wild
03.05.03, 01:05
SARMACKA PRÓBA URZECZYWISTNIENIA UTOPII SUWERENNOŚCI LUDU
Jednym z warunków wolności jest stałe pamiętanie o tym, że ludzie są
jednocześnie równi i różni, a więc każdy z nas ma jednakowe prawo do
urzeczywistniania swojej wizji świata. Niestety, świat nie jest bezludną
wyspą, gdzie Jedyny mógłby dowolnie eksperymentować ze swoimi pomysłami, a
Polska i kraje sąsiednie wyjątkowo nie były do tej roli predestynowane, leżąc
na pograniczu Wschodu i Zachodu, z których każdy chciał uczynić je swym
przedmurzem, a przynajmniej linią frontu... Mimo to właśnie tutaj podjęto w
przeszłości próbę urzeczywistnienia Utopii, realizując przez kilkaset lat ów
żywy eksperyment, dopóki obce armie i idee nie położyły temu kresu, a same
społeczeństwa Europy środkowo-wschodniej nie zaparły się swych korzeni. Na
ile trwale, nie umiem powiedzieć - sam fakt, iż powracamy do tego myślą,
mową, a czasem i czynem, każe wstrzymać się z ostateczną odpowiedzią.
Najdalej zaszło to (ze względu zarówno na wielkość kraju, jak i fakt
utrzymania niepodległości przez okres dłuższy niż u sąsiadów) w sarmackiej
Rzeczypospolitej wielu narodów. Podkreślam ów fakt, bowiem późniejszy rozwój
nacjonalizmów w stylu zachodnim kazał jednym ludom wyrzec się własnego
udziału w owym wspólnym dziele, a innym przywłaszczać je sobie w sposób przy
tym równie zafałszowany. Rzeczpospolita była wspólnotą Polaków, Litwinów,
Rusinów, Niemców, Żydów, Ormian, Tatarów, Szkotów, Włochów, Holendrów i wielu
innych, dlatego wolę mówić o Sarmacji niż tylko o Polsce, choć kultura
(językowo) polska stała się ich wspólną płaszczyzną porozumiewania się. Było
tak, bo to w Polsce zaczęto realizować ową drogę do wolności, drogę, która
nigdy nie ma końca, stąd to, do czego się odwołuję, to nie tyle konkretne
dokonania, które dawno już minęły, nie unikając przy tym wad swego czasu, ile
ich duch, przyświecająca im wizja Rzeczypospolitej, co nie rządem stała, a
prawami obywateli.
Rzeczpospolita wyrosła z tradycji plemiennych, słowiańskich, które zderzyły
się z kulturą antyczną i chrześcijańską Europy i potraktowały ją serio,
sublimując się przy tym. W Europie byliśmy bowiem gościem nowym, ledwo co z
barbarzyństwa wyrosłym, nie tylko w oczach spadkobierców Romy, ale i
uzurpujących sobie prawo do spadku Niemców. Było tak nawet na naszym własnym
podwórku, gdzie i kościół łaciński, i niemieckie w swej kulturze miasta
wyłączyły się spod prawa książęcego, zamykając się w egoizmie własnych
przywilejów, gdy tymczasem szlachta (o wiele liczniejsza niż na Wschodzie i
Zachodzie, bowiem szlachcicem był każdy, kto nie przyjął prawa niemieckiego,
co w efekcie na najbardziej zacofanych pod tym względem ziemiach Mazowsza czy
Podlasia objęło 1/4 - 1/3 ludności) pozostała przy nim, przywracając jednak z
każdą chwilą coraz bardziej dawną zależność księcia (króla) i jego prawa od
wiecu, późniejszego sejmu. Ruch ten osiągnął swe apogeum wraz z renesansem,
kiedy to z jednej strony koniunktura na płody ziemi, a z drugiej
doideologizowanie ideami respubliki rzymskiej i powszechnego kapłaństwa w
duchu ewangelicznym pozwoliły zeń stworzyć własny, różny od Wschodu i Zachodu
świat, Utopię wolności.
Poza nią z własnego wyboru (a nie z "egoizmu stanowego szlachty", jak
przedstawia to szkolna historiografia) pozostał i kościół katolicki
(wybierając prawo kanoniczne zamiast polskiego), i miasta czy przez miejskich
przedsiębiorców lokowane wsie (na prawie niemieckim), a także liczni
przybysze z różnych stron świata, którym Rzeczpospolita pozwoliła zachować
ich własne prawa, sądy i samorządy, aż po osobny własny sejm (waad) i sejmiki
w przypadku Żydów. Taka wielość praw (każda grupa kulturowa, każde miasto,
każda ziemia mogła mieć odrębne, lub wybrać spośród wzorów znanych już
wcześniej) w niczym nie przeszkadzała w funkcjonowaniu Rzeczypospolitej i
owych mikroświatów na jej marginesie. Dziś, kiedy fundamentaliści z AW"S" i
ROP odrzucają kompromis w imię wierności swoim racjom, a sejmowa większość
rezygnuje z jakichkolwiek godnych uwagi wartości w imię zadowolenia
wszystkich, czyli nikogo - pełny kompromis (tzn. taki, który nie rezygnując
ze swych przekonań pozwala nie narzucać ich innym) może być atrakcyjną
alternatywą. Czy nie można powrócić do sytuacji, gdy prawo publiczne
ogranicza się tylko do ochrony osoby, jej mienia i swobód, pozostawiając całą
resztę dobrowolnym stowarzyszeniom, których członkowie w zgodzie ze swoimi
przekonaniami zaspokajaliby swe potrzeby, organizowali stosunki międzyludzkie
i poszukiwali prawdy, nie oczekując, że ktoś inny za nich to zrobi, ani nie
robiąc tego za innych - komuniści itp. etatyści mogliby się dobrowolnie
okładać (dotyczącymi tylko ich) podatkami, katolicy umartwieniami, narodowcy
nie tolerowaliby w swych stowarzyszeniach Żydów, Żydzi Arabów, Arabowie
Ameryki etc., zachowując wszelkie odjazdy dla siebie?
Sarmaci byli przekonani o tym, że ich ustrój jest najlepszy na świecie - dla
nich, bo inni mają swoje własne pomysły i dlatego nigdy nie toczono wojen
zaborczych w celu podarowania wolności komuś wbrew jego woli; na dobrą sprawę
nawet idea walki o naszą i waszą wolność pojawia się dopiero w XVIII w.
(pomoc dla Węgrów Rakoczego i Amerykanów Waszyngtona), apogeum osiągając w
wieku XIX, kiedy to zburzenie starego świata stało się środkiem do walki o
odzyskanie niepodległości, której ów świat nas pozbawił. Wcześniej bowiem
zapobieżenie wewnętrznym i zewnętrznym wojnom stało się jednym z
fundamentalnych założeń ustroju Rzeczypospolitej, a przejęcie kontroli nad
finansowaniem armii przez długi czas pozwalało skutecznie ograniczać
zamordystyczne zapędy władzy. Szlachta nie chciała bowiem przejęcia władzy
(choć miała dość siły, by po nią sięgnąć), a jedynie jej ograniczenia prawem
i kontroli przez społeczeństwo, by móc w świętym spokoju zażywać
ziemiańskiego żywota człowieka poczciwego, co było urzeczywistnianiem innej
utopii, mitu Arkadii. Dlatego pierwsza nasza konstytucja (tzw. Artykuły
Henrykowskie z 2 maja 1573) jest raczej deklaracją praw człowieka i obywatela
(zebranych z dawnych przywilejów wymuszonych na władzy dla całego
społeczeństwa szlacheckiego, a nie tylko dla wąskiej elity czy grupy, jak to
było np. z miastami), nie zaś opisem struktury i praw władzy nad owym
obywatelem. Mówiła ona o nietykalności osoby i mienia bez prawomocnego wyroku
sądu, o tym, że bez zgody wszystkich obywateli poprzez sejm władzy nie wolno
zwoływać pospolitego ruszenia na wojnę ani nakładać podatków, że wybór króla
odbywa się z woli ludu szlacheckiego, a nie z "bożej łaski", wreszcie o tym,
że ani władza, ani współobywatele nie mogą nikogo prześladować ani szykanować
z powodu jego przekonań religijnych, a gdyby się tak zdarzyło, że władza
słowa nie dotrzyma, prawo pogwałci - prawo zwalniało obywateli z
posłuszeństwa owej władzy, zezwalając na legalny bunt w celu... przywrócenia
praworządności. Zburzenie umowy społecznej przez władzę czyniło ją nieważną,
ludzie organizowali się więc w konfederacje i przystępowali do bezpośredniego
sprawowania władzy, gdyż to oni byli jej i wszelkich praw suwerennym źródłem.
Uczestnicy rokoszu sandomierskiego w 1606/7 głosili wręcz, że skoro naród
powstaje, by rządzić się sam sobą, tracą moc wszelkie organa władzy
przedstawicielskiej, sądy i trybunały, sejm i senat, a także król, który nie
dotrzymał warunków umowy. Bowiem "program wyborczy" i przysięgę na wierność
prawom Rzeczypospolitej traktowano - w przeciwieństwie do naszych czasów -
serio; podobnie serio traktując bycie posłem jako bycie przedstawicielem
swych wyborców. Sejmiki (ogół szlachty danej ziemi) nie wybierały spośród
wielu programów przedstawianych im przez partie polityczne, lecz same je
uchwalały, spisując w postaci instrukcji dla delegowanych przez nie na sejm
posłów, a ci nie reprezentowali tam siebie i swoich partii, lecz w