychło założył w Sztokholmie Szwedzkie Towarzystwo Korczakowskie. Działa do dziś, również w kręgach uniwersyteckich Szwecji. Z wielu książek Profesora Lewina najbardziej cenię dwie: źródłową, wnikliwą rekonstrukcję ostatnich lat życia Starego Doktora, współpracowników i wychowanków oraz prawdziwe opus magnum, czyli monografię pt. "Korczak znany i nieznany". Jeszcze dodałbym trzecią, niewielką objętościowo książkę - "Kibuce w Izraelu. Utopia czy rzeczywistość?" Pionierską w naszej literaturze. Można by zapytać: skąd książka o tej tematyce w dorobku uczonego-teoretyka i wychowawcy- praktyka, autora książek naukowych, literackich, wspomnieniowych, notabene wydanych nie tylko po polsku? Odpowiedź nie jest trudna: Profesor Lewin to człowiek lewicy i dla niego taka forma życia jak w izraelskich kibucach była fascynująca, bo myślę, że przeżył niejedno rozczarowanie widząc rozdźwięk między szlachetną ideą a praktyką. Do książek wspomnieniowo--literackich należą przede wszystkim dwie: "Dom na Uralu" opisujący taką "Krochmalną" w dalekiej, wojennej Rosji oraz jej powojenny "aneks" w Bartoszycach na Mazurach. Doświadczenia tego ośrodka wychowania i kształcenia zagubionej powojennej młodzieży, stworzonego przez Aleksandra Lewina, opisał w "Archipelagu ludzi odzyskanych" Igor Newerly. W całym rozległym dorobku światowej myśli pedagogicznej zawsze wyróżniał Profesor Lewin nowatorów. Stąd jego mistrzami stali się: Celestine Freinet, Anton Siemionowicz Makarenko i Janusz Korczak - Henryk Goldszmit. Pedagogom- nowatorom poświęcił osobną książkę, którą zatytułował "Tryptyk pedagogiczny". Gdy pytałem kiedyś Profesora o jego główne etapy życia - otrzymałem taką odpowiedź: podobnie jak większość ludzi mojego pokolenia mogę powiedzieć, że przeżyłem co najmniej kilka epok historycznych, bardzo różniących się od siebie. Dojrzewałem i zdobywałem pierwsze doświadczenia życiowe w okresie międzywojennym. Mój stan ducha w owym czasie mógłbym określić jednym słowem: Weltschmerz. Raziło mnie i szokowało prawie wszystko. Dawałem temu wyraz w domu, w szkole, także w młodzieńczych artykułach, które pisywałem do gazetki gimnazjalnej. Między innymi napisałem duży i dość pryncypialny artykuł na temat antysemityzmu, choć sam ani krzywdy, ani poniżenia nie doznałem. Młody Aleksander matury jednak nie doczekał w rodzinnym Pińsku. Usunięty ze szkoły, zdobył świadectwo w Warszawie, pracując i ucząc się wieczorami. W stolicy podjął też i ukończył studia uniwersyteckie. Szczęśliwym trafem zatrudniono go jako wychowawcę w Domu Sierot przy Krochmalnej 92. Fakt ten zaważył na całym moim życiu - mówił mi Profesor. Zetknąłem się z niezwykłymi ludźmi - Januszem Korczakiem, Stefą Wilczyńską. Nawiązałem bliski - na całe życie - kontakt z wieloma wychowankami. Początek II wojny światowej zastał Aleksandra Lewina w rodzinnym Pińsku. Później przebywał - nie zawsze dobrowolnie - w różnych, nawet odległych zakątkach ZSRR. Na Uralu zdobył kwalifikacje... drwala. Ale potem ten dziwny drwal zbudował dom dla polskich tułaczych dzieci wojennych. Też na Uralu. Już po wojnie, po doświadczeniach mazurskich w Bartoszycach, współtworzył w Warszawie Instytut Badań Pedagogicznych. Od podstaw. Z moich wielu stron zapisanych rozmów z Profesorem Lewinem wyjmuję teraz kilka jego myśli, chyba istotnych i wartych refleksji: "Nawiązując do tradycji korczakowskich i nie tylko korczakowskich widziałbym przed nami trzy główne zadania do łącznego rozwiązania. Po pierwsze - nie można zostawić świata jakim jest, jego obraz staje się jeszcze bardziej apokaliptyczny niż za czasów Korczaka. Dysponujemy coraz większymi możliwościami globalizacji zła, uprzedmiotowienia jednostki, ostrych polemik między poszczególnymi krajami, narodami, grupami ludzkimi. Po drugie - w tej sytuacji zasadniczym problemem staje się wyzwolenie człowieka od wszelkich zależności, stereotypów, konwencji. I po trzecie - trzeba budować taki system wychowania w skali makro i w skali mikro, by wyrównały się stosunki między dorosłymi a dziećmi. Budując taki wyrównany układ, trzeba świadomie czerpać z przeszłości, co wymaga dużego wysiłku samoedukacyjnego. Jednocześnie trzeba wnikliwie odczytywać zadania nowych czasów. To ryzyko, które trzeba ponosić". Kiedyś profesor Lewin opowiedział mi o swoich spotkaniach ze sławnym polskim ekonomistą prof. Edwardem Lipińskim. Otóż mawiał on zawsze, autentyczna praca gospodarcza - to twórczość. A ja - mówił pan Ale Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: nie_zyd [...] IP: 209.234.157.* 27.01.03, 23:55 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Cmentarze przywrócone pamięci 28.01.03, 00:07 Cmentarze przywrócone pamięci Michał Bilewicz Kanadyjczycy w Polsce Organizacja PJCRP (Projekt Odbudowy Cmentarzy Żydowskich w Polsce) została założona przez byłych Ożarowian i ich znajomych, zamieszkałych dziś głównie w Kanadzie oraz USA. Na co dzień naukowcy i przedsiębiorcy, postanowili odnowić cmentarz w swoim mieście rodzinnym. O efektach ich pracy informowaliśmy już na łamach Słowa Żydowskiego. Zachęceni sporym sukcesem projektu ożarowskiego, postanowili podzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami z polskimi Żydami. Andrzej Omasta, lokalny koordynator działań PJCRP, dowiedział się od rabina Schudricha, które cmentarze wymagają najpilniejszej interwencji. Z drugiej strony oceanu również napływały zlecenia - tym razem od ziomkostw. Przewodniczący projektu, Norman Weinberg, pozyskał do współpracy potomków mieszkańców Łosic, a nawet chasydzkiego Opatowa. - Na terenie cmentarza w Opatowie powstała po wojnie szkoła i dom kultury. Miasto jest słynne, gdyż pochowano tam rebe Aptera, spokrewnionego z rodami cadyków z Leżajska, Mogielnicy. - opowiada Andrzej Omasta. Żydzi w Opatowie pojawili się już w XVI wieku. W mieście silne były wpływy frankizmu, jak i chasydyzmu. W czasie Powstania Styczniowego opatowscy żydzi wystawili własny oddział powstańczy. - Po naszych rozmowach z władzami miasta zadecydowano o przeniesieniu szkoły w inne miejsce. - mówi Andrzej Omasta - Szkoła była postawiona w 1962 roku w technologii papierowo-gipsowej. Barak, w którym się znajdowała, zostanie zburzony. W ten sposób cmentarz zostanie upamiętniony, a ohel cadyka odbudowany. W czasie wojny Niemcy umocnili nagrobkami brzegi rzeczki. Dziś Stowarzyszenie Przyjaciół Opatowa zabezpieczyło ocalałe macewy. Spróbujemy umieścić je na cmentarzu oraz zbudujemy alejki żwirowe. - ciągnie Omasta. W ciągu ostatniego roku PJCRP uratowała wiele zabytków żydowskiej kultury materialnej. W Mogielnicy wybudowano dwa ohele lokalnych cadyków, a miasto zajęło się grodzeniem cmentarza. Uratowany zostanie cmentarz w Zduńskiej Woli i Łosicach. W Krakowie prowadzone są rozmowy na terenie Płaszowa, aby upamiętnić teren byłego hitlerowskiego obozu. Ostatnio najgłośniej było jednak o karczewskim cmentarzu przy ulicy Otwockiej, któremu do niedawna nikt nie dawał najmniejszej nadziei. Bogaty Otwock, biedny Karczew... Miasto Karczew, w którym położony jest odnawiany przez PJCRP cmentarz, było od dawna zamieszkiwane przez Żydów (w XIX wieku Żydzi stanowili połowę jego mieszkańców). Kiedyś stanowiło ono ważny ośrodek chasydyzmu, a rabinem Karczewa był sam Saul Taub, słynny Modżycer Rebe, kompozytor wielu śpiewanych do dziś nigunów. Miejsce to znacznie różni się od pobliskiego Otwocka - nie uświadczymy tu eleganckich willi w stylu "świdermajer", domów letniskowych czy pensjonatów. Karczew przed wojną słynął z czegoś zupełnie innego. - Karczew znany był z tego, że zaopatrywał Warszawę w mięso. - opowiada Andrzej Omasta - W "Zakazanych piosenkach" jest słynna scena w pociągu, który jedzie wypełniony handlarzami mięsem z Karczewa właśnie do Warszawy. W czasie wojny w Karczewie nie było Getta; był tu tylko obóz pracy. Ludność żydowska trafiła więc do Getta w Otwocku. - dodaje. W obozie pracy w Karczewie znalazło się w 1941 roku 400 Żydów z otwockiego getta. 1 grudnia 1942 obóz został zlikwidowany, a ostatni Żydzi tego miasteczka deportowani do obozów zagłady. Społeczność żydowska Karczewa pozostawiła po sobie dwa cmentarze na terenie osiedla Anielin. Jeden, przy tzw. Czerwonej Drodze, został niedawno uporządkowany przez lokalnych społeczników. Drugi - znajdujący się na ruchomej wydmie - przez lata straszył licznie odwiedzających Karczew Żydów. Powstał on pod koniec XVIII wieku, a w ciągu XIX wieku rozrósł się do 2 hektarów. W czasie okupacji Niemcy wykorzystali macewy do wzmacniania brzegów Wisły, więc do dziś zostało tu zaledwie kilka płyt nagrobnych. Do końca lat dziewięćdziesiątych cmentarz niszczał i popadł w stan totalnej ruiny. Wydma, psy, fotografie - Przed drugą wojną światową w Polsce było ponad 1000 cmentarzy żydowskich. - mówił na cmentarzu Marek Lipsztajn, kanadyjski koordynator PJCR - Obecnie większość z nich jest w większym lub mniejszym stopniu zaniedbana. Klasycznym przykładem takiego zaniedbania był cmentarz w Karczewiu. Świadczyło o tym słynne zdjęcie z artykułu pani Małgorzaty Niezabitowskiej, który ukazał się już w 1986 roku w National Geographic. Na zdjęciu tym widzimy psa, który żeruje na kościach wygrzebanych z cmentarza. Tak właśnie wyglądał wtedy cmentarz. - zauważył Lipsztajn. Stan cmentarzy żydowskich w Polsce poruszył w latach osiemdziesiątych wielu społeczników i znawców religijnej sztuki żydowskiej. Te zapomniane części miasteczek coraz częściej zaczynały interesować fotografików, malarzy, poszukiwaczy oryginalnego dziedzictwa kulturowego. Monika Krajewska, przygotowując na początku lat osiemdziesiątych album Czas Kamieni, dotarła również w okolice Otwocka: - W moim pierwszym albumie pojawiły się zdjęcia z Karczewa. - opowiada Monika Krajewska - Poszukiwaliśmy wtedy z mężem w całej Polsce zapomnianych cmentarzy żydowskich. Jednym z najbardziej uderzających widoków była właśnie ta wydma i wystające z niej nagrobki, a także biegające psy, wygrzebujące kości z cmentarza. Jak nam mówili miejscowi, te kości nie były ludzkie, lecz zwierzęce. W 1980 roku przedstawiliśmy fotografie z tego cmentarza na mojej wystawie. Później przyjechał tu znany fotografik Tomek Tomaszewski, którego zdjęcie pojawiło się w albumie Remnants i w artykule napisanym przez Małgorzatę Niezabitowską. W ten sposób dramatyczne ujęcia z cmentarza w Karczewie obiegły świat. - dodaje artystka. Miejscowa ludność wykorzystywała cmentarz jako kamieniołom i kopalnię piasku. Na wydmę schodziły się licznie dzieci z okolicznych domostw, nieraz dewastując ostatnie nagrobki. - Na terenie tego cmentarza ówczesna ludność Karczewa wyrzucała zdechłe zwierzęta. Był to po prostu regularny śmietnik. - podsumowuje Andrzej Omasta z PJCRP. Odbudowa Zdjęcie z Karczewa obiegło świat już ponad 16 lat temu, jednak dopiero na początku nowego milenium pojawiła się szansa na poprawę tego stanu rzeczy. Osobą, która naciskała na jak najszybsze załatwienie sprawy był rabin Michael Schudrich. - Rabin starał się, abyśmy takich zdjęć nie musieli więcej oglądać. - opowiada Marek Lipsztajn - Dlatego doprowadził do pierwszego spotkania pomiędzy Gminą Wyznaniową a władzami lokalnymi. Na początku tego roku rabin Schudrich, zwrócił się do nas o "wypożyczenie" Andrzeja Omasty, który wcześniej był siłą napędową w organizowaniu komitetu społecznego i zastosował tu wszystko, czego nauczyliśmy się w Ożarowie. - ciągnie kanadyjski koordynator PJCRP. Efekty są imponujące. Solidny mur już dziś otacza rozległy teren cmentarza. Na bramie wybite są gwiazdy Dawida. Po przekroczeniu parkanu znajdujemy się na rozległej wydmie, gdzie wiatr wywiewa piasek spod ostatnich macew. Wizjonerzy z PJCRP mają jednak pomysł na rekultywację tego terenu. - Teren ten jest bardzo trudny - mówi prof. Wojciech Brochwicz, który z powodzeniem odrestaurował cmentarz w Ożarowie - Nasilają się tu od czasu do czasu wiatry, które są siłą napędową dla wydmy. Długo szukaliśmy, jak należałoby w tym wypadku oszukać przyrodę. Wykorzystaliśmy doświadczenia Instytutu Badań Leśnictwa oraz Instytutu Dendrologii PAN w zalesianiu cmentarza. Najpierw zasadzimy więc specjalne odmiany jałowca, które ustabilizują wydmę. Na samą wydmę zastosujemy hydrożel i przykryjemy to ochronną warstwą gruntu, kamieni. Na tym gruncie zasadzimy rośliny płożące, które zrekultywują teren. Gdy zauważymy, jak duży jest obszar tej wydmy, to widać, że stojące przed nami zadanie nie jest łatwe. - konkluduje prof. Brochwicz. Społecznikom z PJCRP udało się już nakłonić do pom Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Tematy niebezpieczne i niebezpieczny kandydat 28.01.03, 00:07 Tematy niebezpieczne i niebezpieczny kandydat Zofia Zaporowska i Michał Matusiewicz W lipcowym numerze "Słowa Żydowskiego" Adam Rok stawia czytelne i ważne pytania. Skierowane do konkretnego adresata. Z naszych doświadczeń wynika, że odpowiedzi się nie doczeka. Ani on, ani czytelnicy "Dos Jidisze Wort". Przypomnijmy: "Dlaczego polski wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania bagatelizują przypadki czynów rasistowskich i antysemickich (...), dlaczego regułą w sprawach o czyny rasistowskie i antysemickie jest oznaczanie tych czynów jako w znikomym stopniu szkodliwych społecznie. Nawet wówczas, gdy uznaje się winę - a są to na palcach liczone przypadki - umorzeniu sprawy towarzyszy niezmiennie ta sama formuła prawna o znikomej szkodliwości społecznej". Pretekstem do postawienia tych pytań był pewien wyrok sądowy, który w czerwcu zapadł w Opolu. W sprawie Dariusza Ratajczaka: historyka, doktora nauk humanistycznych, byłego adiunkta Uniwersytetu Opolskiego. Przed trzema laty opublikował on "Tematy niebezpieczne". Przedstawił w nich poglądy rewizjonistów Holocaustu, zaprzeczających między innymi istnieniu komór gazowych w niemieckich obozach zagłady. W związku z głoszeniem tych poglądów, także na zajęciach dla studentów, wszczęto przeciw niemu uczelniane postępowanie dyscyplinarne. Został usunięty z uniwersytetu oraz na trzy lata pozbawiony możliwości pracy w zawodzie nauczyciela. Wytoczono mu również proces karny, oskarżając o rozpowszechnianie kłamstwa oświęcimskiego. Prokurator domagał się kary ograniczenia wolności, potrącenia 1/4 pensji na rzecz oświęcimskiego muzeum i publikacji wyroku. Oskarżony wnosił o uniewinnienie. Sąd nie uwzględnił żadnego z tych żądań. Orzekł warunkowe umorzenie postępowania na rok. Od tego wyroku obie strony wniosły apelacje, które niedawno zostały przez Sąd Okręgowy w Opolu oddalone. Właśnie na marginesie tego ostatniego werdyktu Adam Rok w swym felietonie zauważa, że uznając Ratajczaka winnym i zawieszając na rok postępowanie wobec niego "ponownie, oczywiście, przypomniano o znikomej szkodliwości jego czynu, a sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku dodał, iż wbrew żądaniom prokuratora, nie musi on wyrażać skruchy z powodu treści swojej książki. Być może mam przeczulone ucho, ale określanie czynów antysemickich jako szkodliwych w znikomym stopniu razi moje poczucie sprawiedliwości, choć rozumiem, że to tylko formuła prawna pozwalająca na umarzanie tego typu spraw. Inaczej z panem dr. Ratajczakiem. Ten rozumie ją dosłownie. Nic więc dziwnego, że mimo wyroku prowadzi - jak podaje prasa - ożywioną działalność edukacyjną wśród młodzieży ze skrajnie prawicowych środowisk. I chyba wie co robi: włos mu z tego powodu z głowy nie spadnie". Dodajmy, że konstrukcja, którą posłużył się sąd w sprawie Ratajczaka, nie jest retoryczną figurą prawną. Aby można było wydać taki wyrok, trzeba było najpierw bezstronnie i obiektywnie stwierdzić, że czyn oskarżonego był naprawdę znikomo szkodliwy społecznie. Ten, jak i inne wyroki, wydany został nie w imieniu konkretnego sędziego, ale w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Czy rzeczywiście można dopuścić myśl, że to co czynił, czyni i zapewne będzie czynił dr Ratajczak z Opola, Rzeczpospolita Polska uznaje za znikomo szkodliwe społecznie? Dzisiaj powód, dla którego warto do sprawy dr. Ratajczaka powrócić, jest szczególny. Otóż, w zbliżających się wyborach samorządowych Liga Polskich Rodzin wystawia kandydaturę właśnie dr. Ratajczaka. Ma być radnym w Opolu i wielce prawdopodobne, że tak się stanie. A że kampania wyborcza w toku, warto przypomnieć, nie tylko mieszkańcom Opola, że zanim wyrok skazujący Ratajczaka na roczną próbę się uprawomocnił, zdążył on wydać "Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne" (Kociaty - New York 2001, s. 136, 13 zdjęć, 2 szkice i wykres). I znowu czytamy w nich o micie komór gazowych, choć autor zastrzega się, że to tylko relacje wolne od osobistych komentarzy. Ale czytelnik raczej nie ma wątpliwości, jakie są sympatie autora. Wiara w istnienie komór gazowych, to przecież tylko obrona Okopów Świętej Trójcy! (s. 18). Między innymi dlatego, że "większość przekazów ocaleńców Holocaustu jest niewiarygodna, pełna plotek, dyletanckiego filozofowania (...)" (s. 20). Ratajczak boleje nad tym, że oponenci przylepiają mu łatkę antysemity. Tyle że nawet prezentując cudze poglądy zdaje się podzielać opinię, że cywilizację łacińską atakuje totalitaryzm i piorunująca mieszanka żydowsko-bizantyńsko- turańska, podwójna żydowska etyka, bezduszna żydowska teoria, żydowska obłuda i nienawistny judaizm (s. 79, 81 i 86). Pan doktor ma pretensje nie tylko do Żydów. Do Romów też. Bo kradną, szachrują, są niebezpieczni. I kłują w oczy bogactwem. Po prostu "rozbestwili się" (s. 107). Prawie jak Rosjanie - "wiecznie pijani imperialiści (...)" (s. 110). Opolski badacz zaskakuje czytelnika także innymi spostrzeżeniami. O papieżu Klemensie V, który "wykazał maksimum dobrej woli w stosunku do templariuszy" (s. 123), co skończyło się dla nich spaleniem na stosie. Mniej groźnym piromanem był król Ludwik IX, który dlatego, że wierzył w sprawiedliwość, żydowskie księgi Talmudu poddał próbie ognia (s. 92). Co do żydowskiej specjalności, czyli mordów rytualnych, to "byłyby one tylko praktycznym spełnieniem żydowskiego prawa religijnego, pozwalającego, zachęcającego, a nawet nakazującego zabijać nie-Żydów" (s. 95). Po przeczytaniu Ratajczaka wiadomo już, że protestantyzm to fałszywe chrześcijaństwo, w słonecznej Italii Mussoliniego duce powalił Cosa Nostrę, którą potem współrestaurowali Amerykanie, a tacy wegetarianie są po prostu zwariowani, tak samo jak hare krisznowcy i miłośnicy zwierzątek (s. 57, 59, 68 i 84). Jak widać, Ratajczak wyraźnie stacza się na pozycje uczonego o renesansowych horyzontach... Przeciwników traktuje jednak "po bizantyjsku", czyli bez pardonu. Bo to przecież jurni egzekutorzy wprawieni w stan geriatrycznego podniecenia, ględzący niczym kostyczni użytkownicy kleju do protez zębowych (s. 22). Nawet polski Rom próbujący uwierzyć - jak we wróżbę z kart - w zapewnienia o dobrym smaku autora (s. 98), troszkę się jednak może zdenerwować, gdy przeczyta o niepiśmiennym cygańskim matołku, który wygrzewa budzący respekt zadek w Hyde Parku plując na "pogromową Polskę" (s. 107). Autor recenzowanej książki jeździ po kraju promując i sprzedając swoje dzieło. Na spotkaniach z czytelnikami i sympatykami jest szczery. We Wrocławiu powiedział jasno: nie istniały komory do masowego gazowania ludzi. A że jest to teza już oklepana, szuka nowych tematów. W numerze 1/2002 kwartalnika młodzieży narodowej "My, nowe pokolenie!" podzielił się spostrzeżeniami o basenie, który hitlerowcy wybudowali w oświęcimskim obozie. Okazuje się, że było to przede wszystkim miejsce wypoczynku, w którym więźniowie organizowali mecze piłki wodnej przyciągające tłumy widzów! Teraz młodzi narodowcy mają już kompletną wiedzę o KL Auschwitz. Prezentowana książka Ratajczaka adresowana jest wyraźnie właśnie do młodych. Roch Rembiel, autor przedmowy, ma nawet nadzieję, że "to może być kamyczek, który uruchomi lawinę" (s. 10). To, że lawina nie zeszła, nie powinno nas usypiać. Problem jest. Co zauważyła także Gimnazjalistka przedstawiając znaną czytelnikom "Słowa Żydowskiego" wystawę "Holocaust - czemu nie". Lecz jaka jest skala tego problemu, nie wiadomo. Rodzimych uczonych bardziej interesuje antysemityzm we frankistowskiej Hiszpanii niż we Wrocławiu tuż za progiem trzeciego tysiąclecia. Łatwo też zauważyć, że tytuł najnowszej książki Ratajczaka jest zamierzoną prowokacją. Za wcześniejsze "Tematy niebezpieczne" prokurator oskarżył go o rozpowszechnianie nieprawdy o nazistowskich zbrodniach popełnionych na Żydach. Już po wniesieniu aktu oskarżenia i podczas trwania procesu karnego, oskarżony Rata Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misiek [...] IP: 130.94.107.* 28.01.03, 02:16 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Mojżesz Schorr - W 60 rocznicę śmierci 30.01.03, 21:00 Mojżesz Schorr - W 60 rocznicę śmierci Latem b. r. obchodziliśmy 60 rocznicę śmierci historyka i jednego z liderów przedwojennej społeczności żydowskiej w Polsce - Mojżesza Schorra. Na początku września 2001 w Warszawie powstało z inicjatywy Fundacji Ronalda S. Laudera Interdyscyplinarne Centrum Studiów Żydowskich, które nazwano jego imieniem. W nadchodzącym roku akademickim rozpoczną tu naukę studenci z różnych wydziałów, pragnący zapoznać się z tematyką judaistyczną, hebraistyczną i z kulturą żydowską. We wrześniowym numerze "Słowa Żydowskiego" ukazał się artykuł autorstwa Rafała Żebrowskiego, historyka z Żydowskiego Instytutu Historycznego, który od lat bada biografię Mojżesza Schorra. Polecamy również inną publikację dotyczącą Schorra, powstałą na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (w języku angielskim). W dziejach kultury żydowskiej w Polsce okres między końcem XIX w. a II wojną światową był czasem złotej jesieni, w którym wydała ona zaskakująco liczne owoce. W tychże latach żył i pracował Mojżesz Schorr. Pod koniec dwudziestolecia międzywojennego był on uważany za jednego z przywódców Żydów polskich, choć nigdy do tej roli nie pretendował. Jednak to właśnie Schorrowi przypadła w udziale szczególna rola pod koniec dziejów wielkiego skupiska żydowskiego w Polsce. Urodził się w Przemyślu 10 maja 1874 r., niedługo po tym jak Żydzi w monarchii habsburskiej uzyskali równouprawnienie. Nie zniosło ono jednak wszelkich barier, z czym Schorr musiał się liczyć. Toteż gdy w 1893 r. podjął studia historyczne i filozoficzne na wiedeńskim uniwersytecie, równocześnie został słuchaczem kształcącej reformowanych rabinów Israelitisch-Theologische Lehranstalt. Marzył wówczas o karierze uczonego, ale katedra uniwersytecka w Galicji była dlań nieosiągalna, jeśli nie chciał wyrzec się żydowskiej tożsamości. Interesował się filologią semicką oraz dziejami Żydów w Polsce. Zamiłowanie do historii rozniecił w nim Maksymilian Gumplowicz. Po samobójczej śmierci przyjaciela, której przyczyną była miłość odrzucona przez znacznie starszą odeń Marię Konopnicką, Schorr korzystał ze wspacia moralnego Ludwika Gumplowicza - ojca swego drucha i jednego ze współtwórców socjologii. To za jego radą w 1896 r. rozpoczął studia historyczne na uniwersytecie lwowskim, uwieńczone trzy lata później obroną rozprawy doktorskiej pt. Organizacja Żydów w Polsce. Dzięki niej przypadł mu w udziale zaszczyt zainicjowania żydowskiej historiografii nowożytnej, będącej wyrazem rozbudzonych ambicji narodowo-kulturalnych Żydów polskich. Po uzyskaniu w 1900 r. dyplomu rabinackiego, osiadł we Lwowie. Wkrótce punkt ciężkości swych zainteresowań przeniósł na orientalistykę, a zwłaszcza na asyrologię i prawo babilońskie. Choć snuł marzenia o poświęceniu się nauce, podjął pracę pedagogiczną oraz objął stanowisko wykładowcy w Seminarium Nauczycielskim, a następnie w Zakładzie dla Kształcenia Nauczycieli Religii Mojżeszowej w Szkołach Powszechnych. Wkrótce stanął na czele Związku Nauczycieli Religii Mojżeszowej Szkół Ludowych i Średnich w Galicji (1904). Ponadto należał do członków założycieli Wydziału Opieki Towarzystwa dla Wspierania Żydowskiej Młodzieży Szkół Średnich oraz w latach 1903-1905 był przewodniczącym Towarzystwa dla Szerzenia Oświaty wśród Żydów "Toynbeehale" we Lwowie. Jak wielu ówczesnych inteligentów żydowskich, w edukacji widział klucz do postępu i rozwoju swych współwyznawców. Zajęcia te odciągały go od realizacji swych marzeń. Sam pisał do Gumplowicza: "wiem nawet, że mam pewną misję jako nauczyciel religii w Galicji i mógłbym nawet przy szczerej i wyłącznej pracy na tym polu zdobyć sobie "laury" reformatora w tym przedmiocie. Ale właśnie tej ambicji, a raczej entuzjazmu tego, mi brak". Mimo przeciwności zdobywał stypendia, dzięki którym pogłębiał semitystyczną wiedzę w Berlinie i Wiedniu. W latach 1907-1915 opublikował najważniejsze ze swych prac poświęconych prawu starobabilońskiemu (Altbabilonische Rechtsurkunden aus der Zeit der I. babylonischen Dynastie i Urkunden des altbabylonischen Ziwil- und Prozessrechts), które przyniosły mu uznanie oraz pozycję najwybitniejszego polskiego badacza tych zagadnień. W 1909 r. na uniwersytecie lwowskim uzyskał docenturę z języków semickich i historii starosemickiego Wschodu, zaś w 1916 r. - tytuł profesora nadzwyczajnego. Dwa lata później został członkiem Komisji Orientalistycznej przy Akademii Umiejętności. Był współzałożycielem Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego we Lwowie i członkiem jego władz. Kontynuował również rozległą działalność społeczną, zarówno charytatywną, jak i oświatową, a m.in. w Towarzystwie Humanitarnym Leopolis Bnej Brit (od 1901; od 1921 był jego prezesem). W organizacji tej pracował także później w Warszawie oraz piastował funkcję wiceprzewodniczącego jej polskiej prowincji. Obie te sfery aktywności powodowały, że zaczął być osobą znaną poza granicami rodzinnej Galicji. W 1923 r. powierzono mu stanowiska kaznodzieji Wielkiej Synagogi na Tłomackiem w Warszawie oraz rabina pozaokręgowego tutejszej gminy - opiekuna zwolenników judaizmu reformowanego. Społeczność ortodoksyjna zaakceptowała go nie bez oporów. Jej obiekcje z czasem osłabły, bowiem nowy rabin był powściągliwy i nie stanowił dla niej zagrożenia. Musiał porzucić przyjazne mu środowisko lwowskie, zyskiwał jednak szersze możliwości służenia pomocą swym współwyznawcom. Po przeniesieniu się do stolicy, w 1925 r. został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Był jednym ze współtwórców stołecznego Instytutu Nauk Judaistycznych i głównym animatorem budowy Biblioteki Judaistycznej, której gmach jest dziś siedzibą Żydowskiego Instytutu Historycznego. Gmina żydowska w Warszawie często powierzała mu funkcje reprezentacyjne wobec władz państwowych i samorządowych. On sam angażował się we wszystkie ważniejsze akcje społeczne w Warszawie i na gruncie ogólnopolskim; przewodniczył różnego rodzaju komitetom i stowarzyszeniom, m.in. w Towarzystwie Ochrony Zdrowia, Centrali Towarzystw Opieki nad Sierotami, kasach pożyczkowych, Centralnym Komitecie Pomocy Żydom w Warszawie, Stowarzyszeniu Pomocy Studentom Żydom w Polsce, Towarzystwie Przyjaciół Uniwersytetu Hebrajskiego; wygłaszał kazania i przemówienia; wywiązywał się z licznych obowiązków duszpasterskich i pedagogicznych. Nie zaniedbywał przy tym pracy naukowej, m.in. kładąc podwaliny pod stworzenie warsztatu naukowego warszawskiej semitystyki. Marzył też o objęciu katedry na powstałym w 1925 r. Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Schorr był bowiem sympatykiem syjonizmu. Pełnił funkcje m.in. prezesa Dyrektorium Funduszu Podwalin (Keren ha-Jesod) w Polsce, a od 1929 r. - członka Agencji Żydowskiej, jako "dokooptowany nie-syjonista". Jednak unikał formalnego zaangażowania politycznego, nigdy nie tracąc z oczu nadrzędnych wartości. Na krótko przed wybuchem wojny pisał: "bo i ci są na błędnej drodze co myślą, że w narodowym pierwiastku wyczerpuje się treść Żydostwa, że wystarczy pielęgnować i kultywować język hebrajski i naszą literaturę hebrajską dla urabiania i rozwijania charakteru narodowego, bo w języku czy literaturze widzą duszę narodu, a religię uważają za rzecz prywatną". Choć równocześnie żywo sam intersował się rozwojem nowoczesnej kultury hebrajskiej, a w czasie wizyt w Palestynie wzbudzał zachwyt walorami literackimi swych publicznych wystąpień w tym języku. Prof. Schorr nie mógłby podołać nawałowi obowiązków, gdyby nie miał oparcia w swej żonie, poślubionej w 1905 r., pochodzącej z Wilna, Tamar z domu Benjakob. Właśnie za sprawą tej całkowicie mu oddanej kobiety, Schorr zaznał szczęścia rodzinnego, a ich dom był ciepło wspominany zarówno przez uczonych z kraju i zagranicy, jak również wielu działaczy żydowskich. Notabene, vox populi głosił, iż żona prof. Schorra oraz jego córki były jedn Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: dead_jews_niceview [...] IP: 209.234.157.* 28.01.03, 16:11 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Marian Hemar 30.01.03, 21:01 Marian Hemar Sto lat temu urodził się satyryk i poeta Marian Hemar. Na łamach Słowa Żydowskiego wspomina go Maryla Komar. W tym roku mija setna rocznica urodzin Mariana Hemara. Z tej okazji Małgorzata Kron poświęciła mu audycję na antenie Radia Bis. Stefania Grodzieńska, która znała go w międzywojennym dwudziestoleciu i Wojciech Młynarski wspominali postać i twórczość tego satyryka i poety, autora paru tysięcy piosenek, kilku sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych. Urodził się we Lwowie w żydowskiej rodzinie jako Jan Maria Hescheles. Na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza studiował filozofię i medycynę. Zrezygnował jednak z tych kierunków studiów na rzecz twórczości kabaretowej. W latach dwudziestych był związany z kabaretami warszawskimi - Qui pro Quo i Bandą. Jego piosenki wykonywały niekwestionowane gwiazdy; Mira Zimińska odnosiła sukcesy w interpretacji między innymi jego "Pokoiku na Hożej", a Ludwik Sempoliński w piosence "Ten wąsik, ach ten wąsik" - utworu ze sztuki "Orzeł czy reszka", wystawionej tuż przed wybuchem II wojny światowej, złośliwej satyry ośmieszającej Hitlera. Spektakl ten wywołał protest ambasady III Rzeszy. Ludwik Sempoliński w czasie okupacji musiał się ukrywać. Marian Hemar znalazł się na niemieckiej liście osób poszukiwanych. Musiał opuścić kraj. Na Bliskim Wschodzie wstąpił do polskiej armii. Został jednym z organizatorów Czołówki Teatralnej Wojska Polskiego w Palestynie i Egipcie. W 1942 r. w Londynie założył kabaret Orzeł Biały. Współpracował też z Radiem Wolna Europa. Jego, najczęściej wierszowane, komentarze ostro krytykowały i ośmieszały życie w PRL. Władze Polski Ludowej wydały zakaz publikacji jego utworów w kraju. Dziś Stefania Grodzieńska przywołuje jego wiersze pełne tęsknoty za krajem, między innymi "Modlitwę za Ojczyznę", nostalgiczne strofy emigranta, który nigdy nie miał wrócić do kraju, liryczne piosenki i wiersze. Wojciech Młynarski zaś opowiada, jak od dzieciństwa obcował z twórczością Hemara, odtwarzaną z przedwojennych płyt na starym patefonie. W studenckim kabarecie Hybrydy słuchał powojennego nagrania starej sentymentalnej piosenki Hemara "Nikt, tylko ty..." w wykonaniu Miry Zimińskiej. Nie każdy wie, że dubbing i teksty polskich piosenek do "Królewny Śnieżki" - filmu Disneya - są autorstwa Hemara, a wykonywał je słynny Chór Dana. Jeśli w repertuarze piosenkarzy w PRL znajdowały się utwory Mariana Hemara, pomijano jego nazwisko lub oświadczano, że autor nieznany. Po zmianach, jakie zaszły w naszym kraju, nastąpił renesans twórczości Mariana Hemara. Wystawiane są jego sztuki: "To, co najpiękniejsze", "Piękna Lucynda". Ciągle też z sukcesem przypominane są jego piosenki, wywołujące wzruszenie wśród słuchaczy kilku pokoleń. Marian Hemar zajmuje poczesne miejsce w historii polskiego kabaretu. Zmarł w 1972 roku w Londynie. Nie doczekał triumfalnego powrotu swej twórczości do ojczyzny. Maryla Komar Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: drf [...] IP: 209.234.157.* 29.01.03, 11:09 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Klezmerski Ekumenizm 30.01.03, 21:04 Klezmerski Ekumenizm W lipcu odbył się w Krakowie kolejny, 11 już Festiwal Kultury Żydowskiej. Koncert Finałowy transmitowała na żywo Telewizja Polska, dzięki czemu muzyka klezmerska trafiła do milionów odbiorców w całej Polsce. Festiwal Kultury Żydowskiej był wielkim sukcesem organizatorów. "Przyjazdy do Polski są dla mnie szczególnie ważne, gdyż są zdecydowanie bardziej związane z żywymi ludźmi niż z pamięcią zmarłych. (...) Gdy odwiedzam Polskę, to czuję, że nawiązuję łączność z przeszłością, przez co łatwiej mi myśleć o teraźniejszości i przyszłości", powiedział nam w przeddzień Koncertu Finałowego XI Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie Michael Alpert - muzyk jednego z najważniejszych zespołów sceny klezmerskiej, "Brave Old World". W tym roku, jak niemal co roku, Michael Alpert, prowadził na festiwalu warsztaty tańca i występował ze swoją kapelą na finałowym koncercie. Alpert należy do licznego grona wiernych miłośników kultury żydowskiej, którzy na przełomie czerwca i lipca mają w Krakowie swoje wielkie święto. O krakowskim festiwalu pisaliśmy już bardzo wiele. Jak trafnie zauważyła w ubiegłorocznym Słowie Agnieszka Kowalska, formuła festiwalu z roku na rok nie zmienia się, dzięki czemu organizatorom udało się wykształcić stałą, wytrwałą publiczność, która wie, czego może tu oczekiwać. W tym roku, jak co roku, były warsztaty taneczne prowadzone przez Leona Blanka, kursy jidysz, żydowskiej wycinanki, chasydzkiego tańca i pokazy filmów w kinie letnim. Pod gołym niebem zaprezentowano m. in. "Austerię", "Pociąg życia" i "Marcowe migdały". Wykłady prowadzili również "starzy znajomi" krakowskiego festiwalu - chasydolożka Anna Ciałowicz, czy rabin Sacha Pecaric. O swoich książkach opowiadali: Roma Ligocka, Zyta Rudzka i Etgar Keret. Podobnie jak co roku, festiwal zakończył się zwiedzaniem cmentarza Remu, gdzie Monika Krajewska tłumaczyła magiczną mowę kamieni nagrobnych. Festiwal to oczywiście również socjeta spotykająca się w kawiarniach przy Szerokiej i zagraniczni turyści, którzy po odwiedzeniu cmentarzy potrzebują trochę kontaktu z "żywymi ludźmi", świadomości, że Kazimierz wciąż tętni życiem. Wśród gości festiwalu najbardziej wybijali się wyglądem i zachowaniem dwaj niezmiernie aktywni chasydzi. Byli to, jak się okazało, brytyjscy wyznawcy cadyka z Lubawicza, którzy w Krakowie zorganizowali szabat, zapraszali przechodniów do wspólnej modlitwy i głosili publicznie zasady swojej wiary. Festiwal to w końcu tysiące krakowskich filosemitów, którzy co roku spotykają się na koncercie finałowym, by wspólnie tańczyć przy muzyce największych sław sceny klezmerskiej. Koncert finałowy był w tym roku nieco inny niż zwykle. Można powiedzieć, że stał się bardziej "ekumeniczny". Po swoim występie, Michael Alpert z Brave Old World zaprosił na scenę zespół rumuńskich Romów, którzy posługując się podobnymi instrumentami, co żydowscy klezmerzy, tworzyli muzykę nieco odmienną, lecz równie porywającą. Roztańczona publiczność czekała na kolejne występy wschodnioeuropejskich muzykantów, lecz ku ich zdziwieniu na scenę wyszli... izraelscy sefardyjczycy grający południowe, arabskie rytmy. Był to zespół Habrera Hativeet z przebojowym wokalistą Shlomo Barem. Eksperyment organizatorów z muzyką Bliskiego Wschodu był trafnym wyborem - na chwilę pochmurny Kazimierz przeniósł się duchem do spalonej słońcem Jerozolimy, a Koncert Finałowy jako całość stał się dzięki temu bardziej reprezentatywnym odbiciem żydowskiej sceny muzycznej. Największym zaskoczeniem był jednak występ Hasidic New Wave - zespołu, który trzy lata temu podbił serca festiwalowej publiczności. W tym roku również "chasydzka nowa fala" zaprezentowała porywającą mieszankę jazzu, funky i muzyki klezmerskiej, lecz, co najciekawsze, z akompaniamentem bębniarzy z Senegalu. Długie improwizacje Senegalczyków dowiodły, że dziś muzyka klezmerska jest otwarta na wszelkie wpływy. Ostatecznym dowodem na to była białoruska piosenka odśpiewana na zakończenie koncertu przez Michaela Alperta, ku dzikiej wprost uciesze widowni. Piosenka ta zakończyła występ skleconej na potrzeby festiwalu super-grupy, pod nazwą The Festival Klezmer Orchestra. Do zespołu tego, który Michael Alpert przedstawił jako "największe gwiazdy klezmerskiego Nowego Jorku specjalnie dla Kazimierza", weszli członkowie najsłynniejszych kapel: The Klezmatics, Brave Old World i Hassidic New Wave. To co działo się pod sceną najlepiej opisuje określenie muzycznej publicystki Doroty Szwarcman, która kilka lat temu pisała w Gazecie Wyborczej o "żydowskim pogo" na koncercie finałowym. Istotnie, tak roztańczoną młodzież można spotkać chyba tylko na koncertach punk-rockowych. Festiwal, który zakończył się 8 lipca, był kolejnym wielkim wydarzeniem kulturalnym. Jedyne, co można zasugerować organizatorom, to obniżenie cen biletów: cena 70 zł za koncert mogła niejednego młodego melomana zniechęcić do rewelacyjnych skądinąd Zmirosów w wykonaniu zespołu Franka Londona. W sumie jednak, pan Janusz Makuch i jego ekipa dali nam po raz kolejny tydzień wspaniałych przeżyć. Michał Bilewicz Monika Krajewska oprowadzała po Cmentarzu Remu Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater [...] IP: 130.94.123.* 29.01.03, 23:43 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Jidysz iz majn szprach!---QQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQ 30.01.03, 21:03 Jidysz iz majn szprach! W pierwszej połowie sierpnia w Winnicy, mieście od wieków związanym z żydowską kulturą, odbyło się wielkie seminarium języka jidysz i wyrastającej z niego kultury: jidyszkajt W wrześniowym wydaniu "Słowa Żydowskiego" ukazały się dwie relacje z tego wydarzenia. Na stronach jidysz pisała o nim Lea Szlanger, która w Winnicy prowadziła warsztaty teatralne, a na stronach polskich uczestnik seminarium Michał Bilewicz. Jego relację zamieszczamy poniżej, zapraszając jednocześnie do odwiedzenia strony ze zdjęciami z Seminarium Lea Szlanger prowadziła warsztaty teatralne Rabin Salomon wykładał podstawy tradycji religijnej Jidysz? Martwy język... - Taka odpowiedź nikogo chyba dziś nie zdziwi, słyszeliśmy ją bowiem wielokrotnie z ust izraelskich polityków, europejskich językoznawców i liderów społeczności żydowskiej. Są jednak na szczęście takie miejsca, których obecność każe wątpić w przedwczesną śmierć języka europejskich Żydów. I nie myślę tu jedynie o zamkniętych społecznościach chasydzkich. W ciągu ostatnich lat wiele uniwersytetów postanowiło zająć się jidysz: powstały specjalne katedry, wydziały i instytuty. Rozwinęła się muzyka - klezmerskie festiwale w Krakowie, Safedzie i Petersburgu gromadzą coraz większe rzesze miłośników pieśni jidysz. Na letnich seminariach co roku uczą się setki studentów w różnym wieku. Również państwo Izrael zmieniło swoją politykę wobec języka, którego tradycję jeszcze niedawno zwalczano z uporem godnym lepszej sprawy. Dziś w Izraelu sprawnie funkcjonuje Narodowa Instancja na rzecz Kultury Jidysz, która koordynuje działania placówek akademickich i kulturalnych. Izraelscy jidyszyści, spośród których wielu pochodzi z państw byłego ZSRR, z pomocą amerykańskiego Instytutu Klurmana, od dwunastu lat organizują w różnych miastach Rosji, Mołdawii i Ukrainy letnie seminaria języka jidysz i kultury żydowskiej. "Gdy w 1989 roku organizowano pierwsze seminarium - wielu profesorów przybyło do Moskwy półlegalnie, a praca twórców tego wydarzenia nie była taka prosta", opowiada dr Mordechaj Juszkowski. To on właśnie był głównym organizatorem seminarium "Jidysz i Jidyszkajt", które w tym roku odbyło się na Ukrainie. Dr Juszkowski wywodzi się z moskiewskiej redakcji pisma "Sowjetisz Hejmland", a dziś pracuje naukowo w Izraelu. Na jego zajęciach z historii literatury seminarzyści analizowali klasyków - Mendele Mojcher-Sforima, Szolema Alejchema i Ichoka L. Pereca, emigracyjną literaturę amerykańską, oraz mniej dziś znaną, a literacko chyba najciekawszą: radziecką literaturę jidysz. Seminarium odbywało się na przełomie lipca i sierpnia, więc zbiegło się z rocznicą tragicznego mordu żydowskich literatów, którego dokonano na Łubiance 12 sierpnia 1952 roku. Pamięć Markisza, Harika, Hofsztajna czy Fefera powracała podczas lektury ich dzieł, podczas wieczornych spotkań i w trakcie wspólnych podróży Seminarium miało miejsce w małej wiosce Striżowka koło Winnicy. Blisko stąd do Bracławia, Żytomierza, Berdyczowa - miast w których rozkwitała kultura jidysz. Kilkadziesiąt osób, które przyjechało tu by poznać specyfikę "jidyszkajt", przez trzy tygodnie zgłębiało tradycję religijną, zapoznawało się z historią jidysz, pieśniami. Język, którego uczyli się na zajęciach, często pobrzmiewał też w ich rodzinnym domu. Lara, młoda nauczycielka niemieckiego z Brianska, opowiada: "Jidysz był silnie obecny w mojej rodzinie. To był język mojej babci i dziadka. Teraz gdy moja babcia została sama, a nie mówi ona zbyt dobrze po rosyjsku, to wiem, że ucząc się jidysz zrobię jej dużą przyjemność". Wielu z nich ma świadomość, że poznawanie języka przodków pozwala zrozumieć lepiej historię własnej rodziny. Igor Gusiew, czterdziestolatek z Odessy, mówi płynnie po rosyjsku, angielsku i polsku. Od lat aktywnie uczestniczy w organizacji letnich seminariów "Jidysz i Jidyszkajt". Jego fascynacja językiem żydowskim jest również związana z przeszłością jego rodziny: "Czasem mówią mi, że to martwy język", opowiada Gusiew, "Wtedy ja sobie przypominam, że ostatnie słowa mojego dziadka były wypowiedziane w jidysz. A dla mnie był to wystarczający powód, żeby zacząć się go uczyć. Nauka jidysz to oddawanie czci swoim przodkom. Ja sam wątpię, abyśmy kiedyś rozmawiali w jidysz, tak jak czynili to nasi pradziadowie, ale przynajmniej powinniśmy móc zrozumieć to, co oni po sobie zostawili" dodaje odeski jidyszysta. Na scenie teatru ośrodka "Jaskółka" koło Winnicy odbywają się próby klasy dramatu. Młodzi adepci teatru żydowskiego przygotowują pod bacznym okiem Lei Szlanger inscenizację sztuki o Chanuce na podstawie Szolema Alejchema. Przez godzinę Sasza, na co dzień ukraiński filmowiec, wciela się w rolę nadmiernie gestykulującego pana Pipernutra, a Jana, studentka teatrologii z Moskwy, przeistacza się w małomiasteczkową damę zapraszającą żony bogatych sąsiadów do stolika karcianego. Lea Szlanger, reżyser i opiekun grupy teatralnej na seminarium, do 1957 roku była obiecującą aktorką warszawskiego Teatru Żydowskiego. Po emigracji występowała w Izraelu; jest również izraelską korespondentką "Dos Jidisze Wort". Teatr jidysz jest czymś unikalnym, a Lea Szlanger próbuje na swoich zajęciach przekazać młodzieży jego specyfikę. Osiemnastoletnia Ina z Odessy śpiewa w spektaklu pieśń o Chanuce. Chętnie opowiada, dlaczego zaczęła uczyć się jidysz: "To był język moich dziadków, rodziców mojej mamy. Język jidysz przywodzi na myśl tradycyjne zawody naszych dziadków - szewców, krawców, kowali. Ucząc się jidysz odzyskuję to, co utracił nasz naród. Jidysz to bardzo piękny język, o przepięknym brzmieniu", dodaje Ina. Muzyka była bardzo ważnym elementem seminarium. Popołudniami lekcje śpiewu prowadził Jasza Ajnsztajn z Izraela (nota bene również urodzony w polskim sztetl). "Jidysz, Jidysz, Jidysz - Jidysz iż majn szprach!", brzmią słowa piosenki, która stała się hymnem tegorocznego seminarium. Z racji miejsca, w którym wszystko się odbywało (okolice te są bowiem kolebką chasydyzmu), wśród pieśni przeważały motywy i tematy związane z Nachmanem z Bracławia, Besztem, z kultem wielkich rebes. Śpiewano bez przerwy: na zajęciach, po zajęciach, wieczorem przy piwie i, oczywiście, w czasie szabesu. Dwukrotnie zorganizowano koncerty talentów: wśród uczestników byli bowiem zawodowi klezmerzy - skrzypek Staś z Charkowa czy Nastja, nauczycielka muzyki z St-Petersburga. Ala Lickiewicz, która przyjechała z ukraińskiego Pierwomajska, występuje w klezmerskim zespole "Mazl Tow". Również w jej przypadku zainteresowanie kulturą żydowską przerodziło się w chęć poznania języka przodków. "Blisko zetknęłam się z Jidysz, gdy zaczęłam śpiewać pieśni żydowskie", mówi Ala, "Najpierw tłumaczono mi ich treść na rosyjski, jednak to trochę je zubaża. Teraz dopiero mogę sama zrozumieć, jak bogaty w znaczenia i sensy jest ten język". Seminarium "Jidysz i Jidyszkajt" to nie tylko język, ale również całe tło historyczno-społeczne w którym powstawał. "Nie można zrozumieć jidysz bez zrozumienia jidyszkajt - kultury, z której wyrastał" - głosi motto seminarium. To dlatego zaproszono tu prof. Wolfa Moskowicza, wybitnego specjalistę od genezy języków żydowskich. Prof. Moskowicz przedstawiał na swoich zajęciach bogatą historię jidysz - jego powinowactwa z językami germańskimi, słowiańskimi, zakorzenienie w kulturze wschodnioeuropejskiej. Opowiadał również o migracjach Żydów na przestrzeni dziejów, o genezie żydowskich nazwisk, o hipotezach dotyczących pochodzenia wschodnioeuropejskiego żydostwa. Wśród słuchaczy seminarium jest wielu studentów historii i nauk pokrewnych: z Uniwersytetu Salomona w Kijowie, kieleckiego Uniwersytetu Świętokrzyskiego i z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Kasia Czech z Kielc łączy osobistą i zawodową fascynację tym językiem: "Uczę się jidysz, bo odczuwam silną wewnętrzną potrzebę Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Polscy Żydzi w Azji Środkowej podczas II wojny świ 31.01.03, 01:29 Polscy Żydzi w Azji Środkowej podczas II wojny światowej Strzępy losów Olga Miedwiediewa Powszechnie wiadomo, że podczas wojny dziesiątki tysięcy polskich Żydów uratowało się w Azji Środkowej. W Obwodowym Archiwum w Samarkandzie (Uzbekistan) przechowywane są liczne dokumenty - świadectwa tamtych czasów. Pochodzą one z biura pełnomocnika departamentu handlu specjalnego przy Ludowym Komisariacie Handlu ZSRR. Większość dokumentów datowana jest na lata 1943-1944. Są to prośby o udzielenie pomocy żywnościowej, zaświadczenia z miejsc pracy, zaświadczenia lekarskie o stanie zdrowia, spisy ewakuowanych z lat 1943-1945 i wiele innych. Oficjalne dokumenty pisane są w języku rosyjskim, prośby natomiast - w językach rosyjskim i polskim. Spróbujmy na podstawie tych materiałów naszkicować obraz tego, jak wyglądało życie polskiego Żyda w Azji Środkowej w tych trudnych czasach. Ale najpierw powróćmy do jesieni 1939 r... Szukając ratunku przed hitlerowcami Żydzi uciekają z Polski na wschód. Do końca października ZSRR pozostawia swoją granicę otwartą dla uchodźców. Ale w listopadzie i grudniu wjazd dla nich jest już ograniczony. Później jest to wręcz niemożliwe, przekroczenie granicy może odbywać się tylko nielegalnie. W październiku ZSRR zajmuje wschodnie tereny Polski. Uchodźców z Polski i mieszkańców ziem wcielonych pozbawia się obywatelstwa polskiego. Uznaje się ich za obywateli radzieckich, ale przez ludność miejscową odbierani są jako obcy - określa się ich słowem "zapadniki" (ludzie z zachodu). Dla władz radzieckich są oni tak zwanym niepożądanym elementem. W lutym 1940 r. rozpoczyna się ich deportacja w głąb ZSRR. Trwa ona do czerwca 1941 r. Najczęściej Polaków oskarża się o działalność antyradziecką i wysyła do więzień i obozów pracy - na Syberię, na Północ, do Wschodniego Kazachstanu... Jednak po wkroczeniu wojsk hitlerowskich do ZSRR rząd radziecki i polski rząd emigracyjny nawiązują stosunki dyplomatyczne i w czerwcu 1941 r. podpisują umowę, na mocy której "byłym obywatelom Polski" przywraca się prawo do polskiego obywatelstwa. W grudniu tego samego roku pozbawia się tego prawa przedstawicieli mniejszości narodowych, w tym polskich Żydów. Na mocy amnestii zwalnia się ich z obozów i więzień. Pozwala im się zamieszkać w lepszej strefie klimatycznej - w Azji Środkowej... Uciekając jesienią 1939 r. z Polski na wschód polscy Żydzi myśleli, że zatrzymają się nie dalej niż we Lwowie - znaleźli się w pogórzu Tien-Szaniu i Pamiru, w niezwykłym dla nich klimacie, wśród obcych narodów i języków, wśród obcej ideologii, kultury, religii... Oto fakty z życia jednego z tysięcy polskich Żydów, który się znalazł w Azji Środkowej, zaczerpnięte z wypełnionej przez niego ankiety: Michał Szajewicz Blumenkopf urodził się w 1913 r. w Warszawie. W roku 1935 tamże ukończył wyższą uczelnię techniczną otrzymując dyplom inżyniera-- elektryka. W tym samym roku wstapił do Polskiej Partii Komunistycznej, której członkiem był do 1939 r. Po ukończeniu studiów pracował jako inżynier. Od 1939 r. rozpoczyna się jego tułaczka: przebywał w obwodzie woroszyłowgradzkim (Ukraina), w Świerdłowsku (Ural), w Taszkiencie (Uzbekistan). W 1943 r. w gułagu NKWD pracuje w kopalniach w obwodzie świerdłowskim. W 1944 r. wraca do Taszkientu... Oto następny przykład: Rebeka Fersztenberg zawiera w podaniu o pomoc następującą informację: "W grudniu 1939 r. wyjechałam do Lwowa, gdzie przebywał mój mąż od września 1939 r. w strasznych warunkach. Szłam pieszo z dziewięciomiesięcznym dzieckiem na ręku. Potem wysłali nas do archangielskiej obłasti. Od września 1941 do września 1943 r. przebywałam w kołchozie Jagiturmu - Leninski rejon Działałabadzkiej obłasti. Ostatnio mieszkam w Lenindzio. Mąż mój jest w Trudowom froncie na Syberii".. Taka w zasadzie była marszruta przytłaczającej większości uchodźców z Polski. W dokumentach zmieniają się tylko nazwy geograficzne - zamiast Woroszyłowgradu wymienia się Mińsk lub Kijów, zamiast łagru - więzienie, a zamiast Taszkientu - Leninabad lub kołchoz "Socjalizm"... Wśród Żydów, którzy znaleźli schronienie w Azji Środkowej, byli mieszkańcy Warszawy, Krakowa, Łodzi, Białegostoku, Częstochowy i wielu innych miast.. Mieszkający od wieków w warunkach miejskich Żydzi znaleźli się w kiszłakach i kołchozach. Mieszkali w barakach i w magazynach, ci, którzy mieli więcej szczęścia - w hotelach robotniczych lub w ziemiankach - przeważnie w strasznej ciasnocie, biedzie i brudzie. Ci, którzy mieli specjalne wykształcenie (lekarze, farmaceuci, nauczyciele, ekonomiści), z reguły wykonywali swój zawód. Natomiast ci, którzy w przeszłości byli rzemieślnikami lub drobnymi handlarzami (a takich była większość), przeważnie pracowali w rolnictwie, w przemyśle wydobywczym, w kopalniach. Pracowali ciężko i przymierali głodem. "Zarobek starcza zaledwie na wykupno chleba"... - Estera Son (8.01.1944 r.). "Giniemy z głodu"... - Rubinfeld (b/daty, b/ inicjałów). Podobnych słów rozpaczy w dokumentach jest mnóstwo. Żydów polskich wykańczały głód i zimno. Z zaświadczeń lekarskich wynika, że dziesiątkowały ich również choroby: gruźlica, malaria, tyfus, dyzenteria... Gorsza od głodu i chorób była niepewność co do przyszłości. Nie wiedzieli, ile czasu będą z dala od domu, co się dzieje z ich bliższą i dalszą rodziną. Podejmowali próby, żeby dowiedzieć się czegokolwiek, zwracali się do różnych instytucji, które zajmowały się sprawami Polaków. Właściwie była to próba znalezienia zainteresowania sprawami ich bytu i beznadziejne szukanie pomocy i poparcia. Odpisywano im: takiej a takiej osoby nie znamy. Dla tych, którzy szukali krewnych, miało to znaczyć: poparcia nie ma. Jeden przykład: Pekler (inicjały pominięto - O. M.) w liście do pełnomocnika pisze, że dowiedziała się od ludzi, że jej męża z Kijowa zabrali Niemcy: "Nie mam wiadomości o swoim mężu od 1941 r. (...) Czy wiecie co nieco o losie mego męża Pekler Abram Isakowicz. Wysyłam do was męża zdjęcie. Być może, nie pamiętacie nazwiska, wtedy poznacie go po zdjęciu. Bardzo, bardzo was proszę odpisać"... Na stronie odwrotnej listu - polecenie zwierzchnika wydane pracownikowi biura: "Zdjęcie wysłać z powrotem do nadawcy. Zawiadomić, że Pekler nie jest nam znany". Polecenie zostało wykonane. Odpowiedź brzmiała: "Zwracamy wasze zdjęcie i informujemy, że wiadomości o miejscu pobytu ob. Pekler nie mamy". Jednak w archiwum zdjęcie Peklera się zachowało. Zwrócone bowiem żonie, wróciło znów do biura pełnomocnika w Samarkandzie - "Adresat nieznany, stacja Chu, Oktiabrskaja 6". Smutna historia i powszechnie znana procedura: list, w którym zawarto próżną nadzieję na znalezienie człowieka, zgubionego pomiędzy dwoma totalitarnymi państwami, koperta domowej roboty, zrobiona z druku faktury piekarni na stacji Chu obwodu Dżambulskiego w Kirgizji... i zdjęcie, być może jedyne, które udało się zachować z przeszłości... "Samotne" zdjęcie w podartej, rozsypującej się w rękach teczce samarkandzkiego archiwum... Strzępy czyjegoś gorzkiego życia, czyjegoś nieszczęśliwego losu... Dokumenty archiwum świadczą o tym, jak ludzie walczyli. Nie o życie, ale o przeżycie... Nie ma wątpliwości, że przeżyć można było tylko dzięki sile woli i determinacji. Więc to, co pomogło stawiać opór trudnościom, zostało poza dokumentem. Może były to zwykłe ludzkie uczucia. Przecież rodziły się dzieci - wśród podań są prośby o udzielenie pomocy od kobiet ciężarnych i tuż po porodzie. Na przykład w jednym z listów--podań Chaja Szturm prosi o przydzielenie niezbędnych rzeczy dla niemowlęcia. Być może pomagała przetrwać wiara. Ale wierzący bali się do swojej wiary przyznawać, jeżeli się modlili, to - w kraju tryumfującego ateizmu - musieli to robić po kryjomu. Kontaktów z tak zwanymi europejskimi Żydami prawie nie podtrzymywano: liczni Żydzi ewakuow Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Zigizak 7 Palestynczykow ZABILI wczoraj Zydzi IP: *.dialsprint.net 30.01.03, 02:05 Siedmiu Palestyńczyków ZABILA wczoraj zydowska armia na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. Z powodu wczorajszych wyborów parlamentarnych w Izraelu rząd tego kraju wzmógł represje i zabijanie Palestyńczykow oraz wprowadził całkowitą blokadę Autonomii Palestyńskiej. www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20030129&id=sw73.txt Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim 30.01.03, 21:05 Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim W sierpniu mija rocznica śmierci Juliana Stryjkowskiego. Chcielibyśmy zaproponować czytelnikom Serwisu Internetowego "Słowa Żydowskiego" lekturę fragmentu powieści Stryjkowskiego "Wielki Strach", która ukazała się nakładem Czytelnika w 1990 roku. Poniżej przedstawiamy wspomnienie o pisarzu, pióra Ryszarda Wasity, które ukazało się w "Słowie Żydowskim": Najmilsza formuła spotkania, jaką sobie można wyobrazić: żadna rocznica, ani okrągła ani zwykła, żadne koturny, żaden patos. Po prostu grono (całkiem duże) polskich pisarzy, ludzi zaprzyjaźnionych kiedyś z Julianem Stryjkowskim i miłośników jego sztuki pisarskiej, spotkało się, aby powspominać autora Snu Azrila. Pesach Stark urodzony 27 kwietnia 1905 roku w galicyjskim mieście Stryj (stąd pseudonim literacki a potem i nazwisko) dożył wieku sędziwego, zmarł 8 sierpnia 1996 r. Pracował intensywnie do końca. "Jeszcze na parę miesięcy przed swą śmiercią - mówi pisarz młodego pokolenia Piotr Szewc, serdecznie ze Stryjkowskim zaprzyjaźniony - Julian tłumaczył z hebrajskiego mądrości Starego Testamentu i Talmudu. Było to jego ostatnie dzieło godne talentu, wiedzy i sędziwego wieku". Nie dokończył powieści poświęconej Baruchowi Spinozie, a przygotowywał się do niej przez wiele lat dogłębnie studiując filozofię, teologię i historię. Dobrym wprowadzeniem do wystąpień Henryka Berezy, Marka Nowakowskiego i Piotra Szewca były fragmenty tekstów samego Juliana Stryjkowskiego, odczytane znakomicie przez młodego aktora Adama Baumana. Przypomniał on owo słynne przemówienie wygłoszone przez pisarza na swoim osiemdziesięcioleciu zorganizowanym przez Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza i Uniwersytet Warszawski, z tym powtarzającym się dramatycznie pierwszym polskim słowem wychowanego dotąd w języku jidysz chłopca: "Jestem". Usłyszeliśmy też fragment późnej książki (bo z roku 1992) pt. Sarna albo rozmowa szatana z chłopcem, aniołem i Lucyferem. Henryk Bereza, który pisał wielokroć o książkach Juliana Stryjkowskiego i był redakcyjnym kolegą autora Przybysza z Narbony, przypomniał "leżakujące" długo arcydzieło Juliana Stryjkowskiego, czyli Głosy w ciemności, które wreszcie w roku 1955 w czterech kolejnych zeszytach opublikowała iwaszkiewiczowska "Twórczość". Zdaniem Henryka Berezy, pisarza o wyrafinowanym smaku i znawcy literatury stosującego ostre kryteria wartości, Julian Stryjkowski może być zestawiany prawomocnie z Bolesławem Leśmianem i Brunonem Schulzem. "Sam Stryjkowski - przypomniał Bereza - miał optykę komparatystyczną inną - dla niego punktem odniesienia była twórczość Adolfa Rudnickiego". Autor Przybysza z Narbony, choć uwikłany w pewnym okresie życia w komunizm (przyjaciele żartowali, że odbył Bieg do Fragala i z powrotem), "nigdy - cytuję dosłownie Henryka Berezę - nie sprzeniewierzył się pisarskiej suwerenności, nawet w Biegu do Fragala". Pisarz zupełnie innego niż Stryjkowski pokolenia, środowiska i miejsca - bardzo warszawski twórca Marek Nowakowski, przez długi czas był jednym z najbliższych przyjaciół pana Juliana. Mówił pięknie i mądrze o starym pisarzu i starym człowieku. Bez solenności, a serdecznie. Wspomniał, czym była dla niego, jeszcze młodego chłopaka, lektura Głosów w ciemności. Od razu odkrył, że jest to proza "kolczasta", pełna wewnętrznej energii, obca tradycjom stylistyki "eleganckiej". Marek Nowakowski nazwał Juliana Stryjkowskiego odnowicielem polszczyzny, bo wniósł do niej - oczywiście nie dosłownie - hebrajszczyznę, jidysz, tradycje sztetł "z pierwszej ręki". Zestawił Stryjkowskiego z innym wielkim pisarzem polskim - Leopoldem Buczkowskim, z bliskiego regionu (Podole). Autor Czarnego potoku wsączył w polszczyznę soki ukraińskie. Marek Nowakowski przypomniał o nieprzeciętnej wiedzy Stryjkowskiego o świecie przyrody (zwłaszcza flory), która nie uwidoczniła się jednak w jego pisarstwie. "Deklarując brak wiary - przypomniał Marek Nowakowski - był autor Echa głęboko zanurzony w filozofię, w teologię, czytał w oryginale księgi biblijne, wracał do judaizmu, przyjaźnił się z chrześcijańskim teologiem, dominikaninem - ojcem Jackiem Salijem. Problem życia wiekuistego nie był dla Juliana Stryjkowskiego problemem abstrakcyjnym, ale życiowym i to centralnym. Nie był wolny od ludzkich słabości, ale nie rozczarowałem się do Juliana Stryjkowskiego jako człowieka" - zakończył autor Benka Kwiaciarza. Piotra Szewca (urodził się w 1961 roku w Zamościu) szczęśliwy los związał na długo przyjaźnią i współpracą z Julianem Stryjkowskim. Wiele czasu zajęło przygotowanie obszernej księgi rozmów młodego autora Zagłady ze starym twórcą Austerii. Dla mnie ta ich wspólna księga - Ocalony na Wschodzie - to jedna z najważniejszych lektur pozwalających lepiej zrozumieć polski i europejski wiek XX. I myślę, że nie tylko dla mnie. Na penklubowym spotkaniu otrzymaliśmy też najnowszą książkę Piotra Szewca pt. Syn kapłana. Owe "zapisy z pamięci" mówią nam wiele o skomplikowanej osobowości wielkiego pisarza, jakim był Julian Stryjkowski. Sam pamiętam wiele epizodów z życia pisarza z różnych lat (od 50. począwszy), jego niektóre opinie o ludziach i wydarzeniach (nigdy układne, zawsze trafiające w sedno, często bardzo ostre). Z Warszawy, a przede wszystkim z podwarszawskich Obór i Konstancina. Julian Stryjkowski był bardzo, ale to bardzo nieufny wobec ludzi. Toteż czułem się naprawdę wyróżniony, gdy swego czasu powierzył mi dużą sumę (otrzymał właśnie honorarium, bodaj za Króla Dawida), a potem przyniósł jeszcze do mego pokoju w Oborach jakieś dolary, marki niemieckie, franki szwajcarskie, aby je przewieźć do Warszawy i oddać pani Kopińskiej na ulicy Nowogrodzkiej. Dla wyjaśnienia - była to zaprzyjaźniona z pisarzem redaktorka z wydawnictwa "Czytelnik". Kiedyś, gdy spacerowaliśmy w parku oborskim, rozmowa zeszła na Jana Pawła II. Powiedziałem pisarzowi, że jestem mu wdzięczny za jego wypowiedź po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Ujawnił mi wtedy, że tekst opatrzył tytułem, który cenzura "zdjęła" i z czasopisma i potem z książki zbiorowej, która się ukazała w serii Biblioteka Więzi. A tytuł ten brzmiał: Drugi chrzest Polski. Wszystko, co dotyczy Juliana Stryjkowskiego jest godne pamięci. Ukazały się tomy wspomnień o Antonim Słonimskim, o Kazimierzu Wierzyńskim. Czekamy na książkę wspomnień o twórcy Austerii. Ryszard Wasita Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Lato w "Śródborowiance" 31.01.03, 01:30 Lato w "Śródborowiance" Znów rozbrzemiewa mame-łoszn Piotr Piluk O języku jidysz mówi się, że jest najbardziej żywym spośród martwych języków. Czy w ogóle jest martwy? Wydaje się, że nie, a na pewno temu stwierdzeniu przeczą zdarzenia, które miały miejsce w "Śródborowiance" w lipcu. Przez trzy letnie tygodnie ośrodek tętnił życiem, żydowską atmosferą, a przede wszystkim słychać było tam jidysz - od niewprawnie sylabizowanych czytanek, przez rozmowy, aż po piosenki. W lipcu w ośrodku szkoleniowo--wypoczynkowym TSKŻ w Śródborowie odbyło się XIII Seminarium "Jidysz un Jidyszkajt", po raz pierwszy w Polsce. Wcześniej tego rodzaju spotkania miały miejsce w Moskwie, Kijowie, Odessie, Kiszyniowie i Winnicy. Wszystko zaczęło się w 1990 roku w Moskwie. Wówczas jidyszyści związani z wychodzącym w stolicy Rosji miesięcznikiem "Sowietisz Hajmland" zorganizowali pierwsze seminarium "Jidysz un Jidyszkajt". W Moskwie spotkali się wtedy jidyszyści z republik Związku Radzieckiego i Izraela. W tym roku przyjechali uczestnicy z Rosji, Ukrainy, Polski, Izraela, a nawet Japonii. Duszą przedsięwzięcia, które trwa już od trzynastu lat, jest Mordechaj Juszkowski. Pochodzi z Winnicy na Ukrainie, ale od kilkunastu lat mieszka w Izraelu. Zanim wyjechał, pracował w redakcji "Sowietisz Hajmland". W Izraelu doktoryzował się u Gerszona Weinera, założyciela Weltrat far Jidysze Kultur (Światowej Rady Kultury Żydowskiej). Mordechaj Juszkowski jest literaturoznawcą, specjalizuje się przede wszystkim w twórczości pisarzy i poetów żydowskich ze Związku Radzieckiego. Jest także zaangażowany w pracę Nacionale Instanc far Jidysze Kultur. Do Śródborowa przyjechali wybitni specjaliści z dziedziny literatury jidysz, kultury żydowskiej i judaizmu. Kurs zakładał bowiem oprócz nauki języka także analizy utworów literackich, poznawanie kultury i tradycji oraz zajęcia sceniczne. Wśród wykładowców znaleźli się: profesor Wolf Moskowicz z Instytutu Badań Slawistycznych Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, pochodzący z Rosji, ale od blisko trzydziestu lat mieszkający w Izraelu, profesor Dow Noy z Uniwersytetu Hebrajskiego - etnolog, pięknie potrafiący mówić o folklorze żydowskim, pewnie dlatego, że urodził się w Galicji, profesor Noemi Vogelman - badaczka Pięcioksięgu Mojżeszowego i poetka, jest córką ostatniego rabina Katowic, także z Uniwersytetu Hebrajskiego, Abraham Karpinowicz - powieściopisarz pochodzcy z Wilna wraz z żoną Sarą Łapicką, która z dużą konsekwencją i zaangażowaniem uczyła uczestników kursu języka jidysz, podobnie jak Andrea Fiedermutz - pochodząca z Austrii, ale obecnie mieszkająca w Izraelu, gdzie pracuje na Uniwersytecie Hebrajskim oraz Rafael Blumenfeld - bibliotekarz na Uniwersytecie w Tel Awiwie, którego rodzinnym miastem są Kielce. O judaizmie opowiadał rabin Grigorij Kotliar z Moskwy, cierpliwie analizował z uczestnikami seminarium zwyczaje i tradycje oraz rozwiązywał sporne kwestie w dyskusjach religijnych. Grigorij Kotliar jest liderem ruchu na rzecz postępowego judaizmu w Rosji. Tematem jego pracy doktorskiej była haskala i judaizm reformowany na przykładzie środowiska warszawskich Żydów. Uczestnikom seminarium wiele czasu zabierała nauka, ale popołudniami mogli stać się gwiazdami estrady dzięki programom przygotowywanym przez Bellę i Jaszę Ajnsztajnów i Leę Szlanger. Małżeństwo Ajnsztajnów z dużym doświadczeniem kierowało poczynaniami swojej grupy - Bella akompaniowała, a Jasza uczył śpiewu i udzielał niezbędnych rad, jak poradzić sobie na scenie. Znacznie trudniejsze zadanie miała Lea Szlanger (mieszkająca w Izraelu aktorka i współpracowniczka radia "Kol Israel"), która część swojej młodości spędziła w Polsce, ponieważ sama musiała poradzić sobie z grupą. Wszyscy świeżo upieczeni aktorzy, śpiewacy i konferansjerzy zaprezentowali się podczas jednego z ostatnich wspólnych wieczorów, w sali balowej "Śródborowianki". Program Belli i Jaszy Ajnsztajnów był żywy i dowcipny, a Lea Szlanger zdecydowała się przywołać wspomnienia i skłonić publiczność do refleksji. Podczas trwania seminarium, wieczorami, regularnie odbywały się spotkania z zaproszonymi gośćmi. Uczestnicy, szczególnie ci zza granicy, mieli okazję wysłuchać i porozmawiać z wybitnymi przedstawicielami środowiska żydowskiego w Polsce oraz badaczami problematyki żydowskiej. W "Śródborowiance" pojawili się: Szymon Szurmiej - dyrektor Państwowego Teatru Żydowskiego i przewodniczący Zarządu Głównego Towarzystwa Społeczno- Kulturalnego Żydów w Polsce, Jan Jagielski - kierownik Działu Dokumentacji Zabytków w Żydowskim Instytucie Historycznym,współautor książek "Niezatarte ślady getta warszawskiego" oraz "Zachowane synagogi i domy modlitwy w Polsce", Michał Friedman - tłumacz literatury jidysz, profesor Szewach Weiss - ambasador Izraela w Polsce, Gołda Tencer - aktorka Państwowego Teatru Żydowskiego i dyrektor Fundacji Shalom, Konstanty Gebert - były redaktor naczelny miesięcznika żydowskiego "Midrasz", Robert Szuchta - nauczyciel historii w 64 Liceum Ogólnokształcącym im. S.I. Witkiewicza w Warszawie, współautor programu nauczania o Holocauście dla szkół ponadpodstawowych, autor cyklu artykułów "Holocaust - zrozumieć dlaczego" publikowanych w miesięczniku historycznym "Mówią Wieki", Joanna Nalewajko - pracownik powstającego Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Trzy ostatnie dni uczestnicy seminarium spędzili podróżując po Polsce. Obejrzeli żydowskie zabytki Lublina, krakowski Kazimierz, dawny kwartał żydowski w Górze Kalwarii wraz z dworem Alterów, synagogi w Piotrkowie Trybunalskim, a także pałace i fabryki żydowskiej burżuazji, synagogę, żydowski cmentarz - największy w Europie oraz ulicę Piotrkowską w Łodzi. W seminarium wzięli udział również członkowie i działacze Towarzystwa Społeczno- Kulturalnego Żydów w Polsce: Henryka i Lejb Szklarowie (Legnica), Elżbieta Fajerman (Katowice), Halina Wasilewicz (Częstochowa), Olga Akselrad (Bytom) i Julia Jakubowska (Warszawa), którzy język żydowski znają z rodzinnych domów. Niestety, w ostatnich latach często nie mieli z kim rozmawiać - zatem zaległości sumiennie nadrabiali w Śródborowie rozmawiając z Żydami z krajów Europy Wschodniej oraz Izraela. Dzięki tym rozmowom powstały ciepłe relacje pomiędzy uczestnikami, a język jidysz zyskał wymiar międzynarodowy. Seminarium jidyszystyczne w Śródborowie to ważne wydarzenie. Jak widzą je ludzie, którym bliski jest język żydowski? Gołda Tencer: To naprawdę było wspaniałe! Po tylu latach, kiedy w Śródborowie nie było słychać jidysz, znów mówi się tam po żydowsku. To dobry znak dla przyszłości jidysz w Polsce i pracy mojej fundacji, która dąży do ożywienia kultury i języka żydowskiego. Marcin Szydzisz (doktorant z Wrocławia): Dla mnie - młodego Polaka - seminarium było ważnym doświadczeniem. Miałem okazję obcować z żywą kulturą żydowską, poznać jej bogactwo oraz spotkać przedstawicieli społeczności żydowskiej i osoby zajmujące się w Polsce problematyką żydowską. Mitsu Akao (socjolog z Yokohamy): Kultura jidysz jest ważnym składnikiem pejzażu kulturowego Europy i w istotny sposób wpłynęła na dzisiejsze oblicze narodu żydowskiego. W Japonii niewiele osób zajmuje się językiem i kulturą jidysz, dlatego cieszę się z udziału w tym seminarium, tu w Polsce, którą można chyba nazwać kolebką jidysz. Michał Bilewicz (student z Warszawy): "Jidysz un Jidyszkajt" napawa optymizmem, bo pokazuje, że Polska nie stała się wiecznym cmentarzem. Izraelscy nauczyciele przyjeżdżają uczyć Żydów i Polaków języka jidysz, przez co ożywiają pamięć zmarłego narodu. I wszystko to dzieje się w państwie, w którym Żydów miało już w ogóle nie być. W samym języku jidysz jest wiele sformułowań, które konfrontują Żydów z resztą świata. Mówimy: "jid" i "goj", "mejdł" i "szikse", "jingł" i "szejgec". Obecność polsk Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ZYDEK [...] IP: 168.143.113.* 30.01.03, 17:59 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Ankieta "Moje wymarzone pismo żydowskie" 30.01.03, 21:06 Ankieta "Moje wymarzone pismo żydowskie" 24 czerwca, na festynie kończącym Tydzień Kultury Żydowskiej, obecny był również Namiot "Słowa Żydowskiego", w którym przeprowadziliśmy ankietę dotyczącą pisma marzeń warszawskich żydów i ich przyjaciół. Korzystając z okazji, spytaliśmy również o to, jak powinno wyglądać w Przyszłości "Słowo Żydowskie". Oto wyniki ankiety: 76% responentów czytuje "Słowo Żydowskie" 41% respondentów czyta każdy numer naszego pisma Spośród tych, którzy dotąd nie spotkali się ze "Słowem", były i takie głosy: "Pierwszy raz dziś. Nareszcie. Uważam to pismo za naprawdę ambitne..." Tak jak spodziewaliśmy się, spośród naszych czytelników większość czyta również "Midrasz" (61%). Inne pisma żydowskie, które czytają nasi czytelnicy, to: "Szterndlech" (pojawia się domach 53% naszych czytelników) i "Biuletyn Pusz". Nasi respondenci chcieliby przeczytać w "Słowie Żydowskim": "aktualne wiadomości" (tego chyba u nas nie brakuje...), "więcej informacji z archiwum ŻiH" (postaramy się), "o dzisiejszej imprezie" (w lipcu, obiecujemy...), "o Żydach w Warszawie" (a o czymże innym my piszemy?) "przepisy kulinarne z naszej kuchni" (stała rubryka Małgorzaty Krasuckiej zaspokoi nawet najwybredniejszych smakoszy) "rubryczka z humorami" (czasem pojawiają się, może zbyt rzadko?) "o znaczeniu kobiet w kulturze żydowskiej" (z pewnością wkrótce nadrobimy zaległości w tej materii) "o religijności młodych Żydów poza Izraelem" (zapewne należy pisać o tym więcej...) "o kibucach" (ruchowi kibucowemu planujemy poświęcić wiele miejsca w którymś z numerów) A jak powinno wyglądać, zdaniem respondentów, idealne pismo żydowskie? "kolorowe, kosmopolityczne", "z komiksem, a poza tym filozofia, mistycyzm, kącik dla nastolatków", "jak dotychaczas" (DZIĘKUJEMY!), "bliższe społeczności, może bardziej podobne do biuletynu", "powinno być po żydowsku", "wiele aktualności, zdjęć, zapowiedzi, komentarzy dotyczących aktualnych wydarzeń, dyskusji", "kolorowe" (JUŻ WKRÓTCE!), "żywe, kolorowe, ciekawe artykuły", "Należy utrzymać dotychczasowy poziom" (A SZEJNEM DANK!), "Idealne pismo powinno być ciekawe i kolorystyczne", "powinno wyglądać tak jak Słowo Żydowskie". Komentarz do Ankety "Moje wymarzone pismo żydowskie": Wśród Państwa głosów przeważały opinie życzliwe, za co serdecznie dziękujemy. Mamy nadzieję, że zbliżymy się do Państwa wizerunku idealnego pisma żydowskiego. Zgodnie z sugestiami z ankiety, już niedługo wprowadzimy kolorową okładkę i nową szatę graficzną. Wciąż dbać będziemy o aktualności, będziemy poruszać najważniejsze tematy polskiej debaty publicznej (jak ostatnio Jedwabne). Zgodnie z sugestią jednej z repodentek, spróbujemy stać się "bliskim społeczności biuletynem", dla którego informacje z Gminy, TSKŻ, PUSŻ i innych organizacji będą równie ważne jak wielkie wydarzenia polityczne i kulturalne. Wszystko to odnajdziecie Państwo na łamach Słowa Żydowskiego - jedynego dwutygodnika polskich Żydów Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Złota Róża 31.01.03, 01:31 Kartka ze Lwowa Złota Róża Zofia Leżańska Tym żeńskim imieniem nazwano synagogę we Lwowie ufundowaną w 1582 r. przez finansistę Izaaka Nachmanowicza, seniora lwowskiej gminy, marszałka (w 1589 roku) Sejmu Żydów Koronnych w Lublinie. Murowaną synagogę w stylu późno- gotyckim wybudował murator włoskiego pochodzenia Paweł Szczęśliwy (Paolo il Felice), cechmistrz lwowskiego cechu murarzy. Usytuowana była na wykupionym przez Nachmanowicza od rady miejskiej placu Oleskim, małej działce między mieszkalnymi budynkami w centrum dzielnicy żydowskiej, blisko murów miejskich i arsenału. Początkowo nosiła nazwę Turej zahaw (Złote podwoje), od tytułu dzieła lwowskiego rabina Dawida ben Samuela Halewiego, jednego z najsłynniejszych komentatorów kodeksu rytualnego Josefa Caro. Upamiętniał go napis widniejący nad wejściem do bóżnicy: "Tu modlił się nasz pan i nauczyciel Dawid Halewi, autor dzieła Turej zahaw". Wraz z synagogą Paweł Szczęśliwy zbudował dom dla rodziny Nachmanowiczów przy ul. Żydowskiej (obecnie dom nr 27 przy ul. I. Fiedorowa), przez który prowadziło przejście do bóżnicy. W 1595 roku, już po śmierci Izaaka Nachmanowicza, jego synowie (Nachman i Mordechaj) rozbudowali budynek świątyni - dobudowano galerię dla kobiet oraz położono podłogę. Gdy na początku XVII wieku Jezuici postanowili założyć kolegium we Lwowie, otrzymali na własność, na podstawie aktu darowizny podpisanego przez Zygmunta III Wazę w 1603 roku, wschodnią część ulicy Żydowskiej - terytorium należące do lwowskiej gminy żydowskiej. Rada miejska przekazała ten obszar Jezuitom pod pretekstem, jakoby został swego czasu bezprawnie sprzedany gminie żydowskiej. Zaczął się długi proces gminy z Jezuitami i miastem o bóżnicę i tereny przylegające. W 1604 roku na mocy wyroku sądu królewskiego synagoga przeszła w ręce Jezuitów i została przekształcona w kościół. Ale spór trwał dalej, gdyż Mordechaj Izakowicz nie zgodził się na udostępnienie przejścia przez swój dom do świątyni. Po długich targach gmina żydowska wymogła na Jezuitach rezygnację z jej terenów płacąc im za ustąpienie z dzielnicy żydowskiej 20 600 zł. W 1609 roku, dwa dni przed świętem Purim, nastąpiło uroczyste otwarcie synagogi. Z tej okazji Izaak ben Samuel Halewi napisał hymn dziękczynny "Pieśń zbawienia" (Szir geula). Odczytywano go odtąd co roku w szabat przypadający po Purim. Zwój, na którym hymn został napisany, przechowywano w skarbcu synagogi. Kilkanaście lat po procesie o bóżnicę zaczęły powstawać legendy o jej cudownym ocaleniu. Ich bohaterką stała się synowa Nachmanowicza, żona jego syna Nachmana - Róża, zwana di goldene Rojze (Złota Róża). I to właśnie od jej imienia pochodzi nazwa synagogi. Róża Nachmanowiczowa odgrywała znaczącą rolę w życiu lwowskiej społeczności żydowskiej. Brała udział w procesie z Jezuitami reprezentując interesy gminy i wykorzystując swoje wpływy w środowisku polskiej magnaterii. Prawdopodobnie znała arcybiskupa lwowskiego Jana Grzymałę Zamojskiego. Dzięki m.in. jego pośrednictwu doprowadzono do ugody z Jezuitami i zwrotu synagogi oraz żydowskich domów. Po śmierci Róży w 1637 roku fakty z jej życia i działalności zaczęły się zacierać w pamięci Żydów. Legenda o niej krążyła w różnych wersjach. Popularny stał się motyw męczennicy i bojowniczki o świątynię. Według tej opowieści Róża miała ofiarować biskupowi lwowskiemu cały swój majątek na wykupienie bóżnicy. Biskup zgodził się, ale gdy zażądał, aby została jego kochanką - popełniła samobójstwo. Według innej wersji legendy Jezuici zrezygnowali z synagogi zniechęceni żądaniem Róży, aby płacili za przejście przez dom Nachmanowiczów. Bóżnica "Złotej Róży" początkowo była prywatną własnością rodziny Nachmanowiczów. W latach 1604-1801 pełniła rolę gminnej synagogi. W budynku miał swą siedzibę sąd, przechowywano tu także księgi gminy. Świątynię remontowano kilkakrotnie, m.in. w 1664, 1915 i 1918 roku. Podczas II wojny światowej została spalona przez Niemców. Z pożaru ocalały mury i sklepienie. W czasach powojennych popadła w całkowitą ruinę. Pozostały tylko fragmenty ściany wschodniej oraz północnej z zarysem sklepień. W latach osiemdziesiątych rozpoczęto prace konserwacyjne na terenie synagogi. Inicjatorem odrodzenia "Złotej Róży" jest Michael Goldman, prezes lwowskiej gminy judaizmu postępowego. Z jego inicjatywy utworzono Lviv Region United Jewish Community "Golden Rose" - Zjednoczoną Gminę Żydowską Okręgu Lwowskiego "Złotą Różę". Biuro kongregacji rozsyła do środowisk żydowskich na świecie petycje z prośbą o datek na odbudowę synagogi w wysokości 1 dolara. Wszyscy zainteresowani projektem rekonstrukcji bóżnicy "Złotej Róży" i pragnący udzielić wsparcia finansowego proszeni są o kontakt z: 12 Scholem-Aleychem str. 79007 Lviv, Ukraine tel. (0380322) 72-26-61 tel./fax (0380322) 75-78-27 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Malgosia [...] IP: 209.234.157.* 31.01.03, 03:41 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Klezmera bemole i łzy 01.02.03, 03:42 Klezmera bemole i łzy Dwupłytowy album Leopolda Kozłowskiego Wacław Krupiński Tych miasteczek nie ma już. /Pokrył niepamięci kurz. /Te uliczki, lisie czapy kupców rój - pisał przed laty Wojciech Młynarski reagując na hańbę marca 1968 roku. Na szczęście po latach kolejne dziejowe wiatry rozwiały ów pył przysłaniający pamięć o świecie Chagalla, Schulza, Singera, Perlmana, a i krakowskiego stolarza i poety Gebirtiga, co to żył na Kazimierzu, zanim nadeszła Zagłada... Od lat stopniowo powraca tamten świat - w kolejnych inscenizacjach Skrzypka na dachu, w pojawiających się piosenkach (8 lat, do 1987 roku, czekała płyta artystów Teatru Żydowskiego Gwiazdy na dachu), w czasie festiwali na krakowskim Kazimierzu, które stały się fenomenem na skalę światową. To na Kazimierzu przycupnął ostatni klezmer Galicji, czy też Rzeczypospolitej, Leopold Kozłowski, kompozytor i muzyk, którego nazwisko bodaj więcej mówi w USA, gdzie nazywany jest ostatnim klezmerem Europy, niż w Polsce, o którą bił się jako żołnierz AK i I Armii Wojska Polskiego. Muzyka w jego rodzinie rozbrzmiewała od pokoleń - dziadek, Pejsach Brandwein, stworzył z synami kapelę grywającą na dworze Franciszka Józefa - i założył Zespół Pieśni i Tańca Krakowskiego Okręgu Wojskowego. A potem była cygańska Roma i grecki zespół Hellen, i wspomniany warszawski Teatr Żydowski. I taka też jest klezmerska muzyka; łączy nuty żydowskie, cygańskie, polskie, huculskie. Acz dominuje smętek, liryzm, nostalgia, bo to muzyka pisana w bemolach, zatem i uśmiech w niej ma opadające kąciki ust. Dlaczego? Bo klezmer grając nie tylko gra - on opowiada dzieje swojego narodu, jego smutki i jego radości - jak mówił Leopold Kozłowski w jednym z wywiadów. Od kilku lat Leopold Kozłowski prezentuje nie tylko na Kazimierzu dawne, tradycyjne, jak i napisane przez siebie pieśni i piosenki żydowskie. Program Rodzynki z migdałami poruszył mnie już dwa lata temu, zatem tym chętniej wybrałem się w grudniu do krakowskiej synagogi Tempel na jego rejestrację telewizyjną, połączoną z premierą dwupłytowego albumu. Kamery, światła - nie sprzyja to intymnemu odbiorowi. A jednak w pięknej synagodze czuło się klimat coraz bardziej zaciskającego się w gardłach wzruszenia, coraz silniej napływających pod powieki łez. I popłynęły. Jeszcze nie wtedy, gdy Katarzyna Jamróz przejmująco interpretowała piosenkę Leopolda Kozłowskiego Gdy jedna łza, jeszcze nie wówczas, gdy w duecie z Martą Bizoń obozową kołysanką Machen di ajgełech wywołały ból matki, nie przy dawnej kołysance Rodzynki z migdałami pięknie śpiewanej przez Renatę Świerczyńską, ani przy Miasteczku Bełz, zwłaszcza że przerywały ich nastrój piosenki radosne: Cymes, którym czarowała Marta Bizoń, Wu bistu gewen - Andrzeja Roga, jakby wyjętego z kart Austerii Stryjkowskiego, czy Az der rebe tanct, którym porywają do tańca Katarzyna Jamróz i sam Kozłowski. Ale gdy wszyscy wykonawcy - także Katarzyna Zielińska i Jacek Cygan - podjęli pieśń Drzewka Kazimierza, atmosfera żalu wypełniła synagogę na tyle, że pewne było, iż tego wieczoru łzy nie będą tylko tematem piosenki. A jeszcze czekało nas wyznanie samego Leopolda Kozłowskiego - już nie śpiew, lament bardziej - W tych miasteczkach już nie ma nas. Nie ma; odszedł świat rodziny Kleinmanów, świat Przemyślan koło Lwowa, gdzie urodził się ostatni klezmer Galicji - jak nazwał się na płycie Leopold Kołzowski, świat Drohobycza, gdzie tworzył Schulz, i tarnopolskiej ziemi, gdzie wyrastał wielki skrzypek Perlman... Świat, który pięknie zamknął w słowach Jacek Cygan, zaprzyjaźniony z kompozytorem autor większości polskich tekstów. Napisał m.in.: Pan chce mieć naszyjnik z naszych łez - i widać było, jak ozdabiają one twarze słuchających. Oczywiście wartością samą w sobie jest ta muzyka, zwłaszcza że grają wybitni instrumentaliści: Kazimierz Moszyński - flet, Andrzej Godek - klarnet, Andrzej Czechowski - puzon, Halina Jarczyk - I skrzypce i koncertmistrz, Michał Półtorak - II skrzypce, Michał Kiska - wiolonczela, Józef Michalik - kontrabas, Sławomir Berny - instrumenty perkusyjne, Konrad Mastyło - fortepian. Dyryguje nimi maestro Kozłowski, zarazem autor wielu aranżacji. W żadnej innej muzyce skrzypce nie brzmią tak rzewnie, a klarnet nie łka tak dojmująco... Aż się wierzyć nie chce, że tak wspaniały, legendarny muzyk dopiero teraz wydał firmowane swoim nazwiskiem płyty. Zawarł zatem na nich całą tkwiącą w klezmerskiej duszy muzykę, a i pamięć swego losu, który w połowie XX wieku tak tragicznie przywołał średniowieczną legendę o Żydzie Wiecznym Tułaczu. Dodajmy, że dwupłytowy album, z 31 piosenkami po polsku i w jidysz, zrealizował Aleksander Wilk, przy udziale Haliny Jarczyk, a wydał Klezmer Hois Wojciecha Ornata. W tych miasteczkach już nie ma nas, /Nasze miejsca rozdał czas /Lecz bogaci czy biedni /Wciąż stamtąd jesteśmy /I to się nie zmieni. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty 01.02.03, 03:46 Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty Agnieszka Kowalska W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Izraelu ambasada w Warszawie wraz z galerią Zachęta zorganizowały niewielką wystawę wybitnego fotoreportera dziennika "Haarec" - Alexa Levaca zatytułowaną "Nasz kraj". 11. 02. 2002 wystawę otworzyli: minister kultury Andrzej Celiński (jako że Zachęta jest polską galerią narodową) i ambasador Szewach Weiss oraz dyrektor galerii Zachęta Agnieszka Morawińska. Mówcy podkreślili, że narody polski i żydowski łączy długa, bogata i trudna przeszłość, a podobne inicjatywy kulturalne mają służyć wzajemnemu poznawaniu się, a w dalszej perspektywie zaleczeniu zastarzałych ran tak, abyśmy mogli wreszcie zobaczyć siebie nawzajem: świeżo, zwyczajnie, z ciekawością i bez uprzedzeń. Wystawa Alexa Levaca niewątpliwie sprzyja spojrzeniu w ten sposób, ponieważ różni się od wystaw zdjęć z Izraela, do jakich przywykliśmy. Najczęściej spotykamy dwa nurty: jeden religijny, pielgrzymkowy, chrześcijański bądź żydowski i drugi - polityczny, pełen spotkań czołowych polityków, a ostatnio - niestety - krwawych jatek w związku z zaogniającym się prawie do otwartej wojny konfliktem z Palestyńczykami. Wyostrzona uwaga Alexa Levaca spoczęła gdzie indziej: na dokumentowaniu życia zwykłych ludzi, portretowaniu ich w rozmaitych, często zabawnych a jednocześnie skłaniających do zadumy sytuacjach - najczęściej gdzieś w Tel Awiwie lub w Jerozolimie. Istotą tych zdjęć jest uważne, długotrwałe i cierpliwe przypatrywanie się izraelskiej ulicy, plaży i innym miejscom, w których bywają ludzie i... zwierzęta, bo one często towarzyszą ludziom i w nie mniejszym stopniu bywają bohaterami uwiecznionych przez Levaca chwil. Na wernisażu spotkałam zawiedzione osoby, którym zaprezentowane prace wydały się nazbyt błahe w stosunku do ich oczekiwań. Przecież Alex Levac należy do czołówki izraelskich fotoreporterów, ma stałą kolumnę w dzienniku "Haarec", którego znaczenie można porównać do "Gazety Wyborczej", zatem oczekiwanie na ważkie tematy wydaje się być naturalne. Co autor ma do powiedzenia w swojej obronie? Chciałbym, aby wszystkie moje zdjęcia były wspaniałe, pełne historycznych, społecznych i antropologicznych znaczeń, ale bardzo niewiele z nich osiąga ten poziom. Częściej rezultaty są po prostu anegdotyczną, wizualną rozrywką, zestawieniem fragmentów rzeczywistości, które zwykle się ze sobą nie łączą. Czasami prostą, czasami złożoną, ale zawsze taką, która mówi coś o nas (z katalogu wystawy). Właśnie - nawet scena, w której kobiety w altance niańczą swe dzieci, a jedna - królika, albo taka, gdzie pod tablicą z wymalowaną, leżącą w seksownej pozie Marilyn Monroe, śpi w wózeczku mała dziewczynka, a obok, na schodach dziecięcego wesołego miasteczka siedzi jej matka, ortodoksyjna żydówka - takie sceny też coś mówią o tym kraju i jego mieszkańcach. Bo - jak twierdzi Alex Levac i jak możemy się przekonać, przyglądając się uważnie fotografiom - kultura Izraela jest ekstrawertyczna, na ulicach króluje otwartość, komunikatywność i nawarstwienie symboli. Owa rzeczywistość wręcz domaga się bystrego i myślącego fotografa, który "zamrozi" konkretne epizody z toczącego się nieustannie teatru życia. W momencie wyzwalania migawki, potem podczas rekonstrukcji rzeczywistości w ciemni i wreszcie w kompozycji wystawy - dokonuje się wybór. Jest on odbiciem osobowości i wizji świata autora. Dlatego Alex Levac nie robi wielu zdjęć, a na prezentowanej wystawie jest ich zaledwie trzydzieści. Na tytułowej fotografii widzimy ciemnoskórą nastolatkę, której ktoś wpina we włosy malutkie izraelskie chorągiewki. Spośród moich ulubionych wymienię: kobietę, która pasie owce siedząc na biurowym krześle w górzystym pustkowiu; przygarbionego staruszka ze sztangą na ulicy; parę nowożeńców na plaży nad zrobionymi z piasku postaciami Samsona i Dalili oraz mężczyznę trzymającego telefon komórkowy w sposób analogiczny do gestu Jezusa na wizerunku widocznym za plecami mężczyzny. W izraelskiej arce wielu kultur i religii, jak wspomniałam, znalazło się miejsce dla zwierząt. Wyobraźmy sobie np. wielbłąda klęczącego nabożnie przed Elvisem Presleyem, namalowanym na gospodzie pod jego "wezwaniem" w Jerozolimie albo kundla mknącego z reklamówką w pysku, na której widnieje głowa kota. Ciepło, humor i dystans charakteryzują fotografie Alexa Levaca. Miłość to znaczy popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy... - według poety Czesława Miłosza owa postawa leczy serce ze zmartwień. Niestety, wystawa w Zachęcie już się zakończyła, ale można będzie ją jeszcze zobaczyć w marcu we Wrocławiu, a w kwietniu w Świdnicy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: pro+se [...] IP: 64.246.11.* 31.01.03, 17:29 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: pro+se [...] IP: 216.127.82.* 31.01.03, 18:59 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator [...] 01.02.03, 03:44 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim 01.02.03, 03:43 Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim Ryszard Wasita W sierpniu mija rocznica śmierci Juliana Stryjkowskiego. Chcielibyśmy zaproponować czytelnikom Serwisu Internetowego "Słowa Żydowskiego" lekturę fragmentu powieści Stryjkowskiego "Wielki Strach", która ukazała się nakładem Czytelnika w 1990 roku. Poniżej przedstawiamy wspomnienie o pisarzu, pióra Ryszarda Wasity, które ukazało się w "Słowie Żydowskim". Najmilsza formuła spotkania, jaką sobie można wyobrazić: żadna rocznica, ani okrągła ani zwykła, żadne koturny, żaden patos. Po prostu grono (całkiem duże) polskich pisarzy, ludzi zaprzyjaźnionych kiedyś z Julianem Stryjkowskim i miłośników jego sztuki pisarskiej, spotkało się, aby powspominać autora Snu Azrila. Pesach Stark urodzony 27 kwietnia 1905 roku w galicyjskim mieście Stryj (stąd pseudonim literacki a potem i nazwisko) dożył wieku sędziwego, zmarł 8 sierpnia 1996 r. Pracował intensywnie do końca. "Jeszcze na parę miesięcy przed swą śmiercią - mówi pisarz młodego pokolenia Piotr Szewc, serdecznie ze Stryjkowskim zaprzyjaźniony - Julian tłumaczył z hebrajskiego mądrości Starego Testamentu i Talmudu. Było to jego ostatnie dzieło godne talentu, wiedzy i sędziwego wieku". Nie dokończył powieści poświęconej Baruchowi Spinozie, a przygotowywał się do niej przez wiele lat dogłębnie studiując filozofię, teologię i historię. Dobrym wprowadzeniem do wystąpień Henryka Berezy, Marka Nowakowskiego i Piotra Szewca były fragmenty tekstów samego Juliana Stryjkowskiego, odczytane znakomicie przez młodego aktora Adama Baumana. Przypomniał on owo słynne przemówienie wygłoszone przez pisarza na swoim osiemdziesięcioleciu zorganizowanym przez Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza i Uniwersytet Warszawski, z tym powtarzającym się dramatycznie pierwszym polskim słowem wychowanego dotąd w języku jidysz chłopca: "Jestem". Usłyszeliśmy też fragment późnej książki (bo z roku 1992) pt. Sarna albo rozmowa szatana z chłopcem, aniołem i Lucyferem. Henryk Bereza, który pisał wielokroć o książkach Juliana Stryjkowskiego i był redakcyjnym kolegą autora Przybysza z Narbony, przypomniał "leżakujące" długo arcydzieło Juliana Stryjkowskiego, czyli Głosy w ciemności, które wreszcie w roku 1955 w czterech kolejnych zeszytach opublikowała iwaszkiewiczowska "Twórczość". Zdaniem Henryka Berezy, pisarza o wyrafinowanym smaku i znawcy literatury stosującego ostre kryteria wartości, Julian Stryjkowski może być zestawiany prawomocnie z Bolesławem Leśmianem i Brunonem Schulzem. "Sam Stryjkowski - przypomniał Bereza - miał optykę komparatystyczną inną - dla niego punktem odniesienia była twórczość Adolfa Rudnickiego". Autor Przybysza z Narbony, choć uwikłany w pewnym okresie życia w komunizm (przyjaciele żartowali, że odbył Bieg do Fragala i z powrotem), "nigdy - cytuję dosłownie Henryka Berezę - nie sprzeniewierzył się pisarskiej suwerenności, nawet w Biegu do Fragala". Pisarz zupełnie innego niż Stryjkowski pokolenia, środowiska i miejsca - bardzo warszawski twórca Marek Nowakowski, przez długi czas był jednym z najbliższych przyjaciół pana Juliana. Mówił pięknie i mądrze o starym pisarzu i starym człowieku. Bez solenności, a serdecznie. Wspomniał, czym była dla niego, jeszcze młodego chłopaka, lektura Głosów w ciemności. Od razu odkrył, że jest to proza "kolczasta", pełna wewnętrznej energii, obca tradycjom stylistyki "eleganckiej". Marek Nowakowski nazwał Juliana Stryjkowskiego odnowicielem polszczyzny, bo wniósł do niej - oczywiście nie dosłownie - hebrajszczyznę, jidysz, tradycje sztetł "z pierwszej ręki". Zestawił Stryjkowskiego z innym wielkim pisarzem polskim - Leopoldem Buczkowskim, z bliskiego regionu (Podole). Autor Czarnego potoku wsączył w polszczyznę soki ukraińskie. Marek Nowakowski przypomniał o nieprzeciętnej wiedzy Stryjkowskiego o świecie przyrody (zwłaszcza flory), która nie uwidoczniła się jednak w jego pisarstwie. "Deklarując brak wiary - przypomniał Marek Nowakowski - był autor Echa głęboko zanurzony w filozofię, w teologię, czytał w oryginale księgi biblijne, wracał do judaizmu, przyjaźnił się z chrześcijańskim teologiem, dominikaninem - ojcem Jackiem Salijem. Problem życia wiekuistego nie był dla Juliana Stryjkowskiego problemem abstrakcyjnym, ale życiowym i to centralnym. Nie był wolny od ludzkich słabości, ale nie rozczarowałem się do Juliana Stryjkowskiego jako człowieka" - zakończył autor Benka Kwiaciarza. Piotra Szewca (urodził się w 1961 roku w Zamościu) szczęśliwy los związał na długo przyjaźnią i współpracą z Julianem Stryjkowskim. Wiele czasu zajęło przygotowanie obszernej księgi rozmów młodego autora Zagłady ze starym twórcą Austerii. Dla mnie ta ich wspólna księga - Ocalony na Wschodzie - to jedna z najważniejszych lektur pozwalających lepiej zrozumieć polski i europejski wiek XX. I myślę, że nie tylko dla mnie. Na penklubowym spotkaniu otrzymaliśmy też najnowszą książkę Piotra Szewca pt. Syn kapłana. Owe "zapisy z pamięci" mówią nam wiele o skomplikowanej osobowości wielkiego pisarza, jakim był Julian Stryjkowski. Sam pamiętam wiele epizodów z życia pisarza z różnych lat (od 50. począwszy), jego niektóre opinie o ludziach i wydarzeniach (nigdy układne, zawsze trafiające w sedno, często bardzo ostre). Z Warszawy, a przede wszystkim z podwarszawskich Obór i Konstancina. Julian Stryjkowski był bardzo, ale to bardzo nieufny wobec ludzi. Toteż czułem się naprawdę wyróżniony, gdy swego czasu powierzył mi dużą sumę (otrzymał właśnie honorarium, bodaj za Króla Dawida), a potem przyniósł jeszcze do mego pokoju w Oborach jakieś dolary, marki niemieckie, franki szwajcarskie, aby je przewieźć do Warszawy i oddać pani Kopińskiej na ulicy Nowogrodzkiej. Dla wyjaśnienia - była to zaprzyjaźniona z pisarzem redaktorka z wydawnictwa "Czytelnik". Kiedyś, gdy spacerowaliśmy w parku oborskim, rozmowa zeszła na Jana Pawła II. Powiedziałem pisarzowi, że jestem mu wdzięczny za jego wypowiedź po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Ujawnił mi wtedy, że tekst opatrzył tytułem, który cenzura "zdjęła" i z czasopisma i potem z książki zbiorowej, która się ukazała w serii Biblioteka Więzi. A tytuł ten brzmiał: Drugi chrzest Polski. Wszystko, co dotyczy Juliana Stryjkowskiego jest godne pamięci. Ukazały się tomy wspomnień o Antonim Słonimskim, o Kazimierzu Wierzyńskim. Czekamy na książkę wspomnień o twórcy Austerii. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater [...] IP: 130.94.106.* 01.02.03, 16:40 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Grzeszny raj 08.02.03, 17:32 Odcienie szwedzkiej tolerancji Grzeszny raj Jerzy Sławomir Mac Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod auspicjami Polskiej Akademii Nauk. - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji Polskiego Roku w Szwecji 2003. Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak jak polska homogeniczność narodowa. Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w 1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną. Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej kultury. Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan, głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie był im życzliwy. Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego uciekali "myślący inaczej". W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np. belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude) do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych" aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r. szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny... Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali jego czarnych, kręconych włosów. Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim, przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds. Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit". Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów. Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70 tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano, wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet za znaczki na listy pisane przez te dzieci. W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30 tys. zł... Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes, portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą. Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji. W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego. Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc. głosów. - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z niej uczyć - konkludował Kantor Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Kasia [...] IP: 209.234.157.* 03.02.03, 17:18 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Czy Autonomia wybierze pokój z Izraelem? 08.02.03, 17:33 Po akcji wojskowej Izraela na Zachodnim Brzegu - Czy Autonomia wybierze pokój z Izraelem? Adam Rok Ostatnio czytałem wypowiedź palestyńskiego polityka, który dowodził, że Unia Europejska nie zaakceptowała oskarżeń izraelskich, iż podręczniki dla szkół palestyńskich zawierają treści antysemickie. Jest akurat odwrotnie: Unia przyznała rację Żydom i cofnęła dotację na ten cel. Rzeka kłamstw i przeinaczeń preparowanych przez Arabów zalewa cały świat. Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie sprzyjają szczególnie ich rozpowszechnianiu. Ileż to razy arabska propaganda, a za nią światowe media informowały o izraelskim szturmie na Bazylikę Narodzenia Pańskiego w Betlejem? Albo o setkach zabitych cywili w Dżeninie... Izrael musi dzisiaj stawić czoła dwóm okrutnym faktom: zdziczałej kampanii terroru fizycznego i równie okrutnemu, głęboko niesprawiedliwemu terrorowi propagandowemu ze strony nie tylko arabskiej, ale także europejskiej. Pominę środowiska lewackie, od zarania antyizraelskie, ale także w środowiskach poważnej lewicy funkcjonuje stereotyp bezbronnych Palestyńczyków i uzbrojonych Izraelczyków zagradzających tym pierwszym drogę do wolności. Uparcie nie przyjmuje się jednak do wiadomości, że owa palestyńska droga do wolności nie zasadza się na budowie państwa palestyńskiego obok Izraela, ale w miejsce Izraela. I że w dzisiejszym czasie nie trzeba mieć rakiet, czołgów i samolotów bojowych, by zniszczyć jakieś państwo, jego życie publiczne i ekonomiczne. Wystarczy bomba, materiał wybuchowy, brak skrupułów i pogarda dla ludzkiego życia, by równie skutecznie jak przy pomocy wojska powalić nawet silny organizm państwowy. Atak na World Trade Center pokazał, że atak terrorystyczny może narazić nie tylko pojedynczy kraj, ale świat na niewyobrażalne straty ekonomiczne. Izrael przeżył w okresie ostatniej intifady dziesiątki zamachów, które przyniosły olbrzymie straty gospodarcze oceniane na około 2,5 mld dolarów, upadek turystyki, hotelarstwa, straty handlu, wielki wzrost bezrobocia. Terrorystyczny kataklizm, który dotknął państwo żydowskie, kosztował życie blisko 500 Izraelczyków, w tym przeszło 90-ciorga dzieci. Ginęły całe rodziny, tak jak to miało miejsce podczas wieczerzy sederowej w Netanii. Blisko 2500 osób, w tym bardzo wielu młodych, zostało okaleczonych, wielu bardzo ciężko, wielu przez całe życie będzie się borykało z kalectwem. W olbrzymiej większości przypadków ofiarami zbrodniczych zamachów palestyńskich terrorystów padali ludzie zupełnie przypadkowi: przechodnie na zatłoczonej ulicy, klienci sklepów, restauracji, kawiarń, dzieci jadące do szkoły, młodzież na dyskotece, pasażerowie autobusów. Okrucieństwo tych zamachów nie ma sobie równych. Środki wybuchowe przygotowywano w ten sposób, by zabijały jak najwięcej i raniły jak najbrutalniej. To nie były spontaniczne akty palestyńskiego gniewu, lecz mordy przeprowadzone z zimną krwią i chłodną kalkulacją. Ich celem było zdezorganizowanie życia publicznego w Izraelu, doprowadzenie do psychozy strachu i poczucia bezsilności wobec terrorystów, którzy mogą zabijać gdzie chcą i kiedy chcą. Żerowano na tym, że organizatorzy zamachów, wysyłając żywe bomby na ulice izraelskich miast, sami kryli się za murami Autonomii, która ich wyposażała, finansowała i chroniła przed odwetem Izraela. Jak by nie oceniać kontrowersyjnej postaci Ariela Szarona, do tej wojny Izrael został po prostu zmuszony. Alternatywą było dać się wybić, lub pozwolić upaść państwu. O porozumieniu pokojowym nie było z kim rozmawiać. I nikt ze strony palestyńskiej najwyraźniej nie chciał na ten temat rozmawiać. Apele Szarona o tydzień bez zamachów spotykały się z eskalacją ataków terrorystycznych, na które Izrael odpowiadał niszczeniem budynków należących do terrorystów lub służących im do wypadów przeciwko Izraelowi. Być może - jak to niektórzy głoszą - jest prawdą, że Szaron nie ma koncepcji pokoju z Autonomią. Nikt jednak nie dowiódł jeszcze, że istnieje coś takiego jak palestyński koncept rozwiązania pokojowego, w którym jest miejsce na współistnienie państwa palestyńskiego i izraelskiego. Reakcja Arafata na plan Ehuda Baraka przedstawiony w Camp David każe domniemywać, że jedyne co przemawia do Arafata, to likwidacja państwa żydowskiego: jeśli nie przez terror, to przez sztuczkę z powrotem na teren Izraela 3,5 miliona uchodźców z roku 1948 i ich potomków (z których większość opuściła swoje siedziby na wezwanie arabskich przywódców, liczących na szybki powrót po pokonaniu nowo powstałego państwa żydowskiego). Co można - powtórzmy - w tych warunkach zrobić, jeśli nie ma partnera do rozmów pokojowych, a krajowi grozi dezorganizacja i kryzys ekonomiczny? Albo się poddać, albo zniszczyć infrastrukturę terroryzmu, nawet jeśli wiąże się z tym akcja wojskowa. Innej drogi nie ma. Jeśli na obszarze Palestyny ma istnieć Autonomia Palestyńska, a w przyszłości zapewne państwo palestyńskie, o czym zresztą Szaron mówił, to nie może to być twór z definicji wrogi Izraelowi. Inaczej kryzysy polityczne, przemoc i reakcje na przemoc będą się powtarzać w nieskończoność. Nie sądzę, by Arafat był zdolny zaakceptować taką wizję Autonomii. Dlatego musi zwolnić swoje miejsce dla ludzi gotowych do ugody z Izraelem, nieobarczonych fobiami przeszłości, z okresu gdy Liga Arabska marzyła o zepchnięciu Żydów do morza. Jakie skutki przyniesie akcja wojskowa Izraela na Zachodnim Brzegu, okaże się po pewnym czasie. Z całą pewnością armia zadała bardzo dotkliwe straty terrorystycznej infrastrukturze Autonomii, likwidując bazy terrorystów na Zachodnim Brzegu Jordanu oraz ogromne ilości broni i środków wybuchowych, a przede wszystkim aresztując wielką liczbę ludzi zaangażowanych w działalność terrorystyczną. Jeśli Palestyńczycy zamiast odbudowywać arsenały terrorystów zajmą się odbudowywaniem zerwanych więzi politycznych i ekonomicznych z Izraelem, można będzie wierzyć, że w przyszłości zamiast zimnego pokoju, albo, co gorsza - ponowienia terroryzmu, zapanuje na tym terenie harmonijne współdziałanie dwóch wzajemnie życzliwych sobie i wspierających się, przede wszystkim ekonomicznie, państw narodowych. I jeszcze w jedno chciałbym wierzyć: że świat zewnętrzny, przede wszystkim zachodnia Europa, zachowa się wobec tego jakże trudnego konfliktu bardziej rozumnie niż to czyni obecnie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kochanka [...] IP: 193.111.198.* 05.02.03, 07:03 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Powinniśmy żyć razem 08.02.03, 17:34 Powinniśmy żyć razem - Rozmowa z Geertem Atesem, koordynatorem sieci UNITED Irena Bracławska UNITED for Intercultural Action to niezależna politycznie europejska sieć zrzeszająca ponad 550 pozarządowych organizacji z 49 krajów aktywnie zaangażowanych w walkę z rasizmem, faszyzmem i nacjonalizmem oraz wspierających migrantów i uchodźców. Powstała w 1992 roku z siedzibą w Amsterdamie. Geert Ates, założyciel i koordynator UNITED, od lat współpracuje także z polskim antyrasistowskim stowarzyszeniem "NIGDY WIĘCEJ". Do Polski przyjeżdża od 1980 roku. Podczas swego kolejnego pobytu udzielił wywiadu redakcji "Słowa Żydowskiego". - W jakich okolicznościach doszło do utworzenia UNITED? - Rok 1992 był okresem znacznego nasilenia się w Niemczech akcji skierowanych przeciwko mniejszościom. Spalono wtedy domy tureckich emigrantów. Organizacje antyrasistowskie nie współpracowały ze sobą, dzieliły je kwestie polityczne. Doszliśmy wówczas do wniosku, że brak jednolitego, skoordynowanego ruchu osłabia efektywność działań zwalczających wpływy rasistowskich partii i ugrupowań. Postanowiliśmy więc połączyć wysiłki i stworzyliśmy sieć. - Na czym polega wasza działalność? - Co roku organizujemy 3 kampanie o szerokim zasięgu: w marcu odbywa się Tydzień Akcji przeciwko Rasizmowi, 20 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Uchodźcy, 9 listopada Międzynarodowy Dzień przeciwko Faszyzmowi i Antysemityzmowi upamiętniający wydarzenia znane pod nazwą Noc Kryształowa. W obchodach tego dnia szczególnie aktywnie uczestniczą organizacje antyfaszystowskie, żydowskie oraz grupy Romów. Kładziemy nacisk na współpracę stowarzyszeń o różnym profilu skupiających się wokół UNITED. Nie ingerujemy jednak w realizację ich własnych koncepcji. Organizacje są całkowicie niezależne. Nie ma wspólnego programu dla wszystkich grup. Zmierzamy do tego, aby akceptowały siebie wzajemnie i współdziałały w walce z nietolerancją. Na organizowanych przez naszą sieć światowych konferencjach dyskutujemy nad różnymi projektami i wspólnie ustalamy strategię działania w przygotowywaniu tygodniowych akcji antyrasistowskich, kampanii i demonstracji. - Realizujecie piękną, humanistyczną ideę. Czy uwzględniacie jednak w swoim działaniu konsekwencje, do jakich może doprowadzić w przyszłości niekontrolowany napływ imigrantów? - Myślimy oczywiście o konsekwencjach. Sprawy związane z imigrantami wywołują liczne kontrowersje. W dyskusjach podczas konferencji spotykamy się z wieloma przeciwstawnymi opiniami wyrażanymi również przez przedstawicieli organizacji antyrasistowskich na temat otwartych bądź zamkniętych granic. Nie zawsze udaje się nam znaleźć rozwiązanie. Unikamy angażowania się w politykę. Uniemożliwiłoby to współpracę i porozumienie między wieloma grupami. Najważniejszą rzeczą dla nas jest ułatwienie wszystkim organizacjom wzajemnych kontaktów i swobodnej wymiany informacji. O tym, że nie jest to łatwe świadczyła przebiegająca w pełnej napięcia atmosferze dyskusja o konflikcie izraelsko-palestyńskim na światowej konferencji w Durbanie. Wypracowanie pewnych koncepcji na gruncie europejskim jest, moim zdaniem, wciąż niemożliwe. Europa jest zbyt dużym i zróżnicowanym pod względem etnicznym obszarem. Widzę to nawet na przykładzie Holandii. Powinniśmy żyć razem - to jest nadrzędna idea. Powinniśmy się uczyć trudnej sztuki koegzystencji. - Jak wygląda wasza działalność w państwach Europy Wschodniej? Dla demokracji jest to świeży obszar i zarazem miejsce, gdzie się ujawniają ksenofobiczne nastroje. - Dla wielu państw Europy Wschodniej podstawą samookreślenia się jest nacjonalizm. Jest to duże zagrożenie. W Jugosławii doprowadziło to do wojny, zmiany granic, utraty politycznej stabilności. Ruch wschodnioeuropejskich organizacji pozarządowych zwalczających tendencje nacjonalistyczne w społeczeństwach jest wciąż za słaby. Dużą przeszkodą jest też bariera językowa. Zbyt mało ludzi zna angielski, główny język naszej sieci. Ale dla wielu organizacji antyrasistowskich, na przykład w Rosji, współdziałanie z UNITED jest wielką szansą. Stają się przez to silniejsze i mogą skuteczniej przeciwstawiać się m.in wpływom partii Żyrinowskiego. My ze swojej strony zawsze możemy im pomóc, podzielić się naszymi doświadczeniami i zorganizować akcje protestacyjne w sytuacji zagrażającej ich dalszemu istnieniu. - Najczęściej spotykanym przejawem ksenofobii w krajach Europy Wschodniej jest antysemityzm. Jak wiele możecie zrobić, aby się temu przeciwstawić? - Większość stowarzyszeń antyrasistowskich wie bardzo dużo o antysemityzmie. Dla nikogo nie ulega kwestii, że trzeba zwalczać wszelkie przejawy tej ksenofobii. To, jak wiele można zdziałać, zależy w dużej mierze od współpracujących z nami organizacji. Należy do nich m.in. działające w Polsce stowarzyszenie "NIGDY WIĘCEJ". Wspólnie przygotowaliśmy program młodzieżowego obozu letniego, który odbędzie się w sierpniu pod Krakowem. Dużą pomocą przy różnych ustaleniach służyło nam krakowskie Centrum Kultury Żydowskiej. Uczestnicy obozu wezmą udział w seminarium o wpływie historycznych wydarzeń na obecne konflikty w Europie. Muszę jednak stwierdzić, co może zabrzmi nieco krytycznie, że organizacje żydowskie zbyt często separują się od innych. Trudno jest zorganizować współpracę między nimi a grupami migracyjnymi. Tracą na tym obie strony, gdyż wspólnie więcej by zdziałały. Przed dwoma laty w listopadzie doszło z naszej inicjatywy do spotkania, w którym wzięły udział żydowskie i romskie organizacje. Obie grupy zachowywały dystans. W takich sytuacjach naszym głównym zadaniem jest stworzenie odpowiedniego klimatu sprzyjającego wzajemnej akceptacji. - Do kogo adresujecie swoją działalność. Do młodego pokolenia, czy do całej społeczności? - Średnia wieku uczestników kampanii i konferencji - to około 30 lat. W Niemczech, w ruchu antyfaszystowskim biorą udział przedstawiciele niemal wszystkich pokoleń, ale dużo akcji i demonstracji jest przygotowywanych przez młodych ludzi. Trudno jest jednak uogólniać, gdyż płaszczyzny działania są bardzo różne - np. podczas mojego pobytu w Atenach widziałem, że w prace na rzecz uchodźców są zaangażowani ludzie w różnym wieku. - Unikacie powiązań stricte politycznych, ale czy współpracujecie także z instytucjami państwowymi? - Mimo że nie jesteśmy związani z żadnym kierunkiem politycznym, mamy dobre kontakty m.in. z Parlamentem Europejskim, ugrupowaniami Socjalistów i Zielonych, liberałami, demokratami, Światową Radą Kościołów. Te partie i organizacje oraz wiele innych wspierają finansowo naszą działalność. - Czy utrzymujecie kontakty z polskimi organizacjami? - Bardzo dobrze współpracuje nam się ze stowarzyszeniem "NIGDY WIĘCEJ" powstałym w 1992 roku. Przed laty w naszych seminariach uczestniczyło wiele osób z Polski i także z polskich środowisk żydowskich. Ale później to się zmieniło, straciliśmy wiele kontaktów. Moim zdaniem polskie organizacje pozarządowe są za słabe. Liczebność w antyrasistowskich ugrupowaniach jest niewielka, działają przez 3 lata i potem rozwiązują się, a może to kwestia braku środków finansowych na dalszą działalność? Jest to typowe nie tylko w przypadku Polski. Podobnie dzieje się w innych państwach wschodnioeuropejskich. Pracujemy obecnie nad 3-letnim projektem ze specjalną ofertą dla krajów Europy Wschodniej. Sieć Amsterdam--Budapeszt zyskałaby partnerów z ośrodkiem w Warszawie. W 1996 roku opracowaliśmy 5 projektów dotyczących współpracy UNITED z rumuńskimi organizacjami. Wspólnie z grupami studentów przygotowaliśmy program akcji antyrasistowskich. Później powstały projekty pod wspólną nazwą Steps together. W ich realizacji uczestniczyły organizacje migracyjne i żydowskie. Do dzisiaj utrzymujemy ścisłe kontakty z wieloma stowarzyszeniami w Rumunii. Chciałbym w przyszłości powiedzieć to sa Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: zbik 05 Luty 2003,nastepny Palestynczyk zabity IP: 193.111.198.* 05.02.03, 09:20 www.jpost.com/servlet/Satellite?pagename=JPost/A/JPArticle/ShowFull&cid=1044420010358 Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Z Grigorijem Kanowiczem rozmowy liryczne 08.02.03, 17:35 Z Grigorijem Kanowiczem rozmowy liryczne ... pisarstwo to swoiste kapłaństwo Henryk Halkowski Grigorij Kanowicz po raz trzeci odwiedził Kraków. W budynku dawnej mykwy na krakowskim Kazimierzu, gdzie obecnie mieści się restauracja i hotel "Klezmerhois" prezentował swoją powieść "Nie odwracaj twarzy od śmierci". Po raz pierwszy przyjechał tutaj z Wilna w 1992 roku jako gość Festiwalu Kultury Żydowskiej - był wówczas przewodniczącym Gminy Żydowskiej na Litwie. Jego nazwisko nie było obce polskim czytelnikom. Wydana przez PIW w 1983 roku (a wznowiona w 1987 r.) jego powieść - a raczej trylogia - "Świece na wietrze" doskonale trafiła w ówczesne zapotrzebowanie polskich czytelników. Doszło nawet do tego, że wręcz nie wypadało się przyznać, że się jej nie czytało. Niczego jednak nie wiedziano o autorze. Opublikowana w 1989 r. przez wydawnictwo Książka i Wiedza następna powieść Kanowicza "Łzy i modlitwy głupców" (ciekawsza od "Świec na wietrze") natrafiła na dużo gorszą koniunkturę. Był to rok wielkich przemian i mało kto miał wówczas czas, aby skupić się nad losem małego żydowsko-litewskiego miasteczka zagubionego gdzieś na rozległych przestrzeniach XIX-wiecznej Rosji. Nieco później, w pierwszej połowie lat 90., ukazało się w polskiej prasie sporo wywiadów z Grigorijem Kanowiczem. Nie podejmowano jednak prawie żadnych prób analiz jego powieści. Krytycy literaccy zgodnie uznawali wybitną wartość literacką jego prozy, ale nie bardzo wiedzieli jak zakwalifikować tę niezwykłą i nieprzystającą do uznanych przez nich wzorców twórczość. Powieści Kanowicza łączą cechy różnych gatunków - są epickie i liryczne zarazem, staroświeckie i nowoczesne, partykularne i uniwersalne, realistyczne i metafizyczne. Nie odpowiadają dwóm przyjętym w Polsce wzorcom pisania o tematyce żydowskiej: nie są podobne do utworów Isaaca Bashevisa Singera czy Juliana Stryjkowskiego. O tej konsternacji literackich specjalistów świadczy spotkanie z pisarzem w 1992 r. w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Grigorij Kanowicz zaprotestował wówczas przeciwko próbie ujmowania jego powieści w kategoriach, w jakich analizuje się zwykle XIX-wieczną literaturę pisaną w języku jidysz i oświadczył: "Zasadnicza różnica pomiędzy mną a Szołemem Alejchemem jest taka, że on pisał przed Zagładą, a ja piszę po Zagładzie - i dlatego nie można nas porównywać ze sobą". Argument, że ma podobne do Szołema Alejchema poczucie humoru, tak skomentował: "Pisarz żydowski bez poczucia humoru to byłaby już zupełna tragedia". Kraków, jak mi opowiadał, wywarł na nim duże wrażenie. Chodził wówczas ulicami krakowskiego Kazimierza - tymi samymi, na których jeszcze nie tak dawno toczyło się ożywione żydowskie życie - i mijając budynki, bramy, ulice, synagogi, szkoły - te same, które stały tutaj przed wojną, tylko że teraz już bez Żydów - pytał sam siebie, jakby cytując tytuły piosenek Mordechaja Gebirtiga: "Gdzie jesteście: Mojszełe, Rejzełe, Jankełe, Surełe, Josełe, Kiwełe, Motełe, Ruchełe, Icełe, Awrojmełe? Co się z wami stało? Dlaczego was tu już nie ma?". Grigorij Kanowicz urodził się w Kownie, ale wychował się w pobliskim miasteczku Janowa - w typowym sztetł - jednym z tysięcy żydowskich miasteczek rozsianych na terytorium Europy Środkowej i Wschodniej. Były to miasteczka, w których - według słów wiersza Antoniego Słonimskiego - "szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem". Ojciec Grigorija Kanowicza był krawcem - ale także i filozofem (chociaż nie odebrał w tej dziedzinie żadnego formalnego wykształcenia). Trzy czwarte mieszkańców Janowej stanowili Żydzi; pozostali - to Litwini, Polacy i Rosjanie - starowiercy. To właśnie miasteczko było dla Kanowicza "krajem lat dziecinnych" - bezpowrotnie "utraconym rajem". Utraconym - bo kiedy w 1941 r. wkroczyły tutaj wojska niemieckie, pozwolono miejscowym litewskim nacjonalistom rozprawić się z Żydami. I podobnie jak w tym samym czasie w pobliskich Jedwabnem i Radziłowie czy też w pół wieku później w bośniackiej Srebrenicy, sąsiedzi wymordowali sąsiadów. Pisze on o tym w swojej (jeszcze nieukończonej) powieści "Zauroczenie szatanem". W czasie wojny Grigorij Kanowicz był w Kazachstanie. Tam zmienił swoje żydowskie imię "Hirsz ben Szlomo" na rosyjskie "Grigorij Siemionowicz", tam też porzucił swój ojczysty język jidysz na rzecz rosyjskiego. Po wojnie wrócił na Litwę, osiadł w Wilnie, skończył studia filologiczne na tutejszym uniwersytecie i rozpoczął działalność literacką. Dobrze wspomina swoją pierwszą powieść "Patrzę na gwiazdy", napisaną jeszcze w latach 50. Potem jednak przez wiele lat skoncentrował się na nieco innej twórczości. Napisał wówczas około 20 sztuk teatralnych i 30 scenariuszy filmowych, do których nie bardzo chce się dzisiaj jednak przyznawać. Przełomem była wizyta w Paryżu w 1968 r.; zobaczył tam obrazy Marca Chagalla. Było to dla niego wstrząsem i szokiem - patrząc na nie zrozumiał, że przez te wszystkie lata był jedynie człowiekiem piszącym, a nie pisarzem . Po powrocie do domu zaczął pisać "Świece na wietrze". Jednak żadne wydawnictwo nie chciało wówczas tej książki wydać - żydowska tematyka była na cenzurowanym. W końcu powieść została opublikowana przez rosyjskojęzyczne wydawnictwo na Litwie. Tutaj też ukazywały się następne utwory Kanowicza, tworzące razem prawdziwą sagę żydowskiego życia na Litwie. Wszystkie są znane polskiemu czytelnikowi - z jednym jednak wyjątkiem. Kiedy pisarz był w Polsce po raz pierwszy, wydawnictwo Czytelnik przygotowało do druku jego powieść "Nie ma raju dla niewolników" - w końcu jednak zrezygnowało z jej wydania. Autor nie uważa jej za swoje najwybitniejsze dzieło - ze wszystkich jednak jego utworów ten właśnie spotkał się z najżywszym odzewem żydowskich czytelników. W historii człowieka, który pragnął przestać być Żydem, ale otoczenie nie pozwoliło mu na to, radzieccy Żydzi odczytali swój własny los. Ciekawe, dlaczego polskie wydawnictwo w ostatniej chwili zrezygnowało z opublikowania tej książki. Czy zaważyły tylko względy finansowe, czy też może ktoś uznał, że również w Polsce będzie ona podobnie interpretowana? Zapytany o to, dlaczego znaczna część akcji jego powieści toczy się na cmentarzu, Grigorij Kanowicz odpowiada, że cmentarz jest zarówno konkretnym miejscem, jak i metaforą - przecież Europa Środkowo-Wschodnia to wielki żydowski cmentarz. Mówi, że pisarz tym się różni od człowieka piszącego, iż potrafi słowami powołać do życia i ukształtować własny świat. Twierdzi, że człowiek szczęśliwy nie potrafi napisać dobrej książki. Uważa, że pisarstwo to swoiste kapłaństwo, ale także i rodzaj szlachetnego wariactwa. Dlatego z pisarzy polsko-żydowskich najbardziej ceni Brunona Schulza (o którym przecież wszyscy w Drohobyczu wiedzieli, że "był wariatem"). Pomimo wielu różnic łączy zresztą ich obu podobny stosunek do literackiego tworzywa, jakim jest słowo. Po raz drugi Grigorij Kanowicz przyjechał do Krakowa w grudniu 1994 r. w związku z promocją wydanej przez Fundację "Pogranicze" w Sejnach książki (a raczej trylogii powieściowej) "Koziołek za dwa grosze", uważanej przez autora za jego najwybitniejsze dzieło. Tym razem przyjechał już jednak nie z Litwy, ale z Izraela. Dlaczego opuścił kraj i miasto, z którymi był tak związany? Dlaczego "dozorca żydowskiego cmentarza na Litwie" (bo w taki właśnie sposób go wówczas określano) opuścił swoją "dozorcówkę"? Pisarz podczas swojego pobytu w Krakowie mówił, że Rosjanie uważają go za pisarza litewsko-żydowskiego, Litwini za rosyjsko-żydowskiego, zaś Żydzi za rosyjsko-litewskiego. Mimo że czuje się związany, jako litewski Żyd, z żydowskim dziedzictwem, literaturę potrafi tworzyć tylko po rosyjsku. Próby pisania w innych językach nie powiodły się. Wiele się jednak zmieniło w niepodległym państwie litewskim - język rosyjski stał się obcą mową, kojarzoną Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: pepe Michnik zabił lwa IP: 80.48.117.* 05.02.03, 13:33 Bez strzału,inteligięcją i fachowymi radami i "$" zabił slabego starego lewka. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misiek 05 Luty 2003, trzeci Palestynczyk zamordowany IP: 193.111.198.* 05.02.03, 18:18 17-year-old killed by IDF gunfire in West Bank city of Nablus during clashes with troops (Israel Radio) Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Spotkanie Dzieci Holocaustu 08.02.03, 17:35 Spotkanie Dzieci Holocaustu poświęcone Irenie Sendlerowej - ... działała z potrzeby serca R.S. Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu swoje kwietniowe spotkanie poświęciło sylwetce pani Ireny Sendlerowej. Była po temu znakomita okazja - proklamowanie dnia Ireny Sendlerowej aż za oceanem, w Cansas City. Elżbieta Ficowska, jej córka Anna i Renata Zajdeman-Skotnicka z Kanady uczestniczyły w uroczystościach, jakie odbyły się w tym mieście, a były poświęcone właśnie Irenie Sendlerowej, dziejom warszawskiego getta i działalności Żegoty. O Irenie Sendlerowej gościom zgromadzonym na spotkaniu opowiadała Halina Grubowska, która przygotowuje książkę o tej wspaniałej kobiecie, dzięki której uratowano z getta ponad 2,5 tys. żydowskich dzieci i o której mówiono, że jest najjaśniejszą gwiazdą na czarnym niebie okupacji w Polsce. Pani Irena Sendlerowa to osoba bardzo skromna, skąd więc znana jest aż na drugiej półkuli? Otóż stało się to za sprawą czterech uczennic z Kentucky, które - jak pamiętamy - w zeszłym roku w maju odwiedziły Warszawę. Tu, w siedzibie Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, zaprezentowały spektakl o warszawskim getcie, o działalności Żegoty. Spektakl przygotowały na szkolną olimpiadę historyczną w swoim mieście. Kiedy szukały tematu, pierwszy raz usłyszały o Szoa, o ludziach, którzy ratowali innych ludzi, o Sprawiedliwych i o niezwykłej, wspaniałej pani Irenie, kobiecie, która działała z potrzeby serca. Napisały o niej sztukę i same w niej zagrały. Ten oryginalny spektakl zatytułowały "Życie zamknięte w słoiku". W wielu miastach Ameryki pokazywały swoje przedstawienie. Ich marzeniem był przyjazd do Warszawy i spotkanie z bohaterką sztuki. Tak się stało w zeszłym roku. Dziewczęta i ich spektakl stały się tak znane i wzbudziły takie zainteresowanie, że synagoga w Cansas i władze miasta postanowiły uhonorować cztery dziewczyny - Megan Stewart, Sabrinę Coons, Elizabeth Cambers i Janice Underwood otrzymały piękną rzeźbę symbolizującą uratowany świat. Na uroczystej ceremonii byli przedstawiciele miasta z burmistrzem Cansas, był rabin z miejscowej synagogi, kongresmeni, dostojnicy, ludzie świata kultury i nauki. A dzień, w którym miała miejsce ta uroczystość - 10 marca 2002 roku - proklamowano dniem Ireny Sendlerowej. Pani Irena ze względu na wiek (ma 92 lata) i stan zdrowia nie mogła uczestniczyć w uroczystości. W swoim przesłaniu, które w Cansas odczytała Anna Ficowska, napisała, że cztery młode dziewczęta sprawiły jej prezent, o jakim nawet nigdy nie marzyła. Wszystko to mogliśmy obejrzeć na filmie wideo, który Elżbieta Ficowska nakręciła podczas swego pobytu w USA. To wspaniałe i piękne wydarzenie. Tylko może trochę żal i trochę wstyd, że to wszystko miało miejsce tak daleko, a nie tu, w Polsce, w Warszawie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater 05 Luty 2003,krwawa sroda - 5 Palestynczykow zabit IP: 130.94.123.* 06.02.03, 04:46 story.news.yahoo.com/news?tmpl=story&ncid=586&e=8&cid=586&u=/nm/20030206/wl_nm/mide ast_dc Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Dni Izraela w Lublinie 08.02.03, 17:36 Dni Izraela w Lublinie Katarzyna Więcławska W dniach 12-14 listopada ub.r. na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie odbyły się Dni Izraela zorganizowane przez Zakład Kultury i Historii Żydów oraz Akademickie Centrum Kultury "Chatka Żaka", przy pomocy ambasady Izraela w Warszawie. Honorowy patronat nad imprezą objął rektor UMCS Marian Harasimiuk. Dni Izraela rozpoczęły się wykładami wprowadzającymi słuchaczy w zagadnienia istotne dla izraelskiego państwa. Anna Sokół (Uniwersytet Warszawski) przedstawiła odczyt pt. "Izrael dziś", skupiając się na skomplikowanej sytuacji Arabów izraelskich w dobie konfliktu między Żydami a Palestyńczykami. Katarzyna Hołda (Uniwersytet Jagielloński) wygłosiła wykład na temat teraźniejszości i historii kibuców, wzbogacony osobistymi wrażeniami prelegentki z pobytu w jednym z nich. Wyświetlono także dwa początkowe odcinki filmu dokumentalnego pt. Po-Lan-Yah zrealizowanego przez telewizję izraelską. Zgodnie z zamierzeniami reżysera Amnona Teitelbauma jest to film o wielowiekowej wspólnej historii narodów polskiego i żydowskiego. Jego twórcy podróżowali po Polsce i Ukrainie w poszukiwaniu śladów żydowskiej obecności na tych terenach, zgromadzili setki dokumentów, przeprowadzili liczne rozmowy z historykami i badaczami kultury żydowskiej. Wysiłki te w sposób symboliczny podsumowuje tytuł filmu - hebrajska nazwa Polski, która rozdzielona na sylaby znaczy dosłownie Po (tutaj), lan (spoczął), Ja(hwe) (Bóg) - odzwierciedlając popularną ideę, iż Polska była tymczasowym domem, który Bóg przeznaczył dla swego ludu na czas wygnania. Z bardzo dużym zainteresowaniem publiczności spotkały się fragmenty filmu, które dotyczyły Lublina i regionu lubelskiego. Punktem kulminacyjnym Dni Izraela stała się wzruszająca uroczystość przyznania medali Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przewodniczyła jej charge d'affaires ambasady Izraela w Polsce Beth-Eden Kite, której we wręczaniu odznaczeń i dyplomów dopomogli ks. abp Józef Życiński, rektor UMCS prof. Marian Harasimiuk, wiceprezydent miasta Janusz Mazurek oraz Wanda Lotter reprezentująca lubelską gminę żydowską. Wśród odznaczonych znaleźli się: Teofila i Aleksander Bajakowie, Helena i Czesław Kuroniowie, Eugenia Chrust-Kurkiewicz i Władysława Szafraniec-Kurkiewicz, Katarzyna i Hieronim Frelasowie, Anna i Ignacy Jaroszowie wraz z synami Aleksandrem i Maksymilianem oraz córką Marianną, Marianna i Józef Krzymowscy i Marianna Marczak. Rangę uroczystości zaakcentował abp Józef Życiński, wskazując na postawę życiową odznaczonych jako krystaliczne źródło, które inspirować powinno współczesnego człowieka zagubionego w świecie dotkniętym kryzysem wartości moralnych. Bezkompromisowość i odwagę tych ludzi, stawiających miłość bliźniego ponad uczucie strachu, podkreśliła również Beth- Eden Kite. Wydarzeniu towarzyszyła piękna symbolika - odznaczeni przed otrzymaniem dyplomów i medali zapalali światła pamięci na specjalnie przygotowanych drzewkach oliwnych, odczytywano też nazwiska uratowanych. Jeszcze raz przywołano tragiczną przeszłość konkretnych osób, polskich Żydów - Chai Guterman, Jakowa Grinera (późniejszego księdza Grzegorza Pawłowskiego), Aby Bechera i wielu innych, których całe rodziny wymordowali hitlerowcy. Ratunek, jaki ci ludzie znaleźli w domach Sprawiedliwych, stał się najwspanialszą odpowiedzią na czas pogardy. Każda z historii ocalenia to pełna dramatyzmu opowieść o ludzkiej tragedii i przełamywaniu własnych obaw. Pani Józefa Cichulska, odbierająca wraz z siostrą Zofią Zbysz odznaczenie w imieniu nieżyjących rodziców Marianny i Józefa Krzymowskich, opisywała później w rozmowie z dziennikarzami atmosferę grozy, w jakiej jej rodzice podjęli decyzję o udzieleniu schronienia do końca wojny młodej wówczas dziewczynie, Chai Guterman, która uciekła podczas akcji wysiedleńczej Żydów ze Sławatycz do getta w Międzyrzecu. Podobny przebieg miały wszystkie te historie - państwa Bajaków i Kuroniów, którzy jako jedyni w swej okolicy postanowili chronić małego chłopca, Jakowa Grinera; państwa Kurkiewiczów, u których w stodole, w ziemniakach, ukrywało się przez dwa lata aż trzynaście osób; państwa Jaroszów, Marczaków i Frelasów, których domy pozostały otwarte dla potrzebujących. Uroczystość zakończył koncert na fortepian i skrzypce - odegrano utwory Henryka Wieniawskiego i Antoniego Dworzaka. Dwa kolejne popołudnia Dni Izraela wypełniły ciekawe wykłady oraz pokazy filmów. Autorka popularnej książki Święta i obyczaje żydowskie Ninel Kameraz- Kos z Żydowskiego Instytutu Historycznego wygłosiła odczyt na temat świąt żydowskich, towarzyszących im obyczajów, tradycji i ich symboliki, które często znane są Polakom jedynie pobieżnie. Ksiądz Romuald Jakub Weksler-Waszkinel (Katolicki Uniwersytet Lubelski) w swym wykładzie "Jan Paweł II w Jerozolimie - radość i nadzieja", poprzedzonym krótką izraelską relacją filmową z pielgrzymki papieskiej, skierował uwagę słuchaczy ku zagadnieniu dialogu między chrześcijaństwem i judaizmem, jego historii i perspektyw. Rzecznik ambasady Izraela Michał Sobelman przedstawił natomiast Izrael jako mozaikę kultur. Wziął także udział w spotkaniu z widzami wyświetlanego w ramach imprezy filmu "Ten jest z ojczyzny mojej", jako autor scenariusza. Bohaterem filmu jest znany historyk izraelski Israel Gutman. Przez pryzmat jego wspomnień i przemyśleń docieramy do obrazu przedwojennej Polski oraz czasów okupacji. Wśród tematyki wykładów nie zabrakło także wątku literackiego. Shoshana Ronen (Uniwersytet Warszawski) wygłosiła odczyt pt. "Podróże do Polski we współczesnej literaturze izraelskiej", przywołując doświadczenia pisarzy izraelskich, którzy z wielu przyczyn przedsięwzięli takie podróże i później je opisali. Sławomir Żurek (Katolicki Uniwersytet Lubelski) przybliżył natomiast słuchaczom motywy izraelskie w poezji polskiej XX wieku, skupiając uwagę na twórczości Aleksandra Wata, Arnolda Słuckiego i Henryka Grynberga. Podczas Dni Izraela można było także zwiedzić wystawy fotograficzne "Jerozolima z lotu ptaka" i "Izrael - natura, krajobrazy" ukazujące najbardziej malownicze zakątki tego kraju. Sprzedawano miesięcznik "Midrasz", książki o tematyce żydowskiej, rozdawano materiały informacyjne na temat Izraela. Wszystkim wykładom, pokazom filmowym, wystawom, szczególnie zaś uroczystości wręczenia medali towarzyszyło duże zainteresowanie lublinian. Jego wyrazem stały się liczne pytania do prelegentów oraz żywe dyskusje następujące po poszczególnych referatach oraz podczas spotkań filmowych. Lubelskie Dni Izraela odpowiedziały na wzrastające zaciekawienie różnych środowisk historią, kulturą i teraźniejszością narodu żydowskiego. Organizatorzy mają nadzieję, że impreza wejdzie na stałe do kalendarza akademickiego, tym bardziej że władze uniwersytetu pragną podtrzymać i rozszerzyć współpracę z ambasadą Izraela i różnymi placówkami naukowymi w tym kraju. Tematyka żydowska znalazła już stałe miejsce w UMCS w Lublinie - powstały w ubiegłym roku Zakład Kultury i Historii Żydów kierowany przez prof. Monikę Adamczyk-Garbowską, prowadzi ożywioną działalność naukową i popularyzatorską, organizuje całoroczne cykle wykładów, spotkania autorskie, seminaria dla nauczycieli, planowane są też lektoraty języków hebrajskiego i jidysz. Być może więc propagowanie kultury żydowskiej stanie się kolejną lubelską tradycją. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater 06 Luty 2003, 9 rano,a juz zabili 3 Palestynczykow IP: 130.94.123.* 06.02.03, 08:20 www.haaretzdaily.com/hasen/spages/260220.html Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Siedem grzechów głównych 08.02.03, 17:37 Weilla i Brechta Siedem grzechów głównych Marian Fuks Niemiecki kompozytor Kurt Weill był swojego rodzaju rewolucjonistą w dziedzinie teatru muzycznego. Jego twórczość jest jakby buntem przeciwko tradycyjnej operze, sztuce "na koturnach", kunsztownej muzyce, popisowym ariom i duetom, napuszonemu dramatyzmowi. Stworzył nowy typ teatru muzycznego, komunikatywnego, popularnego, którego bohaterami są ludzie z naszej epoki, nas otaczający, żyjący we współczesnym świecie. Postacie z jego oper i musicali - to ludzie prości, akcja często toczy się w świecie mętów społecznych, przestępców, w jakby apaszowskim klimacie. Adekwatna do tego jest jego muzyka. Zamiast typowych dla opery arii - jest proza mówiona, zamiast duetów - dialogi, ubarwiają akcję songi, w partiach tanecznych pojawiają się modne (wówczas) tanga, fokstroty, shimmy itp. Jego nową, często bulwersującą i sensacyjną twórczość brutalnie dyskredytowali hitlerowcy. W osławionym "Lexikon der Juden in der Musik", w obszernym szkalującym Weilla biogramie, podają, że jego twórczość ma die judisch- anarchistische Tendenz. Kurt Weill urodzony 2 marca 1900 roku w Dessau - otrzymał solidne wykształcenie muzyczne. Jego nauczycielami byli Humperdinck i Busoni. Początkowo skłaniał się ku twórczości instrumentalnej. Jest między innymi autorem 2 symfonii i kilku utworów na orkiestrę, na zespoły kameralne oraz kilku kantat i pieśni. Z czasem jednak poświęcił się wyłącznie twórczości scenicznej, co szczególnie nabrało znaczenia dzięki jego współpracy z Bertoltem Brechtem (1898-1956). Jest on autorem około dwudziestu oper i musicali. Niektóre z nich powstały w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował (podobnie zresztą jak Brecht) po dojściu Hitlera do władzy. Do najpopularniejszej, napisanej w Niemczech należy Opera za trzy grosze (Die Dreigroschenoper) do tekstu Brechta. Jej prapremiera w Berlinie, w 1928 roku, stała się wielką sensacją i zapoczątkowała szereg sukcesów tego dzieła na wielu scenach świata. Bohaterami są tu bandy rozbójników, żebracy, prostytutki, policjanci. Jest to parodia Opery żebraczej Gaya z 1728 roku. Do sensacyjnego sukcesu dzieła Weilla i Brechta przyczyniła się między innymi świetna rola Jenny, wykreowana przez znakomitą śpiewaczkę - zarazem śpiewającą aktorkę, żonę Weilla - Lottę Lenyę (1898-1981). Z tej opery właśnie pochodzi słynny song Mackie Majcher, który stał się przebojem lansowanym przez wielu wykonawców i liczne nagrania. Dzieło to doczekało się także ekranizacji w reżyserii G. W. Pabsta. Z okresu współpracy z Brechtem (1927-1929) pochodzą jeszcze następujące dzieła: Rozkwit i upadek miasta Mahagonny (Aufstieg und Fall der Stadt Mahagonny, 1927), Happy end (1929), Der Ja-Sager (Człowiek, który mówi: tak, 1930). W Niemczech do tekstów George'a Kaisera - Weill napisał: Protagonista (Der Protagonist, 1926), Car się fotografuje (Der zar last sich photographieren, 1928), Der Silbersee (1933). Z okresu niemieckiego pochodzi również Siedem grzechów głównych (Die sieben Todsuenden der Kleinbuerger (Paryż, 1933). To ostatnie dzieło wystawił w listopadzie 2001 roku Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie, jako Ballet chante, w polskiej wersji językowej Stanisława Barańczaka, z Krystyną Jandą w roli Anny. Warto przypomnieć, że te "7 grzechów głównych" to: lenistwo, pycha, gniew, obżarstwo, nieczystość, chciwość, zazdrość... To przedstawienie w operze odbywa się niejako z udziałem publiczności, która zasiada na scenie, tuż przy wykonawcach - śpiewakach i tancerzach. Rodzinka Anny była świetnie zarysowana, szczególnie podobała się jej matka w wykonaniu postawnego basa Czesława Gałki... W Ameryce Weill tworzył już typowe musicale, które jednak nie dorównywały jego wcześniejszej twórczości. Zmarł w Nowym Jorku 3 kwietnia 1950 roku. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: JH 06 Luty 2003, nastepny Palestynczyk zamordowany IP: 193.111.198.* 06.02.03, 17:55 www.jpost.com/servlet/Satellite?pagename=JPost/A/JPArticle/ShowFull&cid=1044508200202 Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator wierny swoim żydowsko-polskim korzeniom 08.02.03, 17:37 Jankiel Adler wierny swoim żydowsko-polskim korzeniom Rozmawiał:Janusz Kozłowski - Co, zdaniem pani kustosz, wywarło wpływ na ukształtowanie się osobowości Jankiela Adlera - jednego z najwybitniejszych artystów żydowskich w XX wieku? - Jankiel Adler urodził się 26 lipca 1895 r. w podłódzkim Tuszynie, w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, jako ósme z dwanaściorga dzieci Hany Łaji z domu Fiter. Ojciec przyszłego wielkiego malarza, Eliasz Adler, był handlarzem opału. Na późniejszego artystę siłą rzeczy musiała oddziaływać bliskość Łodzi - rozwijającej się w iście amerykańskim tempie metropolii przemysłowej, włókienniczej, miasta o charakterze wielonarodowościowym, które powstało wysiłkiem Żydów, Niemców, Polaków, Czechów i Rosjan. Życie natomiast w sztetł, za jakie uznać można Tuszyn, toczyło się zgodnie z uświęconą tradycją. Najważniejszymi instytucjami wyznaczającymi codzienny rytm życia były: szkółka religijna, synagoga, urząd rabina, bractwo pogrzebowe itd. Przebywanie wśród chasydów, mimo późniejszych wieloletnich związków ze sztuką i kulturą zachodnią, wywarło znaczący wpływ na jego twórczość. Bardzo często w nowatorskiej, wielce oryginalnej formie powracał do swoich żydowskich źródeł i nigdy nie zerwał związków z tradycją wyniesioną z rodzinnego domu i rodzinnego Tuszyna. Wyrwaniem z małomiasteczkowej atmosfery stał się dla Jankiela Adlera wyjazd w 1912 r. na Bałkany, terminowanie w Belgradzie u wuja - grawera i złotnika, pracownika serbskiej poczty. - Jaką rolę odegrał Jankiel Adler w powstaniu awangardowej grupy Jung Jidysz? - Po podróży do Niemiec w 1913 r. i studiach u profesora Gustava Wiethuechtera w Kunstgewerbeschule w Barmen, Adler w 1918 r. wraca do Łodzi. Uczestniczy 22 grudnia 1918 r. w Zimowej Wystawie Stowarzyszenia Artystów i Zwolenników Sztuk Pięknych. Ekspozycja ta przyczyniła się do skrystalizowania grupy Jung Jidysz, w skład której weszli poeci: Mosze Broderson, Icchak Kacenelson, Jeheskiel Mojżesz Neuman, malarze: Vincent Brauner (imię przybrał na cześć uwielbianego Van Gogha), Henoch Barciński, Marek Szwarc, Dina Matusówna, Pola Lindenfeldówna, Zofia Gutentażanka, Salomon Blat, rzeźbiarka - Ida Braunerówna. Jankiel Adler uchodzi za współzałożyciela grupy Jung Jidysz. Na Zimowej Wystawie Adler prezentuje najważniejsze swoje obrazy z wczesnej twórczości: "Ostatnią godzinę rabiego Eleazara", "Baal Szem i Budda", "Prawdziwe chrześcijaństwo i ofiara pogromu". Wspaniały obraz "Ostatnia godzina rabiego Eleazara" trafił do Łódzkiego Muzeum Sztuki zaraz po wojnie, w 1945 r. Znajdował się w jego zbiorach do lipca 1981, kiedy to został skradziony. Do dnia dzisiejszego trwają jego poszukiwania. Stanowi kompozycję trzech figur złączonych ze sobą silnymi więzami emocjonalnymi, potęgowanymi ekspresyjną formą. Z lewej strony obrazu tytułowy rabi z przegiętą ku środkowi kompozycji brodatą głową, wychudłą dłonią wskazuje księgę (symbol narodu Księgi), ku niemu skierowana w podobnym geście postać kobieca z głową otuloną czarnym szalem, w środku młodzieniec skierowany profilem ku postaci starca. W górnej części obrazu, w tle ukazują się promienie światła i głowy aniołów. W lewym dolnym rogu obrazu namalowana jest głowa kobiety. Ta głowa odtąd stanie się (a może już dawno się stała) znakiem obrazów Jankiela Adlera. Twarze mają oczy przysłonięte ciężkimi powiekami o migdałowych kształtach, podobnie jak w obrazach Lazara Segalla. Jak pisze Nehama Guralnik: "Adler stanowił umysłowe centrum grupy, jego wpływ odczuwalny był wszędzie. Grupa wydawała także książki w jidysz i organizowała wieczory literackie, odczyty i imprezy kulturalne. Jankiel Adler wygłaszał referaty na temat sztuki współczesnej i ilustrował szereg książek". Wypada nadmienić, że jeszcze do niedawna grupa Jung Jidysz była w ogóle nieznana. Dzisiaj, dzięki badaniom i ustaleniom prof. Jerzego Malinowskiego wykłada się o niej na uniwersyteckich wydziałach historii sztuki. - Które spośród prac Jankiela Adlera łódzkie Muzeum Sztuki posiada w swoich zbiorach ? - Mamy ich bardzo niewiele, tylko pięć obrazów wybitnego żydowskiego artysty znajduje się w naszej stałej ekspozycji. Małżeństwo znanych architektów, Syrkusów, podarowało nam nie tak dawno kilka grafik, monotypii. Z obrazów na szczególną uwagę zasługują "Moi rodzice" (rok 1921), darowany Muzeum Sztuki przez Jankiela Adlera po jego głośnej, indywidualnej wystawie w Łodzi, która miała miejsce w roku 1935. Być może obraz "Moi rodzice" podarował Adler Muzeum Sztuki z chęci podkreślenia swych łódzko-żydowskich korzeni. Można u nas również oglądać dwa znakomite obrazy - "Skrzypka" (1928) i "Młodego robotnika" (1929). Z połowy lat trzydziestych pochodzi prawie abstrakcyjna "Kompozycja nadrealistyczna" (inny tytuł: "W rzeźni") i "Martwa natura". - Jaki był udział Muzeum Sztuki w największym wydarzeniu artystycznym obrazującym twórczość Jankiela Adlera, w wielkiej międzynarodowej, retrospektywnej wystawie, która prezentowana była w St?dtische Kunsthalle Duesseldorf, w Tel Awiwie i w Łodzi? - Łódzko-polskie konotacje Adlera były na tyle ważne, że wystawa, która zrodziła się z inicjatywy Juergena Hartena - dyrektora St?dtische Kunsthalle w Duesseldorfie, przy wielkim zaangażowaniu Ulricha Krempla, musiała być również oparta na materiałach polskich, nie mogła w żadnym przypadku obejść się bez nich. Jak powiedziała historyk sztuki i przyjaciółka artysty Anna Klapheck, Tuszyn był tym dla Adlera, czym Witebsk dla Marca Chagalla. - Czy pani kustosz była także zaangażowana przy organizowaniu tej unikatowej ekspozycji? - Przede wszystkim ówczesny dyrektor Muzeum Sztuki, wielce dla niego zasłużony Ryszard Stanisławski, ale ja również zostałam włączona w prace przygotowawcze, zajmowałam się głównie kwerendą prasową i biblioteczną. Natrafiłam niespodziewanie na bardzo ciekawe, obszerne artykuły o Adlerze w prasie żydowskiej, w wychodzącym w okresie międzywojennym czasopiśmie "Literarisze Bleter". Przetłumaczył je z jidysz Henryk Hartenberg. Okazało się także, że książki z ilustracjami Jankiela Adlera zachowały się w niektórych bibliotekach. Pamiętam, że w Tuszynie odnaleźliśmy bardzo ważny dokument - świadectwo urodzenia Adlera. - Jak mi wiadomo, pani kustosz wygłosiła w Kanadzie, w 1998 r. referat o twórczości Jankiela Adlera (poszerzoną jego wersję opublikował łódzki "Tygiel Kultury", nr 7-9 z 2000 r.). W tym kontekście chciałbym zapytać, jak przedstawia się obecnie recepcja na świecie tego wielkiego żydowskiego artysty? - Dzieła Jankiela Adlera są pokazywane w największych muzeach: Tate Gallery w Londynie, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku, Kunsthaus w Monachium, a obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie został zdeponowany obraz "Baal-Szem błogosławiący" z 1918 r. - niedawno odkryty, niezwykły obraz z wczesnego okresu twórcy. W Ottawie, w Soloway Jewish Community Centre, odbyło się sympozjum poświęcone Jankielowi Adlerowi, na którym ja miałam prelekcję dotyczącą jego twórczości. Warto podkreslić, że sympozjum to zorganizowano dzięki inicjatywie pani Anny Clarke. Anna Clarke jest córką Felicji Prywes i Maksa Szydłowskiego, znanych wielbicieli i mecenasów sztuki. W ich domu odbywały się spotkania artystyczne. Felicja Szydłowska figuruje w stopce jako wydawca czasopisma "Jung Jidysz". Finansowała bowiem razem z mężem, a jak byśmy dziś określili, sponsorowała to niecodzienne przedsięwzięcie. Anna Clarke zapamiętała bardzo dobrze Jankiela Adlera składającego wizyty jej rodzicom i wiszące w salonie jego obrazy. Z sentymentu do lat młodości i wielkiej estymy, jaką darzy do dzisiaj Adlera, zainteresowała nim ambasadę izraelską, niemiecką i polską w Kanadzie, Uniwersytet Carlton i Kanadyjsko- Polski Kongres w Ottawie. Pod ich patronatem odbywała się konferencja, w której uc Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: dana33 [...] IP: *.he.net 07.02.03, 21:59 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Auschwitz-Birkenau 08.02.03, 17:38 Auschwitz-Birkenau Renata Saks 27 stycznia 2002 roku minęło 57 lat od chwili wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Obóz, który przeszedł do historii jako największa fabryka śmierci, największe cmentarzysko świata, miał być miejscem realizacji wielkiego planu III Rzeszy zmierzającego do całkowitego i ostatecznego unicestwienia narodów niższej rasy. Planowi wyniszczenia podlegali ludzie i narody. Naród jako całość, a więc wraz ze swoim dorobkiem kulturalnym, według znanego stwierdzenia, przestaje istnieć, kiedy zniszczy się jego historię i kulturę. Właśnie tam, gdzie masowo zabijano ludzi, działalność, która przeciwstawiała się zepchnięciu człowieka do roli zwierzęcia, była niezbędna. Na polu tej działalności znajdowano też czasami sposoby, aby uratować czy chociażby przedłużyć życie współwięźniom. Garść wspomnień o tych, którym w ogromnej większości nie udało się przeżyć, którzy na oświęcimskim pasiaku nosili żółty trójkąt znalazłam przeglądając notatki, zapiski i odsłuchując z taśmy magnetofonowej rozmowy z więźniem Oświęcimia z numerem 15261, nieżyjącym już malarzem Mieczysławem Kościelniakiem.Trawestując słynne przesłanie księdza Twardowskiego można powiedzieć "spieszmy się słuchać ludzi, tak szybko odchodzą" - te rozmowy, to może jeden z ostatnich takich dokumentów historii. Bo następnym pokoleniom, dzieciom naszych dzieci, już nikt nie powie... ja to widziałem... ja to słyszałem. Mieczysław Kościelniak pozotawił po sobie cały zbiór rysunków przedstawiających obozowe sceny. Wszystkie te dokumenty czasów zagłady przekazał muzeum oświęcimskiemu. Prace, które powstały w czasach najstraszliwszych w dziejach naszej historii są dokumentem epoki. Stanowią jedyny i niepowtarzalny gatunek sztuki. Jest to sztuka, której źródłem były rozpacz, ból, zbrodnia i nieszczęście ludzkie. Są to bardzo realistyczne sceny z życia obozowego, portrety przyjaciół, współwięźniów, którzy w większości nie doczekali dnia wyzwolenia. O tych współwięźniach, którym było najgorzej, o Żydach, dla których nie było ocalenia, o przyjaźni tak opowiadał Mieczysław Kościelniak. "Ich pobyt w obozie ograniczony był do niezbędnego minimum. Większość z miejsca kierowana była do komór gazowych, inni umierali z głodu lub wycieńczenia katowani w straszliwy sposób. Wymyślano im zresztą najrozmaitsze, najbardziej wyrafinowane metody śmierci. To już nie chodziło o samą śmierć - bo ta mogłaby być wybawieniem - chodziło o coś więcej, o to, aby jeden człowiek poczuł się jak bezwolne zwierzę pod pejczem drugiego człowieka. Masowe transporty Żydów do Oświęcimia rozpoczęły się w 1942 roku. Były to transporty z terenów całej Polski, ze Związku Radzieckiego, Francji, Belgii, Holandii i duże transporty z Salonik, które były punktem zbornym z terenów całego Bliskiego Wschodu. Los Żydów przywożonych do obozu był z góry przesądzony. Natychmiast umieszczano ich w karnej kompanii i tam w ciągu tygodnia likwidowano. Nie można było uratować im życia, ale w miarę możliwości czyniono takie próby". Mieczysław Kościelniak wspomina dwóch bliskich kolegów, którzy mieszkali z nim na jednym bloku. Byli to kupiec z Sosnowca o nazwisku Bryn i Henryk Blum, adwokat ze Lwowa. Zaprzyjaźnili się podczas prac przy powstającym na terenie obozu przedziwnym muzeum. "Niemcy chcieli stworzyć muzeum, w którym zebrane eksponaty świadczyłyby o tym, że narody, które tutaj giną, należą do gorszego gatunku i trzeba je likwidować. To muzeum miało powstać na bloku 24. Razem z innymi więźniami pracowałem przy tworzeniu tego muzeum. Nakazano nam, abyśmy przyprowadzili Żydów, którzy by tłumaczyli Biblię. Niemcy chcieli zdobyć wiedzę na temat historii różnych religii głównie po to, aby ją zohydzać i ośmieszać. Wybraliśmy do pracy w muzeum właśnie Bryna i Bluma. To ratowało im życie, chociaż na jakiś czas. Wynajdowaliśmy coraz to nowe zajęcia, aby ich jakoś na dłużej zatrzymać. Wiadomo było, że z chwilą zakończenia prac pójdą do gazu. To przedziwne muzeum miało być dokumentacją na udowodnienie tezy mówiącej o niższości rasy, głównie czterech narodowości: Polaków, Żydów, Rosjan i Cyganów. Eksponaty były tam najróżniejsze, wszystko co zdołano zebrać: kilkadziesiąt zwojów Tory, przedmioty rytualne, szaty, świeczniki. To wszystko świadczyło o wielkiej tradycji i kulturze, a więc o czymś wręcz przeciwnym założeniom Niemców. To były po prostu perełki, arcydzieła sztuki. Pamiętam, że zbierano tam też inne pamiątki - sztandary różnych narodów, znaczki, odznaczenia, najrozmaitsze książki, instrumenty muzyczne. Blum czytał Torę i opisywał przedmioty muzealne, zaangażował się też do naszej tajnej organizacji. Był to bardzo inteligentny człowiek, znał kilka języków, historię i tradycję. Łatwo się z nim nawiązywało kontakt i współpracowało i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Bryn też spisywał i opisywał eksponaty muzealne. Niestety, mimo wielu wysiłków ani Bluma, ani Bryna nie udało się uratować. Pamiętam jeszcze historię, jaka wydarzyła się w obozie na Brzezinkach. Przy bramie tego obozu była orkiestra. Dyrygentką tej orkiestry była niezwykłej urody Żydówka z Francji. Miała tak piękne włosy, że SS-mani nie ogolili jej głowy. Dyrygowała orkiestrą chyba półtora roku. Tak muzyką witano nowe transporty podludzi z całej Europy. W jednym z transportów dyrygentka zobaczyła swoją matkę i siostrę idące do krematorium. Zwróciła się więc do SS-mana z prośbą, aby uratował je i pozwolił żyć. Niemiec popatrzył na nią, dał jej pięścią w twarz, potem zabrał razem z matką i siostrą do gazu. Ci, którzy tam nie byli i nie widzieli, nie są w stanie zrozumieć, jak można było przetrwać. Ale do tych codziennych spraw trzeba się było przyzwyczaić. Patrząc stale na śmierć nic innego nie pozostało, jak czekanie na własną kolejkę do krematorium. Ale to nie było czekanie bierne. Jakaś niezwykła iskierka nadziei pozwoliła prowadzić walkę i czekać na wyzwolenie. Wiara w przetrwanie kazała obserwować, notować, rysować sceny, nawet te najgorsze i najboleśniejsze z obozowego życia... Kiedy się przeżyło tydzień, miesiąc, rok czy dwa, każdy następny dzień przynosił nadzieję, że może właśnie nam dane będzie przeżyć tę gehennę". Wyzwolenia doczekało niewielu, oni są świadkami tamtych krwawych dni, a pamięć o tych, co zgineli zagazowani i spaleni i ich historia będą dokumentem najczarniejszej karty cywilizowanych narodów. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator [...] 08.02.03, 17:39 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: katarina [...] IP: 209.234.157.* 09.02.03, 08:30 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś