niuta_s
17.06.09, 23:33
Przyjęcie we francuskiej ambasadzie. High life, bon ton, savoir vire itp.
Facet na przyjęciu czuje się nijako - bo nikogo nie zna,
języka też nie, wina nie lubi - jak żyć W końcu dopadł wódki. Wypił
setkę,drugą, trzecią - świat zaczął pięknieć... Czwarta. Piąta...
Wtem - patrzy... w drzwiach staje ONA. Ciemnoczerwona długa suknia, spokój
bijący z każdego ruchu, posągowa. Faceta jakby piorun strzelił - bo ONA
wyróznia się z tłumu jeszcze tym, że jest- coś niespotykanego - skromna. Nie
wyzywająca, nie wydekoltowana - ręce nie rozrzucone, spokojny, powolny krok...
Zapadła cisza, po niej znów pomruk rozmów
Facet - oszołomiony, ale po połóweczce - wiec śmiały. Podchodzi i pyta:
- Czy zechcialaby Pani zaszczycić mnie tańcem?
Ona nic.
Facet raz jeszcze z pytaniem -
Ona... cicho, spokojnie - Nie, proszę pana. I uśmiech.
Facet z rozdzierającym żalem - Ależ DLACZEGO?
Ona - przynajmniej z trzech powodów, prosze pana.... I uśmiech.
Facet - nieprzytomny prawie - Prosze mi je podać!
Ona - pierwszy z nich jest taki, że pan jest kompletnie pijany, proszę pana...
Facet - aleszzzz niebarzzzzooooo jezstemmmmm.... a drugi powód?
Ona - prosze pana, bo to, co grają to hymn Francji...
Facet - hmmmm..... no tak - tu trudno coś powiedziec... a trzeci?
Prosssszzz pani... ja prosssszzzzzeeee...
A ona - A trzeci proszę pana - jestem kardynałem....i nie tańczę.