chris-joe
06.05.13, 03:45
W pierwszych slowach mego listu: zeby nie bylo za milo, troche tez ponarzekam.
Lot do Brazylii zaczal sie od lekkich komplikacji, bo w Montrealu okazalo sie ze samolot do Nowego Jorku byl na tyle opozniony, ze nie bylo mowy by zdazyc na samolot z JFK do Sao Paulo. Po dlugiej i nerwowej kombinacji wrzucono nas na lot do Toronto i stamtad dalej. W sumie nawet lepiej, bo nie musielismy przchodzic US Immigration.
W Sao Paulo spedzilismy bardzo mile 3 dni ze szwagierstwem.
Za to moje Buenos Aires od razu nie tak. (Moj skok w bok solo, bo bez Braza.)
Do ladowania podchodzilismy pare razy zas gruntowanie bylo na tyle ostre, ze wrzaski na pokladzie sie rozlegly. Otoz przylecielismy akurat gdy rozpoczynala sie ulewa rozmiarow biblijnych.
Dojazd do Microcentro w strugach niewyobrazalnych, przeskok z autobusu do hotelu przemoczony do suchej nitki. Rano zas stwierdzilem, ze jestem ciezko chory- jakies gigantyczne po prostu przeziebienie. Myslalem nawet, czy to nie efekt szczepionki na zolta febre, jakiej sie w SP podalismy, ale raczej nie. W kazdym razie febra mna trzasla, zatoki normalnie zacementowane. Takim wiec przemyslem dwa pierwsze dni w BA przelezalem trupem w hotelu. Do apteki raz jedynie wypelzalem. I na sniadanie do hotelowego bufetu.
I w lozku wlasnie sie z telewizora dowiedzialem o powodzi strasznej, jakiej region nigdy nie widzial. W BA 10 osob sie utopilo, w niedalekiej La Plata z 50. Niemal wszyscy w zalanych samochodach.
Gdy stanalem na nogach, nawet sie do La Platy wybralem, w koncu to stolica prowincji BA.
Ani w Buenos, ani w La Plata centra nie zostaly wcale zalane (w BA bym nawet nie wiedzial o powodzi, gdyby nie telewizornia), za to z okna pociagu do La Platy widzialem okropnie potopione przedmiescia.
Pozatym:
Buenos Aires bardziej ubogie. Chodniki sie lamia nawet przed dobrymi hotelami. Pociag do La Platy to straszna afera- brud i ubostwo. Co chwila ktos czym frymarczy, probki towaru uklada na kolanach pasazerow, by je zebrac w drodze powrotnej. Ciasteczka, rajstopy, szczotki do zebow, dodatki do komorek- bazarowisko. Podobnie sie tez dzieje w subte, czyli metrze BA.
Ulice miasta koszmarnie zaniedbane, syf i brud. I plakaty z Cristina. Akurat przypadla rocznica wojny o Falklandy, wiec wszedzie pompa, akademie, Rece Precz Od Malwin itp. Wogole nieprzyjemnie.
Nawet sie na to moje Buenos wkurwilem i czulem, ze chyba koniec romansu.
Po czym wystarczyl jeden wieczorny spacer, pyfko w knajpce ulicznej- i nie, no nie mowy, to miasto znow nade mna wygrywa.
Po powrocie do Brazylii przeskok z lotniska do lotniska i lot do miesciny w rodzinnych stronach Braza, ktory mnie z lotniska odebral.
W jego miasteczku jednak niecale 2 dni w sumie spedzilismy, gdyz najetym samochodem ruszylismy na druga strone Parany, do stanu Mato Grosso do Sul, na obrzeze Pantanalu.
Tam sie rozbilismy w miescinie Bonito w stronach niezwykle dziewiczych. Udalismy sie na ekspedycje nurkowania w rzece rajskiej przejrzystosci, wsrod dzungli jakiejs, gdziesmy sie wsrod ryb przepychac musieli. Napotkalismy tez jakies aligatory, a jakze, moje ulubione kapibary i rozne inne dziwaczne stworzenia, ktorych imion nie pomne.
Nie powiem, bylo nadzwyczaj przyjemnie.
Nastepnie lot na powrot do SP, przepierka, przepakowanie i lot do Bahii, tym razem z mama Braza. W miasteczku Praia do Forte, 80 km na polnoc od Salvadoru, wynajelismy mieszkanie na niemal 4 tygodnie. Bylismy juz tam kilka lat wczesniej, jeszcze z obojgiem rodzicow.
Praia to wies, ktora sie bardzo uturystycznila, hoteliki, butiki, nastrojowe knajpki. Wspominalem ja milo.
Mieszkanie okazalo sie byc calkiem przyjemne, tuz obok glownego deptaku, obok domkow mieszkancow lokalnych. I to wlasnie okazalo sie, niestety, przeklenstwem.
Otoz Bahianos nie rozmawiaja, lecz wrzeszcza, nie ogladaja tv czy sluchaj muzyki, lecz wszystko grzmi na caly regulator, zas sprzety do odtwarzania w chatkach maja, jakimi nie jedna dyskoteka chetnie by zawladnela. Procz ryku glosnikow wiec wszedzie rozlega sie ow zabojczy grzmot niskiego basu, ktory z kilometr moze przeswidrowac.
Po kilku dniach wiec i probie negocjacji z sasiadami, sprawa skonczyla sie na policji. Policja w Bahii jednakze bardzo niemrawa, tych wizyt bylo wiec kilka. Braz tejze policji zaczal w koncu wygrazac, az ktorys stojkowy raczyl sie pokwapic i zbesztac sasiadow rykiem niecenzuralnym.
Niby pomoglo, troche, lecz Praia sie dla nas skonczyla.
Skasowalismy najem mieszkania, stratni, i wyszukalismy hotelik w sasiedniej wiosce, znacznie mniej wesolej. Wies sie zowie Imbassai. Hotelik jest zas boski. Male to, przytulne, ulokowane na wydmie miedzy oszalamiajaca plaza a rzeka, po drugiej stronie ktorej lezy wies. Do wsi idzie sie drewnianym mostkiem, a sceneria to najzwyklejszy kicz tropikalny, az wstyd walic foty. Ale wale i z czasem sie podziele.
Strona morska hoteliku/pousady to plaza na ktora idzie sie boso w majtasach prosto z pokoju. Jesli zas sie czlowiek zacny znuzy szumem oceanu i cieplutkim oceanicznym wiatrem, przechodzi onze na druga strone pousady, po stronie rzeki i wsi za nia, gdzie w skwarze juz wiatrem nienaruszonym moze lezakowac, badz sie pluskac w basenie.
Hotelik niemal pusty, prowadzi go pewien Niemiec, ktory coraz bardziej utwierdza we mnie przekonanie wywiezione z Teneryfy, ze Niemcy bardzo sa malo kontaktowi. Poza boa dia, hello, ledwo wiecej mozna od niego wycisnac.
Za to spokoj w pousadzie bezcenny. Chociaz: w tenze weekend wprowadzily sie dwie rodziny brazylijskie i pousade niemal kompletnie skolonizowaly. Wrzaski, spiewy, rechot nieustanny. No ni, psze panstwa. Ja rozumiem alegria, joie de vivre itp androny, lecz to nie dla mnie. Jakos bardziej jednak cenie polnocny umiar, dyskrecje, poszanowanie dla czleka obok.
Jedna z tych rodzin chyba nawet dosc przyjemna. Klan sklada sie z 3 pokolen, lubia sie, te kontakty miedzypokoleniowe godne pochwaly, graja i spiewaja nawet, maja gitare i saksofon tenorowy. Niby niezwykle przyjemnie. Tylko czemu, kurwa, zmuszaja mnie do partycypacji w swej rodzinnej sielance?
Jest juz jednak niedzielny wieczor i wyjechali, wraz ze swoja miloscia do zycia rodzinnego i muzyki, precz. Chwala im za to i krzyz na droge.
Minus tegoz niedzielnego wieczora zas jest taki niestety, ze zostaly nam tu juz tylko 2 pelne dni tych nadmorskich wywczasow.
We srode lecimy do SP, w piatek zas do Montrealu, dokad dobijemy w sobote.
I tyle tego bedzie, moi mili.