xurek
22.06.04, 13:18
W celu wynagrodzenia sobie dupiastego ostatnio zycia i w ramach buntu
przeciwko spolecznemu gorsetowi obligatoryjnej cienkiej talii i malej dupy i
wykorzystujac sytuacjie, ze Behemot wlasnie szedl do kiosku podjelam
blyskawiczna dezyzje zrzucajac nonszalanckim ruchem reki nienawistne pudlo
pelne marchewek i jablek z biurka na ziemie i zamowilam sobie wielki tlusty
sandwich pod tytulem chicken curry. Marchwie i jablka rozsypaly sie po
podlodze. Z satysfakcja spojrzalam na lezace u moich stop bezbronne jarzyny
asocjujac je z sadystyczna przyjemnoscia z tym, ktory w ramach
mnieniesatysfakcjonujacego zadoscuczynienia za przeslimdrany wieczor je
obieral i pakowal, po czym wstalam wdziecznie z biurowego stolca i malenka
nozka w wielkim topornym bucie rozmiazdzylam przynajmniej trzy stwierdzajac
przy okazji kontem mozgu, iz jablka do takowych celow nadaja sie znacznie
lepiej.
W momencie orgastycznosadystycznej euforii rozdeptywania jablek pojawil sie
Behemot z wielkim i tlustym sandwichem ociekajacym curry w swym foliowym
wiezieniu. Olsniona moja eksplozja nieskrepowanych instynktow jak rowniez
oburzona wdzieraniem sie postronnych w tak intymne zajecie postanowilam
wyprobowac na Behemocie dzialanie koszmarnego zaklecia tudziez oddac mu za
to, czego nie zrobil ale zrobil ktos inny, wiec ogolnie odwet sie nalezal i
kopiujac tak dobrze znane przymruzone oczy i wydete usta wycedzilam „I don’t
have anything to say about it, it would be anyway another useless
discussion“. Z satysfakcja stwierdzilam, iz Behemot mial rownie glupia mine i
przestepowal z nogi na noge jak ja sama poddana magicznemu zakleciu.
Uwolnilam wiec sandwich z rak stuporowatego Behemota i rozsiadlam sie na
biurowym stolcu. Rozpakowalam moj rewolucyjny sztandar i dzielac uwage miedzy
kontemplowanie wywodow Lucji o niemyleniu niczego z niczym, unikanie
pobabrania sie sosem i degustacje pysznych kawalkow chickena, salaty i
sandwicha delektowalam sie moim zasluzonym wypoczynkiem i sukcesem w walce ze
skostnialymi faut pas.
W blogim samozadowoleniu dotarlam prawie do konca sandwicha – w mej dloni
pozostal jedynie jeden duzy kes i plastik pelen sosu curry. I wtedy zadzwonil
telefon. Jak zwykle zigonorowalam, bo po co mam tego asystenta i dotknelam
ustami zmyslowego kurczaka. I wtedy telefon zadzwonil z powrotem a asystent
ryknal ze swego biura ze to klient wazny i pilny. Sytuacja byla nie do
uratowania w konwencjonalny sposob, co w zasadzie odpowiadalo mojej
rozpentanej rewolucji kulturowej wiec niewiele myslac wcisnelam reszte
sandwicza upychajac w gebie, rzucilam kapiacy wor na lezacy przede mna
kontrakt i umazana lapa zlapalam za sluchawke krzstuszac w
nia “hhllllllooo”…. . Po czym z geba pelna kurczaka wyluszczylam waznemu
klientowi, ze teraz jest przerwa i sie pozywiam, odlozylam upaprana
sluchawke, popatrzylam na moja upaprana lape zastanawialac sie czy wytrzec w
spodnie czy moze we wlosy – w koncu zdecydowalam sie na biurowy stolec. Potem
rozsiadzlam sie wygodnie, spojrzalam z satysfakcja na moje rewolucyjne dzielo
i dla ukoronowania wydalam z siebie glosne beurk.
A potem niespodziewanie i nieoczekiwanie, jak zwykle wykorzystujac swoj
niezrownany talent do psucia nastrojow wszelkich zjawil sie w drzwiach biura
Obieracz Jablek i Marchewek z bukietem roz i rozpizdzil cala rewolucje
zupelnie stylowo nie pasujacym “I’m sorry – happyendem”.
Ale troche rewolucj postanowilam zachowac. Jest nia ten post, w ktorym to
rewolucyjnie rozstaje sie z zasada mowienia tylko prawdy, zawsze prawdy i
wylacznie prawdy. Ale nie calkowicie. Jak na kameleona przystalo caly post
jest zielony, ale czesc to Kameleon a czesc to liscie.
Xurek