Dodaj do ulubionych

Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow

    • Gość: Gurion [...] IP: 209.234.157.* 21.01.03, 15:46
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Odcienie szwedzkiej tolerancji 23.01.03, 04:09

        Odcienie szwedzkiej tolerancji
        Grzeszny raj
        Jerzy Sławomir Mac


        Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w
        Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod
        auspicjami Polskiej Akademii Nauk.

        - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla
        polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były
        ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji
        Polskiego Roku w Szwecji 2003.

        Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z
        Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z
        większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski
        antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische
        Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak
        jak polska homogeniczność narodowa.

        Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było
        dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w
        1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną.
        Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny
        światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej
        kultury.

        Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji
        konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik
        szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan,
        głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie
        był im życzliwy.

        Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości
        i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego
        uciekali "myślący inaczej".

        W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np.
        belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej
        asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się
        tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo
        wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i
        religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji
        (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude)
        do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych"
        aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r.
        szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec
        Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny...

        Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności
        globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem
        szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym
        kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego
        świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel
        tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do
        końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z
        Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to
        kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów
        pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy
        przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali
        jego czarnych, kręconych włosów.

        Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej
        prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich
        Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim,
        przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds.
        Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit".
        Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały
        tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w
        wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht
        wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje
        studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie
        zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od
        protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut
        Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten
        proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów.

        Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po
        Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w
        akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom
        wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70
        tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim
        dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu
        ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano,
        wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet
        za znaczki na listy pisane przez te dzieci.

        W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną
        Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa
        razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale
        na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na
        nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30
        tys. zł...

        Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną
        inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla
        ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby
        Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby
        konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes,
        portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego
        kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła
        swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik
        zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą.

        Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor
        nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował
        się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był
        lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej.
        Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji.

        W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich
        języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą
        pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości
        etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji
        ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport
        nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana
        (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego.

        Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji
        o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na
        tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia
        Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii
        nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc.
        głosów.

        - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z
        niej uczyć - konkludował Kantor


      • jewhaterexterminator ! JERUZALEM (...) O! WARSZAWO! 23.01.03, 04:10
        W 140 rocznicę powstanie styczniowego
        O! JERUZALEM (...) O! WARSZAWO!
        Rafał Żebrowski


        Tytuł tego szkicu został zaczerpnięty z wiersza pt. "Rabin" Mieczysława
        Romanowskiego, poety rodem z Galicji, który swą młodą głowę złożył na
        pobojowisku pod Józefowem 24 IV 1863 r. Słowa w nim użyte są skargą bohatera
        utworu zaniesioną przed Boży Tron. Polskiego rabina poeta ukazuje jako proroka
        Jeremiasza, opłakującego Miasto Dawidowe, spustoszone babilońskim orężem.
        Odrzuca on propozycję objęcia lukratywnego stanowiska przewodnika duchowego
        jakiejś niemieckiej gminy, albowiem chce dochować wierności ziemi, na której
        się urodził. Posłowie przybyli z Zachodu przekonują: "Zważ: przyjaciółmi nam
        królowie świetni,\ A przy tej Polsce kto stoi?\ Szlachetni".

        Utwór ten powstał w 1862 r., gdy w Królestwie Polskim narastało wrzenie,
        zapowiadające wybuch powstania. Od wielu miesięcy jego stolica była widownią
        dramatycznych wydarzeń. Stworzyły one klimat, w którym wielu ludzi uświadamiało
        sobie wspólnotę losów obu ludów mieszkających na tej samej ziemi. W tej
        atmosferze każdy gest, każdy przejaw szlachetnych dążeń czy poświęcenia dla
        wspólnej sprawy, odbijał się szerokim echem. A przecież tak niedawno, bo w 1858-
        1859 r., nieudany koncert dwóch sióstr stał się przyczyną napaści na Żydów,
        oskarżanych o bojkot tego "wydarzenia artystycznego". Wyemancypowani
        przedstawiciele młodej inteligencji żydowskiej, z kręgu asymilatorów,
        zaprotestowali. Był na to czas najwyższy, gdyż zapowiedzi narodzin nowoczesnego
        antysemityzmu można było już nie raz spotkać w publicznych wystąpieniach w
        latach 50. XIX w. Wszystko to jednak w cień usunęło widmo nadciągającej
        rewolucji, bowiem każde powstanie, czy rozbudzenie nadziei narodowych,
        owocowało zbliżeniem bądź "zbrataniem" polsko-żydowskim. Niesławnym wyjątkiem w
        tej materii było powstanie wielkopolskie w 1848 r. Szlachetne porywy sprzyjały
        odchodzeniu od stereotypów i uprzedzeń.

        Szczególnie ważne stawały się wówczas wydarzenia mające kontekst religijny.
        Ciągle niechęć do Żydów miała główną pożywkę w antyjudaizmie, który
        przełamywały gesty takie, jak wydanie przez naczelnego rabina Warszawy Bera
        Meiselsa polecenia odprawienia 19 IX 1861 r. modłów w synagogach o rychłe
        wyzdrowienie arcybiskupa Antoniego Fijałkowskiego, przychylnego dążeniom
        niepodległościowym. Niestety, kapłan ów zmarł 5 X 1861 r. Jego pogrzeb 10 X był
        wielką manifestacją patriotyczną. W pogrzebie wzięła udział delegacja rabinatu
        i gminy warszawskiej. Wedle planu uroczystości, miała ona spotkać kondukt na
        Placu Bankowym i w ten sposób złożyć uszanowanie zmarłemu. Jednak
        przedstawiciele Dozoru Bóżniczego i rabini przyłączyli się do pochodu. Potem w
        śledztwie wyjaśniali, że uczynili to pod presją tłumu. Co więcej, w ich pobliżu
        młody Żyd, ubrany w czamarę (uznaną za stój staropolski) niósł sztandar ze
        znakami narodowymi. Spostrzegłszy sztandar, Meisels zażądał jego wycofania, pod
        groźbą odstąpienia od uczestnictwa w pogrzebie. Autor pracy magisterskiej
        napisanej na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Majera Bałabana w latach
        30. XX w., Majer Rozenblat, uważał, że naczelny rabin był zwolennikiem mniej
        ostentacyjnych i bardziej podkreślających żydowską odrębność sposobów
        manifestowania. Warto też zwrócić uwagę, że Dozór Bóżniczy wystąpił wówczas po
        raz drugi jako całość, a nie reprezentowany tylko przez tzw. duchowieństwo, w
        demonstracji patriotycznej. Za pierwszym razem było to podczas pogrzebu pięciu
        poległych (2 III 1861 r.), kiedy to naczelny rabin Warszawy odmówił Kadysz nad
        ich otwartą mogiłą, co było gestem bezprecedensowym ze strony misnagda. W obu
        tych przypadkach były to zgromadzenia odbywające się za zgodą władz zaborczych.
        Demonstracja ze strony Meiselsa i Dozoru polegała na przekroczeniu
        spodziewanego zakresu ich udziału w pogrzebach oraz częściowym przełamaniu
        barier religijnych. Jednak równocześnie naczelny rabin oświadczając 10
        X: "Nasze duchowieństwo nie ma żadnego sztandaru", odnosił się do faktów
        dokonanych stworzonych przez młodych patriotów, ale i do religijnego aspektu
        ich czynu. Wiadomo bowiem, że wspomniany sztandar został zakupiony w sklepie z
        paramentami kościelnymi, a znaki narodowe były dziełem żydowskiego szmuklerza.
        Można więc przypuszczać, że forma owego znaku była nie do zakceptowania przez
        Meiselsa, jako że stojąc na czele reprezentacji wszystkich rabinów Królestwa
        Polskiego byłby zmuszony występować pod znakiem zapożyczonym z innej religii.

        Władze rosyjskie przywiązywały do owego incydentu bardzo dużą wagę. W sprawie
        sztandaru przeprowadziły ścisłe śledztwo i aresztowały kilkanaście osób, a dwie
        dalsze zbiegły za granicę.

        Znacznie poważniejszą sprawą było zamknięcie synagog. Mimo wprowadzenia stanu
        wojennego, ludność Warszawy demonstracyjnie obchodziła rocznicę śmierci
        Tadeusza Kościuszki. Manifestacje w kościołach skończyły się wkroczeniem do
        nich wojska (15/16 X 1861). W proteście przeciw profanacji świątyń, zostały one
        zamknięte. Policmajster zapowiedział, że podobny akt solidarności ze strony
        Żydów zostanie potraktowany jako wystąpienie przeciw władzom. Wobec tego
        Meisesls zwołał w swym mieszkaniu naradę z przedstawicielami komitetów obu
        synagog postępowych wraz z ich kaznodziejami, Markusem Jastrowem i Izaakiem
        Kramsztykiem. Zaproszono na nią przedstawicieli Dozoru Bóżniczego z jego
        prezesem Mojżeszem Feinkindem i sekretarzem Jakubem Rotwandem, ale wyraźnie
        chodziło o to, by przedsięwzięciu nie nadawać charakteru akcji gminy. Potem
        rabin naczelny udał się do policmajstra i oświadczył mu, że musi zamknąć
        synagogi, bowiem obawia się przeprowadzenia w nich demonstracji patriotycznych.
        W późniejszym śledztwie zeznawał, że policmajster pochwalił jego
        zapobiegliwość, a więc uważał, iż zgodę uzyskał. Toteż 18 X, na polecenie
        Meiselsa zostały zamknięte synagogi postępowe przy Daniłowiczowskiej i
        Nalewkach oraz jeszcze 4 dalsze, co nie było liczbą imponującą, jak na 130-140
        domów modlitwy w Warszawie. Na nic jednak zdały się też drobniejsze wybiegi -
        np. zamknięto tylko główne wejścia do synagog, pozostawiając otwarte boczne.
        Władze nie miały zamiaru tolerować aktów bratania się obu nacji. Owocem
        zniecierpliwienia Petersburga wobec nich była wysłana jeszcze na początku
        maja "propozycja podjęcia środków zaradczych przeciw zbliżeniu Polaków i Żydów"
        (m.in. przez poprawienie sytuacji ludności żydowskiej). Teraz zdecydowano się
        na aresztowanie Kramsztyka, Jastrowa, Meiselsa i Feinkinda (28 X). Linia obrony
        oskarżonych polegała na wykazywaniu, że gmina, a także Meisels, nie posiada
        synagog pod swym bezpośrednim zarządem. Decydujący głos w ich sprawach mają
        kierujące nimi komitety bądź właściciele. Władze wiedziały, że jest to wybieg.
        Ostatecznie Meisels i Jastrow zostali wydaleni z Warszawy jako obcy poddani;
        Kramsztyk spędził pół roku na zesłaniu w Bobrujsku. Jedynie Feinkind - a wraz z
        nim i gmina - uniknęli cięższych represji, w czym zapewne spory udział miał
        fakt, iż ów kupiec był zasłużonym dostawcą armii rosyjskiej. Historyk Jakub
        Szacki wręcz sugeruje, że zwolnienie z Cytadeli zawdzięczał powiązaniom
        finansowymi z wysoko postawionymi Rosjanami. Prawdopodobnie jego wybór na
        stanowisko prezydującego Dozoru w niespokojnych czasach był podyktowany m.in.
        tym, że potrafił on rozmawiać z urzędnikami rosyjskimi i skutecznie docierać do
        nich drogami zakulisowymi. Strategia ochrony gminy przynosiła efekty. Jednak
        Feinkind nie mógł już pełnić funkcji prezydującego Dozoru i został z niej
        usunięty 16 XII 1861 r. "w wykonaniu rozkazu wyższego".

        Warto zastanowić się nad przełomowym znaczeniem tych wydarzeń w dziejach Żydów
        polskich. Ich aktywność polityczna do tej pory skupiała się na zakulisowych
        zabiegach o ochronę interesów społeczności żydowskiej. Przedstawiciele gminy
        warszawskiej potrafili skutecznie storpedować powoływanie współwyzna
      • jewhaterexterminator hebrajski, film dla izraelskiej TV 23.01.03, 04:11
        Nowe przekłady na hebrajski, film dla izraelskiej TV
        Izrael i ks. Jan Twardowski
        Ryszard Wasita


        Właściwie istnieje już gotowy materiał do nieistniejącej jeszcze książki pod
        tytułem "Żydzi i ich kultura w biografii i twórczości ks. Jana Twardowskiego",
        albo - "Ks. Jan Twardowski a świat Żydów polskich", albo jeszcze inaczej -
        "Obecność ks. Jana Twardowskiego w Erec Israel". Obecność poprzez coraz
        liczniejsze przekłady jego wspaniałych wierszy na hebrajski w czasopismach
        literackich, antologiach poezji polskiej, a już rychło spodziewać się można
        osobnego tomu. Wielkim i, niestety, niespełnionym marzeniem poety w sutannie
        było osobiste spotkanie z Ziemią Izraela. Miał tam w podjerozolimskim kibucu
        Maale Hahamisza największego przyjaciela swego całego życia - Leona Harari. Gdy
        żył (bo kochany przez wielu Leon już odszedł), zapraszał księdza Jana
        parokrotnie. W okresie peerelowskiej wrogości do młodego państwa żydowskiego
        nie było to możliwe, a gdy już stało się możliwe, nękały poetę choroby i
        słabości, za to Leon zdążył jeszcze odwiedzić księdza w Warszawie, przedstawić
        mu swego syna Avishai i wnuka. Ks. Twardowski miał być też naprawdę upragnionym
        (wiem, bo trochę pośredniczyłem) gościem Uniwersytetu Hebrajskiego w
        Jerozolimie, organizacji pisarskich w Tel Awiwie (już były ustalone miejsca i
        terminy spotkań!). Znakomity tłumacz Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta,
        Adama Zagajewskiego i... ks. Jana Twardowskiego - profesor literatury
        hebrajskiej, tłumacz i eseista David Weinfeld zapewniał mnie (i prosił o
        przekazanie), że sam razem z żoną zawiezie księdza wszędzie tam, gdzie będzie
        sobie życzył.

        Gdy ukazała się "antologia poezji polskiej po 1945 roku" w języku hebrajskim,
        jej autorzy: David Weinfeld i Rafi Weichert jako tytuł całości dali cytat z
        wiersza ks. Twardowskiego - "Po tylu rewolucjach".

        Cały rozdział tej przyszłej książki o związkach ks. Jana ze światem żydowskim
        będzie niewątpliwie poświęcony wypowiedziom, tekstom i trzem osobistym wizytom
        w Domu Sierot na Krochmalnej przyszłego poety i przyszłego księdza. Janusz
        Korczak bardzo wcześnie zaczął fascynować młodego chłopca z warszawskiej
        ziemiańsko--inteligenckiej rodziny. Kiedyś latem siedzieliśmy pod starym
        modrzewiem w ogródku kapelani przy Krakowskim Przedmieściu i niespodziewanie
        ks. Jan wyjął zeszyt i długopis i prosił o wyjaśnienie takich między innymi
        pojęć jak aszkenazyjczycy, sefardyjczycy, hebrajszczyzna, jidysz, ladino.

        Zapisywał mój "wykład" z zapałem, więc poprosiłem panią dr Helenę Datner-
        Śpiewak o rzetelniejsze materiały informacyjne. Toteż trudno się dziwić, że
        echa kultury żydowskiej tak bogato odzywają się w twórczości ks. Jana
        Twardowskiego. Na przykład w wierszu "Od końca" czytamy: "ewangelie czyta się
        jak hebrajskie litery od końca".

        Albo w krótkim rozważaniu pt. "Urok Psalmów" ks. Twardowski pisze: "Urzekają
        mnie Psalmy Dawidowe, modlitwy Starego Testamentu. Są one prawdziwą, czystą
        poezją miłosną, w której odnajdujemy w miłości do Boga te same przeżycia, jak w
        ludzkiej miłości: radość, smutek, zwątpienie, rozpacz, szczęście, samotność,
        zachwyt, uwielbienie".

        Całkiem niedawno prosił mnie ks. Jan o "wykład" na temat chasydyzmu.
        Powiedziałem, co wiedziałem, czując oczywiście ogromny niedosyt. Odnalazłem w
        domu zwięzłe, ale rzetelne hasło "chasydyzm" w mojej "Encyklopedii Tradycji i
        Legend żydowskich" Alana Untermana. Przyniosłem księgę na następne spotkanie.

        Ks. Jan nie tylko uważnie przeczytał to hasło, ale długo wertował całą
        encyklopedię. "Jaki to ciekawy świat" - powiedział wyraźnie wzruszony. Chciał,
        abym zdobył egzemplarz encyklopedii dla niego. Nie było to łatwe, ale się udało
        i poeta się po prostu hasłami encyklopedii zaczytywał.

        Kiedy po dłuższej przerwie (szpital) znowu odwiedziłem ks. Jana Twardowskiego w
        jego małych pokoikach pełnych ludowych rzeźb, obrazów, witraży, rodzinnych
        pamiątek z ukochanym portretem matki i cudem ocalonym z pożogi wojennej starym
        sekretarzykiem, niosłem list od pisarki hebrajskiej z Tel Awiwu (ale rodem z
        Krakowa) lubianej i w Polsce (sześć książek wydanych w polskich przekładach) -
        Miriam Akavii, a w tym liście takie słowa: "Tymczasem możesz zrobić przyjemność
        ks. Janowi Twardowskiemu, właśnie w najnowszym numerze naszego pisma "77"
        ukazał się jego wiersz w moim tłumaczeniu. Tylko cztery wersy, a jakie
        wymowne". Zostawiłem przysłane w liście kserograficzne odbitki, bo o to prosił.

        "A miałem niedawno wizytę bardzo sympatycznego, wykształconego pana z Izraela.
        Odnalazł mnie tutaj, bo chciał mnie poznać i porozmawiać" - poinformował mnie
        ks. Jan.

        Dowiedziałem się, że dr Filip Rosenstein, to człowiek młody - ksiądz go
        określił jako czterdziestolatka - czytał hebrajskie przekłady ks. Jana. Tłumacz
        i eseista, sam zaczął tłumaczyć wiersze ks. Twardowskiego i chce je włączyć do
        przygotowywanej nowej antologii poezji polskiej. Cały czas podkreślał zarazem
        wysoką jakość sztuki translatorskiej dotychczasowego "głównego" tłumacza
        wierszy ks. Jana na hebrajski - Davida Weinfelda.

        Wiersze i proza ks. Jana Twardowskiego ukazują się nakładem jednej z
        krakowskich oficyn w dwudziestu tomach jako Dzieła Zebrane. Siedem tomów już
        wydano. Ukazały się też różne wybory po niemiecku (także i w Szwajcarii),
        francusku, niderlandzku, rosyjsku (zachwycony jest tymi wierszami wielki
        rosyjski humanista Siergiej Awierincew), słowacku, włosku. Ale dla ks. Jana
        najważniejszy jest hebrajski. "To przecież język Adama i Ewy" - żartem zasłania
        wzruszenie.

        Dr Filip Rosenstein uczestniczył też w filmie nakręconym dla izraelskiej TV
        (październik 2002 rok) w liczącej już ponad trzysta lat kapelani przy
        Krakowskim Przedmieściu. Ks. Jan mówił nie tylko o sztuce, o wierszach. Także o
        ludziach. Nie mogło zabraknąć serdecznego wspomnienia o przyjacielu z lat
        jeszcze przedwojennej młodości - Leonie Harari, który potem stał się
        kibucnikiem. Kiedyśmy się w głodowym roku stanu wojennego w Polsce (1982)
        spotkali w Augsburgu, Leon dał mi dużą suszoną kiełbasę i szepnął z
        uśmiechem: "To dla Janka. Wiesz, którego".


    • Gość: zecik Re: Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow IP: *.sympatico.ca 23.01.03, 04:05
      Gość portalu: misiek napisał(a):

      > Zakladam liste morderstw popelnionych przez zydow.
      > W Palestynie codziennie gina ludzie, jesli nie zginie co najmniej 10
      > to prasa swiatowa nawet o takim wydarzeniu nie wspomni.
      > W czasie 2 letniego palestynskiego powstania zydzi zamordowali okolo 2000
      > ludzi.
      >
      > Zydzi morduja nie tylko w Palestynie.
      > Najwiekszym mordercom w histori Nowego Jorku jest rowniez zyd - Berkovitz.
      >
      > Zydzi mordowali Rosjan,Polakow,Czechow w miedzywojennej Europie.
      >
      > Zydzi mordowali zolnierzy egipskich ktorzy oddali sie do niewoli w czasie
      > wojny 1967.
      >
      >
      > Proponuje wpisywac w ten post kazde morderstwo popelnione przez czlonkow
      > rasy zydoskiej - bez wzgledu kiedy lub gdzie zostalo popelnione.
      >
      >
      > misiek
      • jewhaterexterminator Wspomnienie o Jakubie Goldbergu 23.01.03, 04:12
        Wspomnienie o Jakubie Goldbergu
        współtwórcy legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego
        Janusz Kozłowski


        Ze stolicy Danii, Kopenhagi, nadeszła wiosną zeszłego roku smutna wiadomość, że
        zmarł tam Jakub Goldberg - reżyser i scenarzysta, współtwórca legendy łódzkiej
        Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego.

        Należał do pierwszego rocznika Wyższej Szkoły Filmowej, tak zwała się wówczas
        nasza uczelnia nienosząca jeszcze w nazwie słowa "państwowa" - wspomina
        wieloletni rektor PWSFTviT w Łodzi, prof. Henryk Kluba. - Jakub Goldberg
        przyjęty został na Wydział Reżyserii 5 października 1948 r. Warto nadmienić, że
        otrzymał indeks z numerem 9.

        Razem z nim studiowali na tym samym Wydziale między innymi: Stanisław
        Lenartowicz, Janusz Nasfeter, Wadim Berestowski, Jan Batory, Ewa i Czesław
        Petelscy, a na równoległym Wydziale Operatorskim - Roman Wionczek, Kurt Weber,
        Zbigniew Raplewski.

        Był to jeden z najliczniejszych powojennych roczników - liczył prawie stu
        studentów.

        Kuba Goldberg, pochodzący z Warszawy, gdzie się urodził 29 sierpnia 1924 r.,
        jak pamiętam jego ojciec był z zawodu stolarzem, miał o wiele trudniejszy start
        niż większość z nas, ponieważ nie miał wcześniej żadnego przygotowania
        zawodowego, ja na przykład byłem słuchaczem Studium Teatralnego im. Adama
        Mickiewicza w Częstochowie.

        Poznaliśmy się w 1953 r., wówczas kiedy zacząłem studiować. Zbliżyła nas potem
        gra w eksperymentalnym, legendarnym dzisiaj filmie Romana Polańskiego "Dwaj
        ludzie z szafą". Mnie z Kubą Goldbergiem przypadło w udziale dźwigać wspólnie
        osławioną szafę z lustrem. Kręciliśmy go w bardzo trudnych warunkach na
        wybrzeżu.

        Wiele niecodziennych zdarzeń wiąże się z tym filmem, ale w pamięci utkwiły mi
        najbardziej dwa wydarzenia. Scena, w której wygrzewamy się, leżymy z Kubą w
        słońcu, patrząc na przesuwające się chmurki (uchwycił to po mistrzowsku Roman
        Polański), wśród gigantycznych stosów drewnianych beczek, służących do
        przechowywania i transportu ryb. Widzi nas strażnik, nakazuje opuścić to
        miejsce i kiedy opieramy się, wyrywa klapkę z rozsypującej się beczki, bije nas
        i przepędza. Zapach, jaki wydobywał się z beczek był nie do zniesienia, po
        kilku minutach strasznie rozbolała nas głowa. Ale opłacało się... powstała
        bowiem scena utrzymana w świetnym, surrealistycznym klimacie.

        Przebywaliśmy bardzo długo razem, od wczesnego rana do późnego wieczora na
        planie i nastał taki moment, taki czas, kiedy już mieliśmy wszyscy siebie dość.

        Polański jeszcze przed kręceniem filmu kazał mi specjalnie zapuścić zarost.
        Któregoś dnia Kuba wyrwał maszynką do golenia część mojego zarostu. Roman się
        wtedy niesamowicie wściekł, stłukł lustro i zszedł z planu. Później pojawił
        się, jak gdyby nic się nie stało. To był właśnie cały Romek. Zakupiono wtedy,
        na wszelki wypadek, dziesięć luster.

        Jakub Goldberg, jak go zapamiętałem, żył szybko, pełnią życia. Był niezrównany
        w towarzystwie, lubił w nim brylować, ubierał się elegancko i modnie.

        Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie lata. Spotykaliśmy się później w mieszkaniu
        Andrzeja Czekalskiego. Żywił zawsze wielki sentyment do Łodzi, do pamiętnych
        schodów w Szkole Filmowej i do "Honoratki".

        Chcemy ufundować pamiątkową tablicę na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

        Goldberga kilkakrotnie wspomina Roman Polański w książce "Roman" (Wydawnictwo
        Polonia, Warszawa 1989) - Innym człowiekiem z naszego kółka był Kuba Goldberg,
        absolwent łódzkiej szkoły, ze świetną opinią, choć w czasie pięciu lat studiów
        nie udało mu się zrealizować ani jednego filmu. Tego dowcipnego, przedwcześnie
        pomarszczonego, elegancko ubranego człowieka, otaczał nimb niezwykłości i to z
        jednego wyłącznie powodu: łączyła go przyjaźń z Andrzejem Munkiem, który
        mianował go swoim asystentem.

        Był współreżyserem oraz współautorem scenariusza - wraz z Jerzym Skolimowskim i
        Romanem Polańskim - głośnego "Noża w wodzie", który po znanych perypetiach
        politycznych w kraju, nominowany na Zachodzie do Oskara, utorował Polańskiemu
        drogę do kariery światowej.

        Jakub Goldberg był między innymi asystentem reżysera w tak głośnych filmach
        powojennych, jak: "Celuloza" (1953) i "Pod Gwiazdą Frygijską" (1954) Jerzego
        Kawalerowicza, współpracował reżysersko przy powstawaniu "Człowieka na torze"
        (1956) i "Eroiki" (1957) Andrzeja Munka, które przeszły do historii kina
        polskiego. Jako drugi reżyser asystował przy kręceniu filmu "Mąż swojej żony"
        (1960). W sumie brał udział w tworzeniu kilkunastu polskich filmów.

        W pięknym i wzruszającym pożegnaniu Jakuba Goldberga, zamieszczonym na łamach
        łódzkiej "Gazety Wyborczej" (z 20 maja ub.r.), jego bliscy i wieloletni
        przyjaciele - Andrzej Czekalski i Andrzej Gronau napisali:

        I wydawało się, że Ty - mały Kuba, mądry Kuba, wesoły Kuba - nie możesz mieć
        wrogów. Ale przyszedł czas i źli ludzie zmusili Cię do wyjazdu. Na Dworcu
        Gdańskim nadrabiałeś miną w oknie odjeżdżającego pociągu. Poszarzało,
        posmutniało na tyle długich lat. Zostały tylko listy, dużo listów, zaproszenia,
        odwiedziny. Ostatni raz, już wiedząc, żegnaliśmy Cię na Okęciu.
        Powiedziałeś: "Odlatuję...". To było ostatnie słowo, które usłyszeliśmy od
        Ciebie.

        Przymykamy oczy, bo chcemy widzieć jak odlatujesz, lecisz, mały jak polskie
        ptaki, lecisz ku słońcu. Tacy radośni jak Ty, mogą odlatywać tylko ku słońcu.
        To nic, Kubuś. Z naszej półki już biorą. Zobaczymy się niebawem...


    • Gość: WOJO!!!! [...] IP: 168.143.123.* 25.01.03, 16:46
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • Gość: wikul W pobliżu Hebronu zginęło trzech Izraelczyków IP: *.acn.waw.pl 25.01.03, 23:33

        23.1.Jerozolima (PAP/AP) - Trzech Izraelczyków zginęło w czwartek z rąk
        Palestyńczyków w pobliżu Hebronu na Zachodnim Brzegu Jordanu - poinformowali
        świadkowie. (PAP) ala/ mc/ hes/ 6311
        • jewhaterexterminator Żydzi z Góry Kalwarii 25.01.03, 23:53

          Żydzi z Góry Kalwarii
          Henryk Prajs


          Skąd wzięli się Żydzi w Górze Kalwarii? Wedle siedemnastowiecznej chasydzkiej
          legendy pierwszym, który chciał zamieszkać w Górze Kalwarii mimo zakazu i
          niechęci do Żydów, był Baal Szem Tow. By ominąć zakaz, nocował w pobliskim
          Czersku. Ponoć kamień, przy którym zatrzymał się, przetrwał do dziś. W Górze
          Kalwarii nie tolerowano Żydów i nie pozwalano się im osiedlać. Sytuację
          odmienił rząd pruski, który w 1802 roku zniósł feudalne przywileje grodów.
          Natychmiast liczba mieszkańców Góry Kalwarii zaczęła się zwiększać. Żydzi
          przybywali głównie z pobliskich wsi. Do 1817 r. osiedliły się w mieście 332
          osoby, a w 1825 było ich już dwa razy więcej. Katolicy powoli zaczęli stawać
          się mniejszością.

          Pierwsi żydowscy osadnicy mieszkali w wynajętych pokojach. Podnajmowali też
          pomieszczenia na warsztaty, bóżnicę, jak również na chedery. Dopiero kupiec
          Aron Kleyn w 1806 r. wybudował sobie, jako pierwszy, dom przy Rynku.

          Żydzi w Górze Kalwarii niechętnie widziani byli w mieście przez miejscową
          społeczność, a w szczególności przez zakonników, sklepikarzy, karczmarzy i
          rzemieślników. Napływowa ludność wyznania mojżeszowego odbierała im klientów.
          Oczywiście, inaczej myślano w magistracie, gdzie na Żydów patrzono przez
          pryzmat podatków wpływających do kasy miejskiej. Na początku XIX wieku tysiące
          żydowskich pielgrzymów stały się manną z nieba dla Góry Kalwarii - każdy
          zasilił miejską kasę.

          Społeczność chrześcijańska Góry Kalwarii broniła się wszystkimi sposobami przed
          konkurencją gospodarczą ze strony przybyszów. Aby prowadzić jakąkolwiek
          działalność zarobkową Żydzi musieli wykupić koncesję, której cena na
          przestrzeni lat 1814-1825 wzrosła dziesięciokrotnie.

          Główną przyczyną sporów stały się zyski z produkcji i sprzedaży trunków. Do
          Prokuratury Generalnej stale docierały liczne petycje, podpisywane przez
          chrześcijan. Żądali w nich od Księcia Namiestnika Królewskiego, aby zabronił
          Żydom fabrykacji trunków i prowadzenia szynków, jak to się stało w Grójcu.
          Władze miasta nie zawsze przychylnie ustosunkowywały się do powyższych żądań,
          gdyż Żydzi znacząco zasilali miejską kasę. Dzięki przybywającym do Góry
          Kalwarii Żydom miasto znacznie się ożywiło. Rozwinęli oni rzemiosło i handel.
          Zawiązując kontrakt z Radą Miejską, Hersz Birenbaum i Judka Goldberg dokończyli
          budowę ratusza. Żydzi wybudowali też Sukiennice wzdłuż ulicy 3 Maja, które
          przetrwały do dnia dzisiejszego. Stale przeprowadzali remonty ulic i urządzeń
          miejskich, wznosili nowe budynki, kreując wygląd i atmosferę miasta. Góra
          Kalwaria stała się znanym ośrodkiem żydowskiego kultu religijnego.

          * * *

          Cadyk - ostoja świata, jego dusza, jego życie; pośrednik między ludem a Bogiem.
          Wśród coraz bardziej popularnych chasydów rozwinęła się potrzeba posiadania
          silnego, charyzmatycznego przywódcy - cadyka. To on nauczał, rozsądzał zarówno
          sprawy religijne jak i życiowe. Godność cadyka była często dziedziczona z ojca
          na syna. Założycielem dynastii cadyków z Góry Kalwarii był Icchok Mejer Alter,
          zwany Gerer Rebe, w skrócie "Ger", a przez chasydów - Chidesz - Arym. Przybył
          do Góry Kalwarii w 1859 roku z Warszawy. Początkowo dochody przynosił mu skład
          sukna (założony przez bogatego teścia) w Warszawie. Po zdobyciu sławy, budżet
          Altera zasilali również hojnymi darami jego zwolennicy. Cadyk Gerer Rebe zyskał
          dużą popularność wśród Żydów. Rzesze pielgrzymów oblegały ulice Góry Kalwarii,
          zwłaszcza podczas świąt. Podziwiano niezwykłe zdolności umysłowe cadyka, który
          słynął także z prawości i łagodności charakteru. Alter zmarł w 1866 roku.
          Społeczność żydowska długo wspominała swego cadyka, a wielu nowo narodzonym
          chłopcom nadawano jego imię.

          * * *

          Następcą Gerer Rebe został jego nie mniej wybitny wnuk Arie Lejb zwany "Swas -
          Emes". To za jego czasów rozpoczęto w Górze Kalwarii budowę marmurowej bóżnicy.
          Jeszcze za jego życia swoje rządy rozpoczął jego pierworodny syn. Abram
          Mordechaj Alter, najsłynniejszy cadyk z Góry Kalwarii. Gdziekolwiek się
          pojawiał, towarzyszyły mu tłumy. W Polsce miał ponad sto tysięcy zwolenników.
          Pielgrzymi przybywali do niego także z krańców Kongresówki, Galicji, Austrii,
          Węgier i innych krajów.

          Pozwolę sobie przytoczyć relację z pielgrzymki do Góry Kalwarii z 1924 roku
          niemieckiego pisarza Alfreda Döblina: "Po południu pielgrzymi cisną się do
          wielkiego stołu cadyka. Tłok przy tym taki, jak na przedpołudniowej audiencji,
          a nawet gorszy. Wielki stół zostaje wniesiony do hali. Niektórzy dużo wcześniej
          wczołgają się pod stół, żeby potem stać blisko świętego. Cadyk zasiada z synami
          i dostojnymi gośćmi. Cała reszta stoi dookoła. Przy jedzeniu cadyk tłumaczy
          objaśnienia Talmudu i Torę, podaje nowe wykładnie. Wyznawcy obserwują jego i
          gości, śledzą jego ruchy, podchwytują i tłumaczą sobie nawzajem każde jego
          słowo. Najbardziej pożądane są "szyraim", resztki z misy cadyka. Biją się o
          nie. Czasem cadyk sam daje komuś kęs ze swojej miski".

          Nieoficjalnie mówiło się, że cadyk Abram Mordechaj Alter był udziałowcem
          kolejki wąskotorowej z Warszawy do Góry Kalwarii, nazywanej przez Żydów "Rebes
          kolejka". Powodem decyzji o budowie kolejki niewątpliwie były częste
          pielgrzymki do siedziby cadyka oraz potrzeba połączenia stolicy z cegielniami w
          Baniosze. Książę Stefan Lubomirski i hrabia Tomasz Zamojski chętnie więc
          wyłożyli pieniądze na budowę linii, gdyż widzieli w tym dobry interes. Cadyk
          miał ogromny wpływ na swoich sympatyków. Raz zdarzyło się, że gdy jechał
          kolejką do Warszawy, ktoś rzucił kamieniem w zajmowany przez niego wagon. Cadyk
          nie zareagował. Dopiero po powrocie opowiedział o incydencie swoim zwolennikom.
          Pielgrzymi w imię protestu postanowili więcej kolejką nie jeździć. Dopiero gdy
          do Góry Kalwarii przybył wysokiej rangi urzędnik i przeprosił cadyka, wagony
          znów zapełniły się pielgrzymami.

          Abram Mordechaj Alter był zapalonym bibliofilem. Niestety, jego unikalna
          biblioteka została zrabowana przez hitlerowców.

          Dwór cadyka stał się w latach międzywojennych nie tylko jednym z ważniejszych
          ośrodków religijnych w Polsce i Europie, ale także żydowskim centrum
          politycznym i społecznym, ostoją religijnego konserwatyzmu. Zaraz po wybuchu
          wojny, Alter z dwoma synami trafił do Warszawy. Przez pewien czas ukrywał się w
          warsztacie szewskim. Dzięki pomocy urzędnika ambasady włoskiej i grupy
          działaczy żydowskich przedostał się do Palestyny. W warszawskim getcie gestapo
          wywiesiło plakaty oferując wysoką nagrodę za jego głowę. Nikt jednak nie ważył
          się go wydać. Abram Mordehaj Alter zmarł w 1948 roku w swej kupionej jeszcze
          przed wojną posiadłości w Jerozolimie.

          Z jego pozostałych przy życiu zwolenników utworzył się w Izraelu dwór. Jego
          naczelną postacią był najstarszy syn Abrama: Byjnem. Dziedzic tradycji -
          Pynches Menachem (najmłodszy syn Abrama) na początku lat siedemdziesiątych
          odwiedził Górę Kalwarię.

          * * *

          Przed wojną, w 1939 roku, w Górze Kalwarii mieszkało 3300-3800 Żydów. Wkrótce
          po wkroczeniu do miasta Niemców, wojenny burmistrz Ewald Jauke zabronił Żydom
          uprawiania handlu, rzemiosła, hodowli gołębi, a także słuchania radia i
          utrzymywania kontaktów z ludnością polską. Codziennie, niezależnie od pogody,
          pod ratuszem musiało się stawić stu mężczyzn do pracy. Wielu młodym Żydom udało
          się uciec z miasta. Chowali się po wsiach, albo w nadwiślańskich zaroślach.
          Wiosną 1940 r. hitlerowcy zwieźli do miasta około 400 Żydów z Łodzi, Pabianic,
          Aleksandrowa i Sierpca. W czerwcu tego roku z rewiru żydowskiego utworzono
          getto. Porządku w nim strzegli funkcjonariusze żydowskiej policji. Później
          podzielili los reszty wysiedlonych i trafili do Treblinki. Żydom nakazano
          noszenie gwiazdy Dawida. Nie wolno im było opuszczać getta. Getto zlikwidowano
          w dniach 25-26 lutego 1941 roku.

          Tak zakończył się los trzech tysięcy Żydów z Góry Kalwarii. Zginęli w kom
      • jewhaterexterminator Grzeszny raj 25.01.03, 23:49
        Odcienie szwedzkiej tolerancji
        Grzeszny raj
        Jerzy Sławomir Mac


        Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w
        Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod
        auspicjami Polskiej Akademii Nauk.

        - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla
        polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były
        ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji
        Polskiego Roku w Szwecji 2003.

        Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z
        Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z
        większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski
        antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische
        Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak
        jak polska homogeniczność narodowa.

        Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było
        dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w
        1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną.
        Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny
        światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej
        kultury.

        Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji
        konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik
        szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan,
        głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie
        był im życzliwy.

        Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości
        i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego
        uciekali "myślący inaczej".

        W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np.
        belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej
        asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się
        tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo
        wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i
        religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji
        (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude)
        do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych"
        aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r.
        szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec
        Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny...

        Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności
        globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem
        szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym
        kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego
        świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel
        tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do
        końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z
        Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to
        kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów
        pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy
        przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali
        jego czarnych, kręconych włosów.

        Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej
        prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich
        Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim,
        przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds.
        Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit".
        Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały
        tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w
        wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht
        wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje
        studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie
        zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od
        protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut
        Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten
        proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów.

        Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po
        Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w
        akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom
        wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70
        tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim
        dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu
        ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano,
        wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet
        za znaczki na listy pisane przez te dzieci.

        W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną
        Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa
        razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale
        na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na
        nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30
        tys. zł...

        Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną
        inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla
        ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby
        Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby
        konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes,
        portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego
        kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła
        swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik
        zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą.

        Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor
        nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował
        się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był
        lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej.
        Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji.

        W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich
        języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą
        pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości
        etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji
        ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport
        nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana
        (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego.

        Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji
        o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na
        tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia
        Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii
        nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc.
        głosów.

        - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z
        niej uczyć - konkludował Kantor


      • jewhaterexterminator Przeszłość, która jest za progiem 25.01.03, 23:51
        Przeszłość, która jest za progiem
        19 kwietnia 1943 r - (a)


        Miesiąc kwiecień, trwale skojarzony z powstaniem w getcie warszawskim, jest dla
        społeczności żydowskiej na całym świecie czasem pamięci o zagładzie żydowskiej
        diaspory w Europie. Walka i tragedia warszawskiego getta wpisała się w długi
        ciąg dramatycznych wydarzeń, które dotykały naród żydowski od czasów
        najdawniejszych, a dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce w miesiącu
        Nisan, hebrajskim odpowiedniku kwietnia. Ale nie tylko ta okoliczność przydała
        powstaniu rangę symbolu. Daleko ważniejsze jest to, co wnosi ono do kanonu
        narodowych wartości. Powstańcy warszawskiego getta upomnieli się o dwa
        podstawowe prawa: prawo do człowieczeństwa i prawo do wolności. W sensie
        militarnym był to akt skrajnej desperacji. Ale przesłanie ideowe zawarte w
        dokumentach powstańczych jest owocem dojrzałego namysłu i świadomości celów,
        które muszą towarzyszyć Żydom, gdziekolwiek się znajdują. Zgodnie z kanonami
        ówczesnej poprawności politycznej powstańcy głosili, iż walczą za "wolność
        naszą i waszą", ale wywiesiwszy flagę niebiesko-białą obok biało-czerwonej, po
        raz pierwszy od czasów Machabeuszy przypomnieli, iż to prawo przysługuje nie
        tylko narodom pośród których żyją, ale także Żydom jako narodowi.

        Ziarno wolności rzucone na glebę żydowskich tęsknot i przez tysiąclecia
        diaspory przechowywanej nadziei "powrotu do Jerozolimy", już nazajutrz po
        upadku hitleryzmu zaczęło rozsadzać tradycyjny dla czasów wygnania model
        myślenia żydowskiego o Żydach jako wiecznych poddanych, kupujących nadzieję u
        władców państw, w których osiedli. Sześć milionów ofiar nazizmu, faszyzmu i
        antysemityzmu, uświadomiło ocalałym z owego całopalenia, że we współczesnym
        świecie przetrwać może tylko naród wolny.

        Z tej wiedzy i z tego tragicznego doświadczenia narodziło się przemożne
        dążenie, by wbrew wszystkim wrogom i wszelkim trudnościom powrócić na ziemię
        izraelską, skąd przed 2000 lat obca przemoc Żydów wygnała. Powstańcy getta
        warszawskiego stali się wzorem i natchnieniem dla młodzieży żydowskiej, która
        podjęła walkę z Anglikami i Arabami o ustanowienie państwa żydowskiego, a po
        jego proklamowaniu z inwazją ościennych krajów arabskich. I choć ich desperacja
        miała inny wymiar niż desperacja młodzieży gettowej, to jedno było w ich
        myśleniu wspólne: myśl o wolnym narodzie żydowskim.

        Pamięć getta warszawskiego, powstania, tak jak pamięć Zagłady, mimo dziesiątków
        upływających lat, jest wciąż trwałym elementem historycznej świadomości Żydów
        na całym świecie. W Izraelu stanowi ona ważny składnik wychowania
        obywatelskiego i patriotycznego młodego pokolenia Izraelczyków. W diasporze
        jest ona, obok czynnika religijnego i szeroko pojętej kultury żydowskiej,
        jednym z najważniejszych elementów społecznej integracji środowisk żydowskich.
        Jom Szoa - Dzień Pamięci Zagłady, gromadzi na uroczystościach i
        okolicznościowych imprezach ludzi z różnych opcji politycznych i
        światopoglądowych, złączonych jednym pragnieniem - uczczenia milionów
        żydowskich ofiar nazizmu.

        Nie ulega wątpliwości, iż obecna diaspora żydowska korzysta w demokratycznych
        krajach z praw i wolności obywatelskich na równi z innymi obywatelami tych
        krajów. Dyskryminacja nie jest już problemem żydowskim nawet w państwach, które
        wychodzą z totalitaryzmu. Ale pojawiają się nowe zagrożenia. Dzisiaj takim
        dramatycznym zagrożeniem jest islamski terroryzm, który dotyka nie tylko
        społeczeństwo izraelskie, ale także środowiska żydowskie w diasporze. Giną
        ludzie, bomby wybuchają pod budynkami należącymi do żydowskich instytucji
        świeckich i religijnych.

        Państwa islamskie otwarcie prowadzą skrajnie antysemicką propagandę, korzystają
        bez żenady z tradycyjnego arsenału antysemickich kłamstw, pomówień i
        fałszerstw, upowszechniają najdziksze antyżydowskie wymysły w szkole, w prasie,
        w nauczaniu religijnym. Powiela się prastare brednie o używaniu krwi dzieci
        chrześcijańskich i muzułmańskich na macę, opowiada, cytując "Protokoły mędrców
        Syjonu", o rzekomych wrogich zamiarach Żydów wobec świata nieżydowskiego, głosi
        pochwałę polityki nazistowskiej wobec Żydów i jednocześnie poddaje w wątpliwość
        prawdę o Holocauście.

        Gdyby te bezeceństwa nie przekraczały granic krajów islamskich, głównie zresztą
        arabskich, w których Żydów praktycznie nie ma, bo albo ich wypędzono, albo
        uszli, by ratować życie, najczęściej zostawiając swoje dobra, problem ten byłby
        może mniej groźny. Wystarczy jednak spojrzeć na arabsko-muzułmański zalew
        Europy Zachodniej, Ameryki Południowej i częściowo Północnej jak również
        Australii, by zrozumieć obawy środowisk żydowskich, czy aby ta brudna fala
        islamskiego antysemityzmu nie stanie się zaczynem nowych tragicznych
        doświadczeń żydowskiej diaspory, tym razem już nie tylko w Europie.

        Powstanie w getcie warszawskim miało miejsce 59 lat temu. Ale nauki, jakie
        płyną z tamtych wydarzeń, mają wymiar nie tylko historyczny. Przeszłość,
        niestety, nie jest wciąż zamkniętą kartą. Ona jest za naszym progiem.



      • jewhaterexterminator Spotkamy się w Internecie 25.01.03, 23:51
        Spotkamy się w Internecie
        Poldek Sobel


        Wraz z rozwojem Internetu od kilku lat powstaje coraz więcej grup dyskusyjnych
        operujących w przestrzeni cybernetycznej. Od marca 1997 roku działa również
        grupa internetowa Żydów polskich pokolenia powojennego. Są to głównie emigranci
        pomarcowi, którzy po 1968 roku znaleźli się w krajach skandynawskich, USA,
        Izraelu, Kanadzie, Europie Zachodniej i Australii, ludzie związani z powojennym
        pokoleniem Żydów polskich przez wspólne wspomnienia ze szkół żydowskich, klubów
        TSKŻ, kolonii letnich i obozów studenckich organizowanych przez TSKŻ w latach
        1958-1967. Dzięki inicjatywie kilku zapaleńców, którzy zapoznali się z
        działaniem różnych grup internetowych, powstała unikalna struktura internetowa
        dla Żydów polskich zainteresowanych w utrzymywaniu wzajemnych kontaktów. Nazwa
        Świetlica odzwierciedla spotkania dzieci i młodzieży po nauce w świetlicach
        szkół żydowskich we Wrocławiu, Łodzi, Szczecinie, Wałbrzychu, Legnicy czy
        Dzierżoniowie lub spotkania w świetlicach TSKŻ, gdzie zawsze można było wpaść i
        spędzić czas w miłej domowej atmosferze.

        O działalności Świetlicy dowiedziałem się latem 1998 r. na zlocie emigracji
        polskiej w Izraelu, ale z powodów technicznych podłączyłem się do tej grupy w
        końcu 1999 roku. Wówczas istniała już rozgałęziona sieć grup internetowych,
        które wyrosły ze Świetlicy i przekształciły się w kilka grup prywatnych,
        niezwiązanych z żadną strukturą nadrzędną. Jedną z takich grup jest Wysepka, w
        której uczestniczy wielu członków Świetlicy. Istnieją również oddzielne grupy
        informacyjne dla emigrantów w USA, Izraelu, Kanadzie, Francji, Niemczech, Danii
        i Szwecji. Grupa polska skupia naszych kolegów i koleżanki, którzy
        uczestniczyli w życiu żydowskim przed 1968 rokiem, ale z różnych przyczyn
        pozostali w Polsce lub powrócili z emigracji w końcu lat 80. lub 90. Istnieje
        też internetowa grupa byłych uczniów szkoły żydowskiej im. Szołema Alejchema we
        Wrocławu, którzy jako ostani otrzymali tam maturę w roku 1968. Istnieją też
        listy czysto informacyjne, np. jeden z kolegów w Szwecji oferuje
        zainteresowanym osobom materiały prasowe po polsku lub w innych językach.
        Wynajduje on interesujące materiały w Internecie lub skanuje je z nadesłanych
        artykułów i rozsyła po całym świecie. Tematyka jest różnorodna, ale głównie
        związana z sytuacją Żydów w różnych krajach. Podczas toczącej się w Polsce
        dyskusji o Jedwabnem otrzymaliśmy chyba najbardziej wyczerpujący serwis
        informacyjny z prasy polskiej i z innych krajów.

        Obecny stan osobowy Świetlicy wynosi ok. 320 osób, choć liczba osób czytających
        i dyskutujących jest płynna. Tematyka rozmów internetowych jest podzielona na
        dwa poziomy. Poważne dyskusje odbywają się w podgrupie nazwanej Serio, gdzie
        ilość wypowiedzi jest ograniczona do kilku dziennie. Rozmowy w bardziej
        swobodnym tonie są prowadzone w podgrupie Forum, gdzie można zamieszczać
        znacznie większą ilość listów. Rozmowy na serio dotyczą głównie polityki,
        historii i kultury żydowskiej, a dzięki naszej koleżance dziennikarce
        otrzymujemy bieżące informacje Reutera o najważniejszych wydarzeniach,
        szczególnie w Izraelu. Wśród naszych kolegów wielu dzieli się swoimi
        wiadomościami, ekspertyzami i umiejętnościami. Najtrudniejsze problemy związane
        z komputerami są rozwiązywane dzięki pomocy naszego webmastera Wieśka
        Kochańskiego ze Sztokholmu, zwanego webskim, który jest odpowiedzialny za
        administrację Świetlicą. Czerpiemy wiele z doświadczeń krajów emigracji.
        Informujemy się nawzajem o nowych książkach, filmach, programach telewizyjnych
        i wystawach. Najprzyjemniejsze są wspomnienia z naszej młodości - z kolonii,
        obozów. Odtwarzamy w pamięci nasze domy we Wrocławiu, Legnicy lub w Warszawie,
        rozmawiamy o naszch rodzicach. Różne są tony naszych rozmów, czasem w
        Internecie prowadzimy polemikę związaną z dzisiejszą Polską, stosunkiem do
        Żydów w różnych krajach no i otrzymujemy informacje "z pierwszej ręki" o
        sytuacji w Izraelu od kolegów tam mieszkających. Niektórzy koledzy dzielą się z
        nami owocami swej pracy, np. niedawno otrzymaliśmy od kolegi z odległego miasta
        w Kanadzie wykaz miasteczek żydowskich w Polsce, wraz z informacją, jak można
        je znaleźć w Internecie. Jest to rezultat jego wieloletniego zainteresowania
        tymi miejscami i pracy wykonanej dla internetowej genealogicznej grupy
        żydowskiej działającej w Ameryce Północnej.

        Jeżeli potrzebna jest nam jakaś informacja lub chcemy kogoś odnaleźć, wystarczy
        to "puścić na Świetlicę" i po kilku godzinach otrzymujemy odpowiedź na pytanie,
        jak coś powiedzieć prawidłowo po hebrajsku lub jak odnaleźć swojego dawno
        zaginionego krewnego lub kolegę z klasy. Osobiście udało mi się odnaleźć kilka
        osób, z którymi nie miałem kontaktu od ponad 30 lat.

        Najbardziej interesujące jednak są osobiste spotkania członków Świetlicy. Gdy
        jest to tylko możliwe, spotykamy się podczas wakacji lub podróży, nawet
        służbowych, choćby na kilka godzin pomiędzy startami samolotów w jakimś
        odległym mieście. Czasami udaje się nam spotkać w większym gronie, jeżeli np.
        ktoś przyjeżdża do Nowego Jorku, Londynu, Paryża lub do Izraela. Wtedy umawiamy
        się w kawiarni lub restauracji. Czasem jednak nawiązane przez Internet
        przyjaźnie są tak silne, że urządzamy sobie kilkudniowe weekendy u
        internetowych znajomych, np. w Kopenhadze lub w Paryżu. W pewnym sensie dzięki
        Internetowi udaje się nam przywołać atmosferę, która panowała w szkołach
        żydowskich, klubach, na koloniach i obozach TSKŻ, atmosferę swojskości i
        intymności. A najważniejsze jest to, że piszemy po polsku i rozumiemy wiele
        niuansów, których nie możemy ani wypowiedzieć, ani dać do zrozumienia naszemu
        otoczeniu, w którym jesteśmy na co dzień.



    • Gość: gitman [...] IP: bierki:* / 192.168.9.* 26.01.03, 19:18
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator To był osioł samobójca!.nt 27.01.03, 03:29
        • jewhaterexterminator [...] 27.01.03, 03:30
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: Michal Nie wiedzialem ze to az tyle! IP: *.acn.waw.pl 27.01.03, 02:39
      ale jestem w stanie w to uwiezyc, znam paru zydow i spodziewalbym sie po nuch
      wszytskiego...
      • jewhaterexterminator Wychowanie jest twórczością 28.01.03, 00:08
        Wychowanie jest twórczością
        Profesor Aleksander Lewin (1915-2002)
        Ryszard Wasita


        Trzeciego września 2002 roku pożegnaliśmy na warszawskim cmentarzu żydowskim
        przy ulicy Okopowej profesora Aleksandra Lewina. Z ciężkim sercem przystępuję
        do pisania tego biograficzno--wspomnieniowego tekstu. Jak pisać w czasie
        przeszłym o człowieku, z którym przez parę ostatnich dziesięcioleci połączyły
        mnie wspólne prace edytorskie i redakcyjne, wspólne podróże studyjne
        (parokrotnie między innymi do Izraela, Szwajcarii, Niemiec), udało nam się
        całkiem niedawno doczekać wydania wyboru dzieł Janusza Korczaka w dwu językach:
        bośniackim w Sarajewie i chorwackim w Zagrzebiu (w gościnnym domu Państwa
        Lewinów na Bielanach spotykaliśmy się na wielogodzinne przygotowawcze prace w
        maleńkim międzynarodowym gronie).

        Od paru lat mawiałem do profesora: Kochany panie Aleksandrze! Wszystko trzeba
        zostawić (prócz troski o zdrowie i rodzinę) na rzecz Dzieł Zebranych Janusza
        Korczaka. Od tego polskiego wydania uzależniony jest też los edycji hebrajskiej
        i niemieckiej, a w przyszłości również i francuskiej. Opera omnia Starego
        Doktora z Warszawy to najważniejsza rzecz w Pana życiu. Profesor Lewin
        uśmiechał się w swoisty sposób - nieśmiało a trochę z ironicznym dystansem -
        i... godził się ze mną. Niestety, nie doczekał wydania ostatnich tomów tej
        monumentalnej edycji. Zostało niewiele, a część tekstów - jak mi sam profesor
        jeszcze całkiem niedawno mówił - jest gruntownie przygotowana do druku. Wszyscy
        czekaliśmy niecierpliwie na teksty Korczaka wydobyte z roczników "Małego
        Przeglądu" - dodatku dziecięco-młodzieżowego do świetnej żydowskiej gazety w
        języku polskim - "Naszego Przeglądu".

        Długie życie Profesora Lewina było życiem pracowitym, życiem twórczym. Kiedy o
        tym mówiłem Profesorowi - patrzył trochę nieufnie. Jego pewna powściągliwość
        emocjonalna była - moim zdaniem - tarczą ochronną człowieka, który doświadczył
        i widział wiele na Wschodzie i Zachodzie. Ale gdy komuś ufał (a może i
        polubił), otwierał się całkiem. Pisząc parokrotnie o książkach Profesora
        (między innymi w "Twórczości", "Więzi", "Lithuanii" i oczywiście w "Słowie
        Żydowskim", które Aleksander Lewin prenumerował i systematycznie czytał)
        doświadczyłem prawdziwej ludzkiej bliskości, otworzyły się przede mną archiwa
        rodziny Lewinów, wspomnienia z różnych lat. Kiedyś zatelefonował wieczorem po
        telewizyjnym spektaklu bodajże Ibsena, aby porozmawiać o trafności
        reżyserskiego odczytania sensu sztuki i wartościach gry aktorskiej.

        Wtedy też - po latach znajomości! - dowiedziałem się, że pan Aleksander od
        gimnazjalnej młodości pasjonował się dramaturgią polską i światową.

        Pracował powoli, bardzo odpowiedzialnie, z namysłem, zawsze zależało mu na
        jakości, która mogła gwarantować trwałość jakiegoś dokonania - a były to między
        innymi opracowane przez Profesora dzieła Antona Makarenki i dzieła zebrane
        Janusza Korczaka, i książki własne, i książki zbiorowe w serii studiów i prac
        poświęconych Korczakowi, w tym wstrząsający tom nowych, nieznanych dotąd źródeł
        dotyczących Korczaka, jego zespołu i jego sierot w warszawskim getcie.

        Aleksander Lewin urodził się 15 grudnia 1915 roku w Pińsku. Ciekawe, że z tego
        samego poleskiego miasta pochodził inny wielce zasłużony człowiek z kręgu
        Korczaka - Michał Wróblewski. Gdy po 1968 roku musiał wyjechać z rodziną do
        Szwecji, rychło założył w Sztokholmie Szwedzkie Towarzystwo Korczakowskie.
        Działa do dziś, również w kręgach uniwersyteckich Szwecji.

        Z wielu książek Profesora Lewina najbardziej cenię dwie: źródłową, wnikliwą
        rekonstrukcję ostatnich lat życia Starego Doktora, współpracowników i
        wychowanków oraz prawdziwe opus magnum, czyli monografię pt. "Korczak znany i
        nieznany". Jeszcze dodałbym trzecią, niewielką objętościowo książkę - "Kibuce w
        Izraelu. Utopia czy rzeczywistość?" Pionierską w naszej literaturze. Można by
        zapytać: skąd książka o tej tematyce w dorobku uczonego-teoretyka i wychowawcy-
        praktyka, autora książek naukowych, literackich, wspomnieniowych, notabene
        wydanych nie tylko po polsku? Odpowiedź nie jest trudna: Profesor Lewin to
        człowiek lewicy i dla niego taka forma życia jak w izraelskich kibucach była
        fascynująca, bo myślę, że przeżył niejedno rozczarowanie widząc rozdźwięk
        między szlachetną ideą a praktyką.

        Do książek wspomnieniowo--literackich należą przede wszystkim dwie: "Dom na
        Uralu" opisujący taką "Krochmalną" w dalekiej, wojennej Rosji oraz jej
        powojenny "aneks" w Bartoszycach na Mazurach. Doświadczenia tego ośrodka
        wychowania i kształcenia zagubionej powojennej młodzieży, stworzonego przez
        Aleksandra Lewina, opisał w "Archipelagu ludzi odzyskanych" Igor Newerly.

        W całym rozległym dorobku światowej myśli pedagogicznej zawsze wyróżniał
        Profesor Lewin nowatorów. Stąd jego mistrzami stali się: Celestine Freinet,
        Anton Siemionowicz Makarenko i Janusz Korczak - Henryk Goldszmit. Pedagogom-
        nowatorom poświęcił osobną książkę, którą zatytułował "Tryptyk pedagogiczny".

        Gdy pytałem kiedyś Profesora o jego główne etapy życia - otrzymałem taką
        odpowiedź: podobnie jak większość ludzi mojego pokolenia mogę powiedzieć, że
        przeżyłem co najmniej kilka epok historycznych, bardzo różniących się od
        siebie. Dojrzewałem i zdobywałem pierwsze doświadczenia życiowe w okresie
        międzywojennym. Mój stan ducha w owym czasie mógłbym określić jednym słowem:
        Weltschmerz. Raziło mnie i szokowało prawie wszystko. Dawałem temu wyraz w
        domu, w szkole, także w młodzieńczych artykułach, które pisywałem do gazetki
        gimnazjalnej. Między innymi napisałem duży i dość pryncypialny artykuł na temat
        antysemityzmu, choć sam ani krzywdy, ani poniżenia nie doznałem.

        Młody Aleksander matury jednak nie doczekał w rodzinnym Pińsku. Usunięty ze
        szkoły, zdobył świadectwo w Warszawie, pracując i ucząc się wieczorami. W
        stolicy podjął też i ukończył studia uniwersyteckie. Szczęśliwym trafem
        zatrudniono go jako wychowawcę w Domu Sierot przy Krochmalnej 92.

        Fakt ten zaważył na całym moim życiu - mówił mi Profesor.

        Zetknąłem się z niezwykłymi ludźmi - Januszem Korczakiem, Stefą Wilczyńską.
        Nawiązałem bliski - na całe życie - kontakt z wieloma wychowankami.

        Początek II wojny światowej zastał Aleksandra Lewina w rodzinnym Pińsku.
        Później przebywał - nie zawsze dobrowolnie - w różnych, nawet odległych
        zakątkach ZSRR. Na Uralu zdobył kwalifikacje... drwala. Ale potem ten dziwny
        drwal zbudował dom dla polskich tułaczych dzieci wojennych. Też na Uralu.

        Już po wojnie, po doświadczeniach mazurskich w Bartoszycach, współtworzył w
        Warszawie Instytut Badań Pedagogicznych. Od podstaw.

        Z moich wielu stron zapisanych rozmów z Profesorem Lewinem wyjmuję teraz kilka
        jego myśli, chyba istotnych i wartych refleksji:

        "Nawiązując do tradycji korczakowskich i nie tylko korczakowskich widziałbym
        przed nami trzy główne zadania do łącznego rozwiązania. Po pierwsze - nie można
        zostawić świata jakim jest, jego obraz staje się jeszcze bardziej
        apokaliptyczny niż za czasów Korczaka. Dysponujemy coraz większymi
        możliwościami globalizacji zła, uprzedmiotowienia jednostki, ostrych polemik
        między poszczególnymi krajami, narodami, grupami ludzkimi. Po drugie - w tej
        sytuacji zasadniczym problemem staje się wyzwolenie człowieka od wszelkich
        zależności, stereotypów, konwencji. I po trzecie - trzeba budować taki system
        wychowania w skali makro i w skali mikro, by wyrównały się stosunki między
        dorosłymi a dziećmi. Budując taki wyrównany układ, trzeba świadomie czerpać z
        przeszłości, co wymaga dużego wysiłku samoedukacyjnego. Jednocześnie trzeba
        wnikliwie odczytywać zadania nowych czasów. To ryzyko, które trzeba ponosić".

        Kiedyś profesor Lewin opowiedział mi o swoich spotkaniach ze sławnym polskim
        ekonomistą prof. Edwardem Lipińskim. Otóż mawiał on zawsze, autentyczna praca
        gospodarcza - to twórczość. A ja - mówił pan Ale
    • Gość: nie_zyd [...] IP: 209.234.157.* 27.01.03, 23:55
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Cmentarze przywrócone pamięci 28.01.03, 00:07
        Cmentarze przywrócone pamięci
        Michał Bilewicz


        Kanadyjczycy w Polsce
        Organizacja PJCRP (Projekt Odbudowy Cmentarzy Żydowskich w Polsce) została
        założona przez byłych Ożarowian i ich znajomych, zamieszkałych dziś głównie w
        Kanadzie oraz USA. Na co dzień naukowcy i przedsiębiorcy, postanowili odnowić
        cmentarz w swoim mieście rodzinnym. O efektach ich pracy informowaliśmy już na
        łamach Słowa Żydowskiego. Zachęceni sporym sukcesem projektu ożarowskiego,
        postanowili podzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami z polskimi Żydami.
        Andrzej Omasta, lokalny koordynator działań PJCRP, dowiedział się od rabina
        Schudricha, które cmentarze wymagają najpilniejszej interwencji. Z drugiej
        strony oceanu również napływały zlecenia - tym razem od ziomkostw.
        Przewodniczący projektu, Norman Weinberg, pozyskał do współpracy potomków
        mieszkańców Łosic, a nawet chasydzkiego Opatowa.

        - Na terenie cmentarza w Opatowie powstała po wojnie szkoła i dom kultury.
        Miasto jest słynne, gdyż pochowano tam rebe Aptera, spokrewnionego z rodami
        cadyków z Leżajska, Mogielnicy. - opowiada Andrzej Omasta.

        Żydzi w Opatowie pojawili się już w XVI wieku. W mieście silne były wpływy
        frankizmu, jak i chasydyzmu. W czasie Powstania Styczniowego opatowscy żydzi
        wystawili własny oddział powstańczy.

        - Po naszych rozmowach z władzami miasta zadecydowano o przeniesieniu szkoły w
        inne miejsce. - mówi Andrzej Omasta - Szkoła była postawiona w 1962 roku w
        technologii papierowo-gipsowej. Barak, w którym się znajdowała, zostanie
        zburzony. W ten sposób cmentarz zostanie upamiętniony, a ohel cadyka
        odbudowany. W czasie wojny Niemcy umocnili nagrobkami brzegi rzeczki. Dziś
        Stowarzyszenie Przyjaciół Opatowa zabezpieczyło ocalałe macewy. Spróbujemy
        umieścić je na cmentarzu oraz zbudujemy alejki żwirowe. - ciągnie Omasta.

        W ciągu ostatniego roku PJCRP uratowała wiele zabytków żydowskiej kultury
        materialnej. W Mogielnicy wybudowano dwa ohele lokalnych cadyków, a miasto
        zajęło się grodzeniem cmentarza. Uratowany zostanie cmentarz w Zduńskiej Woli i
        Łosicach. W Krakowie prowadzone są rozmowy na terenie Płaszowa, aby upamiętnić
        teren byłego hitlerowskiego obozu. Ostatnio najgłośniej było jednak o
        karczewskim cmentarzu przy ulicy Otwockiej, któremu do niedawna nikt nie dawał
        najmniejszej nadziei.

        Bogaty Otwock, biedny Karczew...
        Miasto Karczew, w którym położony jest odnawiany przez PJCRP cmentarz, było od
        dawna zamieszkiwane przez Żydów (w XIX wieku Żydzi stanowili połowę jego
        mieszkańców). Kiedyś stanowiło ono ważny ośrodek chasydyzmu, a rabinem Karczewa
        był sam Saul Taub, słynny Modżycer Rebe, kompozytor wielu śpiewanych do dziś
        nigunów. Miejsce to znacznie różni się od pobliskiego Otwocka - nie uświadczymy
        tu eleganckich willi w stylu "świdermajer", domów letniskowych czy pensjonatów.
        Karczew przed wojną słynął z czegoś zupełnie innego.

        - Karczew znany był z tego, że zaopatrywał Warszawę w mięso. - opowiada Andrzej
        Omasta - W "Zakazanych piosenkach" jest słynna scena w pociągu, który jedzie
        wypełniony handlarzami mięsem z Karczewa właśnie do Warszawy. W czasie wojny w
        Karczewie nie było Getta; był tu tylko obóz pracy. Ludność żydowska trafiła
        więc do Getta w Otwocku. - dodaje.

        W obozie pracy w Karczewie znalazło się w 1941 roku 400 Żydów z otwockiego
        getta. 1 grudnia 1942 obóz został zlikwidowany, a ostatni Żydzi tego miasteczka
        deportowani do obozów zagłady. Społeczność żydowska Karczewa pozostawiła po
        sobie dwa cmentarze na terenie osiedla Anielin. Jeden, przy tzw. Czerwonej
        Drodze, został niedawno uporządkowany przez lokalnych społeczników. Drugi -
        znajdujący się na ruchomej wydmie - przez lata straszył licznie odwiedzających
        Karczew Żydów. Powstał on pod koniec XVIII wieku, a w ciągu XIX wieku rozrósł
        się do 2 hektarów. W czasie okupacji Niemcy wykorzystali macewy do wzmacniania
        brzegów Wisły, więc do dziś zostało tu zaledwie kilka płyt nagrobnych. Do końca
        lat dziewięćdziesiątych cmentarz niszczał i popadł w stan totalnej ruiny.

        Wydma, psy, fotografie
        - Przed drugą wojną światową w Polsce było ponad 1000 cmentarzy żydowskich. -
        mówił na cmentarzu Marek Lipsztajn, kanadyjski koordynator PJCR - Obecnie
        większość z nich jest w większym lub mniejszym stopniu zaniedbana. Klasycznym
        przykładem takiego zaniedbania był cmentarz w Karczewiu. Świadczyło o tym
        słynne zdjęcie z artykułu pani Małgorzaty Niezabitowskiej, który ukazał się już
        w 1986 roku w National Geographic. Na zdjęciu tym widzimy psa, który żeruje na
        kościach wygrzebanych z cmentarza. Tak właśnie wyglądał wtedy cmentarz. -
        zauważył Lipsztajn.

        Stan cmentarzy żydowskich w Polsce poruszył w latach osiemdziesiątych wielu
        społeczników i znawców religijnej sztuki żydowskiej. Te zapomniane części
        miasteczek coraz częściej zaczynały interesować fotografików, malarzy,
        poszukiwaczy oryginalnego dziedzictwa kulturowego. Monika Krajewska,
        przygotowując na początku lat osiemdziesiątych album Czas Kamieni, dotarła
        również w okolice Otwocka:

        - W moim pierwszym albumie pojawiły się zdjęcia z Karczewa. - opowiada Monika
        Krajewska - Poszukiwaliśmy wtedy z mężem w całej Polsce zapomnianych cmentarzy
        żydowskich. Jednym z najbardziej uderzających widoków była właśnie ta wydma i
        wystające z niej nagrobki, a także biegające psy, wygrzebujące kości z
        cmentarza. Jak nam mówili miejscowi, te kości nie były ludzkie, lecz zwierzęce.
        W 1980 roku przedstawiliśmy fotografie z tego cmentarza na mojej wystawie.
        Później przyjechał tu znany fotografik Tomek Tomaszewski, którego zdjęcie
        pojawiło się w albumie Remnants i w artykule napisanym przez Małgorzatę
        Niezabitowską. W ten sposób dramatyczne ujęcia z cmentarza w Karczewie obiegły
        świat. - dodaje artystka.

        Miejscowa ludność wykorzystywała cmentarz jako kamieniołom i kopalnię piasku.
        Na wydmę schodziły się licznie dzieci z okolicznych domostw, nieraz dewastując
        ostatnie nagrobki.

        - Na terenie tego cmentarza ówczesna ludność Karczewa wyrzucała zdechłe
        zwierzęta. Był to po prostu regularny śmietnik. - podsumowuje Andrzej Omasta z
        PJCRP.

        Odbudowa
        Zdjęcie z Karczewa obiegło świat już ponad 16 lat temu, jednak dopiero na
        początku nowego milenium pojawiła się szansa na poprawę tego stanu rzeczy.
        Osobą, która naciskała na jak najszybsze załatwienie sprawy był rabin Michael
        Schudrich.

        - Rabin starał się, abyśmy takich zdjęć nie musieli więcej oglądać. - opowiada
        Marek Lipsztajn - Dlatego doprowadził do pierwszego spotkania pomiędzy Gminą
        Wyznaniową a władzami lokalnymi. Na początku tego roku rabin Schudrich, zwrócił
        się do nas o "wypożyczenie" Andrzeja Omasty, który wcześniej był siłą napędową
        w organizowaniu komitetu społecznego i zastosował tu wszystko, czego
        nauczyliśmy się w Ożarowie. - ciągnie kanadyjski koordynator PJCRP.

        Efekty są imponujące. Solidny mur już dziś otacza rozległy teren cmentarza. Na
        bramie wybite są gwiazdy Dawida. Po przekroczeniu parkanu znajdujemy się na
        rozległej wydmie, gdzie wiatr wywiewa piasek spod ostatnich macew. Wizjonerzy z
        PJCRP mają jednak pomysł na rekultywację tego terenu.

        - Teren ten jest bardzo trudny - mówi prof. Wojciech Brochwicz, który z
        powodzeniem odrestaurował cmentarz w Ożarowie - Nasilają się tu od czasu do
        czasu wiatry, które są siłą napędową dla wydmy. Długo szukaliśmy, jak
        należałoby w tym wypadku oszukać przyrodę. Wykorzystaliśmy doświadczenia
        Instytutu Badań Leśnictwa oraz Instytutu Dendrologii PAN w zalesianiu
        cmentarza. Najpierw zasadzimy więc specjalne odmiany jałowca, które
        ustabilizują wydmę. Na samą wydmę zastosujemy hydrożel i przykryjemy to
        ochronną warstwą gruntu, kamieni. Na tym gruncie zasadzimy rośliny płożące,
        które zrekultywują teren. Gdy zauważymy, jak duży jest obszar tej wydmy, to
        widać, że stojące przed nami zadanie nie jest łatwe. - konkluduje prof.
        Brochwicz.

        Społecznikom z PJCRP udało się już nakłonić do pom
      • jewhaterexterminator Tematy niebezpieczne i niebezpieczny kandydat 28.01.03, 00:07
        Tematy niebezpieczne i niebezpieczny kandydat
        Zofia Zaporowska i Michał Matusiewicz


        W lipcowym numerze "Słowa Żydowskiego" Adam Rok stawia czytelne i ważne
        pytania. Skierowane do konkretnego adresata. Z naszych doświadczeń wynika, że
        odpowiedzi się nie doczeka. Ani on, ani czytelnicy "Dos Jidisze Wort".

        Przypomnijmy: "Dlaczego polski wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania
        bagatelizują przypadki czynów rasistowskich i antysemickich (...), dlaczego
        regułą w sprawach o czyny rasistowskie i antysemickie jest oznaczanie tych
        czynów jako w znikomym stopniu szkodliwych społecznie. Nawet wówczas, gdy
        uznaje się winę - a są to na palcach liczone przypadki - umorzeniu sprawy
        towarzyszy niezmiennie ta sama formuła prawna o znikomej szkodliwości
        społecznej".

        Pretekstem do postawienia tych pytań był pewien wyrok sądowy, który w czerwcu
        zapadł w Opolu. W sprawie Dariusza Ratajczaka: historyka, doktora nauk
        humanistycznych, byłego adiunkta Uniwersytetu Opolskiego. Przed trzema laty
        opublikował on "Tematy niebezpieczne". Przedstawił w nich poglądy rewizjonistów
        Holocaustu, zaprzeczających między innymi istnieniu komór gazowych w
        niemieckich obozach zagłady. W związku z głoszeniem tych poglądów, także na
        zajęciach dla studentów, wszczęto przeciw niemu uczelniane postępowanie
        dyscyplinarne. Został usunięty z uniwersytetu oraz na trzy lata pozbawiony
        możliwości pracy w zawodzie nauczyciela. Wytoczono mu również proces karny,
        oskarżając o rozpowszechnianie kłamstwa oświęcimskiego.

        Prokurator domagał się kary ograniczenia wolności, potrącenia 1/4 pensji na
        rzecz oświęcimskiego muzeum i publikacji wyroku. Oskarżony wnosił o
        uniewinnienie. Sąd nie uwzględnił żadnego z tych żądań. Orzekł warunkowe
        umorzenie postępowania na rok. Od tego wyroku obie strony wniosły apelacje,
        które niedawno zostały przez Sąd Okręgowy w Opolu oddalone.

        Właśnie na marginesie tego ostatniego werdyktu Adam Rok w swym felietonie
        zauważa, że uznając Ratajczaka winnym i zawieszając na rok postępowanie wobec
        niego "ponownie, oczywiście, przypomniano o znikomej szkodliwości jego czynu, a
        sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku dodał, iż wbrew żądaniom prokuratora, nie
        musi on wyrażać skruchy z powodu treści swojej książki. Być może mam
        przeczulone ucho, ale określanie czynów antysemickich jako szkodliwych w
        znikomym stopniu razi moje poczucie sprawiedliwości, choć rozumiem, że to tylko
        formuła prawna pozwalająca na umarzanie tego typu spraw. Inaczej z panem dr.
        Ratajczakiem. Ten rozumie ją dosłownie. Nic więc dziwnego, że mimo wyroku
        prowadzi - jak podaje prasa - ożywioną działalność edukacyjną wśród młodzieży
        ze skrajnie prawicowych środowisk. I chyba wie co robi: włos mu z tego powodu z
        głowy nie spadnie".

        Dodajmy, że konstrukcja, którą posłużył się sąd w sprawie Ratajczaka, nie jest
        retoryczną figurą prawną. Aby można było wydać taki wyrok, trzeba było najpierw
        bezstronnie i obiektywnie stwierdzić, że czyn oskarżonego był naprawdę znikomo
        szkodliwy społecznie. Ten, jak i inne wyroki, wydany został nie w imieniu
        konkretnego sędziego, ale w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Czy rzeczywiście
        można dopuścić myśl, że to co czynił, czyni i zapewne będzie czynił dr
        Ratajczak z Opola, Rzeczpospolita Polska uznaje za znikomo szkodliwe
        społecznie?

        Dzisiaj powód, dla którego warto do sprawy dr. Ratajczaka powrócić, jest
        szczególny. Otóż, w zbliżających się wyborach samorządowych Liga Polskich
        Rodzin wystawia kandydaturę właśnie dr. Ratajczaka. Ma być radnym w Opolu i
        wielce prawdopodobne, że tak się stanie.

        A że kampania wyborcza w toku, warto przypomnieć, nie tylko mieszkańcom Opola,
        że zanim wyrok skazujący Ratajczaka na roczną próbę się uprawomocnił, zdążył on
        wydać "Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne" (Kociaty - New York 2001, s. 136,
        13 zdjęć, 2 szkice i wykres). I znowu czytamy w nich o micie komór gazowych,
        choć autor zastrzega się, że to tylko relacje wolne od osobistych komentarzy.
        Ale czytelnik raczej nie ma wątpliwości, jakie są sympatie autora. Wiara w
        istnienie komór gazowych, to przecież tylko obrona Okopów Świętej Trójcy! (s.
        18). Między innymi dlatego, że "większość przekazów ocaleńców Holocaustu jest
        niewiarygodna, pełna plotek, dyletanckiego filozofowania (...)" (s. 20).

        Ratajczak boleje nad tym, że oponenci przylepiają mu łatkę antysemity. Tyle że
        nawet prezentując cudze poglądy zdaje się podzielać opinię, że cywilizację
        łacińską atakuje totalitaryzm i piorunująca mieszanka żydowsko-bizantyńsko-
        turańska, podwójna żydowska etyka, bezduszna żydowska teoria, żydowska obłuda i
        nienawistny judaizm (s. 79, 81 i 86).

        Pan doktor ma pretensje nie tylko do Żydów. Do Romów też. Bo kradną, szachrują,
        są niebezpieczni. I kłują w oczy bogactwem. Po prostu "rozbestwili się" (s.
        107). Prawie jak Rosjanie - "wiecznie pijani imperialiści (...)" (s. 110).

        Opolski badacz zaskakuje czytelnika także innymi spostrzeżeniami. O papieżu
        Klemensie V, który "wykazał maksimum dobrej woli w stosunku do templariuszy"
        (s. 123), co skończyło się dla nich spaleniem na stosie. Mniej groźnym
        piromanem był król Ludwik IX, który dlatego, że wierzył w sprawiedliwość,
        żydowskie księgi Talmudu poddał próbie ognia (s. 92). Co do żydowskiej
        specjalności, czyli mordów rytualnych, to "byłyby one tylko praktycznym
        spełnieniem żydowskiego prawa religijnego, pozwalającego, zachęcającego, a
        nawet nakazującego zabijać nie-Żydów" (s. 95). Po przeczytaniu Ratajczaka
        wiadomo już, że protestantyzm to fałszywe chrześcijaństwo, w słonecznej Italii
        Mussoliniego duce powalił Cosa Nostrę, którą potem współrestaurowali
        Amerykanie, a tacy wegetarianie są po prostu zwariowani, tak samo jak hare
        krisznowcy i miłośnicy zwierzątek (s. 57, 59, 68 i 84). Jak widać, Ratajczak
        wyraźnie stacza się na pozycje uczonego o renesansowych horyzontach...
        Przeciwników traktuje jednak "po bizantyjsku", czyli bez pardonu. Bo to
        przecież jurni egzekutorzy wprawieni w stan geriatrycznego podniecenia,
        ględzący niczym kostyczni użytkownicy kleju do protez zębowych (s. 22). Nawet
        polski Rom próbujący uwierzyć - jak we wróżbę z kart - w zapewnienia o dobrym
        smaku autora (s. 98), troszkę się jednak może zdenerwować, gdy przeczyta o
        niepiśmiennym cygańskim matołku, który wygrzewa budzący respekt zadek w Hyde
        Parku plując na "pogromową Polskę" (s. 107).

        Autor recenzowanej książki jeździ po kraju promując i sprzedając swoje dzieło.
        Na spotkaniach z czytelnikami i sympatykami jest szczery. We Wrocławiu
        powiedział jasno: nie istniały komory do masowego gazowania ludzi. A że jest to
        teza już oklepana, szuka nowych tematów. W numerze 1/2002 kwartalnika młodzieży
        narodowej "My, nowe pokolenie!" podzielił się spostrzeżeniami o basenie, który
        hitlerowcy wybudowali w oświęcimskim obozie. Okazuje się, że było to przede
        wszystkim miejsce wypoczynku, w którym więźniowie organizowali mecze piłki
        wodnej przyciągające tłumy widzów! Teraz młodzi narodowcy mają już kompletną
        wiedzę o KL Auschwitz.

        Prezentowana książka Ratajczaka adresowana jest wyraźnie właśnie do młodych.
        Roch Rembiel, autor przedmowy, ma nawet nadzieję, że "to może być kamyczek,
        który uruchomi lawinę" (s. 10). To, że lawina nie zeszła, nie powinno nas
        usypiać. Problem jest. Co zauważyła także Gimnazjalistka przedstawiając znaną
        czytelnikom "Słowa Żydowskiego" wystawę "Holocaust - czemu nie". Lecz jaka jest
        skala tego problemu, nie wiadomo. Rodzimych uczonych bardziej interesuje
        antysemityzm we frankistowskiej Hiszpanii niż we Wrocławiu tuż za progiem
        trzeciego tysiąclecia.

        Łatwo też zauważyć, że tytuł najnowszej książki Ratajczaka jest zamierzoną
        prowokacją. Za wcześniejsze "Tematy niebezpieczne" prokurator oskarżył go o
        rozpowszechnianie nieprawdy o nazistowskich zbrodniach popełnionych na Żydach.
        Już po wniesieniu aktu oskarżenia i podczas trwania procesu karnego, oskarżony
        Rata
    • Gość: misiek [...] IP: 130.94.107.* 28.01.03, 02:16
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Mojżesz Schorr - W 60 rocznicę śmierci 30.01.03, 21:00
        Mojżesz Schorr - W 60 rocznicę śmierci
        Latem b. r. obchodziliśmy 60 rocznicę śmierci historyka i jednego z liderów
        przedwojennej społeczności żydowskiej w Polsce - Mojżesza Schorra. Na początku
        września 2001 w Warszawie powstało z inicjatywy Fundacji Ronalda S. Laudera
        Interdyscyplinarne Centrum Studiów Żydowskich, które nazwano jego imieniem. W
        nadchodzącym roku akademickim rozpoczną tu naukę studenci z różnych wydziałów,
        pragnący zapoznać się z tematyką judaistyczną, hebraistyczną i z kulturą
        żydowską. We wrześniowym numerze "Słowa Żydowskiego" ukazał się artykuł
        autorstwa Rafała Żebrowskiego, historyka z Żydowskiego Instytutu Historycznego,
        który od lat bada biografię Mojżesza Schorra.

        Polecamy również inną publikację dotyczącą Schorra, powstałą na Uniwersytecie
        Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (w języku angielskim).

        W dziejach kultury żydowskiej w Polsce okres między końcem XIX w. a II wojną
        światową był czasem złotej jesieni, w którym wydała ona zaskakująco liczne
        owoce. W tychże latach żył i pracował Mojżesz Schorr. Pod koniec
        dwudziestolecia międzywojennego był on uważany za jednego z przywódców Żydów
        polskich, choć nigdy do tej roli nie pretendował. Jednak to właśnie Schorrowi
        przypadła w udziale szczególna rola pod koniec dziejów wielkiego skupiska
        żydowskiego w Polsce.
        Urodził się w Przemyślu 10 maja 1874 r., niedługo po tym jak Żydzi w monarchii
        habsburskiej uzyskali równouprawnienie. Nie zniosło ono jednak wszelkich
        barier, z czym Schorr musiał się liczyć. Toteż gdy w 1893 r. podjął studia
        historyczne i filozoficzne na wiedeńskim uniwersytecie, równocześnie został
        słuchaczem kształcącej reformowanych rabinów Israelitisch-Theologische
        Lehranstalt. Marzył wówczas o karierze uczonego, ale katedra uniwersytecka w
        Galicji była dlań nieosiągalna, jeśli nie chciał wyrzec się żydowskiej
        tożsamości. Interesował się filologią semicką oraz dziejami Żydów w Polsce.
        Zamiłowanie do historii rozniecił w nim Maksymilian Gumplowicz. Po samobójczej
        śmierci przyjaciela, której przyczyną była miłość odrzucona przez znacznie
        starszą odeń Marię Konopnicką, Schorr korzystał ze wspacia moralnego Ludwika
        Gumplowicza - ojca swego drucha i jednego ze współtwórców socjologii.

        To za jego radą w 1896 r. rozpoczął studia historyczne na uniwersytecie
        lwowskim, uwieńczone trzy lata później obroną rozprawy doktorskiej pt.
        Organizacja Żydów w Polsce. Dzięki niej przypadł mu w udziale zaszczyt
        zainicjowania żydowskiej historiografii nowożytnej, będącej wyrazem
        rozbudzonych ambicji narodowo-kulturalnych Żydów polskich. Po uzyskaniu w 1900
        r. dyplomu rabinackiego, osiadł we Lwowie. Wkrótce punkt ciężkości swych
        zainteresowań przeniósł na orientalistykę, a zwłaszcza na asyrologię i prawo
        babilońskie.

        Choć snuł marzenia o poświęceniu się nauce, podjął pracę pedagogiczną oraz
        objął stanowisko wykładowcy w Seminarium Nauczycielskim, a następnie w
        Zakładzie dla Kształcenia Nauczycieli Religii Mojżeszowej w Szkołach
        Powszechnych. Wkrótce stanął na czele Związku Nauczycieli Religii Mojżeszowej
        Szkół Ludowych i Średnich w Galicji (1904). Ponadto należał do członków
        założycieli Wydziału Opieki Towarzystwa dla Wspierania Żydowskiej Młodzieży
        Szkół Średnich oraz w latach 1903-1905 był przewodniczącym Towarzystwa dla
        Szerzenia Oświaty wśród Żydów "Toynbeehale" we Lwowie. Jak wielu ówczesnych
        inteligentów żydowskich, w edukacji widział klucz do postępu i rozwoju swych
        współwyznawców. Zajęcia te odciągały go od realizacji swych marzeń. Sam pisał
        do Gumplowicza: "wiem nawet, że mam pewną misję jako nauczyciel religii w
        Galicji i mógłbym nawet przy szczerej i wyłącznej pracy na tym polu zdobyć
        sobie "laury" reformatora w tym przedmiocie. Ale właśnie tej ambicji, a raczej
        entuzjazmu tego, mi brak".

        Mimo przeciwności zdobywał stypendia, dzięki którym pogłębiał semitystyczną
        wiedzę w Berlinie i Wiedniu. W latach 1907-1915 opublikował najważniejsze ze
        swych prac poświęconych prawu starobabilońskiemu (Altbabilonische
        Rechtsurkunden aus der Zeit der I. babylonischen Dynastie i Urkunden des
        altbabylonischen Ziwil- und Prozessrechts), które przyniosły mu uznanie oraz
        pozycję najwybitniejszego polskiego badacza tych zagadnień. W 1909 r. na
        uniwersytecie lwowskim uzyskał docenturę z języków semickich i historii
        starosemickiego Wschodu, zaś w 1916 r. - tytuł profesora nadzwyczajnego. Dwa
        lata później został członkiem Komisji Orientalistycznej przy Akademii
        Umiejętności. Był współzałożycielem Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego we
        Lwowie i członkiem jego władz. Kontynuował również rozległą działalność
        społeczną, zarówno charytatywną, jak i oświatową, a m.in. w Towarzystwie
        Humanitarnym Leopolis Bnej Brit (od 1901; od 1921 był jego prezesem). W
        organizacji tej pracował także później w Warszawie oraz piastował funkcję
        wiceprzewodniczącego jej polskiej prowincji. Obie te sfery aktywności
        powodowały, że zaczął być osobą znaną poza granicami rodzinnej Galicji.

        W 1923 r. powierzono mu stanowiska kaznodzieji Wielkiej Synagogi na Tłomackiem
        w Warszawie oraz rabina pozaokręgowego tutejszej gminy - opiekuna zwolenników
        judaizmu reformowanego. Społeczność ortodoksyjna zaakceptowała go nie bez
        oporów. Jej obiekcje z czasem osłabły, bowiem nowy rabin był powściągliwy i nie
        stanowił dla niej zagrożenia. Musiał porzucić przyjazne mu środowisko lwowskie,
        zyskiwał jednak szersze możliwości służenia pomocą swym współwyznawcom. Po
        przeniesieniu się do stolicy, w 1925 r. został profesorem Uniwersytetu
        Warszawskiego. Był jednym ze współtwórców stołecznego Instytutu Nauk
        Judaistycznych i głównym animatorem budowy Biblioteki Judaistycznej, której
        gmach jest dziś siedzibą Żydowskiego Instytutu Historycznego. Gmina żydowska w
        Warszawie często powierzała mu funkcje reprezentacyjne wobec władz państwowych
        i samorządowych. On sam angażował się we wszystkie ważniejsze akcje społeczne w
        Warszawie i na gruncie ogólnopolskim; przewodniczył różnego rodzaju komitetom i
        stowarzyszeniom, m.in. w Towarzystwie Ochrony Zdrowia, Centrali Towarzystw
        Opieki nad Sierotami, kasach pożyczkowych, Centralnym Komitecie Pomocy Żydom w
        Warszawie, Stowarzyszeniu Pomocy Studentom Żydom w Polsce, Towarzystwie
        Przyjaciół Uniwersytetu Hebrajskiego; wygłaszał kazania i przemówienia;
        wywiązywał się z licznych obowiązków duszpasterskich i pedagogicznych.

        Nie zaniedbywał przy tym pracy naukowej, m.in. kładąc podwaliny pod stworzenie
        warsztatu naukowego warszawskiej semitystyki. Marzył też o objęciu katedry na
        powstałym w 1925 r. Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Schorr był bowiem
        sympatykiem syjonizmu. Pełnił funkcje m.in. prezesa Dyrektorium Funduszu
        Podwalin (Keren ha-Jesod) w Polsce, a od 1929 r. - członka Agencji Żydowskiej,
        jako "dokooptowany nie-syjonista". Jednak unikał formalnego zaangażowania
        politycznego, nigdy nie tracąc z oczu nadrzędnych wartości. Na krótko przed
        wybuchem wojny pisał: "bo i ci są na błędnej drodze co myślą, że w narodowym
        pierwiastku wyczerpuje się treść Żydostwa, że wystarczy pielęgnować i
        kultywować język hebrajski i naszą literaturę hebrajską dla urabiania i
        rozwijania charakteru narodowego, bo w języku czy literaturze widzą duszę
        narodu, a religię uważają za rzecz prywatną". Choć równocześnie żywo sam
        intersował się rozwojem nowoczesnej kultury hebrajskiej, a w czasie wizyt w
        Palestynie wzbudzał zachwyt walorami literackimi swych publicznych wystąpień w
        tym języku.
        Prof. Schorr nie mógłby podołać nawałowi obowiązków, gdyby nie miał oparcia w
        swej żonie, poślubionej w 1905 r., pochodzącej z Wilna, Tamar z domu Benjakob.
        Właśnie za sprawą tej całkowicie mu oddanej kobiety, Schorr zaznał szczęścia
        rodzinnego, a ich dom był ciepło wspominany zarówno przez uczonych z kraju i
        zagranicy, jak również wielu działaczy żydowskich. Notabene, vox populi głosił,
        iż żona prof. Schorra oraz jego córki były jedn
    • Gość: dead_jews_niceview [...] IP: 209.234.157.* 28.01.03, 16:11
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Marian Hemar 30.01.03, 21:01
        Marian Hemar
        Sto lat temu urodził się satyryk i poeta Marian Hemar. Na łamach Słowa
        Żydowskiego wspomina go Maryla Komar.

        W tym roku mija setna rocznica urodzin Mariana Hemara. Z tej okazji
        Małgorzata Kron poświęciła mu audycję na antenie Radia Bis. Stefania
        Grodzieńska, która znała go w międzywojennym dwudziestoleciu i Wojciech
        Młynarski wspominali postać i twórczość tego satyryka i poety, autora paru
        tysięcy piosenek, kilku sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych. Urodził się
        we Lwowie w żydowskiej rodzinie jako Jan Maria Hescheles. Na Uniwersytecie im.
        Jana Kazimierza studiował filozofię i medycynę. Zrezygnował jednak z tych
        kierunków studiów na rzecz twórczości kabaretowej. W latach dwudziestych był
        związany z kabaretami warszawskimi - Qui pro Quo i Bandą. Jego piosenki
        wykonywały niekwestionowane gwiazdy; Mira Zimińska odnosiła sukcesy w
        interpretacji między innymi jego "Pokoiku na Hożej", a Ludwik Sempoliński w
        piosence "Ten wąsik, ach ten wąsik" - utworu ze sztuki "Orzeł czy reszka",
        wystawionej tuż przed wybuchem II wojny światowej, złośliwej satyry
        ośmieszającej Hitlera. Spektakl ten wywołał protest ambasady III Rzeszy. Ludwik
        Sempoliński w czasie okupacji musiał się ukrywać. Marian Hemar znalazł się na
        niemieckiej liście osób poszukiwanych. Musiał opuścić kraj. Na Bliskim
        Wschodzie wstąpił do polskiej armii. Został jednym z organizatorów Czołówki
        Teatralnej Wojska Polskiego w Palestynie i Egipcie. W 1942 r. w Londynie
        założył kabaret Orzeł Biały. Współpracował też z Radiem Wolna Europa. Jego,
        najczęściej wierszowane, komentarze ostro krytykowały i ośmieszały życie w PRL.
        Władze Polski Ludowej wydały zakaz publikacji jego utworów w kraju. Dziś
        Stefania Grodzieńska przywołuje jego wiersze pełne tęsknoty za krajem, między
        innymi "Modlitwę za Ojczyznę", nostalgiczne strofy emigranta, który nigdy nie
        miał wrócić do kraju, liryczne piosenki i wiersze. Wojciech Młynarski zaś
        opowiada, jak od dzieciństwa obcował z twórczością Hemara, odtwarzaną z
        przedwojennych płyt na starym patefonie. W studenckim kabarecie Hybrydy słuchał
        powojennego nagrania starej sentymentalnej piosenki Hemara "Nikt, tylko ty..."
        w wykonaniu Miry Zimińskiej. Nie każdy wie, że dubbing i teksty polskich
        piosenek do "Królewny Śnieżki" - filmu Disneya - są autorstwa Hemara, a
        wykonywał je słynny Chór Dana. Jeśli w repertuarze piosenkarzy w PRL znajdowały
        się utwory Mariana Hemara, pomijano jego nazwisko lub oświadczano, że autor
        nieznany. Po zmianach, jakie zaszły w naszym kraju, nastąpił renesans
        twórczości Mariana Hemara. Wystawiane są jego sztuki: "To, co
        najpiękniejsze", "Piękna Lucynda". Ciągle też z sukcesem przypominane są jego
        piosenki, wywołujące wzruszenie wśród słuchaczy kilku pokoleń. Marian Hemar
        zajmuje poczesne miejsce w historii polskiego kabaretu. Zmarł w 1972 roku w
        Londynie. Nie doczekał triumfalnego powrotu swej twórczości do ojczyzny.

        Maryla Komar


    • Gość: drf [...] IP: 209.234.157.* 29.01.03, 11:09
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Klezmerski Ekumenizm 30.01.03, 21:04
        Klezmerski Ekumenizm
        W lipcu odbył się w Krakowie kolejny, 11 już Festiwal Kultury Żydowskiej.
        Koncert Finałowy transmitowała na żywo Telewizja Polska, dzięki czemu muzyka
        klezmerska trafiła do milionów odbiorców w całej Polsce. Festiwal Kultury
        Żydowskiej był wielkim sukcesem organizatorów.




        "Przyjazdy do Polski są dla mnie szczególnie ważne, gdyż są zdecydowanie
        bardziej związane z żywymi ludźmi niż z pamięcią zmarłych. (...) Gdy odwiedzam
        Polskę, to czuję, że nawiązuję łączność z przeszłością, przez co łatwiej mi
        myśleć o teraźniejszości i przyszłości", powiedział nam w przeddzień Koncertu
        Finałowego XI Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie Michael Alpert - muzyk
        jednego z najważniejszych zespołów sceny klezmerskiej, "Brave Old World". W tym
        roku, jak niemal co roku, Michael Alpert, prowadził na festiwalu warsztaty
        tańca i występował ze swoją kapelą na finałowym koncercie. Alpert należy do
        licznego grona wiernych miłośników kultury żydowskiej, którzy na przełomie
        czerwca i lipca mają w Krakowie swoje wielkie święto.
        O krakowskim festiwalu pisaliśmy już bardzo wiele. Jak trafnie zauważyła w
        ubiegłorocznym Słowie Agnieszka Kowalska, formuła festiwalu z roku na rok nie
        zmienia się, dzięki czemu organizatorom udało się wykształcić stałą, wytrwałą
        publiczność, która wie, czego może tu oczekiwać. W tym roku, jak co roku, były
        warsztaty taneczne prowadzone przez Leona Blanka, kursy jidysz, żydowskiej
        wycinanki, chasydzkiego tańca i pokazy filmów w kinie letnim. Pod gołym niebem
        zaprezentowano m. in. "Austerię", "Pociąg życia" i "Marcowe migdały". Wykłady
        prowadzili również "starzy znajomi" krakowskiego festiwalu - chasydolożka Anna
        Ciałowicz, czy rabin Sacha Pecaric. O swoich książkach opowiadali: Roma
        Ligocka, Zyta Rudzka i Etgar Keret. Podobnie jak co roku, festiwal zakończył
        się zwiedzaniem cmentarza Remu, gdzie Monika Krajewska tłumaczyła magiczną mowę
        kamieni nagrobnych.
        Festiwal to oczywiście również socjeta spotykająca się w kawiarniach przy
        Szerokiej i zagraniczni turyści, którzy po odwiedzeniu cmentarzy potrzebują
        trochę kontaktu z "żywymi ludźmi", świadomości, że Kazimierz wciąż tętni
        życiem. Wśród gości festiwalu najbardziej wybijali się wyglądem i zachowaniem
        dwaj niezmiernie aktywni chasydzi. Byli to, jak się okazało, brytyjscy wyznawcy
        cadyka z Lubawicza, którzy w Krakowie zorganizowali szabat, zapraszali
        przechodniów do wspólnej modlitwy i głosili publicznie zasady swojej wiary.
        Festiwal to w końcu tysiące krakowskich filosemitów, którzy co roku spotykają
        się na koncercie finałowym, by wspólnie tańczyć przy muzyce największych sław
        sceny klezmerskiej. Koncert finałowy był w tym roku nieco inny niż zwykle.
        Można powiedzieć, że stał się bardziej "ekumeniczny". Po swoim występie,
        Michael Alpert z Brave Old World zaprosił na scenę zespół rumuńskich Romów,
        którzy posługując się podobnymi instrumentami, co żydowscy klezmerzy, tworzyli
        muzykę nieco odmienną, lecz równie porywającą. Roztańczona publiczność czekała
        na kolejne występy wschodnioeuropejskich muzykantów, lecz ku ich zdziwieniu na
        scenę wyszli... izraelscy sefardyjczycy grający południowe, arabskie rytmy. Był
        to zespół Habrera Hativeet z przebojowym wokalistą Shlomo Barem. Eksperyment
        organizatorów z muzyką Bliskiego Wschodu był trafnym wyborem - na chwilę
        pochmurny Kazimierz przeniósł się duchem do spalonej słońcem Jerozolimy, a
        Koncert Finałowy jako całość stał się dzięki temu bardziej reprezentatywnym
        odbiciem żydowskiej sceny muzycznej. Największym zaskoczeniem był jednak występ
        Hasidic New Wave - zespołu, który trzy lata temu podbił serca festiwalowej
        publiczności. W tym roku również "chasydzka nowa fala" zaprezentowała
        porywającą mieszankę jazzu, funky i muzyki klezmerskiej, lecz, co najciekawsze,
        z akompaniamentem bębniarzy z Senegalu. Długie improwizacje Senegalczyków
        dowiodły, że dziś muzyka klezmerska jest otwarta na wszelkie wpływy.
        Ostatecznym dowodem na to była białoruska piosenka odśpiewana na zakończenie
        koncertu przez Michaela Alperta, ku dzikiej wprost uciesze widowni. Piosenka ta
        zakończyła występ skleconej na potrzeby festiwalu super-grupy, pod nazwą The
        Festival Klezmer Orchestra. Do zespołu tego, który Michael Alpert przedstawił
        jako "największe gwiazdy klezmerskiego Nowego Jorku specjalnie dla Kazimierza",
        weszli członkowie najsłynniejszych kapel: The Klezmatics, Brave Old World i
        Hassidic New Wave. To co działo się pod sceną najlepiej opisuje określenie
        muzycznej publicystki Doroty Szwarcman, która kilka lat temu pisała w Gazecie
        Wyborczej o "żydowskim pogo" na koncercie finałowym. Istotnie, tak roztańczoną
        młodzież można spotkać chyba tylko na koncertach punk-rockowych.
        Festiwal, który zakończył się 8 lipca, był kolejnym wielkim wydarzeniem
        kulturalnym. Jedyne, co można zasugerować organizatorom, to obniżenie cen
        biletów: cena 70 zł za koncert mogła niejednego młodego melomana zniechęcić do
        rewelacyjnych skądinąd Zmirosów w wykonaniu zespołu Franka Londona. W sumie
        jednak, pan Janusz Makuch i jego ekipa dali nam po raz kolejny tydzień
        wspaniałych przeżyć.
        Michał Bilewicz


        Monika Krajewska oprowadzała po Cmentarzu Remu

    • Gość: jewhater [...] IP: 130.94.123.* 29.01.03, 23:43
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Jidysz iz majn szprach!---QQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQQ 30.01.03, 21:03
        Jidysz iz majn szprach!

        W pierwszej połowie sierpnia w Winnicy, mieście od wieków związanym z żydowską
        kulturą, odbyło się wielkie seminarium języka jidysz i wyrastającej z niego
        kultury: jidyszkajt W wrześniowym wydaniu "Słowa Żydowskiego" ukazały się dwie
        relacje z tego wydarzenia. Na stronach jidysz pisała o nim Lea Szlanger, która
        w Winnicy prowadziła warsztaty teatralne, a na stronach polskich uczestnik
        seminarium Michał Bilewicz. Jego relację zamieszczamy poniżej, zapraszając
        jednocześnie do odwiedzenia strony ze zdjęciami z Seminarium


        Lea Szlanger prowadziła warsztaty teatralne



        Rabin Salomon wykładał podstawy tradycji religijnej


        Jidysz? Martwy język... - Taka odpowiedź nikogo chyba dziś nie zdziwi,
        słyszeliśmy ją bowiem wielokrotnie z ust izraelskich polityków, europejskich
        językoznawców i liderów społeczności żydowskiej. Są jednak na szczęście takie
        miejsca, których obecność każe wątpić w przedwczesną śmierć języka europejskich
        Żydów. I nie myślę tu jedynie o zamkniętych społecznościach chasydzkich. W
        ciągu ostatnich lat wiele uniwersytetów postanowiło zająć się jidysz: powstały
        specjalne katedry, wydziały i instytuty. Rozwinęła się muzyka - klezmerskie
        festiwale w Krakowie, Safedzie i Petersburgu gromadzą coraz większe rzesze
        miłośników pieśni jidysz. Na letnich seminariach co roku uczą się setki
        studentów w różnym wieku. Również państwo Izrael zmieniło swoją politykę wobec
        języka, którego tradycję jeszcze niedawno zwalczano z uporem godnym lepszej
        sprawy. Dziś w Izraelu sprawnie funkcjonuje Narodowa Instancja na rzecz Kultury
        Jidysz, która koordynuje działania placówek akademickich i kulturalnych.
        Izraelscy jidyszyści, spośród których wielu pochodzi z państw byłego ZSRR, z
        pomocą amerykańskiego Instytutu Klurmana, od dwunastu lat organizują w różnych
        miastach Rosji, Mołdawii i Ukrainy letnie seminaria języka jidysz i kultury
        żydowskiej. "Gdy w 1989 roku organizowano pierwsze seminarium - wielu
        profesorów przybyło do Moskwy półlegalnie, a praca twórców tego wydarzenia nie
        była taka prosta", opowiada dr Mordechaj Juszkowski. To on właśnie był głównym
        organizatorem seminarium "Jidysz i Jidyszkajt", które w tym roku odbyło się na
        Ukrainie. Dr Juszkowski wywodzi się z moskiewskiej redakcji pisma "Sowjetisz
        Hejmland", a dziś pracuje naukowo w Izraelu. Na jego zajęciach z historii
        literatury seminarzyści analizowali klasyków - Mendele Mojcher-Sforima, Szolema
        Alejchema i Ichoka L. Pereca, emigracyjną literaturę amerykańską, oraz mniej
        dziś znaną, a literacko chyba najciekawszą: radziecką literaturę jidysz.
        Seminarium odbywało się na przełomie lipca i sierpnia, więc zbiegło się z
        rocznicą tragicznego mordu żydowskich literatów, którego dokonano na Łubiance
        12 sierpnia 1952 roku. Pamięć Markisza, Harika, Hofsztajna czy Fefera powracała
        podczas lektury ich dzieł, podczas wieczornych spotkań i w trakcie wspólnych
        podróży
        Seminarium miało miejsce w małej wiosce Striżowka koło Winnicy. Blisko stąd do
        Bracławia, Żytomierza, Berdyczowa - miast w których rozkwitała kultura jidysz.
        Kilkadziesiąt osób, które przyjechało tu by poznać specyfikę "jidyszkajt",
        przez trzy tygodnie zgłębiało tradycję religijną, zapoznawało się z historią
        jidysz, pieśniami. Język, którego uczyli się na zajęciach, często pobrzmiewał
        też w ich rodzinnym domu. Lara, młoda nauczycielka niemieckiego z Brianska,
        opowiada: "Jidysz był silnie obecny w mojej rodzinie. To był język mojej babci
        i dziadka. Teraz gdy moja babcia została sama, a nie mówi ona zbyt dobrze po
        rosyjsku, to wiem, że ucząc się jidysz zrobię jej dużą przyjemność". Wielu z
        nich ma świadomość, że poznawanie języka przodków pozwala zrozumieć lepiej
        historię własnej rodziny. Igor Gusiew, czterdziestolatek z Odessy, mówi płynnie
        po rosyjsku, angielsku i polsku. Od lat aktywnie uczestniczy w organizacji
        letnich seminariów "Jidysz i Jidyszkajt". Jego fascynacja językiem żydowskim
        jest również związana z przeszłością jego rodziny: "Czasem mówią mi, że to
        martwy język", opowiada Gusiew, "Wtedy ja sobie przypominam, że ostatnie słowa
        mojego dziadka były wypowiedziane w jidysz. A dla mnie był to wystarczający
        powód, żeby zacząć się go uczyć. Nauka jidysz to oddawanie czci swoim przodkom.
        Ja sam wątpię, abyśmy kiedyś rozmawiali w jidysz, tak jak czynili to nasi
        pradziadowie, ale przynajmniej powinniśmy móc zrozumieć to, co oni po sobie
        zostawili" dodaje odeski jidyszysta.
        Na scenie teatru ośrodka "Jaskółka" koło Winnicy odbywają się próby klasy
        dramatu. Młodzi adepci teatru żydowskiego przygotowują pod bacznym okiem Lei
        Szlanger inscenizację sztuki o Chanuce na podstawie Szolema Alejchema. Przez
        godzinę Sasza, na co dzień ukraiński filmowiec, wciela się w rolę nadmiernie
        gestykulującego pana Pipernutra, a Jana, studentka teatrologii z Moskwy,
        przeistacza się w małomiasteczkową damę zapraszającą żony bogatych sąsiadów do
        stolika karcianego. Lea Szlanger, reżyser i opiekun grupy teatralnej na
        seminarium, do 1957 roku była obiecującą aktorką warszawskiego Teatru
        Żydowskiego. Po emigracji występowała w Izraelu; jest również izraelską
        korespondentką "Dos Jidisze Wort". Teatr jidysz jest czymś unikalnym, a Lea
        Szlanger próbuje na swoich zajęciach przekazać młodzieży jego specyfikę.
        Osiemnastoletnia Ina z Odessy śpiewa w spektaklu pieśń o Chanuce. Chętnie
        opowiada, dlaczego zaczęła uczyć się jidysz: "To był język moich dziadków,
        rodziców mojej mamy. Język jidysz przywodzi na myśl tradycyjne zawody naszych
        dziadków - szewców, krawców, kowali. Ucząc się jidysz odzyskuję to, co utracił
        nasz naród. Jidysz to bardzo piękny język, o przepięknym brzmieniu", dodaje Ina.
        Muzyka była bardzo ważnym elementem seminarium. Popołudniami lekcje śpiewu
        prowadził Jasza Ajnsztajn z Izraela (nota bene również urodzony w polskim
        sztetl). "Jidysz, Jidysz, Jidysz - Jidysz iż majn szprach!", brzmią słowa
        piosenki, która stała się hymnem tegorocznego seminarium. Z racji miejsca, w
        którym wszystko się odbywało (okolice te są bowiem kolebką chasydyzmu), wśród
        pieśni przeważały motywy i tematy związane z Nachmanem z Bracławia, Besztem, z
        kultem wielkich rebes. Śpiewano bez przerwy: na zajęciach, po zajęciach,
        wieczorem przy piwie i, oczywiście, w czasie szabesu. Dwukrotnie zorganizowano
        koncerty talentów: wśród uczestników byli bowiem zawodowi klezmerzy - skrzypek
        Staś z Charkowa czy Nastja, nauczycielka muzyki z St-Petersburga. Ala
        Lickiewicz, która przyjechała z ukraińskiego Pierwomajska, występuje w
        klezmerskim zespole "Mazl Tow". Również w jej przypadku zainteresowanie kulturą
        żydowską przerodziło się w chęć poznania języka przodków. "Blisko zetknęłam się
        z Jidysz, gdy zaczęłam śpiewać pieśni żydowskie", mówi Ala, "Najpierw
        tłumaczono mi ich treść na rosyjski, jednak to trochę je zubaża. Teraz dopiero
        mogę sama zrozumieć, jak bogaty w znaczenia i sensy jest ten język".
        Seminarium "Jidysz i Jidyszkajt" to nie tylko język, ale również całe tło
        historyczno-społeczne w którym powstawał. "Nie można zrozumieć jidysz bez
        zrozumienia jidyszkajt - kultury, z której wyrastał" - głosi motto seminarium.
        To dlatego zaproszono tu prof. Wolfa Moskowicza, wybitnego specjalistę od
        genezy języków żydowskich. Prof. Moskowicz przedstawiał na swoich zajęciach
        bogatą historię jidysz - jego powinowactwa z językami germańskimi,
        słowiańskimi, zakorzenienie w kulturze wschodnioeuropejskiej. Opowiadał również
        o migracjach Żydów na przestrzeni dziejów, o genezie żydowskich nazwisk, o
        hipotezach dotyczących pochodzenia wschodnioeuropejskiego żydostwa. Wśród
        słuchaczy seminarium jest wielu studentów historii i nauk pokrewnych: z
        Uniwersytetu Salomona w Kijowie, kieleckiego Uniwersytetu Świętokrzyskiego i z
        Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Kasia Czech z Kielc łączy osobistą i
        zawodową fascynację tym językiem: "Uczę się jidysz, bo odczuwam silną
        wewnętrzną potrzebę
        • jewhaterexterminator Polscy Żydzi w Azji Środkowej podczas II wojny świ 31.01.03, 01:29
          Polscy Żydzi w Azji Środkowej podczas II wojny światowej
          Strzępy losów
          Olga Miedwiediewa


          Powszechnie wiadomo, że podczas wojny dziesiątki tysięcy polskich Żydów
          uratowało się w Azji Środkowej. W Obwodowym Archiwum w Samarkandzie
          (Uzbekistan) przechowywane są liczne dokumenty - świadectwa tamtych czasów.
          Pochodzą one z biura pełnomocnika departamentu handlu specjalnego przy Ludowym
          Komisariacie Handlu ZSRR. Większość dokumentów datowana jest na lata 1943-1944.
          Są to prośby o udzielenie pomocy żywnościowej, zaświadczenia z miejsc pracy,
          zaświadczenia lekarskie o stanie zdrowia, spisy ewakuowanych z lat 1943-1945 i
          wiele innych.

          Oficjalne dokumenty pisane są w języku rosyjskim, prośby natomiast - w językach
          rosyjskim i polskim.

          Spróbujmy na podstawie tych materiałów naszkicować obraz tego, jak wyglądało
          życie polskiego Żyda w Azji Środkowej w tych trudnych czasach.

          Ale najpierw powróćmy do jesieni 1939 r...

          Szukając ratunku przed hitlerowcami Żydzi uciekają z Polski na wschód. Do końca
          października ZSRR pozostawia swoją granicę otwartą dla uchodźców. Ale w
          listopadzie i grudniu wjazd dla nich jest już ograniczony. Później jest to
          wręcz niemożliwe, przekroczenie granicy może odbywać się tylko nielegalnie.

          W październiku ZSRR zajmuje wschodnie tereny Polski. Uchodźców z Polski i
          mieszkańców ziem wcielonych pozbawia się obywatelstwa polskiego. Uznaje się ich
          za obywateli radzieckich, ale przez ludność miejscową odbierani są jako obcy -
          określa się ich słowem "zapadniki" (ludzie z zachodu). Dla władz radzieckich są
          oni tak zwanym niepożądanym elementem. W lutym 1940 r. rozpoczyna się ich
          deportacja w głąb ZSRR. Trwa ona do czerwca 1941 r. Najczęściej Polaków oskarża
          się o działalność antyradziecką i wysyła do więzień i obozów pracy - na
          Syberię, na Północ, do Wschodniego Kazachstanu... Jednak po wkroczeniu wojsk
          hitlerowskich do ZSRR rząd radziecki i polski rząd emigracyjny nawiązują
          stosunki dyplomatyczne i w czerwcu 1941 r. podpisują umowę, na mocy
          której "byłym obywatelom Polski" przywraca się prawo do polskiego obywatelstwa.
          W grudniu tego samego roku pozbawia się tego prawa przedstawicieli mniejszości
          narodowych, w tym polskich Żydów. Na mocy amnestii zwalnia się ich z obozów i
          więzień. Pozwala im się zamieszkać w lepszej strefie klimatycznej - w Azji
          Środkowej...

          Uciekając jesienią 1939 r. z Polski na wschód polscy Żydzi myśleli, że
          zatrzymają się nie dalej niż we Lwowie - znaleźli się w pogórzu Tien-Szaniu i
          Pamiru, w niezwykłym dla nich klimacie, wśród obcych narodów i języków, wśród
          obcej ideologii, kultury, religii...

          Oto fakty z życia jednego z tysięcy polskich Żydów, który się znalazł w Azji
          Środkowej, zaczerpnięte z wypełnionej przez niego ankiety:

          Michał Szajewicz Blumenkopf urodził się w 1913 r. w Warszawie. W roku 1935
          tamże ukończył wyższą uczelnię techniczną otrzymując dyplom inżyniera--
          elektryka. W tym samym roku wstapił do Polskiej Partii Komunistycznej, której
          członkiem był do 1939 r. Po ukończeniu studiów pracował jako inżynier. Od 1939
          r. rozpoczyna się jego tułaczka: przebywał w obwodzie woroszyłowgradzkim
          (Ukraina), w Świerdłowsku (Ural), w Taszkiencie (Uzbekistan). W 1943 r. w
          gułagu NKWD pracuje w kopalniach w obwodzie świerdłowskim. W 1944 r. wraca do
          Taszkientu...

          Oto następny przykład: Rebeka Fersztenberg zawiera w podaniu o pomoc
          następującą informację: "W grudniu 1939 r. wyjechałam do Lwowa, gdzie przebywał
          mój mąż od września 1939 r. w strasznych warunkach. Szłam pieszo z
          dziewięciomiesięcznym dzieckiem na ręku. Potem wysłali nas do archangielskiej
          obłasti. Od września 1941 do września 1943 r. przebywałam w kołchozie
          Jagiturmu - Leninski rejon Działałabadzkiej obłasti. Ostatnio mieszkam w
          Lenindzio. Mąż mój jest w Trudowom froncie na Syberii"..

          Taka w zasadzie była marszruta przytłaczającej większości uchodźców z Polski. W
          dokumentach zmieniają się tylko nazwy geograficzne - zamiast Woroszyłowgradu
          wymienia się Mińsk lub Kijów, zamiast łagru - więzienie, a zamiast Taszkientu -
          Leninabad lub kołchoz "Socjalizm"...

          Wśród Żydów, którzy znaleźli schronienie w Azji Środkowej, byli mieszkańcy
          Warszawy, Krakowa, Łodzi, Białegostoku, Częstochowy i wielu innych miast..

          Mieszkający od wieków w warunkach miejskich Żydzi znaleźli się w kiszłakach i
          kołchozach. Mieszkali w barakach i w magazynach, ci, którzy mieli więcej
          szczęścia - w hotelach robotniczych lub w ziemiankach - przeważnie w strasznej
          ciasnocie, biedzie i brudzie.

          Ci, którzy mieli specjalne wykształcenie (lekarze, farmaceuci, nauczyciele,
          ekonomiści), z reguły wykonywali swój zawód. Natomiast ci, którzy w przeszłości
          byli rzemieślnikami lub drobnymi handlarzami (a takich była większość),
          przeważnie pracowali w rolnictwie, w przemyśle wydobywczym, w kopalniach.

          Pracowali ciężko i przymierali głodem. "Zarobek starcza zaledwie na wykupno
          chleba"... - Estera Son (8.01.1944 r.). "Giniemy z głodu"... - Rubinfeld
          (b/daty, b/ inicjałów). Podobnych słów rozpaczy w dokumentach jest mnóstwo.

          Żydów polskich wykańczały głód i zimno. Z zaświadczeń lekarskich wynika, że
          dziesiątkowały ich również choroby: gruźlica, malaria, tyfus, dyzenteria...

          Gorsza od głodu i chorób była niepewność co do przyszłości. Nie wiedzieli, ile
          czasu będą z dala od domu, co się dzieje z ich bliższą i dalszą rodziną.
          Podejmowali próby, żeby dowiedzieć się czegokolwiek, zwracali się do różnych
          instytucji, które zajmowały się sprawami Polaków. Właściwie była to próba
          znalezienia zainteresowania sprawami ich bytu i beznadziejne szukanie pomocy i
          poparcia. Odpisywano im: takiej a takiej osoby nie znamy. Dla tych, którzy
          szukali krewnych, miało to znaczyć: poparcia nie ma.

          Jeden przykład: Pekler (inicjały pominięto - O. M.) w liście do pełnomocnika
          pisze, że dowiedziała się od ludzi, że jej męża z Kijowa zabrali Niemcy: "Nie
          mam wiadomości o swoim mężu od 1941 r. (...) Czy wiecie co nieco o losie mego
          męża Pekler Abram Isakowicz. Wysyłam do was męża zdjęcie. Być może, nie
          pamiętacie nazwiska, wtedy poznacie go po zdjęciu. Bardzo, bardzo was proszę
          odpisać"... Na stronie odwrotnej listu - polecenie zwierzchnika wydane
          pracownikowi biura: "Zdjęcie wysłać z powrotem do nadawcy. Zawiadomić, że
          Pekler nie jest nam znany". Polecenie zostało wykonane. Odpowiedź
          brzmiała: "Zwracamy wasze zdjęcie i informujemy, że wiadomości o miejscu pobytu
          ob. Pekler nie mamy". Jednak w archiwum zdjęcie Peklera się zachowało. Zwrócone
          bowiem żonie, wróciło znów do biura pełnomocnika w Samarkandzie - "Adresat
          nieznany, stacja Chu, Oktiabrskaja 6".

          Smutna historia i powszechnie znana procedura: list, w którym zawarto próżną
          nadzieję na znalezienie człowieka, zgubionego pomiędzy dwoma totalitarnymi
          państwami, koperta domowej roboty, zrobiona z druku faktury piekarni na stacji
          Chu obwodu Dżambulskiego w Kirgizji... i zdjęcie, być może jedyne, które udało
          się zachować z przeszłości... "Samotne" zdjęcie w podartej, rozsypującej się w
          rękach teczce samarkandzkiego archiwum... Strzępy czyjegoś gorzkiego życia,
          czyjegoś nieszczęśliwego losu...

          Dokumenty archiwum świadczą o tym, jak ludzie walczyli. Nie o życie, ale o
          przeżycie... Nie ma wątpliwości, że przeżyć można było tylko dzięki sile woli i
          determinacji. Więc to, co pomogło stawiać opór trudnościom, zostało poza
          dokumentem. Może były to zwykłe ludzkie uczucia. Przecież rodziły się dzieci -
          wśród podań są prośby o udzielenie pomocy od kobiet ciężarnych i tuż po
          porodzie. Na przykład w jednym z listów--podań Chaja Szturm prosi o
          przydzielenie niezbędnych rzeczy dla niemowlęcia.

          Być może pomagała przetrwać wiara. Ale wierzący bali się do swojej wiary
          przyznawać, jeżeli się modlili, to - w kraju tryumfującego ateizmu - musieli to
          robić po kryjomu. Kontaktów z tak zwanymi europejskimi Żydami prawie nie
          podtrzymywano: liczni Żydzi ewakuow
    • Gość: Zigizak 7 Palestynczykow ZABILI wczoraj Zydzi IP: *.dialsprint.net 30.01.03, 02:05
      Siedmiu Palestyńczyków ZABILA wczoraj zydowska armia na Zachodnim Brzegu i w
      Strefie Gazy.

      Z powodu wczorajszych wyborów parlamentarnych w Izraelu rząd tego kraju wzmógł
      represje i zabijanie Palestyńczykow oraz wprowadził całkowitą blokadę Autonomii
      Palestyńskiej.

      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20030129&id=sw73.txt

      • jewhaterexterminator Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim 30.01.03, 21:05
        Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim
        W sierpniu mija rocznica śmierci Juliana Stryjkowskiego. Chcielibyśmy
        zaproponować czytelnikom Serwisu Internetowego "Słowa Żydowskiego" lekturę
        fragmentu powieści Stryjkowskiego "Wielki Strach", która ukazała się nakładem
        Czytelnika w 1990 roku. Poniżej przedstawiamy wspomnienie o pisarzu, pióra
        Ryszarda Wasity, które ukazało się w "Słowie Żydowskim":



        Najmilsza formuła spotkania, jaką sobie można wyobrazić: żadna rocznica, ani
        okrągła ani zwykła, żadne koturny, żaden patos. Po prostu grono (całkiem duże)
        polskich pisarzy, ludzi zaprzyjaźnionych kiedyś z Julianem Stryjkowskim i
        miłośników jego sztuki pisarskiej, spotkało się, aby powspominać autora Snu
        Azrila.

        Pesach Stark urodzony 27 kwietnia 1905 roku w galicyjskim mieście Stryj (stąd
        pseudonim literacki a potem i nazwisko) dożył wieku sędziwego, zmarł 8 sierpnia
        1996 r. Pracował intensywnie do końca. "Jeszcze na parę miesięcy przed swą
        śmiercią - mówi pisarz młodego pokolenia Piotr Szewc, serdecznie ze
        Stryjkowskim zaprzyjaźniony - Julian tłumaczył z hebrajskiego mądrości Starego
        Testamentu i Talmudu. Było to jego ostatnie dzieło godne talentu, wiedzy i
        sędziwego wieku".

        Nie dokończył powieści poświęconej Baruchowi Spinozie, a przygotowywał się do
        niej przez wiele lat dogłębnie studiując filozofię, teologię i historię.

        Dobrym wprowadzeniem do wystąpień Henryka Berezy, Marka Nowakowskiego i Piotra
        Szewca były fragmenty tekstów samego Juliana Stryjkowskiego, odczytane
        znakomicie przez młodego aktora Adama Baumana. Przypomniał on owo słynne
        przemówienie wygłoszone przez pisarza na swoim osiemdziesięcioleciu
        zorganizowanym przez Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza i Uniwersytet
        Warszawski, z tym powtarzającym się dramatycznie pierwszym polskim słowem
        wychowanego dotąd w języku jidysz chłopca: "Jestem". Usłyszeliśmy też fragment
        późnej książki (bo z roku 1992) pt. Sarna albo rozmowa szatana z chłopcem,
        aniołem i Lucyferem.

        Henryk Bereza, który pisał wielokroć o książkach Juliana Stryjkowskiego i był
        redakcyjnym kolegą autora Przybysza z Narbony, przypomniał "leżakujące" długo
        arcydzieło Juliana Stryjkowskiego, czyli Głosy w ciemności, które wreszcie w
        roku 1955 w czterech kolejnych zeszytach opublikowała
        iwaszkiewiczowska "Twórczość". Zdaniem Henryka Berezy, pisarza o wyrafinowanym
        smaku i znawcy literatury stosującego ostre kryteria wartości, Julian
        Stryjkowski może być zestawiany prawomocnie z Bolesławem Leśmianem i Brunonem
        Schulzem. "Sam Stryjkowski - przypomniał Bereza - miał optykę komparatystyczną
        inną - dla niego punktem odniesienia była twórczość Adolfa Rudnickiego". Autor
        Przybysza z Narbony, choć uwikłany w pewnym okresie życia w komunizm
        (przyjaciele żartowali, że odbył Bieg do Fragala i z powrotem), "nigdy - cytuję
        dosłownie Henryka Berezę - nie sprzeniewierzył się pisarskiej suwerenności,
        nawet w Biegu do Fragala".

        Pisarz zupełnie innego niż Stryjkowski pokolenia, środowiska i miejsca - bardzo
        warszawski twórca Marek Nowakowski, przez długi czas był jednym z najbliższych
        przyjaciół pana Juliana. Mówił pięknie i mądrze o starym pisarzu i starym
        człowieku. Bez solenności, a serdecznie. Wspomniał, czym była dla niego,
        jeszcze młodego chłopaka, lektura Głosów w ciemności. Od razu odkrył, że jest
        to proza "kolczasta", pełna wewnętrznej energii, obca tradycjom
        stylistyki "eleganckiej". Marek Nowakowski nazwał Juliana Stryjkowskiego
        odnowicielem polszczyzny, bo wniósł do niej - oczywiście nie dosłownie -
        hebrajszczyznę, jidysz, tradycje sztetł "z pierwszej ręki". Zestawił
        Stryjkowskiego z innym wielkim pisarzem polskim - Leopoldem Buczkowskim, z
        bliskiego regionu (Podole). Autor Czarnego potoku wsączył w polszczyznę soki
        ukraińskie.

        Marek Nowakowski przypomniał o nieprzeciętnej wiedzy Stryjkowskiego o świecie
        przyrody (zwłaszcza flory), która nie uwidoczniła się jednak w jego
        pisarstwie. "Deklarując brak wiary - przypomniał Marek Nowakowski - był autor
        Echa głęboko zanurzony w filozofię, w teologię, czytał w oryginale księgi
        biblijne, wracał do judaizmu, przyjaźnił się z chrześcijańskim teologiem,
        dominikaninem - ojcem Jackiem Salijem. Problem życia wiekuistego nie był dla
        Juliana Stryjkowskiego problemem abstrakcyjnym, ale życiowym i to centralnym.
        Nie był wolny od ludzkich słabości, ale nie rozczarowałem się do Juliana
        Stryjkowskiego jako człowieka" - zakończył autor Benka Kwiaciarza.

        Piotra Szewca (urodził się w 1961 roku w Zamościu) szczęśliwy los związał na
        długo przyjaźnią i współpracą z Julianem Stryjkowskim. Wiele czasu zajęło
        przygotowanie obszernej księgi rozmów młodego autora Zagłady ze starym twórcą
        Austerii.

        Dla mnie ta ich wspólna księga - Ocalony na Wschodzie - to jedna z
        najważniejszych lektur pozwalających lepiej zrozumieć polski i europejski wiek
        XX. I myślę, że nie tylko dla mnie.

        Na penklubowym spotkaniu otrzymaliśmy też najnowszą książkę Piotra Szewca pt.
        Syn kapłana. Owe "zapisy z pamięci" mówią nam wiele o skomplikowanej osobowości
        wielkiego pisarza, jakim był Julian Stryjkowski.

        Sam pamiętam wiele epizodów z życia pisarza z różnych lat (od 50. począwszy),
        jego niektóre opinie o ludziach i wydarzeniach (nigdy układne, zawsze
        trafiające w sedno, często bardzo ostre). Z Warszawy, a przede wszystkim z
        podwarszawskich Obór i Konstancina.

        Julian Stryjkowski był bardzo, ale to bardzo nieufny wobec ludzi. Toteż czułem
        się naprawdę wyróżniony, gdy swego czasu powierzył mi dużą sumę (otrzymał
        właśnie honorarium, bodaj za Króla Dawida), a potem przyniósł jeszcze do mego
        pokoju w Oborach jakieś dolary, marki niemieckie, franki szwajcarskie, aby je
        przewieźć do Warszawy i oddać pani Kopińskiej na ulicy Nowogrodzkiej. Dla
        wyjaśnienia - była to zaprzyjaźniona z pisarzem redaktorka z
        wydawnictwa "Czytelnik".

        Kiedyś, gdy spacerowaliśmy w parku oborskim, rozmowa zeszła na Jana Pawła II.
        Powiedziałem pisarzowi, że jestem mu wdzięczny za jego wypowiedź po wyborze
        Karola Wojtyły na papieża. Ujawnił mi wtedy, że tekst opatrzył tytułem, który
        cenzura "zdjęła" i z czasopisma i potem z książki zbiorowej, która się ukazała
        w serii Biblioteka Więzi. A tytuł ten brzmiał: Drugi chrzest Polski.

        Wszystko, co dotyczy Juliana Stryjkowskiego jest godne pamięci. Ukazały się
        tomy wspomnień o Antonim Słonimskim, o Kazimierzu Wierzyńskim. Czekamy na
        książkę wspomnień o twórcy Austerii.

        Ryszard Wasita

        • jewhaterexterminator Lato w "Śródborowiance" 31.01.03, 01:30
          Lato w "Śródborowiance"
          Znów rozbrzemiewa mame-łoszn
          Piotr Piluk


          O języku jidysz mówi się, że jest najbardziej żywym spośród martwych języków.
          Czy w ogóle jest martwy? Wydaje się, że nie, a na pewno temu stwierdzeniu
          przeczą zdarzenia, które miały miejsce w "Śródborowiance" w lipcu. Przez trzy
          letnie tygodnie ośrodek tętnił życiem, żydowską atmosferą, a przede wszystkim
          słychać było tam jidysz - od niewprawnie sylabizowanych czytanek, przez
          rozmowy, aż po piosenki.

          W lipcu w ośrodku szkoleniowo--wypoczynkowym TSKŻ w Śródborowie odbyło się XIII
          Seminarium "Jidysz un Jidyszkajt", po raz pierwszy w Polsce.

          Wcześniej tego rodzaju spotkania miały miejsce w Moskwie, Kijowie, Odessie,
          Kiszyniowie i Winnicy. Wszystko zaczęło się w 1990 roku w Moskwie. Wówczas
          jidyszyści związani z wychodzącym w stolicy Rosji miesięcznikiem "Sowietisz
          Hajmland" zorganizowali pierwsze seminarium "Jidysz un Jidyszkajt". W Moskwie
          spotkali się wtedy jidyszyści z republik Związku Radzieckiego i Izraela. W tym
          roku przyjechali uczestnicy z Rosji, Ukrainy, Polski, Izraela, a nawet Japonii.

          Duszą przedsięwzięcia, które trwa już od trzynastu lat, jest Mordechaj
          Juszkowski. Pochodzi z Winnicy na Ukrainie, ale od kilkunastu lat mieszka w
          Izraelu. Zanim wyjechał, pracował w redakcji "Sowietisz Hajmland". W Izraelu
          doktoryzował się u Gerszona Weinera, założyciela Weltrat far Jidysze Kultur
          (Światowej Rady Kultury Żydowskiej). Mordechaj Juszkowski jest
          literaturoznawcą, specjalizuje się przede wszystkim w twórczości pisarzy i
          poetów żydowskich ze Związku Radzieckiego. Jest także zaangażowany w pracę
          Nacionale Instanc far Jidysze Kultur.

          Do Śródborowa przyjechali wybitni specjaliści z dziedziny literatury jidysz,
          kultury żydowskiej i judaizmu. Kurs zakładał bowiem oprócz nauki języka także
          analizy utworów literackich, poznawanie kultury i tradycji oraz zajęcia
          sceniczne. Wśród wykładowców znaleźli się:

          profesor Wolf Moskowicz z Instytutu Badań Slawistycznych Uniwersytetu
          Hebrajskiego w Jerozolimie, pochodzący z Rosji, ale od blisko trzydziestu lat
          mieszkający w Izraelu, profesor Dow Noy z Uniwersytetu Hebrajskiego - etnolog,
          pięknie potrafiący mówić o folklorze żydowskim, pewnie dlatego, że urodził się
          w Galicji, profesor Noemi Vogelman - badaczka Pięcioksięgu Mojżeszowego i
          poetka, jest córką ostatniego rabina Katowic, także z Uniwersytetu
          Hebrajskiego, Abraham Karpinowicz - powieściopisarz pochodzcy z Wilna wraz z
          żoną Sarą Łapicką, która z dużą konsekwencją i zaangażowaniem uczyła
          uczestników kursu języka jidysz, podobnie jak Andrea Fiedermutz - pochodząca z
          Austrii, ale obecnie mieszkająca w Izraelu, gdzie pracuje na Uniwersytecie
          Hebrajskim oraz Rafael Blumenfeld - bibliotekarz na Uniwersytecie w Tel Awiwie,
          którego rodzinnym miastem są Kielce. O judaizmie opowiadał rabin Grigorij
          Kotliar z Moskwy, cierpliwie analizował z uczestnikami seminarium zwyczaje i
          tradycje oraz rozwiązywał sporne kwestie w dyskusjach religijnych. Grigorij
          Kotliar jest liderem ruchu na rzecz postępowego judaizmu w Rosji. Tematem jego
          pracy doktorskiej była haskala i judaizm reformowany na przykładzie środowiska
          warszawskich Żydów.

          Uczestnikom seminarium wiele czasu zabierała nauka, ale popołudniami mogli stać
          się gwiazdami estrady dzięki programom przygotowywanym przez Bellę i Jaszę
          Ajnsztajnów i Leę Szlanger. Małżeństwo Ajnsztajnów z dużym doświadczeniem
          kierowało poczynaniami swojej grupy - Bella akompaniowała, a Jasza uczył śpiewu
          i udzielał niezbędnych rad, jak poradzić sobie na scenie. Znacznie trudniejsze
          zadanie miała Lea Szlanger (mieszkająca w Izraelu aktorka i współpracowniczka
          radia "Kol Israel"), która część swojej młodości spędziła w Polsce, ponieważ
          sama musiała poradzić sobie z grupą. Wszyscy świeżo upieczeni aktorzy, śpiewacy
          i konferansjerzy zaprezentowali się podczas jednego z ostatnich wspólnych
          wieczorów, w sali balowej "Śródborowianki". Program Belli i Jaszy Ajnsztajnów
          był żywy i dowcipny, a Lea Szlanger zdecydowała się przywołać wspomnienia i
          skłonić publiczność do refleksji.

          Podczas trwania seminarium, wieczorami, regularnie odbywały się spotkania z
          zaproszonymi gośćmi. Uczestnicy, szczególnie ci zza granicy, mieli okazję
          wysłuchać i porozmawiać z wybitnymi przedstawicielami środowiska żydowskiego w
          Polsce oraz badaczami problematyki żydowskiej.

          W "Śródborowiance" pojawili się: Szymon Szurmiej - dyrektor Państwowego Teatru
          Żydowskiego i przewodniczący Zarządu Głównego Towarzystwa Społeczno-
          Kulturalnego Żydów w Polsce, Jan Jagielski - kierownik Działu Dokumentacji
          Zabytków w Żydowskim Instytucie Historycznym,współautor książek "Niezatarte
          ślady getta warszawskiego" oraz "Zachowane synagogi i domy modlitwy w Polsce",
          Michał Friedman - tłumacz literatury jidysz, profesor Szewach Weiss - ambasador
          Izraela w Polsce, Gołda Tencer - aktorka Państwowego Teatru Żydowskiego i
          dyrektor Fundacji Shalom, Konstanty Gebert - były redaktor naczelny
          miesięcznika żydowskiego "Midrasz", Robert Szuchta - nauczyciel historii w 64
          Liceum Ogólnokształcącym im. S.I. Witkiewicza w Warszawie, współautor programu
          nauczania o Holocauście dla szkół ponadpodstawowych, autor cyklu
          artykułów "Holocaust - zrozumieć dlaczego" publikowanych w miesięczniku
          historycznym "Mówią Wieki", Joanna Nalewajko - pracownik powstającego Muzeum
          Historii Żydów Polskich w Warszawie.

          Trzy ostatnie dni uczestnicy seminarium spędzili podróżując po Polsce.
          Obejrzeli żydowskie zabytki Lublina, krakowski Kazimierz, dawny kwartał
          żydowski w Górze Kalwarii wraz z dworem Alterów, synagogi w Piotrkowie
          Trybunalskim, a także pałace i fabryki żydowskiej burżuazji, synagogę, żydowski
          cmentarz - największy w Europie oraz ulicę Piotrkowską w Łodzi.

          W seminarium wzięli udział również członkowie i działacze Towarzystwa Społeczno-
          Kulturalnego Żydów w Polsce: Henryka i Lejb Szklarowie (Legnica), Elżbieta
          Fajerman (Katowice), Halina Wasilewicz (Częstochowa), Olga Akselrad (Bytom) i
          Julia Jakubowska (Warszawa), którzy język żydowski znają z rodzinnych domów.
          Niestety, w ostatnich latach często nie mieli z kim rozmawiać - zatem
          zaległości sumiennie nadrabiali w Śródborowie rozmawiając z Żydami z krajów
          Europy Wschodniej oraz Izraela. Dzięki tym rozmowom powstały ciepłe relacje
          pomiędzy uczestnikami, a język jidysz zyskał wymiar międzynarodowy.

          Seminarium jidyszystyczne w Śródborowie to ważne wydarzenie.

          Jak widzą je ludzie, którym bliski jest język żydowski?

          Gołda Tencer: To naprawdę było wspaniałe! Po tylu latach, kiedy w Śródborowie
          nie było słychać jidysz, znów mówi się tam po żydowsku. To dobry znak dla
          przyszłości jidysz w Polsce i pracy mojej fundacji, która dąży do ożywienia
          kultury i języka żydowskiego.

          Marcin Szydzisz (doktorant z Wrocławia): Dla mnie - młodego Polaka - seminarium
          było ważnym doświadczeniem. Miałem okazję obcować z żywą kulturą żydowską,
          poznać jej bogactwo oraz spotkać przedstawicieli społeczności żydowskiej i
          osoby zajmujące się w Polsce problematyką żydowską.

          Mitsu Akao (socjolog z Yokohamy): Kultura jidysz jest ważnym składnikiem
          pejzażu kulturowego Europy i w istotny sposób wpłynęła na dzisiejsze oblicze
          narodu żydowskiego. W Japonii niewiele osób zajmuje się językiem i kulturą
          jidysz, dlatego cieszę się z udziału w tym seminarium, tu w Polsce, którą można
          chyba nazwać kolebką jidysz.

          Michał Bilewicz (student z Warszawy): "Jidysz un Jidyszkajt" napawa optymizmem,
          bo pokazuje, że Polska nie stała się wiecznym cmentarzem. Izraelscy nauczyciele
          przyjeżdżają uczyć Żydów i Polaków języka jidysz, przez co ożywiają pamięć
          zmarłego narodu. I wszystko to dzieje się w państwie, w którym Żydów miało już
          w ogóle nie być.

          W samym języku jidysz jest wiele sformułowań, które konfrontują Żydów z resztą
          świata. Mówimy: "jid" i "goj", "mejdł" i "szikse", "jingł" i "szejgec".
          Obecność polsk
    • Gość: ZYDEK [...] IP: 168.143.113.* 30.01.03, 17:59
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Ankieta "Moje wymarzone pismo żydowskie" 30.01.03, 21:06
        Ankieta "Moje wymarzone pismo żydowskie"
        24 czerwca, na festynie kończącym Tydzień Kultury Żydowskiej, obecny był
        również Namiot "Słowa Żydowskiego", w którym przeprowadziliśmy ankietę
        dotyczącą pisma marzeń warszawskich żydów i ich przyjaciół. Korzystając z
        okazji, spytaliśmy również o to, jak powinno wyglądać w Przyszłości "Słowo
        Żydowskie". Oto wyniki ankiety:
        76% responentów czytuje "Słowo Żydowskie"

        41% respondentów czyta każdy numer naszego pisma

        Spośród tych, którzy dotąd nie spotkali się ze "Słowem", były i takie
        głosy: "Pierwszy raz dziś. Nareszcie. Uważam to pismo za naprawdę ambitne..."

        Tak jak spodziewaliśmy się, spośród naszych czytelników większość czyta
        również "Midrasz" (61%). Inne pisma żydowskie, które czytają nasi czytelnicy,
        to: "Szterndlech" (pojawia się domach 53% naszych czytelników) i "Biuletyn
        Pusz".

        Nasi respondenci chcieliby przeczytać w "Słowie Żydowskim":

        "aktualne wiadomości" (tego chyba u nas nie brakuje...),
        "więcej informacji z archiwum ŻiH" (postaramy się),
        "o dzisiejszej imprezie" (w lipcu, obiecujemy...),
        "o Żydach w Warszawie" (a o czymże innym my piszemy?)
        "przepisy kulinarne z naszej kuchni" (stała rubryka Małgorzaty Krasuckiej
        zaspokoi nawet najwybredniejszych smakoszy)
        "rubryczka z humorami" (czasem pojawiają się, może zbyt rzadko?)
        "o znaczeniu kobiet w kulturze żydowskiej" (z pewnością wkrótce nadrobimy
        zaległości w tej materii)
        "o religijności młodych Żydów poza Izraelem" (zapewne należy pisać o tym
        więcej...)
        "o kibucach" (ruchowi kibucowemu planujemy poświęcić wiele miejsca w którymś z
        numerów)


        A jak powinno wyglądać, zdaniem respondentów, idealne pismo żydowskie?

        "kolorowe, kosmopolityczne", "z komiksem, a poza tym filozofia, mistycyzm,
        kącik dla nastolatków", "jak dotychaczas" (DZIĘKUJEMY!), "bliższe społeczności,
        może bardziej podobne do biuletynu", "powinno być po żydowsku", "wiele
        aktualności, zdjęć, zapowiedzi, komentarzy dotyczących aktualnych wydarzeń,
        dyskusji", "kolorowe" (JUŻ WKRÓTCE!), "żywe, kolorowe, ciekawe
        artykuły", "Należy utrzymać dotychczasowy poziom" (A SZEJNEM DANK!), "Idealne
        pismo powinno być ciekawe i kolorystyczne", "powinno wyglądać tak jak Słowo
        Żydowskie".



        Komentarz do Ankety "Moje wymarzone pismo żydowskie":

        Wśród Państwa głosów przeważały opinie życzliwe, za co serdecznie dziękujemy.
        Mamy nadzieję, że zbliżymy się do Państwa wizerunku idealnego pisma
        żydowskiego. Zgodnie z sugestiami z ankiety, już niedługo wprowadzimy kolorową
        okładkę i nową szatę graficzną. Wciąż dbać będziemy o aktualności, będziemy
        poruszać najważniejsze tematy polskiej debaty publicznej (jak ostatnio
        Jedwabne). Zgodnie z sugestią jednej z repodentek, spróbujemy stać się "bliskim
        społeczności biuletynem", dla którego informacje z Gminy, TSKŻ, PUSŻ i innych
        organizacji będą równie ważne jak wielkie wydarzenia polityczne i kulturalne.
        Wszystko to odnajdziecie Państwo na łamach Słowa Żydowskiego - jedynego
        dwutygodnika polskich Żydów



      • jewhaterexterminator Złota Róża 31.01.03, 01:31
        Kartka ze Lwowa
        Złota Róża
        Zofia Leżańska


        Tym żeńskim imieniem nazwano synagogę we Lwowie ufundowaną w 1582 r. przez
        finansistę Izaaka Nachmanowicza, seniora lwowskiej gminy, marszałka (w 1589
        roku) Sejmu Żydów Koronnych w Lublinie. Murowaną synagogę w stylu późno-
        gotyckim wybudował murator włoskiego pochodzenia Paweł Szczęśliwy (Paolo il
        Felice), cechmistrz lwowskiego cechu murarzy. Usytuowana była na wykupionym
        przez Nachmanowicza od rady miejskiej placu Oleskim, małej działce między
        mieszkalnymi budynkami w centrum dzielnicy żydowskiej, blisko murów miejskich i
        arsenału. Początkowo nosiła nazwę Turej zahaw (Złote podwoje), od tytułu dzieła
        lwowskiego rabina Dawida ben Samuela Halewiego, jednego z najsłynniejszych
        komentatorów kodeksu rytualnego Josefa Caro. Upamiętniał go napis widniejący
        nad wejściem do bóżnicy: "Tu modlił się nasz pan i nauczyciel Dawid Halewi,
        autor dzieła Turej zahaw". Wraz z synagogą Paweł Szczęśliwy zbudował dom dla
        rodziny Nachmanowiczów przy ul. Żydowskiej (obecnie dom nr 27 przy ul. I.
        Fiedorowa), przez który prowadziło przejście do bóżnicy. W 1595 roku, już po
        śmierci Izaaka Nachmanowicza, jego synowie (Nachman i Mordechaj) rozbudowali
        budynek świątyni - dobudowano galerię dla kobiet oraz położono podłogę.

        Gdy na początku XVII wieku Jezuici postanowili założyć kolegium we Lwowie,
        otrzymali na własność, na podstawie aktu darowizny podpisanego przez Zygmunta
        III Wazę w 1603 roku, wschodnią część ulicy Żydowskiej - terytorium należące do
        lwowskiej gminy żydowskiej. Rada miejska przekazała ten obszar Jezuitom pod
        pretekstem, jakoby został swego czasu bezprawnie sprzedany gminie żydowskiej.
        Zaczął się długi proces gminy z Jezuitami i miastem o bóżnicę i tereny
        przylegające. W 1604 roku na mocy wyroku sądu królewskiego synagoga przeszła w
        ręce Jezuitów i została przekształcona w kościół. Ale spór trwał dalej, gdyż
        Mordechaj Izakowicz nie zgodził się na udostępnienie przejścia przez swój dom
        do świątyni. Po długich targach gmina żydowska wymogła na Jezuitach rezygnację
        z jej terenów płacąc im za ustąpienie z dzielnicy żydowskiej 20 600 zł.

        W 1609 roku, dwa dni przed świętem Purim, nastąpiło uroczyste otwarcie
        synagogi. Z tej okazji Izaak ben Samuel Halewi napisał hymn dziękczynny "Pieśń
        zbawienia" (Szir geula). Odczytywano go odtąd co roku w szabat przypadający po
        Purim. Zwój, na którym hymn został napisany, przechowywano w skarbcu synagogi.

        Kilkanaście lat po procesie o bóżnicę zaczęły powstawać legendy o jej cudownym
        ocaleniu. Ich bohaterką stała się synowa Nachmanowicza, żona jego syna
        Nachmana - Róża, zwana di goldene Rojze (Złota Róża). I to właśnie od jej
        imienia pochodzi nazwa synagogi. Róża Nachmanowiczowa odgrywała znaczącą rolę w
        życiu lwowskiej społeczności żydowskiej. Brała udział w procesie z Jezuitami
        reprezentując interesy gminy i wykorzystując swoje wpływy w środowisku polskiej
        magnaterii. Prawdopodobnie znała arcybiskupa lwowskiego Jana Grzymałę
        Zamojskiego. Dzięki m.in. jego pośrednictwu doprowadzono do ugody z Jezuitami i
        zwrotu synagogi oraz żydowskich domów. Po śmierci Róży w 1637 roku fakty z jej
        życia i działalności zaczęły się zacierać w pamięci Żydów. Legenda o niej
        krążyła w różnych wersjach. Popularny stał się motyw męczennicy i bojowniczki o
        świątynię. Według tej opowieści Róża miała ofiarować biskupowi lwowskiemu cały
        swój majątek na wykupienie bóżnicy. Biskup zgodził się, ale gdy zażądał, aby
        została jego kochanką - popełniła samobójstwo. Według innej wersji legendy
        Jezuici zrezygnowali z synagogi zniechęceni żądaniem Róży, aby płacili za
        przejście przez dom Nachmanowiczów.

        Bóżnica "Złotej Róży" początkowo była prywatną własnością rodziny
        Nachmanowiczów. W latach 1604-1801 pełniła rolę gminnej synagogi. W budynku
        miał swą siedzibę sąd, przechowywano tu także księgi gminy. Świątynię
        remontowano kilkakrotnie, m.in. w 1664, 1915 i 1918 roku. Podczas II wojny
        światowej została spalona przez Niemców. Z pożaru ocalały mury i sklepienie. W
        czasach powojennych popadła w całkowitą ruinę. Pozostały tylko fragmenty ściany
        wschodniej oraz północnej z zarysem sklepień.

        W latach osiemdziesiątych rozpoczęto prace konserwacyjne na terenie synagogi.
        Inicjatorem odrodzenia "Złotej Róży" jest Michael Goldman, prezes lwowskiej
        gminy judaizmu postępowego. Z jego inicjatywy utworzono Lviv Region United
        Jewish Community "Golden Rose" - Zjednoczoną Gminę Żydowską Okręgu
        Lwowskiego "Złotą Różę". Biuro kongregacji rozsyła do środowisk żydowskich na
        świecie petycje z prośbą o datek na odbudowę synagogi w wysokości 1 dolara.

        Wszyscy zainteresowani projektem rekonstrukcji bóżnicy "Złotej Róży" i pragnący
        udzielić wsparcia finansowego proszeni są o kontakt z:

        12 Scholem-Aleychem str.
        79007 Lviv, Ukraine
        tel. (0380322) 72-26-61
        tel./fax (0380322) 75-78-27



    • Gość: Malgosia [...] IP: 209.234.157.* 31.01.03, 03:41
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Klezmera bemole i łzy 01.02.03, 03:42
        Klezmera bemole i łzy
        Dwupłytowy album Leopolda Kozłowskiego
        Wacław Krupiński


        Tych miasteczek nie ma już. /Pokrył niepamięci kurz. /Te uliczki, lisie czapy
        kupców rój - pisał przed laty Wojciech Młynarski reagując na hańbę marca 1968
        roku. Na szczęście po latach kolejne dziejowe wiatry rozwiały ów pył
        przysłaniający pamięć o świecie Chagalla, Schulza, Singera, Perlmana, a i
        krakowskiego stolarza i poety Gebirtiga, co to żył na Kazimierzu, zanim
        nadeszła Zagłada... Od lat stopniowo powraca tamten świat - w kolejnych
        inscenizacjach Skrzypka na dachu, w pojawiających się piosenkach (8 lat, do
        1987 roku, czekała płyta artystów Teatru Żydowskiego Gwiazdy na dachu), w
        czasie festiwali na krakowskim Kazimierzu, które stały się fenomenem na skalę
        światową.

        To na Kazimierzu przycupnął ostatni klezmer Galicji, czy też Rzeczypospolitej,
        Leopold Kozłowski, kompozytor i muzyk, którego nazwisko bodaj więcej mówi w
        USA, gdzie nazywany jest ostatnim klezmerem Europy, niż w Polsce, o którą bił
        się jako żołnierz AK i I Armii Wojska Polskiego. Muzyka w jego rodzinie
        rozbrzmiewała od pokoleń - dziadek, Pejsach Brandwein, stworzył z synami kapelę
        grywającą na dworze Franciszka Józefa - i założył Zespół Pieśni i Tańca
        Krakowskiego Okręgu Wojskowego. A potem była cygańska Roma i grecki zespół
        Hellen, i wspomniany warszawski Teatr Żydowski.

        I taka też jest klezmerska muzyka; łączy nuty żydowskie, cygańskie, polskie,
        huculskie. Acz dominuje smętek, liryzm, nostalgia, bo to muzyka pisana w
        bemolach, zatem i uśmiech w niej ma opadające kąciki ust. Dlaczego? Bo klezmer
        grając nie tylko gra - on opowiada dzieje swojego narodu, jego smutki i jego
        radości - jak mówił Leopold Kozłowski w jednym z wywiadów.

        Od kilku lat Leopold Kozłowski prezentuje nie tylko na Kazimierzu dawne,
        tradycyjne, jak i napisane przez siebie pieśni i piosenki żydowskie. Program
        Rodzynki z migdałami poruszył mnie już dwa lata temu, zatem tym chętniej
        wybrałem się w grudniu do krakowskiej synagogi Tempel na jego rejestrację
        telewizyjną, połączoną z premierą dwupłytowego albumu. Kamery, światła - nie
        sprzyja to intymnemu odbiorowi. A jednak w pięknej synagodze czuło się klimat
        coraz bardziej zaciskającego się w gardłach wzruszenia, coraz silniej
        napływających pod powieki łez. I popłynęły. Jeszcze nie wtedy, gdy Katarzyna
        Jamróz przejmująco interpretowała piosenkę Leopolda Kozłowskiego Gdy jedna łza,
        jeszcze nie wówczas, gdy w duecie z Martą Bizoń obozową kołysanką Machen di
        ajgełech wywołały ból matki, nie przy dawnej kołysance Rodzynki z migdałami
        pięknie śpiewanej przez Renatę Świerczyńską, ani przy Miasteczku Bełz,
        zwłaszcza że przerywały ich nastrój piosenki radosne: Cymes, którym czarowała
        Marta Bizoń, Wu bistu gewen - Andrzeja Roga, jakby wyjętego z kart Austerii
        Stryjkowskiego, czy Az der rebe tanct, którym porywają do tańca Katarzyna
        Jamróz i sam Kozłowski. Ale gdy wszyscy wykonawcy - także Katarzyna Zielińska i
        Jacek Cygan - podjęli pieśń Drzewka Kazimierza, atmosfera żalu wypełniła
        synagogę na tyle, że pewne było, iż tego wieczoru łzy nie będą tylko tematem
        piosenki. A jeszcze czekało nas wyznanie samego Leopolda Kozłowskiego - już nie
        śpiew, lament bardziej - W tych miasteczkach już nie ma nas. Nie ma; odszedł
        świat rodziny Kleinmanów, świat Przemyślan koło Lwowa, gdzie urodził się
        ostatni klezmer Galicji - jak nazwał się na płycie Leopold Kołzowski, świat
        Drohobycza, gdzie tworzył Schulz, i tarnopolskiej ziemi, gdzie wyrastał wielki
        skrzypek Perlman... Świat, który pięknie zamknął w słowach Jacek Cygan,
        zaprzyjaźniony z kompozytorem autor większości polskich tekstów. Napisał m.in.:
        Pan chce mieć naszyjnik z naszych łez - i widać było, jak ozdabiają one twarze
        słuchających.

        Oczywiście wartością samą w sobie jest ta muzyka, zwłaszcza że grają wybitni
        instrumentaliści: Kazimierz Moszyński - flet, Andrzej Godek - klarnet, Andrzej
        Czechowski - puzon, Halina Jarczyk - I skrzypce i koncertmistrz, Michał
        Półtorak - II skrzypce, Michał Kiska - wiolonczela, Józef Michalik - kontrabas,
        Sławomir Berny - instrumenty perkusyjne, Konrad Mastyło - fortepian. Dyryguje
        nimi maestro Kozłowski, zarazem autor wielu aranżacji. W żadnej innej muzyce
        skrzypce nie brzmią tak rzewnie, a klarnet nie łka tak dojmująco...

        Aż się wierzyć nie chce, że tak wspaniały, legendarny muzyk dopiero teraz wydał
        firmowane swoim nazwiskiem płyty. Zawarł zatem na nich całą tkwiącą w
        klezmerskiej duszy muzykę, a i pamięć swego losu, który w połowie XX wieku tak
        tragicznie przywołał średniowieczną legendę o Żydzie Wiecznym Tułaczu.

        Dodajmy, że dwupłytowy album, z 31 piosenkami po polsku i w jidysz, zrealizował
        Aleksander Wilk, przy udziale Haliny Jarczyk, a wydał Klezmer Hois Wojciecha
        Ornata.

        W tych miasteczkach już nie ma nas, /Nasze miejsca rozdał czas /Lecz bogaci czy
        biedni /Wciąż stamtąd jesteśmy /I to się nie zmieni.


      • jewhaterexterminator Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty 01.02.03, 03:46
        Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty
        Agnieszka Kowalska


        W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Izraelu ambasada w Warszawie wraz
        z galerią Zachęta zorganizowały niewielką wystawę wybitnego fotoreportera
        dziennika "Haarec" - Alexa Levaca zatytułowaną "Nasz kraj".

        11. 02. 2002 wystawę otworzyli: minister kultury Andrzej Celiński (jako że
        Zachęta jest polską galerią narodową) i ambasador Szewach Weiss oraz dyrektor
        galerii Zachęta Agnieszka Morawińska.

        Mówcy podkreślili, że narody polski i żydowski łączy długa, bogata i trudna
        przeszłość, a podobne inicjatywy kulturalne mają służyć wzajemnemu poznawaniu
        się, a w dalszej perspektywie zaleczeniu zastarzałych ran tak, abyśmy mogli
        wreszcie zobaczyć siebie nawzajem: świeżo, zwyczajnie, z ciekawością i bez
        uprzedzeń.

        Wystawa Alexa Levaca niewątpliwie sprzyja spojrzeniu w ten sposób, ponieważ
        różni się od wystaw zdjęć z Izraela, do jakich przywykliśmy. Najczęściej
        spotykamy dwa nurty: jeden religijny, pielgrzymkowy, chrześcijański bądź
        żydowski i drugi - polityczny, pełen spotkań czołowych polityków, a ostatnio -
        niestety - krwawych jatek w związku z zaogniającym się prawie do otwartej wojny
        konfliktem z Palestyńczykami.

        Wyostrzona uwaga Alexa Levaca spoczęła gdzie indziej: na dokumentowaniu życia
        zwykłych ludzi, portretowaniu ich w rozmaitych, często zabawnych a jednocześnie
        skłaniających do zadumy sytuacjach - najczęściej gdzieś w Tel Awiwie lub w
        Jerozolimie. Istotą tych zdjęć jest uważne, długotrwałe i cierpliwe
        przypatrywanie się izraelskiej ulicy, plaży i innym miejscom, w których bywają
        ludzie i... zwierzęta, bo one często towarzyszą ludziom i w nie mniejszym
        stopniu bywają bohaterami uwiecznionych przez Levaca chwil.

        Na wernisażu spotkałam zawiedzione osoby, którym zaprezentowane prace wydały
        się nazbyt błahe w stosunku do ich oczekiwań. Przecież Alex Levac należy do
        czołówki izraelskich fotoreporterów, ma stałą kolumnę w dzienniku "Haarec",
        którego znaczenie można porównać do "Gazety Wyborczej", zatem oczekiwanie na
        ważkie tematy wydaje się być naturalne.

        Co autor ma do powiedzenia w swojej obronie?

        Chciałbym, aby wszystkie moje zdjęcia były wspaniałe, pełne historycznych,
        społecznych i antropologicznych znaczeń, ale bardzo niewiele z nich osiąga ten
        poziom. Częściej rezultaty są po prostu anegdotyczną, wizualną rozrywką,
        zestawieniem fragmentów rzeczywistości, które zwykle się ze sobą nie łączą.
        Czasami prostą, czasami złożoną, ale zawsze taką, która mówi coś o nas (z
        katalogu wystawy).

        Właśnie - nawet scena, w której kobiety w altance niańczą swe dzieci, a jedna -
        królika, albo taka, gdzie pod tablicą z wymalowaną, leżącą w seksownej pozie
        Marilyn Monroe, śpi w wózeczku mała dziewczynka, a obok, na schodach
        dziecięcego wesołego miasteczka siedzi jej matka, ortodoksyjna żydówka - takie
        sceny też coś mówią o tym kraju i jego mieszkańcach. Bo - jak twierdzi Alex
        Levac i jak możemy się przekonać, przyglądając się uważnie fotografiom -
        kultura Izraela jest ekstrawertyczna, na ulicach króluje otwartość,
        komunikatywność i nawarstwienie symboli. Owa rzeczywistość wręcz domaga się
        bystrego i myślącego fotografa, który "zamrozi" konkretne epizody z toczącego
        się nieustannie teatru życia. W momencie wyzwalania migawki, potem podczas
        rekonstrukcji rzeczywistości w ciemni i wreszcie w kompozycji wystawy -
        dokonuje się wybór. Jest on odbiciem osobowości i wizji świata autora. Dlatego
        Alex Levac nie robi wielu zdjęć, a na prezentowanej wystawie jest ich zaledwie
        trzydzieści. Na tytułowej fotografii widzimy ciemnoskórą nastolatkę, której
        ktoś wpina we włosy malutkie izraelskie chorągiewki.

        Spośród moich ulubionych wymienię: kobietę, która pasie owce siedząc na
        biurowym krześle w górzystym pustkowiu; przygarbionego staruszka ze sztangą na
        ulicy; parę nowożeńców na plaży nad zrobionymi z piasku postaciami Samsona i
        Dalili oraz mężczyznę trzymającego telefon komórkowy w sposób analogiczny do
        gestu Jezusa na wizerunku widocznym za plecami mężczyzny.

        W izraelskiej arce wielu kultur i religii, jak wspomniałam, znalazło się
        miejsce dla zwierząt. Wyobraźmy sobie np. wielbłąda klęczącego nabożnie przed
        Elvisem Presleyem, namalowanym na gospodzie pod jego "wezwaniem" w Jerozolimie
        albo kundla mknącego z reklamówką w pysku, na której widnieje głowa kota.

        Ciepło, humor i dystans charakteryzują fotografie Alexa Levaca.

        Miłość to znaczy popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy... -
        według poety Czesława Miłosza owa postawa leczy serce ze zmartwień.

        Niestety, wystawa w Zachęcie już się zakończyła, ale można będzie ją jeszcze
        zobaczyć w marcu we Wrocławiu, a w kwietniu w Świdnicy.



    • Gość: pro+se [...] IP: 64.246.11.* 31.01.03, 17:29
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • Gość: pro+se [...] IP: 216.127.82.* 31.01.03, 18:59
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
        • jewhaterexterminator [...] 01.02.03, 03:44
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim 01.02.03, 03:43
        Wspomnienie o Julianie Stryjkowskim
        Ryszard Wasita


        W sierpniu mija rocznica śmierci Juliana Stryjkowskiego. Chcielibyśmy
        zaproponować czytelnikom Serwisu Internetowego "Słowa Żydowskiego" lekturę
        fragmentu powieści Stryjkowskiego "Wielki Strach", która ukazała się nakładem
        Czytelnika w 1990 roku. Poniżej przedstawiamy wspomnienie o pisarzu, pióra
        Ryszarda Wasity, które ukazało się w "Słowie Żydowskim".

        Najmilsza formuła spotkania, jaką sobie można wyobrazić: żadna rocznica, ani
        okrągła ani zwykła, żadne koturny, żaden patos. Po prostu grono (całkiem duże)
        polskich pisarzy, ludzi zaprzyjaźnionych kiedyś z Julianem Stryjkowskim i
        miłośników jego sztuki pisarskiej, spotkało się, aby powspominać autora Snu
        Azrila.

        Pesach Stark urodzony 27 kwietnia 1905 roku w galicyjskim mieście Stryj (stąd
        pseudonim literacki a potem i nazwisko) dożył wieku sędziwego, zmarł 8 sierpnia
        1996 r. Pracował intensywnie do końca. "Jeszcze na parę miesięcy przed swą
        śmiercią - mówi pisarz młodego pokolenia Piotr Szewc, serdecznie ze
        Stryjkowskim zaprzyjaźniony - Julian tłumaczył z hebrajskiego mądrości Starego
        Testamentu i Talmudu. Było to jego ostatnie dzieło godne talentu, wiedzy i
        sędziwego wieku".

        Nie dokończył powieści poświęconej Baruchowi Spinozie, a przygotowywał się do
        niej przez wiele lat dogłębnie studiując filozofię, teologię i historię.

        Dobrym wprowadzeniem do wystąpień Henryka Berezy, Marka Nowakowskiego i Piotra
        Szewca były fragmenty tekstów samego Juliana Stryjkowskiego, odczytane
        znakomicie przez młodego aktora Adama Baumana. Przypomniał on owo słynne
        przemówienie wygłoszone przez pisarza na swoim osiemdziesięcioleciu
        zorganizowanym przez Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza i Uniwersytet
        Warszawski, z tym powtarzającym się dramatycznie pierwszym polskim słowem
        wychowanego dotąd w języku jidysz chłopca: "Jestem". Usłyszeliśmy też fragment
        późnej książki (bo z roku 1992) pt. Sarna albo rozmowa szatana z chłopcem,
        aniołem i Lucyferem.

        Henryk Bereza, który pisał wielokroć o książkach Juliana Stryjkowskiego i był
        redakcyjnym kolegą autora Przybysza z Narbony, przypomniał "leżakujące" długo
        arcydzieło Juliana Stryjkowskiego, czyli Głosy w ciemności, które wreszcie w
        roku 1955 w czterech kolejnych zeszytach opublikowała
        iwaszkiewiczowska "Twórczość". Zdaniem Henryka Berezy, pisarza o wyrafinowanym
        smaku i znawcy literatury stosującego ostre kryteria wartości, Julian
        Stryjkowski może być zestawiany prawomocnie z Bolesławem Leśmianem i Brunonem
        Schulzem. "Sam Stryjkowski - przypomniał Bereza - miał optykę komparatystyczną
        inną - dla niego punktem odniesienia była twórczość Adolfa Rudnickiego". Autor
        Przybysza z Narbony, choć uwikłany w pewnym okresie życia w komunizm
        (przyjaciele żartowali, że odbył Bieg do Fragala i z powrotem), "nigdy - cytuję
        dosłownie Henryka Berezę - nie sprzeniewierzył się pisarskiej suwerenności,
        nawet w Biegu do Fragala".

        Pisarz zupełnie innego niż Stryjkowski pokolenia, środowiska i miejsca - bardzo
        warszawski twórca Marek Nowakowski, przez długi czas był jednym z najbliższych
        przyjaciół pana Juliana. Mówił pięknie i mądrze o starym pisarzu i starym
        człowieku. Bez solenności, a serdecznie. Wspomniał, czym była dla niego,
        jeszcze młodego chłopaka, lektura Głosów w ciemności. Od razu odkrył, że jest
        to proza "kolczasta", pełna wewnętrznej energii, obca tradycjom
        stylistyki "eleganckiej". Marek Nowakowski nazwał Juliana Stryjkowskiego
        odnowicielem polszczyzny, bo wniósł do niej - oczywiście nie dosłownie -
        hebrajszczyznę, jidysz, tradycje sztetł "z pierwszej ręki". Zestawił
        Stryjkowskiego z innym wielkim pisarzem polskim - Leopoldem Buczkowskim, z
        bliskiego regionu (Podole). Autor Czarnego potoku wsączył w polszczyznę soki
        ukraińskie.

        Marek Nowakowski przypomniał o nieprzeciętnej wiedzy Stryjkowskiego o świecie
        przyrody (zwłaszcza flory), która nie uwidoczniła się jednak w jego
        pisarstwie. "Deklarując brak wiary - przypomniał Marek Nowakowski - był autor
        Echa głęboko zanurzony w filozofię, w teologię, czytał w oryginale księgi
        biblijne, wracał do judaizmu, przyjaźnił się z chrześcijańskim teologiem,
        dominikaninem - ojcem Jackiem Salijem. Problem życia wiekuistego nie był dla
        Juliana Stryjkowskiego problemem abstrakcyjnym, ale życiowym i to centralnym.
        Nie był wolny od ludzkich słabości, ale nie rozczarowałem się do Juliana
        Stryjkowskiego jako człowieka" - zakończył autor Benka Kwiaciarza.

        Piotra Szewca (urodził się w 1961 roku w Zamościu) szczęśliwy los związał na
        długo przyjaźnią i współpracą z Julianem Stryjkowskim. Wiele czasu zajęło
        przygotowanie obszernej księgi rozmów młodego autora Zagłady ze starym twórcą
        Austerii.

        Dla mnie ta ich wspólna księga - Ocalony na Wschodzie - to jedna z
        najważniejszych lektur pozwalających lepiej zrozumieć polski i europejski wiek
        XX. I myślę, że nie tylko dla mnie.

        Na penklubowym spotkaniu otrzymaliśmy też najnowszą książkę Piotra Szewca pt.
        Syn kapłana. Owe "zapisy z pamięci" mówią nam wiele o skomplikowanej osobowości
        wielkiego pisarza, jakim był Julian Stryjkowski.

        Sam pamiętam wiele epizodów z życia pisarza z różnych lat (od 50. począwszy),
        jego niektóre opinie o ludziach i wydarzeniach (nigdy układne, zawsze
        trafiające w sedno, często bardzo ostre). Z Warszawy, a przede wszystkim z
        podwarszawskich Obór i Konstancina.

        Julian Stryjkowski był bardzo, ale to bardzo nieufny wobec ludzi. Toteż czułem
        się naprawdę wyróżniony, gdy swego czasu powierzył mi dużą sumę (otrzymał
        właśnie honorarium, bodaj za Króla Dawida), a potem przyniósł jeszcze do mego
        pokoju w Oborach jakieś dolary, marki niemieckie, franki szwajcarskie, aby je
        przewieźć do Warszawy i oddać pani Kopińskiej na ulicy Nowogrodzkiej. Dla
        wyjaśnienia - była to zaprzyjaźniona z pisarzem redaktorka z
        wydawnictwa "Czytelnik".

        Kiedyś, gdy spacerowaliśmy w parku oborskim, rozmowa zeszła na Jana Pawła II.
        Powiedziałem pisarzowi, że jestem mu wdzięczny za jego wypowiedź po wyborze
        Karola Wojtyły na papieża. Ujawnił mi wtedy, że tekst opatrzył tytułem, który
        cenzura "zdjęła" i z czasopisma i potem z książki zbiorowej, która się ukazała
        w serii Biblioteka Więzi. A tytuł ten brzmiał: Drugi chrzest Polski.

        Wszystko, co dotyczy Juliana Stryjkowskiego jest godne pamięci. Ukazały się
        tomy wspomnień o Antonim Słonimskim, o Kazimierzu Wierzyńskim. Czekamy na
        książkę wspomnień o twórcy Austerii.



    • Gość: jewhater [...] IP: 130.94.106.* 01.02.03, 16:40
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Grzeszny raj 08.02.03, 17:32
        Odcienie szwedzkiej tolerancji
        Grzeszny raj
        Jerzy Sławomir Mac


        Problematyka tolerancji i wielokulturowości zdominowała Dni Szwedzkie w
        Collegium Civitas - prywatnej wyższej uczelni nauk społecznych utworzonej pod
        auspicjami Polskiej Akademii Nauk.

        - Szwedzkie doświadczenia w tej dziedzinie są najbardziej przydatne dla
        polskiej drogi do Unii Europejskiej - przekonywał prof. Ryszard Czarny, były
        ambasador Polski w Sztokholmie, dziś pełnomocnik MSZ do spraw organizacji
        Polskiego Roku w Szwecji 2003.

        Pod względem otwartości i tolerancji Szwecja uchodzi za europejski wzorzec z
        Sevres, podczas gdy w Polsce postawy nietolerancji i ksenofobii są jedną z
        większych przeszkód w społecznej akceptacji reguł unijnych, a pojęcie "polski
        antysemityzm" weszło do globalnego obiegu językowego tak jak "polnische
        Wirtschaft". Jednak szwedzka wielokulturowość jest całkiem świeżej daty, tak
        jak polska homogeniczność narodowa.

        Jak mówił prof. David Gaunt z Sodertorns Hogskola, przez długie wieki było
        dokładnie na odwrót. Polska, od zjednoczenia z Wielkim Księstwem Litewskim w
        1573 r. aż do II wojny światowej była wspólnotą wieloetniczną i wieloreligijną.
        Współżyły w niej rozmaite narody i kultury. Tymczasem Szwecja aż do II wojny
        światowej była państwem jednego narodu, jednej religii, jednego języka, jednej
        kultury.

        Tolerancja, wywodząca się z nurtu liberalnego, była obca szwedzkiej tradycji
        konserwatywnej, nieakceptującej "innych", "obcych". W 1939 r. czołowy dziennik
        szwedzki "Dagens Nyheter" donosił na pierwszej stronie, że na Kungsgatan,
        głównej ulicy Sztokholmu, widziano dwóch Chińczyków, a tenor tej informacji nie
        był im życzliwy.

        Gdy Polska w XVI-XVIII w. stanowiła rzadki w ówczesnej Europie model otwartości
        i tolerancji, Szwecja była państwem totalitarnym i zmilitaryzowanym, z którego
        uciekali "myślący inaczej".

        W XIX w. wyemigrowało ponad milion Szwedów. Od nielicznych imigrantów, np.
        belgijskich Walonów, którzy zbudowali szwedzki przemysł, oczekiwano całkowitej
        asymilacji, a Żydom, uchodzącym z Rosji przed pogromami, pozwalano osiedlać się
        tylko w czterech miastach-gettach. W latach 20. XX w. Szwecja wprowadziła prawo
        wydalania cudzoziemców, stosowano je głównie wobec "obcych" rasowo i
        religijnie: katolików i Słowian. Mało kto wie, że to właśnie na żądanie Szwecji
        (oraz Szwajcarii) władze hitlerowskich Niemiec zaczęły wbijać literę "J" (Jude)
        do paszportów emigrujących Żydów, by można ich było odróżnić od "prawdziwych"
        aryjskich Niemców. Starannie przemilczany bywa również fakt, że w 1939 r.
        szwedzcy akademicy nominowali do pokojowej nagrody Nobla kanclerza Niemiec
        Adolfa Hitlera, za to, że w Monachium uchronił Europę przed groźbą wojny...

        Po II wojnie światowej nastąpiła radykalna zmiana, wymuszona przez okoliczności
        globalne. Otwartość dla uchodźców politycznych stała się nagle elementem
        szwedzkiej racji stanu, a tolerancja i równouprawnienie mniejszości podstawowym
        kanonem prawnym. Przez 50 lat Szwecja przyjęła prawie 2 mln imigrantów z całego
        świata, w tym ok. 40 tys. Polaków i polskich Żydów. Dziś co czwarty obywatel
        tego państwa ma cudzoziemskie korzenie, ale rdzenni Szwedzi jeszcze nie do
        końca akceptują tę nową w ich historii sytuację. Dla Andrieja Kotlarczuka z
        Białorusi, pracującego od dwóch lat na uniwersytecie w Sztokholmie, Szwecja to
        kraj wolny i tolerancyjny, wręcz raj w porównaniu z państwem Łukaszenki, a znów
        pochodzący z Syrii Nuri Kino, dziennikarz "Dagens Nyheter", wspomina, że kiedy
        przyjechał jako mały chłopiec w 1974 r., Szwedzi z niedowierzaniem dotykali
        jego czarnych, kręconych włosów.

        Blaski i cienie szwedzkiej tolerancji ukazał w doskonałej multimedialnej
        prezentacji dr Leon Kantor, jeden z 2,5 tysiąca osiadłych w Szwecji polskich
        Żydów wypędzonych po Marcu 68, dziś politolog na Uniwersytecie Sztokholmskim,
        przewodniczący Federacji Imigrantów w Szwecji, członek rządowej Komisji ds.
        Równości Etnicznej i Integracji i redaktor naczelny pisma "Kosmopolit".
        Przypomniał, że kiedy w latach 30. w Europie, także w Polsce, triumfowały
        tendencje faszystowskie, szwedzka partia narodowosocjalistyczna dostała w
        wyborach 1936 r. tylko 20 tys. głosów. Z drugiej strony, kiedy Kristalnacht
        wywołała oburzenie opinii publicznej w całej Europie, szwedzkie korporacje
        studenckie i związki zawodowe apelowały do rządu, by nie wpuszczać Żydów. Nie
        zaprotestowała wówczas nawet sztokholmska gmina żydowska, "bardziej szwedzka od
        protestanckich Szwedów". W tym czasie utworzony w 1922 roku państwowy Instytut
        Biologii Rasowej sterylizował masowo "niepełnowartościowe rasowo" kobiety. Ten
        proceder trwał aż do lat 60.! Przeprowadzono łącznie ponad 60 tys. zabiegów.

        Pod koniec wojny szwedzki Czerwony Krzyż - "drugi symbol dobroci tego świata po
        Jezusie" - uratował dwa tysiące Żydów z obozów w Ravensbrueck i Neuengamme w
        akcji Białych Autobusów, ale wcześniej rozdawał "dary serca" hitlerowcom
        wracającym via Szwecja z podboju Norwegii. Szwecja udzieliła schronienia 70
        tysiącom fińskich sierot z wojny 1939 r. z Rosją - i tylko 500 żydowskim
        dzieciom Holocaustu w czasie całej II wojny światowej. Odmawiano jednak wjazdu
        ich rodzicom, rozdzielano rodzeństwa, a rodziny, w których je ulokowano,
        wykorzystywały je do posług i żądały od władz zwrotu wszystkich wydatków, nawet
        za znaczki na listy pisane przez te dzieci.

        W tym samym czasie - przypomniał Kantor - kilka kobiet z Żegoty z Ireną
        Sendlerową ocaliło 2,5 tysiąca żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Dwa
        razy więcej istnień ludzkich niż słynny w całym świecie Schindler. Ale
        na "Listę Schindlera" Spielberg miał 100 milionów dolarów, a na
        nakręcenie "Listy Sendlerowej" Michał Dudziewicz musiał zastawić samochód za 30
        tys. zł...

        Słynna akcja Raoula Wallenberga ratowania Żydów węgierskich była jego prywatną
        inicjatywą ledwo tolerowaną przez jego rząd, który przyznał mu limit wiz dla
        ocaleńców, kilkakrotnie przezeń przekroczony. Niewykluczone, że gdyby
        Wallenberg nie został aresztowany i zamordowany przez Sowietów, poniósłby
        konsekwencję za tę urzędniczą niesubordynację, jak Aristides de Sous Mendes,
        portugalski konsul w Bordeaux, który za samowolne wydanie 30 tys. wiz swego
        kraju francuskim Żydom został karnie wydalony ze służby. Szwecja wystawiła
        swemu bohaterowi pomnik dopiero w 2001 r., w wiele lat po Ameryce. Pomnik
        zresztą prawie niewidoczny i porażający brzydotą.

        Odnosząc się do gościny udzielonej przez Szwecję marcowym emigrantom, Kantor
        nie mógł nie wtrącić nuty osobistej. Kiedy wczesną wiosną 1968 r. zdecydował
        się wyjechać jako jeden z pierwszych, Szwecja odmówiła mu wizy, bo nie był
        lekarzem ani specjalistą, a "tylko" lektorem w Wyższej Szkole Pedagogicznej.
        Musiał skierować się do Danii, która nie robiła selekcji.

        W połowie lat 70. szwedzki parlament uznał prawo imigrantów do kultywowania ich
        języka (pierwszy elementarz w języku kurdyjskim wydano w Sztokholmie), a stałą
        pozycją szwedzkiego budżetu stała się pomoc finansowa dla mniejszości
        etnicznych. Nie zakazał jednak działalności partii i organizacji
        ksenofobicznych, głoszących hasła "Szwecja dla Szwedów", a eksport
        nazistowskiej muzyki White Power do krajów, gdzie jej produkcja jest zakazana
        (np. do Niemiec) jest znaczącą pozycją szwedzkiego bilansu handlowego.

        Rząd Görana Perssona wprowadził cztery lata temu ogólnonarodową akcję edukacji
        o Holocauście i jego następstwach, jednocześnie rośnie liczba przestępstw na
        tle nienawiści rasowej. Szwecja przyjęła 50 tys. uchodźców z Bośni (sąsiednia
        Finlandia kilkudziesięciu) i o tyle samo wzrosła liczba wyborców partii
        nacjonalistycznej, która w ostatnich wyborach zyskała już prawie 5 proc.
        głosów.

        - Szwedzka droga do tolerancji jest bardzo wyboista, tym bardziej warto się z
        niej uczyć - konkludował Kantor


    • Gość: Kasia [...] IP: 209.234.157.* 03.02.03, 17:18
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Czy Autonomia wybierze pokój z Izraelem? 08.02.03, 17:33
        Po akcji wojskowej Izraela na Zachodnim Brzegu
        - Czy Autonomia wybierze pokój z Izraelem?
        Adam Rok


        Ostatnio czytałem wypowiedź palestyńskiego polityka, który dowodził, że Unia
        Europejska nie zaakceptowała oskarżeń izraelskich, iż podręczniki dla szkół
        palestyńskich zawierają treści antysemickie. Jest akurat odwrotnie: Unia
        przyznała rację Żydom i cofnęła dotację na ten cel.

        Rzeka kłamstw i przeinaczeń preparowanych przez Arabów zalewa cały świat.
        Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie sprzyjają szczególnie ich
        rozpowszechnianiu. Ileż to razy arabska propaganda, a za nią światowe media
        informowały o izraelskim szturmie na Bazylikę Narodzenia Pańskiego w Betlejem?
        Albo o setkach zabitych cywili w Dżeninie...

        Izrael musi dzisiaj stawić czoła dwóm okrutnym faktom: zdziczałej kampanii
        terroru fizycznego i równie okrutnemu, głęboko niesprawiedliwemu terrorowi
        propagandowemu ze strony nie tylko arabskiej, ale także europejskiej.

        Pominę środowiska lewackie, od zarania antyizraelskie, ale także w środowiskach
        poważnej lewicy funkcjonuje stereotyp bezbronnych Palestyńczyków i uzbrojonych
        Izraelczyków zagradzających tym pierwszym drogę do wolności.

        Uparcie nie przyjmuje się jednak do wiadomości, że owa palestyńska droga do
        wolności nie zasadza się na budowie państwa palestyńskiego obok Izraela, ale w
        miejsce Izraela. I że w dzisiejszym czasie nie trzeba mieć rakiet, czołgów i
        samolotów bojowych, by zniszczyć jakieś państwo, jego życie publiczne i
        ekonomiczne. Wystarczy bomba, materiał wybuchowy, brak skrupułów i pogarda dla
        ludzkiego życia, by równie skutecznie jak przy pomocy wojska powalić nawet
        silny organizm państwowy.

        Atak na World Trade Center pokazał, że atak terrorystyczny może narazić nie
        tylko pojedynczy kraj, ale świat na niewyobrażalne straty ekonomiczne. Izrael
        przeżył w okresie ostatniej intifady dziesiątki zamachów, które przyniosły
        olbrzymie straty gospodarcze oceniane na około 2,5 mld dolarów, upadek
        turystyki, hotelarstwa, straty handlu, wielki wzrost bezrobocia.

        Terrorystyczny kataklizm, który dotknął państwo żydowskie, kosztował życie
        blisko 500 Izraelczyków, w tym przeszło 90-ciorga dzieci. Ginęły całe rodziny,
        tak jak to miało miejsce podczas wieczerzy sederowej w Netanii. Blisko 2500
        osób, w tym bardzo wielu młodych, zostało okaleczonych, wielu bardzo ciężko,
        wielu przez całe życie będzie się borykało z kalectwem.

        W olbrzymiej większości przypadków ofiarami zbrodniczych zamachów palestyńskich
        terrorystów padali ludzie zupełnie przypadkowi: przechodnie na zatłoczonej
        ulicy, klienci sklepów, restauracji, kawiarń, dzieci jadące do szkoły, młodzież
        na dyskotece, pasażerowie autobusów. Okrucieństwo tych zamachów nie ma sobie
        równych. Środki wybuchowe przygotowywano w ten sposób, by zabijały jak
        najwięcej i raniły jak najbrutalniej.

        To nie były spontaniczne akty palestyńskiego gniewu, lecz mordy przeprowadzone
        z zimną krwią i chłodną kalkulacją. Ich celem było zdezorganizowanie życia
        publicznego w Izraelu, doprowadzenie do psychozy strachu i poczucia bezsilności
        wobec terrorystów, którzy mogą zabijać gdzie chcą i kiedy chcą. Żerowano na
        tym, że organizatorzy zamachów, wysyłając żywe bomby na ulice izraelskich
        miast, sami kryli się za murami Autonomii, która ich wyposażała, finansowała i
        chroniła przed odwetem Izraela.

        Jak by nie oceniać kontrowersyjnej postaci Ariela Szarona, do tej wojny Izrael
        został po prostu zmuszony. Alternatywą było dać się wybić, lub pozwolić upaść
        państwu. O porozumieniu pokojowym nie było z kim rozmawiać. I nikt ze strony
        palestyńskiej najwyraźniej nie chciał na ten temat rozmawiać. Apele Szarona o
        tydzień bez zamachów spotykały się z eskalacją ataków terrorystycznych, na
        które Izrael odpowiadał niszczeniem budynków należących do terrorystów lub
        służących im do wypadów przeciwko Izraelowi.

        Być może - jak to niektórzy głoszą - jest prawdą, że Szaron nie ma koncepcji
        pokoju z Autonomią. Nikt jednak nie dowiódł jeszcze, że istnieje coś takiego
        jak palestyński koncept rozwiązania pokojowego, w którym jest miejsce na
        współistnienie państwa palestyńskiego i izraelskiego. Reakcja Arafata na plan
        Ehuda Baraka przedstawiony w Camp David każe domniemywać, że jedyne co
        przemawia do Arafata, to likwidacja państwa żydowskiego: jeśli nie przez
        terror, to przez sztuczkę z powrotem na teren Izraela 3,5 miliona uchodźców z
        roku 1948 i ich potomków (z których większość opuściła swoje siedziby na
        wezwanie arabskich przywódców, liczących na szybki powrót po pokonaniu nowo
        powstałego państwa żydowskiego).

        Co można - powtórzmy - w tych warunkach zrobić, jeśli nie ma partnera do rozmów
        pokojowych, a krajowi grozi dezorganizacja i kryzys ekonomiczny? Albo się
        poddać, albo zniszczyć infrastrukturę terroryzmu, nawet jeśli wiąże się z tym
        akcja wojskowa. Innej drogi nie ma. Jeśli na obszarze Palestyny ma istnieć
        Autonomia Palestyńska, a w przyszłości zapewne państwo palestyńskie, o czym
        zresztą Szaron mówił, to nie może to być twór z definicji wrogi Izraelowi.
        Inaczej kryzysy polityczne, przemoc i reakcje na przemoc będą się powtarzać w
        nieskończoność. Nie sądzę, by Arafat był zdolny zaakceptować taką wizję
        Autonomii. Dlatego musi zwolnić swoje miejsce dla ludzi gotowych do ugody z
        Izraelem, nieobarczonych fobiami przeszłości, z okresu gdy Liga Arabska marzyła
        o zepchnięciu Żydów do morza.

        Jakie skutki przyniesie akcja wojskowa Izraela na Zachodnim Brzegu, okaże się
        po pewnym czasie. Z całą pewnością armia zadała bardzo dotkliwe straty
        terrorystycznej infrastrukturze Autonomii, likwidując bazy terrorystów na
        Zachodnim Brzegu Jordanu oraz ogromne ilości broni i środków wybuchowych, a
        przede wszystkim aresztując wielką liczbę ludzi zaangażowanych w działalność
        terrorystyczną. Jeśli Palestyńczycy zamiast odbudowywać arsenały terrorystów
        zajmą się odbudowywaniem zerwanych więzi politycznych i ekonomicznych z
        Izraelem, można będzie wierzyć, że w przyszłości zamiast zimnego pokoju, albo,
        co gorsza - ponowienia terroryzmu, zapanuje na tym terenie harmonijne
        współdziałanie dwóch wzajemnie życzliwych sobie i wspierających się, przede
        wszystkim ekonomicznie, państw narodowych.

        I jeszcze w jedno chciałbym wierzyć: że świat zewnętrzny, przede wszystkim
        zachodnia Europa, zachowa się wobec tego jakże trudnego konfliktu bardziej
        rozumnie niż to czyni obecnie.



    • Gość: kochanka [...] IP: 193.111.198.* 05.02.03, 07:03
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Powinniśmy żyć razem 08.02.03, 17:34
        Powinniśmy żyć razem
        - Rozmowa z Geertem Atesem, koordynatorem sieci UNITED
        Irena Bracławska


        UNITED for Intercultural Action to niezależna politycznie europejska sieć
        zrzeszająca ponad 550 pozarządowych organizacji z 49 krajów aktywnie
        zaangażowanych w walkę z rasizmem, faszyzmem i nacjonalizmem oraz wspierających
        migrantów i uchodźców. Powstała w 1992 roku z siedzibą w Amsterdamie. Geert
        Ates, założyciel i koordynator UNITED, od lat współpracuje także z polskim
        antyrasistowskim stowarzyszeniem "NIGDY WIĘCEJ". Do Polski przyjeżdża od 1980
        roku. Podczas swego kolejnego pobytu udzielił wywiadu redakcji "Słowa
        Żydowskiego".

        - W jakich okolicznościach doszło do utworzenia UNITED?

        - Rok 1992 był okresem znacznego nasilenia się w Niemczech akcji skierowanych
        przeciwko mniejszościom. Spalono wtedy domy tureckich emigrantów. Organizacje
        antyrasistowskie nie współpracowały ze sobą, dzieliły je kwestie polityczne.
        Doszliśmy wówczas do wniosku, że brak jednolitego, skoordynowanego ruchu
        osłabia efektywność działań zwalczających wpływy rasistowskich partii i
        ugrupowań. Postanowiliśmy więc połączyć wysiłki i stworzyliśmy sieć.

        - Na czym polega wasza działalność?

        - Co roku organizujemy 3 kampanie o szerokim zasięgu: w marcu odbywa się
        Tydzień Akcji przeciwko Rasizmowi, 20 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień
        Uchodźcy, 9 listopada Międzynarodowy Dzień przeciwko Faszyzmowi i
        Antysemityzmowi upamiętniający wydarzenia znane pod nazwą Noc Kryształowa. W
        obchodach tego dnia szczególnie aktywnie uczestniczą organizacje
        antyfaszystowskie, żydowskie oraz grupy Romów. Kładziemy nacisk na współpracę
        stowarzyszeń o różnym profilu skupiających się wokół UNITED. Nie ingerujemy
        jednak w realizację ich własnych koncepcji. Organizacje są całkowicie
        niezależne. Nie ma wspólnego programu dla wszystkich grup. Zmierzamy do tego,
        aby akceptowały siebie wzajemnie i współdziałały w walce z nietolerancją. Na
        organizowanych przez naszą sieć światowych konferencjach dyskutujemy nad
        różnymi projektami i wspólnie ustalamy strategię działania w przygotowywaniu
        tygodniowych akcji antyrasistowskich, kampanii i demonstracji.

        - Realizujecie piękną, humanistyczną ideę. Czy uwzględniacie jednak w swoim
        działaniu konsekwencje, do jakich może doprowadzić w przyszłości
        niekontrolowany napływ imigrantów?

        - Myślimy oczywiście o konsekwencjach. Sprawy związane z imigrantami wywołują
        liczne kontrowersje. W dyskusjach podczas konferencji spotykamy się z wieloma
        przeciwstawnymi opiniami wyrażanymi również przez przedstawicieli organizacji
        antyrasistowskich na temat otwartych bądź zamkniętych granic. Nie zawsze udaje
        się nam znaleźć rozwiązanie. Unikamy angażowania się w politykę.
        Uniemożliwiłoby to współpracę i porozumienie między wieloma grupami.
        Najważniejszą rzeczą dla nas jest ułatwienie wszystkim organizacjom wzajemnych
        kontaktów i swobodnej wymiany informacji. O tym, że nie jest to łatwe
        świadczyła przebiegająca w pełnej napięcia atmosferze dyskusja o konflikcie
        izraelsko-palestyńskim na światowej konferencji w Durbanie. Wypracowanie
        pewnych koncepcji na gruncie europejskim jest, moim zdaniem, wciąż niemożliwe.
        Europa jest zbyt dużym i zróżnicowanym pod względem etnicznym obszarem. Widzę
        to nawet na przykładzie Holandii. Powinniśmy żyć razem - to jest nadrzędna
        idea. Powinniśmy się uczyć trudnej sztuki koegzystencji.

        - Jak wygląda wasza działalność w państwach Europy Wschodniej? Dla demokracji
        jest to świeży obszar i zarazem miejsce, gdzie się ujawniają ksenofobiczne
        nastroje.

        - Dla wielu państw Europy Wschodniej podstawą samookreślenia się jest
        nacjonalizm. Jest to duże zagrożenie. W Jugosławii doprowadziło to do wojny,
        zmiany granic, utraty politycznej stabilności. Ruch wschodnioeuropejskich
        organizacji pozarządowych zwalczających tendencje nacjonalistyczne w
        społeczeństwach jest wciąż za słaby. Dużą przeszkodą jest też bariera językowa.
        Zbyt mało ludzi zna angielski, główny język naszej sieci. Ale dla wielu
        organizacji antyrasistowskich, na przykład w Rosji, współdziałanie z UNITED
        jest wielką szansą. Stają się przez to silniejsze i mogą skuteczniej
        przeciwstawiać się m.in wpływom partii Żyrinowskiego. My ze swojej strony
        zawsze możemy im pomóc, podzielić się naszymi doświadczeniami i zorganizować
        akcje protestacyjne w sytuacji zagrażającej ich dalszemu istnieniu.

        - Najczęściej spotykanym przejawem ksenofobii w krajach Europy Wschodniej jest
        antysemityzm. Jak wiele możecie zrobić, aby się temu przeciwstawić?

        - Większość stowarzyszeń antyrasistowskich wie bardzo dużo o antysemityzmie.
        Dla nikogo nie ulega kwestii, że trzeba zwalczać wszelkie przejawy tej
        ksenofobii. To, jak wiele można zdziałać, zależy w dużej mierze od
        współpracujących z nami organizacji. Należy do nich m.in. działające w Polsce
        stowarzyszenie "NIGDY WIĘCEJ". Wspólnie przygotowaliśmy program młodzieżowego
        obozu letniego, który odbędzie się w sierpniu pod Krakowem. Dużą pomocą przy
        różnych ustaleniach służyło nam krakowskie Centrum Kultury Żydowskiej.
        Uczestnicy obozu wezmą udział w seminarium o wpływie historycznych wydarzeń na
        obecne konflikty w Europie. Muszę jednak stwierdzić, co może zabrzmi nieco
        krytycznie, że organizacje żydowskie zbyt często separują się od innych. Trudno
        jest zorganizować współpracę między nimi a grupami migracyjnymi. Tracą na tym
        obie strony, gdyż wspólnie więcej by zdziałały. Przed dwoma laty w listopadzie
        doszło z naszej inicjatywy do spotkania, w którym wzięły udział żydowskie i
        romskie organizacje. Obie grupy zachowywały dystans. W takich sytuacjach naszym
        głównym zadaniem jest stworzenie odpowiedniego klimatu sprzyjającego wzajemnej
        akceptacji.

        - Do kogo adresujecie swoją działalność. Do młodego pokolenia, czy do całej
        społeczności?

        - Średnia wieku uczestników kampanii i konferencji - to około 30 lat. W
        Niemczech, w ruchu antyfaszystowskim biorą udział przedstawiciele niemal
        wszystkich pokoleń, ale dużo akcji i demonstracji jest przygotowywanych przez
        młodych ludzi. Trudno jest jednak uogólniać, gdyż płaszczyzny działania są
        bardzo różne - np. podczas mojego pobytu w Atenach widziałem, że w prace na
        rzecz uchodźców są zaangażowani ludzie w różnym wieku.

        - Unikacie powiązań stricte politycznych, ale czy współpracujecie także z
        instytucjami państwowymi?

        - Mimo że nie jesteśmy związani z żadnym kierunkiem politycznym, mamy dobre
        kontakty m.in. z Parlamentem Europejskim, ugrupowaniami Socjalistów i
        Zielonych, liberałami, demokratami, Światową Radą Kościołów. Te partie i
        organizacje oraz wiele innych wspierają finansowo naszą działalność.

        - Czy utrzymujecie kontakty z polskimi organizacjami?

        - Bardzo dobrze współpracuje nam się ze stowarzyszeniem "NIGDY WIĘCEJ"
        powstałym w 1992 roku. Przed laty w naszych seminariach uczestniczyło wiele
        osób z Polski i także z polskich środowisk żydowskich. Ale później to się
        zmieniło, straciliśmy wiele kontaktów. Moim zdaniem polskie organizacje
        pozarządowe są za słabe. Liczebność w antyrasistowskich ugrupowaniach jest
        niewielka, działają przez 3 lata i potem rozwiązują się, a może to kwestia
        braku środków finansowych na dalszą działalność? Jest to typowe nie tylko w
        przypadku Polski. Podobnie dzieje się w innych państwach wschodnioeuropejskich.
        Pracujemy obecnie nad 3-letnim projektem ze specjalną ofertą dla krajów Europy
        Wschodniej. Sieć Amsterdam--Budapeszt zyskałaby partnerów z ośrodkiem w
        Warszawie. W 1996 roku opracowaliśmy 5 projektów dotyczących współpracy UNITED
        z rumuńskimi organizacjami. Wspólnie z grupami studentów przygotowaliśmy
        program akcji antyrasistowskich. Później powstały projekty pod wspólną nazwą
        Steps together. W ich realizacji uczestniczyły organizacje migracyjne i
        żydowskie. Do dzisiaj utrzymujemy ścisłe kontakty z wieloma stowarzyszeniami w
        Rumunii. Chciałbym w przyszłości powiedzieć to sa
    • Gość: zbik 05 Luty 2003,nastepny Palestynczyk zabity IP: 193.111.198.* 05.02.03, 09:20
      www.jpost.com/servlet/Satellite?pagename=JPost/A/JPArticle/ShowFull&cid=1044420010358
      • jewhaterexterminator Z Grigorijem Kanowiczem rozmowy liryczne 08.02.03, 17:35
        Z Grigorijem Kanowiczem rozmowy liryczne
        ... pisarstwo to swoiste kapłaństwo
        Henryk Halkowski


        Grigorij Kanowicz po raz trzeci odwiedził Kraków. W budynku dawnej mykwy na
        krakowskim Kazimierzu, gdzie obecnie mieści się restauracja i
        hotel "Klezmerhois" prezentował swoją powieść "Nie odwracaj twarzy od śmierci".

        Po raz pierwszy przyjechał tutaj z Wilna w 1992 roku jako gość Festiwalu
        Kultury Żydowskiej - był wówczas przewodniczącym Gminy Żydowskiej na Litwie.
        Jego nazwisko nie było obce polskim czytelnikom. Wydana przez PIW w 1983 roku
        (a wznowiona w 1987 r.) jego powieść - a raczej trylogia - "Świece na wietrze"
        doskonale trafiła w ówczesne zapotrzebowanie polskich czytelników. Doszło nawet
        do tego, że wręcz nie wypadało się przyznać, że się jej nie czytało. Niczego
        jednak nie wiedziano o autorze. Opublikowana w 1989 r. przez wydawnictwo
        Książka i Wiedza następna powieść Kanowicza "Łzy i modlitwy głupców" (ciekawsza
        od "Świec na wietrze") natrafiła na dużo gorszą koniunkturę. Był to rok
        wielkich przemian i mało kto miał wówczas czas, aby skupić się nad losem małego
        żydowsko-litewskiego miasteczka zagubionego gdzieś na rozległych przestrzeniach
        XIX-wiecznej Rosji. Nieco później, w pierwszej połowie lat 90., ukazało się w
        polskiej prasie sporo wywiadów z Grigorijem Kanowiczem. Nie podejmowano jednak
        prawie żadnych prób analiz jego powieści. Krytycy literaccy zgodnie uznawali
        wybitną wartość literacką jego prozy, ale nie bardzo wiedzieli jak
        zakwalifikować tę niezwykłą i nieprzystającą do uznanych przez nich wzorców
        twórczość.

        Powieści Kanowicza łączą cechy różnych gatunków - są epickie i liryczne
        zarazem, staroświeckie i nowoczesne, partykularne i uniwersalne, realistyczne i
        metafizyczne. Nie odpowiadają dwóm przyjętym w Polsce wzorcom pisania o
        tematyce żydowskiej: nie są podobne do utworów Isaaca Bashevisa Singera czy
        Juliana Stryjkowskiego. O tej konsternacji literackich specjalistów świadczy
        spotkanie z pisarzem w 1992 r. w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich.

        Grigorij Kanowicz zaprotestował wówczas przeciwko próbie ujmowania jego
        powieści w kategoriach, w jakich analizuje się zwykle XIX-wieczną literaturę
        pisaną w języku jidysz i oświadczył: "Zasadnicza różnica pomiędzy mną a
        Szołemem Alejchemem jest taka, że on pisał przed Zagładą, a ja piszę po
        Zagładzie - i dlatego nie można nas porównywać ze sobą". Argument, że ma
        podobne do Szołema Alejchema poczucie humoru, tak skomentował: "Pisarz żydowski
        bez poczucia humoru to byłaby już zupełna tragedia".

        Kraków, jak mi opowiadał, wywarł na nim duże wrażenie. Chodził wówczas ulicami
        krakowskiego Kazimierza - tymi samymi, na których jeszcze nie tak dawno toczyło
        się ożywione żydowskie życie - i mijając budynki, bramy, ulice, synagogi,
        szkoły - te same, które stały tutaj przed wojną, tylko że teraz już bez Żydów -
        pytał sam siebie, jakby cytując tytuły piosenek Mordechaja Gebirtiga: "Gdzie
        jesteście: Mojszełe, Rejzełe, Jankełe, Surełe, Josełe, Kiwełe, Motełe, Ruchełe,
        Icełe, Awrojmełe? Co się z wami stało? Dlaczego was tu już nie ma?".

        Grigorij Kanowicz urodził się w Kownie, ale wychował się w pobliskim miasteczku
        Janowa - w typowym sztetł - jednym z tysięcy żydowskich miasteczek rozsianych
        na terytorium Europy Środkowej i Wschodniej. Były to miasteczka, w których -
        według słów wiersza Antoniego Słonimskiego - "szewc był poetą, zegarmistrz
        filozofem, fryzjer trubadurem". Ojciec Grigorija Kanowicza był krawcem - ale
        także i filozofem (chociaż nie odebrał w tej dziedzinie żadnego formalnego
        wykształcenia). Trzy czwarte mieszkańców Janowej stanowili Żydzi; pozostali -
        to Litwini, Polacy i Rosjanie - starowiercy. To właśnie miasteczko było dla
        Kanowicza "krajem lat dziecinnych" - bezpowrotnie "utraconym rajem". Utraconym -
        bo kiedy w 1941 r. wkroczyły tutaj wojska niemieckie, pozwolono miejscowym
        litewskim nacjonalistom rozprawić się z Żydami. I podobnie jak w tym samym
        czasie w pobliskich Jedwabnem i Radziłowie czy też w pół wieku później w
        bośniackiej Srebrenicy, sąsiedzi wymordowali sąsiadów. Pisze on o tym w swojej
        (jeszcze nieukończonej) powieści "Zauroczenie szatanem".

        W czasie wojny Grigorij Kanowicz był w Kazachstanie. Tam zmienił swoje
        żydowskie imię "Hirsz ben Szlomo" na rosyjskie "Grigorij Siemionowicz", tam też
        porzucił swój ojczysty język jidysz na rzecz rosyjskiego. Po wojnie wrócił na
        Litwę, osiadł w Wilnie, skończył studia filologiczne na tutejszym uniwersytecie
        i rozpoczął działalność literacką. Dobrze wspomina swoją pierwszą
        powieść "Patrzę na gwiazdy", napisaną jeszcze w latach 50. Potem jednak przez
        wiele lat skoncentrował się na nieco innej twórczości. Napisał wówczas około 20
        sztuk teatralnych i 30 scenariuszy filmowych, do których nie bardzo chce się
        dzisiaj jednak przyznawać. Przełomem była wizyta w Paryżu w 1968 r.; zobaczył
        tam obrazy Marca Chagalla. Było to dla niego wstrząsem i szokiem - patrząc na
        nie zrozumiał, że przez te wszystkie lata był jedynie człowiekiem piszącym, a
        nie pisarzem . Po powrocie do domu zaczął pisać "Świece na wietrze". Jednak
        żadne wydawnictwo nie chciało wówczas tej książki wydać - żydowska tematyka
        była na cenzurowanym. W końcu powieść została opublikowana przez
        rosyjskojęzyczne wydawnictwo na Litwie. Tutaj też ukazywały się następne utwory
        Kanowicza, tworzące razem prawdziwą sagę żydowskiego życia na Litwie. Wszystkie
        są znane polskiemu czytelnikowi - z jednym jednak wyjątkiem.

        Kiedy pisarz był w Polsce po raz pierwszy, wydawnictwo Czytelnik przygotowało
        do druku jego powieść "Nie ma raju dla niewolników" - w końcu jednak
        zrezygnowało z jej wydania. Autor nie uważa jej za swoje najwybitniejsze
        dzieło - ze wszystkich jednak jego utworów ten właśnie spotkał się z najżywszym
        odzewem żydowskich czytelników. W historii człowieka, który pragnął przestać
        być Żydem, ale otoczenie nie pozwoliło mu na to, radzieccy Żydzi odczytali swój
        własny los. Ciekawe, dlaczego polskie wydawnictwo w ostatniej chwili
        zrezygnowało z opublikowania tej książki. Czy zaważyły tylko względy finansowe,
        czy też może ktoś uznał, że również w Polsce będzie ona podobnie
        interpretowana?

        Zapytany o to, dlaczego znaczna część akcji jego powieści toczy się na
        cmentarzu, Grigorij Kanowicz odpowiada, że cmentarz jest zarówno konkretnym
        miejscem, jak i metaforą - przecież Europa Środkowo-Wschodnia to wielki
        żydowski cmentarz. Mówi, że pisarz tym się różni od człowieka piszącego, iż
        potrafi słowami powołać do życia i ukształtować własny świat. Twierdzi, że
        człowiek szczęśliwy nie potrafi napisać dobrej książki. Uważa, że pisarstwo to
        swoiste kapłaństwo, ale także i rodzaj szlachetnego wariactwa. Dlatego z
        pisarzy polsko-żydowskich najbardziej ceni Brunona Schulza (o którym przecież
        wszyscy w Drohobyczu wiedzieli, że "był wariatem"). Pomimo wielu różnic łączy
        zresztą ich obu podobny stosunek do literackiego tworzywa, jakim jest słowo.

        Po raz drugi Grigorij Kanowicz przyjechał do Krakowa w grudniu 1994 r. w
        związku z promocją wydanej przez Fundację "Pogranicze" w Sejnach książki (a
        raczej trylogii powieściowej) "Koziołek za dwa grosze", uważanej przez autora
        za jego najwybitniejsze dzieło. Tym razem przyjechał już jednak nie z Litwy,
        ale z Izraela. Dlaczego opuścił kraj i miasto, z którymi był tak związany?
        Dlaczego "dozorca żydowskiego cmentarza na Litwie" (bo w taki właśnie sposób go
        wówczas określano) opuścił swoją "dozorcówkę"?

        Pisarz podczas swojego pobytu w Krakowie mówił, że Rosjanie uważają go za
        pisarza litewsko-żydowskiego, Litwini za rosyjsko-żydowskiego, zaś Żydzi za
        rosyjsko-litewskiego. Mimo że czuje się związany, jako litewski Żyd, z
        żydowskim dziedzictwem, literaturę potrafi tworzyć tylko po rosyjsku. Próby
        pisania w innych językach nie powiodły się. Wiele się jednak zmieniło w
        niepodległym państwie litewskim - język rosyjski stał się obcą mową, kojarzoną
    • Gość: pepe Michnik zabił lwa IP: 80.48.117.* 05.02.03, 13:33
      Bez strzału,inteligięcją i fachowymi radami i "$" zabił slabego starego lewka.
    • Gość: misiek 05 Luty 2003, trzeci Palestynczyk zamordowany IP: 193.111.198.* 05.02.03, 18:18
      17-year-old killed by IDF gunfire in West Bank city of Nablus during clashes
      with troops (Israel Radio)
      • jewhaterexterminator Spotkanie Dzieci Holocaustu 08.02.03, 17:35
        Spotkanie Dzieci Holocaustu poświęcone Irenie Sendlerowej
        - ... działała z potrzeby serca
        R.S.


        Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu swoje kwietniowe spotkanie poświęciło sylwetce
        pani Ireny Sendlerowej. Była po temu znakomita okazja - proklamowanie dnia
        Ireny Sendlerowej aż za oceanem, w Cansas City. Elżbieta Ficowska, jej córka
        Anna i Renata Zajdeman-Skotnicka z Kanady uczestniczyły w uroczystościach,
        jakie odbyły się w tym mieście, a były poświęcone właśnie Irenie Sendlerowej,
        dziejom warszawskiego getta i działalności Żegoty.

        O Irenie Sendlerowej gościom zgromadzonym na spotkaniu opowiadała Halina
        Grubowska, która przygotowuje książkę o tej wspaniałej kobiecie, dzięki której
        uratowano z getta ponad 2,5 tys. żydowskich dzieci i o której mówiono, że jest
        najjaśniejszą gwiazdą na czarnym niebie okupacji w Polsce.

        Pani Irena Sendlerowa to osoba bardzo skromna, skąd więc znana jest aż na
        drugiej półkuli? Otóż stało się to za sprawą czterech uczennic z Kentucky,
        które - jak pamiętamy - w zeszłym roku w maju odwiedziły Warszawę. Tu, w
        siedzibie Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, zaprezentowały spektakl o
        warszawskim getcie, o działalności Żegoty. Spektakl przygotowały na szkolną
        olimpiadę historyczną w swoim mieście. Kiedy szukały tematu, pierwszy raz
        usłyszały o Szoa, o ludziach, którzy ratowali innych ludzi, o Sprawiedliwych i
        o niezwykłej, wspaniałej pani Irenie, kobiecie, która działała z potrzeby
        serca. Napisały o niej sztukę i same w niej zagrały. Ten oryginalny spektakl
        zatytułowały "Życie zamknięte w słoiku". W wielu miastach Ameryki pokazywały
        swoje przedstawienie. Ich marzeniem był przyjazd do Warszawy i spotkanie z
        bohaterką sztuki. Tak się stało w zeszłym roku.

        Dziewczęta i ich spektakl stały się tak znane i wzbudziły takie
        zainteresowanie, że synagoga w Cansas i władze miasta postanowiły uhonorować
        cztery dziewczyny - Megan Stewart, Sabrinę Coons, Elizabeth Cambers i Janice
        Underwood otrzymały piękną rzeźbę symbolizującą uratowany świat.

        Na uroczystej ceremonii byli przedstawiciele miasta z burmistrzem Cansas, był
        rabin z miejscowej synagogi, kongresmeni, dostojnicy, ludzie świata kultury i
        nauki. A dzień, w którym miała miejsce ta uroczystość - 10 marca 2002 roku -
        proklamowano dniem Ireny Sendlerowej. Pani Irena ze względu na wiek (ma 92
        lata) i stan zdrowia nie mogła uczestniczyć w uroczystości. W swoim przesłaniu,
        które w Cansas odczytała Anna Ficowska, napisała, że cztery młode dziewczęta
        sprawiły jej prezent, o jakim nawet nigdy nie marzyła. Wszystko to mogliśmy
        obejrzeć na filmie wideo, który Elżbieta Ficowska nakręciła podczas swego
        pobytu w USA.

        To wspaniałe i piękne wydarzenie. Tylko może trochę żal i trochę wstyd, że to
        wszystko miało miejsce tak daleko, a nie tu, w Polsce, w Warszawie.



    • Gość: jewhater 05 Luty 2003,krwawa sroda - 5 Palestynczykow zabit IP: 130.94.123.* 06.02.03, 04:46
      story.news.yahoo.com/news?tmpl=story&ncid=586&e=8&cid=586&u=/nm/20030206/wl_nm/mide
      ast_dc
      • jewhaterexterminator Dni Izraela w Lublinie 08.02.03, 17:36
        Dni Izraela w Lublinie
        Katarzyna Więcławska


        W dniach 12-14 listopada ub.r. na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w
        Lublinie odbyły się Dni Izraela zorganizowane przez Zakład Kultury i Historii
        Żydów oraz Akademickie Centrum Kultury "Chatka Żaka", przy pomocy ambasady
        Izraela w Warszawie. Honorowy patronat nad imprezą objął rektor UMCS Marian
        Harasimiuk.

        Dni Izraela rozpoczęły się wykładami wprowadzającymi słuchaczy w zagadnienia
        istotne dla izraelskiego państwa. Anna Sokół (Uniwersytet Warszawski)
        przedstawiła odczyt pt. "Izrael dziś", skupiając się na skomplikowanej sytuacji
        Arabów izraelskich w dobie konfliktu między Żydami a Palestyńczykami. Katarzyna
        Hołda (Uniwersytet Jagielloński) wygłosiła wykład na temat teraźniejszości i
        historii kibuców, wzbogacony osobistymi wrażeniami prelegentki z pobytu w
        jednym z nich. Wyświetlono także dwa początkowe odcinki filmu dokumentalnego
        pt. Po-Lan-Yah zrealizowanego przez telewizję izraelską. Zgodnie z
        zamierzeniami reżysera Amnona Teitelbauma jest to film o wielowiekowej wspólnej
        historii narodów polskiego i żydowskiego. Jego twórcy podróżowali po Polsce i
        Ukrainie w poszukiwaniu śladów żydowskiej obecności na tych terenach,
        zgromadzili setki dokumentów, przeprowadzili liczne rozmowy z historykami i
        badaczami kultury żydowskiej. Wysiłki te w sposób symboliczny podsumowuje tytuł
        filmu - hebrajska nazwa Polski, która rozdzielona na sylaby znaczy dosłownie Po
        (tutaj), lan (spoczął), Ja(hwe) (Bóg) - odzwierciedlając popularną ideę, iż
        Polska była tymczasowym domem, który Bóg przeznaczył dla swego ludu na czas
        wygnania. Z bardzo dużym zainteresowaniem publiczności spotkały się fragmenty
        filmu, które dotyczyły Lublina i regionu lubelskiego.

        Punktem kulminacyjnym Dni Izraela stała się wzruszająca uroczystość przyznania
        medali Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przewodniczyła jej charge d'affaires
        ambasady Izraela w Polsce Beth-Eden Kite, której we wręczaniu odznaczeń i
        dyplomów dopomogli ks. abp Józef Życiński, rektor UMCS prof. Marian Harasimiuk,
        wiceprezydent miasta Janusz Mazurek oraz Wanda Lotter reprezentująca lubelską
        gminę żydowską. Wśród odznaczonych znaleźli się: Teofila i Aleksander
        Bajakowie, Helena i Czesław Kuroniowie, Eugenia Chrust-Kurkiewicz i Władysława
        Szafraniec-Kurkiewicz, Katarzyna i Hieronim Frelasowie, Anna i Ignacy
        Jaroszowie wraz z synami Aleksandrem i Maksymilianem oraz córką Marianną,
        Marianna i Józef Krzymowscy i Marianna Marczak. Rangę uroczystości zaakcentował
        abp Józef Życiński, wskazując na postawę życiową odznaczonych jako krystaliczne
        źródło, które inspirować powinno współczesnego człowieka zagubionego w świecie
        dotkniętym kryzysem wartości moralnych. Bezkompromisowość i odwagę tych ludzi,
        stawiających miłość bliźniego ponad uczucie strachu, podkreśliła również Beth-
        Eden Kite.

        Wydarzeniu towarzyszyła piękna symbolika - odznaczeni przed otrzymaniem
        dyplomów i medali zapalali światła pamięci na specjalnie przygotowanych
        drzewkach oliwnych, odczytywano też nazwiska uratowanych. Jeszcze raz
        przywołano tragiczną przeszłość konkretnych osób, polskich Żydów - Chai
        Guterman, Jakowa Grinera (późniejszego księdza Grzegorza Pawłowskiego), Aby
        Bechera i wielu innych, których całe rodziny wymordowali hitlerowcy. Ratunek,
        jaki ci ludzie znaleźli w domach Sprawiedliwych, stał się najwspanialszą
        odpowiedzią na czas pogardy. Każda z historii ocalenia to pełna dramatyzmu
        opowieść o ludzkiej tragedii i przełamywaniu własnych obaw.

        Pani Józefa Cichulska, odbierająca wraz z siostrą Zofią Zbysz odznaczenie w
        imieniu nieżyjących rodziców Marianny i Józefa Krzymowskich, opisywała później
        w rozmowie z dziennikarzami atmosferę grozy, w jakiej jej rodzice podjęli
        decyzję o udzieleniu schronienia do końca wojny młodej wówczas dziewczynie,
        Chai Guterman, która uciekła podczas akcji wysiedleńczej Żydów ze Sławatycz do
        getta w Międzyrzecu. Podobny przebieg miały wszystkie te historie - państwa
        Bajaków i Kuroniów, którzy jako jedyni w swej okolicy postanowili chronić
        małego chłopca, Jakowa Grinera; państwa Kurkiewiczów, u których w stodole, w
        ziemniakach, ukrywało się przez dwa lata aż trzynaście osób; państwa Jaroszów,
        Marczaków i Frelasów, których domy pozostały otwarte dla potrzebujących.

        Uroczystość zakończył koncert na fortepian i skrzypce - odegrano utwory Henryka
        Wieniawskiego i Antoniego Dworzaka.

        Dwa kolejne popołudnia Dni Izraela wypełniły ciekawe wykłady oraz pokazy
        filmów. Autorka popularnej książki Święta i obyczaje żydowskie Ninel Kameraz-
        Kos z Żydowskiego Instytutu Historycznego wygłosiła odczyt na temat świąt
        żydowskich, towarzyszących im obyczajów, tradycji i ich symboliki, które często
        znane są Polakom jedynie pobieżnie. Ksiądz Romuald Jakub Weksler-Waszkinel
        (Katolicki Uniwersytet Lubelski) w swym wykładzie "Jan Paweł II w Jerozolimie -
        radość i nadzieja", poprzedzonym krótką izraelską relacją filmową z pielgrzymki
        papieskiej, skierował uwagę słuchaczy ku zagadnieniu dialogu między
        chrześcijaństwem i judaizmem, jego historii i perspektyw. Rzecznik ambasady
        Izraela Michał Sobelman przedstawił natomiast Izrael jako mozaikę kultur. Wziął
        także udział w spotkaniu z widzami wyświetlanego w ramach imprezy filmu "Ten
        jest z ojczyzny mojej", jako autor scenariusza. Bohaterem filmu jest znany
        historyk izraelski Israel Gutman. Przez pryzmat jego wspomnień i przemyśleń
        docieramy do obrazu przedwojennej Polski oraz czasów okupacji.

        Wśród tematyki wykładów nie zabrakło także wątku literackiego. Shoshana Ronen
        (Uniwersytet Warszawski) wygłosiła odczyt pt. "Podróże do Polski we
        współczesnej literaturze izraelskiej", przywołując doświadczenia pisarzy
        izraelskich, którzy z wielu przyczyn przedsięwzięli takie podróże i później je
        opisali. Sławomir Żurek (Katolicki Uniwersytet Lubelski) przybliżył natomiast
        słuchaczom motywy izraelskie w poezji polskiej XX wieku, skupiając uwagę na
        twórczości Aleksandra Wata, Arnolda Słuckiego i Henryka Grynberga.

        Podczas Dni Izraela można było także zwiedzić wystawy fotograficzne "Jerozolima
        z lotu ptaka" i "Izrael - natura, krajobrazy" ukazujące najbardziej malownicze
        zakątki tego kraju. Sprzedawano miesięcznik "Midrasz", książki o tematyce
        żydowskiej, rozdawano materiały informacyjne na temat Izraela.

        Wszystkim wykładom, pokazom filmowym, wystawom, szczególnie zaś uroczystości
        wręczenia medali towarzyszyło duże zainteresowanie lublinian. Jego wyrazem
        stały się liczne pytania do prelegentów oraz żywe dyskusje następujące po
        poszczególnych referatach oraz podczas spotkań filmowych.

        Lubelskie Dni Izraela odpowiedziały na wzrastające zaciekawienie różnych
        środowisk historią, kulturą i teraźniejszością narodu żydowskiego.
        Organizatorzy mają nadzieję, że impreza wejdzie na stałe do kalendarza
        akademickiego, tym bardziej że władze uniwersytetu pragną podtrzymać i
        rozszerzyć współpracę z ambasadą Izraela i różnymi placówkami naukowymi w tym
        kraju.

        Tematyka żydowska znalazła już stałe miejsce w UMCS w Lublinie - powstały w
        ubiegłym roku Zakład Kultury i Historii Żydów kierowany przez prof. Monikę
        Adamczyk-Garbowską, prowadzi ożywioną działalność naukową i popularyzatorską,
        organizuje całoroczne cykle wykładów, spotkania autorskie, seminaria dla
        nauczycieli, planowane są też lektoraty języków hebrajskiego i jidysz.

        Być może więc propagowanie kultury żydowskiej stanie się kolejną lubelską
        tradycją.



    • Gość: jewhater 06 Luty 2003, 9 rano,a juz zabili 3 Palestynczykow IP: 130.94.123.* 06.02.03, 08:20
      www.haaretzdaily.com/hasen/spages/260220.html
      • jewhaterexterminator Siedem grzechów głównych 08.02.03, 17:37
        Weilla i Brechta Siedem grzechów głównych
        Marian Fuks


        Niemiecki kompozytor Kurt Weill był swojego rodzaju rewolucjonistą w dziedzinie
        teatru muzycznego. Jego twórczość jest jakby buntem przeciwko tradycyjnej
        operze, sztuce "na koturnach", kunsztownej muzyce, popisowym ariom i duetom,
        napuszonemu dramatyzmowi. Stworzył nowy typ teatru muzycznego, komunikatywnego,
        popularnego, którego bohaterami są ludzie z naszej epoki, nas otaczający,
        żyjący we współczesnym świecie. Postacie z jego oper i musicali - to ludzie
        prości, akcja często toczy się w świecie mętów społecznych, przestępców, w
        jakby apaszowskim klimacie. Adekwatna do tego jest jego muzyka. Zamiast
        typowych dla opery arii - jest proza mówiona, zamiast duetów - dialogi,
        ubarwiają akcję songi, w partiach tanecznych pojawiają się modne (wówczas)
        tanga, fokstroty, shimmy itp.

        Jego nową, często bulwersującą i sensacyjną twórczość brutalnie dyskredytowali
        hitlerowcy. W osławionym "Lexikon der Juden in der Musik", w obszernym
        szkalującym Weilla biogramie, podają, że jego twórczość ma die judisch-
        anarchistische Tendenz.

        Kurt Weill urodzony 2 marca 1900 roku w Dessau - otrzymał solidne wykształcenie
        muzyczne. Jego nauczycielami byli Humperdinck i Busoni. Początkowo skłaniał się
        ku twórczości instrumentalnej. Jest między innymi autorem 2 symfonii i kilku
        utworów na orkiestrę, na zespoły kameralne oraz kilku kantat i pieśni. Z czasem
        jednak poświęcił się wyłącznie twórczości scenicznej, co szczególnie nabrało
        znaczenia dzięki jego współpracy z Bertoltem Brechtem (1898-1956).

        Jest on autorem około dwudziestu oper i musicali. Niektóre z nich powstały w
        Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował (podobnie zresztą jak Brecht) po
        dojściu Hitlera do władzy. Do najpopularniejszej, napisanej w Niemczech należy
        Opera za trzy grosze (Die Dreigroschenoper) do tekstu Brechta. Jej prapremiera
        w Berlinie, w 1928 roku, stała się wielką sensacją i zapoczątkowała szereg
        sukcesów tego dzieła na wielu scenach świata. Bohaterami są tu bandy
        rozbójników, żebracy, prostytutki, policjanci. Jest to parodia Opery żebraczej
        Gaya z 1728 roku. Do sensacyjnego sukcesu dzieła Weilla i Brechta przyczyniła
        się między innymi świetna rola Jenny, wykreowana przez znakomitą śpiewaczkę -
        zarazem śpiewającą aktorkę, żonę Weilla - Lottę Lenyę (1898-1981). Z tej opery
        właśnie pochodzi słynny song Mackie Majcher, który stał się przebojem
        lansowanym przez wielu wykonawców i liczne nagrania. Dzieło to doczekało się
        także ekranizacji w reżyserii G. W. Pabsta.

        Z okresu współpracy z Brechtem (1927-1929) pochodzą jeszcze następujące dzieła:
        Rozkwit i upadek miasta Mahagonny (Aufstieg und Fall der Stadt Mahagonny,
        1927), Happy end (1929), Der Ja-Sager (Człowiek, który mówi: tak, 1930). W
        Niemczech do tekstów George'a Kaisera - Weill napisał: Protagonista (Der
        Protagonist, 1926), Car się fotografuje (Der zar last sich photographieren,
        1928), Der Silbersee (1933).

        Z okresu niemieckiego pochodzi również Siedem grzechów głównych (Die sieben
        Todsuenden der Kleinbuerger (Paryż, 1933). To ostatnie dzieło wystawił w
        listopadzie 2001 roku Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie, jako Ballet
        chante, w polskiej wersji językowej Stanisława Barańczaka, z Krystyną Jandą w
        roli Anny. Warto przypomnieć, że te "7 grzechów głównych" to: lenistwo, pycha,
        gniew, obżarstwo, nieczystość, chciwość, zazdrość...

        To przedstawienie w operze odbywa się niejako z udziałem publiczności, która
        zasiada na scenie, tuż przy wykonawcach - śpiewakach i tancerzach. Rodzinka
        Anny była świetnie zarysowana, szczególnie podobała się jej matka w wykonaniu
        postawnego basa Czesława Gałki...

        W Ameryce Weill tworzył już typowe musicale, które jednak nie dorównywały jego
        wcześniejszej twórczości.

        Zmarł w Nowym Jorku 3 kwietnia 1950 roku.



    • Gość: JH 06 Luty 2003, nastepny Palestynczyk zamordowany IP: 193.111.198.* 06.02.03, 17:55
      www.jpost.com/servlet/Satellite?pagename=JPost/A/JPArticle/ShowFull&cid=1044508200202
      • jewhaterexterminator wierny swoim żydowsko-polskim korzeniom 08.02.03, 17:37
        Jankiel Adler wierny swoim żydowsko-polskim korzeniom
        Rozmawiał:Janusz Kozłowski


        - Co, zdaniem pani kustosz, wywarło wpływ na ukształtowanie się osobowości
        Jankiela Adlera - jednego z najwybitniejszych artystów żydowskich w XX wieku?

        - Jankiel Adler urodził się 26 lipca 1895 r. w podłódzkim Tuszynie, w
        ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, jako ósme z dwanaściorga dzieci Hany Łaji z
        domu Fiter. Ojciec przyszłego wielkiego malarza, Eliasz Adler, był handlarzem
        opału.

        Na późniejszego artystę siłą rzeczy musiała oddziaływać bliskość Łodzi -
        rozwijającej się w iście amerykańskim tempie metropolii przemysłowej,
        włókienniczej, miasta o charakterze wielonarodowościowym, które powstało
        wysiłkiem Żydów, Niemców, Polaków, Czechów i Rosjan.

        Życie natomiast w sztetł, za jakie uznać można Tuszyn, toczyło się zgodnie z
        uświęconą tradycją. Najważniejszymi instytucjami wyznaczającymi codzienny rytm
        życia były: szkółka religijna, synagoga, urząd rabina, bractwo pogrzebowe itd.

        Przebywanie wśród chasydów, mimo późniejszych wieloletnich związków ze sztuką i
        kulturą zachodnią, wywarło znaczący wpływ na jego twórczość. Bardzo często w
        nowatorskiej, wielce oryginalnej formie powracał do swoich żydowskich źródeł i
        nigdy nie zerwał związków z tradycją wyniesioną z rodzinnego domu i rodzinnego
        Tuszyna.

        Wyrwaniem z małomiasteczkowej atmosfery stał się dla Jankiela Adlera wyjazd w
        1912 r. na Bałkany, terminowanie w Belgradzie u wuja - grawera i złotnika,
        pracownika serbskiej poczty.

        - Jaką rolę odegrał Jankiel Adler w powstaniu awangardowej grupy Jung Jidysz?

        - Po podróży do Niemiec w 1913 r. i studiach u profesora Gustava Wiethuechtera
        w Kunstgewerbeschule w Barmen, Adler w 1918 r. wraca do Łodzi. Uczestniczy 22
        grudnia 1918 r. w Zimowej Wystawie Stowarzyszenia Artystów i Zwolenników Sztuk
        Pięknych. Ekspozycja ta przyczyniła się do skrystalizowania grupy Jung Jidysz,
        w skład której weszli poeci: Mosze Broderson, Icchak Kacenelson, Jeheskiel
        Mojżesz Neuman, malarze: Vincent Brauner (imię przybrał na cześć uwielbianego
        Van Gogha), Henoch Barciński, Marek Szwarc, Dina Matusówna, Pola
        Lindenfeldówna, Zofia Gutentażanka, Salomon Blat, rzeźbiarka - Ida Braunerówna.

        Jankiel Adler uchodzi za współzałożyciela grupy Jung Jidysz.

        Na Zimowej Wystawie Adler prezentuje najważniejsze swoje obrazy z wczesnej
        twórczości: "Ostatnią godzinę rabiego Eleazara", "Baal Szem i
        Budda", "Prawdziwe chrześcijaństwo i ofiara pogromu".

        Wspaniały obraz "Ostatnia godzina rabiego Eleazara" trafił do Łódzkiego Muzeum
        Sztuki zaraz po wojnie, w 1945 r. Znajdował się w jego zbiorach do lipca 1981,
        kiedy to został skradziony. Do dnia dzisiejszego trwają jego poszukiwania.
        Stanowi kompozycję trzech figur złączonych ze sobą silnymi więzami
        emocjonalnymi, potęgowanymi ekspresyjną formą. Z lewej strony obrazu tytułowy
        rabi z przegiętą ku środkowi kompozycji brodatą głową, wychudłą dłonią wskazuje
        księgę (symbol narodu Księgi), ku niemu skierowana w podobnym geście postać
        kobieca z głową otuloną czarnym szalem, w środku młodzieniec skierowany
        profilem ku postaci starca. W górnej części obrazu, w tle ukazują się promienie
        światła i głowy aniołów. W lewym dolnym rogu obrazu namalowana jest głowa
        kobiety. Ta głowa odtąd stanie się (a może już dawno się stała) znakiem obrazów
        Jankiela Adlera. Twarze mają oczy przysłonięte ciężkimi powiekami o migdałowych
        kształtach, podobnie jak w obrazach Lazara Segalla.

        Jak pisze Nehama Guralnik: "Adler stanowił umysłowe centrum grupy, jego wpływ
        odczuwalny był wszędzie. Grupa wydawała także książki w jidysz i organizowała
        wieczory literackie, odczyty i imprezy kulturalne. Jankiel Adler wygłaszał
        referaty na temat sztuki współczesnej i ilustrował szereg książek".

        Wypada nadmienić, że jeszcze do niedawna grupa Jung Jidysz była w ogóle
        nieznana. Dzisiaj, dzięki badaniom i ustaleniom prof. Jerzego Malinowskiego
        wykłada się o niej na uniwersyteckich wydziałach historii sztuki.

        - Które spośród prac Jankiela Adlera łódzkie Muzeum Sztuki posiada w swoich
        zbiorach ?

        - Mamy ich bardzo niewiele, tylko pięć obrazów wybitnego żydowskiego artysty
        znajduje się w naszej stałej ekspozycji. Małżeństwo znanych architektów,
        Syrkusów, podarowało nam nie tak dawno kilka grafik, monotypii.

        Z obrazów na szczególną uwagę zasługują "Moi rodzice" (rok 1921), darowany
        Muzeum Sztuki przez Jankiela Adlera po jego głośnej, indywidualnej wystawie w
        Łodzi, która miała miejsce w roku 1935. Być może obraz "Moi rodzice" podarował
        Adler Muzeum Sztuki z chęci podkreślenia swych łódzko-żydowskich korzeni.

        Można u nas również oglądać dwa znakomite obrazy - "Skrzypka" (1928) i "Młodego
        robotnika" (1929). Z połowy lat trzydziestych pochodzi prawie
        abstrakcyjna "Kompozycja nadrealistyczna" (inny tytuł: "W rzeźni") i "Martwa
        natura".

        - Jaki był udział Muzeum Sztuki w największym wydarzeniu artystycznym
        obrazującym twórczość Jankiela Adlera, w wielkiej międzynarodowej,
        retrospektywnej wystawie, która prezentowana była w St?dtische Kunsthalle
        Duesseldorf, w Tel Awiwie i w Łodzi?

        - Łódzko-polskie konotacje Adlera były na tyle ważne, że wystawa, która
        zrodziła się z inicjatywy Juergena Hartena - dyrektora St?dtische Kunsthalle w
        Duesseldorfie, przy wielkim zaangażowaniu Ulricha Krempla, musiała być również
        oparta na materiałach polskich, nie mogła w żadnym przypadku obejść się bez
        nich. Jak powiedziała historyk sztuki i przyjaciółka artysty Anna Klapheck,
        Tuszyn był tym dla Adlera, czym Witebsk dla Marca Chagalla.

        - Czy pani kustosz była także zaangażowana przy organizowaniu tej unikatowej
        ekspozycji?

        - Przede wszystkim ówczesny dyrektor Muzeum Sztuki, wielce dla niego zasłużony
        Ryszard Stanisławski, ale ja również zostałam włączona w prace przygotowawcze,
        zajmowałam się głównie kwerendą prasową i biblioteczną. Natrafiłam
        niespodziewanie na bardzo ciekawe, obszerne artykuły o Adlerze w prasie
        żydowskiej, w wychodzącym w okresie międzywojennym czasopiśmie "Literarisze
        Bleter". Przetłumaczył je z jidysz Henryk Hartenberg.

        Okazało się także, że książki z ilustracjami Jankiela Adlera zachowały się w
        niektórych bibliotekach.

        Pamiętam, że w Tuszynie odnaleźliśmy bardzo ważny dokument - świadectwo
        urodzenia Adlera.

        - Jak mi wiadomo, pani kustosz wygłosiła w Kanadzie, w 1998 r. referat o
        twórczości Jankiela Adlera (poszerzoną jego wersję opublikował łódzki "Tygiel
        Kultury", nr 7-9 z 2000 r.). W tym kontekście chciałbym zapytać, jak
        przedstawia się obecnie recepcja na świecie tego wielkiego żydowskiego artysty?

        - Dzieła Jankiela Adlera są pokazywane w największych muzeach: Tate Gallery w
        Londynie, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku, Kunsthaus w Monachium, a
        obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie został zdeponowany obraz "Baal-Szem
        błogosławiący" z 1918 r. - niedawno odkryty, niezwykły obraz z wczesnego okresu
        twórcy.

        W Ottawie, w Soloway Jewish Community Centre, odbyło się sympozjum poświęcone
        Jankielowi Adlerowi, na którym ja miałam prelekcję dotyczącą jego twórczości.
        Warto podkreslić, że sympozjum to zorganizowano dzięki inicjatywie pani Anny
        Clarke.

        Anna Clarke jest córką Felicji Prywes i Maksa Szydłowskiego, znanych
        wielbicieli i mecenasów sztuki. W ich domu odbywały się spotkania artystyczne.

        Felicja Szydłowska figuruje w stopce jako wydawca czasopisma "Jung Jidysz".
        Finansowała bowiem razem z mężem, a jak byśmy dziś określili, sponsorowała to
        niecodzienne przedsięwzięcie.

        Anna Clarke zapamiętała bardzo dobrze Jankiela Adlera składającego wizyty jej
        rodzicom i wiszące w salonie jego obrazy. Z sentymentu do lat młodości i
        wielkiej estymy, jaką darzy do dzisiaj Adlera, zainteresowała nim ambasadę
        izraelską, niemiecką i polską w Kanadzie, Uniwersytet Carlton i Kanadyjsko-
        Polski Kongres w Ottawie. Pod ich patronatem odbywała się konferencja, w której
        uc
    • Gość: dana33 [...] IP: *.he.net 07.02.03, 21:59
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Auschwitz-Birkenau 08.02.03, 17:38

        Auschwitz-Birkenau
        Renata Saks


        27 stycznia 2002 roku minęło 57 lat od chwili wyzwolenia obozu koncentracyjnego
        w Oświęcimiu. Obóz, który przeszedł do historii jako największa fabryka
        śmierci, największe cmentarzysko świata, miał być miejscem realizacji wielkiego
        planu III Rzeszy zmierzającego do całkowitego i ostatecznego unicestwienia
        narodów niższej rasy.

        Planowi wyniszczenia podlegali ludzie i narody. Naród jako całość, a więc wraz
        ze swoim dorobkiem kulturalnym, według znanego stwierdzenia, przestaje istnieć,
        kiedy zniszczy się jego historię i kulturę.

        Właśnie tam, gdzie masowo zabijano ludzi, działalność, która przeciwstawiała
        się zepchnięciu człowieka do roli zwierzęcia, była niezbędna. Na polu tej
        działalności znajdowano też czasami sposoby, aby uratować czy chociażby
        przedłużyć życie współwięźniom.

        Garść wspomnień o tych, którym w ogromnej większości nie udało się przeżyć,
        którzy na oświęcimskim pasiaku nosili żółty trójkąt znalazłam przeglądając
        notatki, zapiski i odsłuchując z taśmy magnetofonowej rozmowy z więźniem
        Oświęcimia z numerem 15261, nieżyjącym już malarzem Mieczysławem
        Kościelniakiem.Trawestując słynne przesłanie księdza Twardowskiego można
        powiedzieć "spieszmy się słuchać ludzi, tak szybko odchodzą" - te rozmowy, to
        może jeden z ostatnich takich dokumentów historii. Bo następnym pokoleniom,
        dzieciom naszych dzieci, już nikt nie powie... ja to widziałem... ja to
        słyszałem.

        Mieczysław Kościelniak pozotawił po sobie cały zbiór rysunków przedstawiających
        obozowe sceny. Wszystkie te dokumenty czasów zagłady przekazał muzeum
        oświęcimskiemu.

        Prace, które powstały w czasach najstraszliwszych w dziejach naszej historii są
        dokumentem epoki. Stanowią jedyny i niepowtarzalny gatunek sztuki. Jest to
        sztuka, której źródłem były rozpacz, ból, zbrodnia i nieszczęście ludzkie. Są
        to bardzo realistyczne sceny z życia obozowego, portrety przyjaciół,
        współwięźniów, którzy w większości nie doczekali dnia wyzwolenia. O tych
        współwięźniach, którym było najgorzej, o Żydach, dla których nie było ocalenia,
        o przyjaźni tak opowiadał Mieczysław Kościelniak.

        "Ich pobyt w obozie ograniczony był do niezbędnego minimum. Większość z miejsca
        kierowana była do komór gazowych, inni umierali z głodu lub wycieńczenia
        katowani w straszliwy sposób. Wymyślano im zresztą najrozmaitsze, najbardziej
        wyrafinowane metody śmierci. To już nie chodziło o samą śmierć - bo ta mogłaby
        być wybawieniem - chodziło o coś więcej, o to, aby jeden człowiek poczuł się
        jak bezwolne zwierzę pod pejczem drugiego człowieka.

        Masowe transporty Żydów do Oświęcimia rozpoczęły się w 1942 roku. Były to
        transporty z terenów całej Polski, ze Związku Radzieckiego, Francji, Belgii,
        Holandii i duże transporty z Salonik, które były punktem zbornym z terenów
        całego Bliskiego Wschodu. Los Żydów przywożonych do obozu był z góry
        przesądzony. Natychmiast umieszczano ich w karnej kompanii i tam w ciągu
        tygodnia likwidowano. Nie można było uratować im życia, ale w miarę możliwości
        czyniono takie próby".

        Mieczysław Kościelniak wspomina dwóch bliskich kolegów, którzy mieszkali z nim
        na jednym bloku. Byli to kupiec z Sosnowca o nazwisku Bryn i Henryk Blum,
        adwokat ze Lwowa. Zaprzyjaźnili się podczas prac przy powstającym na terenie
        obozu przedziwnym muzeum. "Niemcy chcieli stworzyć muzeum, w którym zebrane
        eksponaty świadczyłyby o tym, że narody, które tutaj giną, należą do gorszego
        gatunku i trzeba je likwidować. To muzeum miało powstać na bloku 24. Razem z
        innymi więźniami pracowałem przy tworzeniu tego muzeum. Nakazano nam, abyśmy
        przyprowadzili Żydów, którzy by tłumaczyli Biblię. Niemcy chcieli zdobyć wiedzę
        na temat historii różnych religii głównie po to, aby ją zohydzać i ośmieszać.
        Wybraliśmy do pracy w muzeum właśnie Bryna i Bluma. To ratowało im życie,
        chociaż na jakiś czas. Wynajdowaliśmy coraz to nowe zajęcia, aby ich jakoś na
        dłużej zatrzymać. Wiadomo było, że z chwilą zakończenia prac pójdą do gazu.

        To przedziwne muzeum miało być dokumentacją na udowodnienie tezy mówiącej o
        niższości rasy, głównie czterech narodowości: Polaków, Żydów, Rosjan i Cyganów.
        Eksponaty były tam najróżniejsze, wszystko co zdołano zebrać: kilkadziesiąt
        zwojów Tory, przedmioty rytualne, szaty, świeczniki. To wszystko świadczyło o
        wielkiej tradycji i kulturze, a więc o czymś wręcz przeciwnym założeniom
        Niemców. To były po prostu perełki, arcydzieła sztuki. Pamiętam, że zbierano
        tam też inne pamiątki - sztandary różnych narodów, znaczki, odznaczenia,
        najrozmaitsze książki, instrumenty muzyczne.

        Blum czytał Torę i opisywał przedmioty muzealne, zaangażował się też do naszej
        tajnej organizacji. Był to bardzo inteligentny człowiek, znał kilka języków,
        historię i tradycję. Łatwo się z nim nawiązywało kontakt i współpracowało i
        bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Bryn też spisywał i opisywał eksponaty muzealne.
        Niestety, mimo wielu wysiłków ani Bluma, ani Bryna nie udało się uratować.

        Pamiętam jeszcze historię, jaka wydarzyła się w obozie na Brzezinkach. Przy
        bramie tego obozu była orkiestra. Dyrygentką tej orkiestry była niezwykłej
        urody Żydówka z Francji. Miała tak piękne włosy, że SS-mani nie ogolili jej
        głowy. Dyrygowała orkiestrą chyba półtora roku. Tak muzyką witano nowe
        transporty podludzi z całej Europy. W jednym z transportów dyrygentka zobaczyła
        swoją matkę i siostrę idące do krematorium. Zwróciła się więc do SS-mana z
        prośbą, aby uratował je i pozwolił żyć. Niemiec popatrzył na nią, dał jej
        pięścią w twarz, potem zabrał razem z matką i siostrą do gazu.

        Ci, którzy tam nie byli i nie widzieli, nie są w stanie zrozumieć, jak można
        było przetrwać. Ale do tych codziennych spraw trzeba się było przyzwyczaić.
        Patrząc stale na śmierć nic innego nie pozostało, jak czekanie na własną
        kolejkę do krematorium. Ale to nie było czekanie bierne. Jakaś niezwykła
        iskierka nadziei pozwoliła prowadzić walkę i czekać na wyzwolenie. Wiara w
        przetrwanie kazała obserwować, notować, rysować sceny, nawet te najgorsze i
        najboleśniejsze z obozowego życia... Kiedy się przeżyło tydzień, miesiąc, rok
        czy dwa, każdy następny dzień przynosił nadzieję, że może właśnie nam dane
        będzie przeżyć tę gehennę".

        Wyzwolenia doczekało niewielu, oni są świadkami tamtych krwawych dni, a pamięć
        o tych, co zgineli zagazowani i spaleni i ich historia będą dokumentem
        najczarniejszej karty cywilizowanych narodów.



        • jewhaterexterminator [...] 08.02.03, 17:39
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: katarina [...] IP: 209.234.157.* 09.02.03, 08:30
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka