Gość: Znerwicowana
IP: *.chello.pl
03.10.06, 16:52
siemka,
chciałam się z Wami podzielić swoimi uczuciami i ewentualnie poradzić...
mam 24 lata, prawie skończone studia (została obrona magisterki, na którą nie
mam kasy) i szukam pracy. to tak ogólnie o mnie..
4 lata pracowałam w korporacji, najpierw na stanowisku recepcjonistki (2
lata) i kolejne dwa jako asystentka zarządu. kochałam tą pracę, rewelacyjna
atmosfera, super ludzie, ciekawa robota, dużo luzu i zaufania ze strony
szefów. niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. redukcja etatów. od
kwietnia szukam pracy. w końcu znalazłam (nie powiem jaka firma, ani gdzie
się znajduje, bo pewnie będzie wiadomo) cieszyłam się jak głupia, ze w końcu
coś będę robić, że blisko domu, że jakaś kasa etc... wytrzymałam półtora
miesiąca. firemka okazała się nieduża. pracowałam jako asystentka zarządu -
oficjalnie - nieoficjalnie jako sprzątaczka, kucharka, windykatorka, hr-
owiec, negocjator umów, wysyłacz faksów dla leniwego zespołu sprzedaży,
kasjerka, nawet sprawdzałam czy nowy magazyn jest oki, chociaż było dwóch
kierowników magazynu... atmosfera koszmarna, z nikim nie można było
rozmawiać, bo odbierane to było jako spiskowanie przeciwko przełożonym,
wszędzie kamery, podsłuchy na telefon, podgląd na komputer, wszyscy na
wszystkich kablowali, zakaz wychodzenia z budynku, zakaz palenia, praktycznie
same zakazy. kiedyś się spóźniłam do pracy 2 minuty, zastałam zamknięte
drzwi, jak pod drzwiami się uzbierała spora grupka ludzi, uśmiechnięta
wazeliniara recepcjonistka wpuściła nas mówiąc: a teraz uśmiech do kamery,
pan prezes na was patrzy.
praca min po 9 godzin, 9 godzin to obowiązek, ale jak się wychodziło po tym
czasie to tak jakby się uciekało, bo powinno się przecież pracować po 12 h.
nie mogłam wyjść z pracy bez zgody szefa, bez pójścia na dywanik i
wyspowiadania się co dziś zrobiłam a czego nie.. paranoja.
ja, która kochałam pracować, która nie znosiła bezczynności i siedzenia w
domu, która swoje obowiązki starałam się wykonywać zawsze jak najlepiej,
najstaranniej, która zawsze z radością sama z siebie siedziałam po godzinach,
bo może coś jeszcze zrobię, może coś poprawię, może coś
ulepszę...znienawidziłam pracę, znienawidziłam tą firmę i tych ludzi.
staralam się tam z kimś zaprzyjaźnić. jak już zdecydowałam o odejściu z pracy
rękę do mnie wyciągnęłam recepjonistka, która podobno też nienawidziła tej
roboty. próbowałam ją za sobą pociągnąć, zna język, jest ładna, szybko się
uczy. chciałam, żeby też coś lepszego robiła...ta panna mnie na sam koniec
sprzedała, wygadując o mnie niestworzone rzeczy. a ja rękę chciałam do niej
wyciagnąć...
obecnie szukam pracy, siedzę w domu i szczerze mówiąc jest mi dobrze. jasne,
że przeglądam ogłoszenia, ale w każdym ogłoszeniu widzę pracowdawcę -
psychopatę i kapo. nie wiem już co robić :( chciałabym trafić do normalnej,
przyjaznej firmy, w której znowu bym mogła dać z siebie wszystko. boję się...