kmklim
02.12.04, 21:30
Po lekturze ostatniego numer SF naszła mnie refleksja na temat poziomu
przemocy w polskiej fantastyce naukowej. Czy zawuażyliście że ostatnio,
zwłaszcza na łamach "SF" autorzy z gigantycznym uwielbieniem zabijają, gwałcą
i torturują swoich bohaterów tudzież postronne osoby?
Powstaje pytanie jaki jest tego cel, lub jaka jest przyczyna.
Rozumiem że w polskiej SF dużo jest odwołań do średniowiecza (tradycje
sarmackie) tudzież wiele na temat religii. Ale skąd np. się wzięła inkwizycja,
która nigdy w polskiej tradycji na dobre nie zagościła? Czy chodzi tylko o
lejącą się krew, jak w tanich filmach?
Przecież autorzy ci mają zapewne marne pojęcie o ludzkich cierpieniach. Są
przecież młodzi i wojny nie pamiętają, a nie sądzę żeby odwiedzali ościenne
konflikty dla wrażeń. Czyżby nasza SF zaczynała ciążyć w strone
niby-terapeutycznej mocy japońskich opowieści?
Ciekawa jest duża skłonność autorów do gwałcenia bohaterek. Zwłaszcza że w
Polsce gwałt jest cały czas tematem tabu, jednocześnie nie ściganym ani
adekwatnie karanym przez sądy. Jednocześnie liczba gwałtów jest cały czas
bardzo wysoka, zwłaszcza w rodzinach. Czyżby autorzy mieli jakieś doświadczenia?
Osobiście posądzam autorów o gonienie za łatwą sensacją i pisanie o rzeczach o
których nie mają pojęcia. Najwyraźniej nie mogą zrozumieć że rzeczy przez nich
opisywane rzeczywiście dotykają wielu ludzi żyjących tuż obok.
A co wy sądzicie? Np. po lekturze Achai, która jest już ekstremalnym
przypadkiem opisywanej patologii.