chris-joe
21.03.17, 16:39
Dwa dni w Sao Paulo uplynely na rodzinnych spotkaniach. Pogoda lagodna, ledwo ponad 20 stopni, troche mrzawki, chwilami deszcz.
W niedziele objezdzamy miasto w poszukiwaniu firmowej koszulki dla syna mojego kuzyna z Roztocza, ktoremu taki prezent obiecalismy rok temu, a ktory uwielbia brazylijski klub pilkarski Corinthians z SP. Wycieczka konczy sie w firmowym sklepie na okazalym stadionie klubu.
Odbieramy najety samochod i ruszamy w droge na daleka wies na koncu stanu Sao Paulo. Po drodze zatrzymujemy sie w miescie Campinas na kolejne krotkie rodzinne odwiedziny. Gdy stamtad ponownie wyruszamy, juz na autostradzie, rozpetuje sie szalona ulewa. Mijamy w strugach deszczu trzy wykolejone auta i jedna ciezarowke do gory nogami z kompletnie zmiazdzona kabina... Ku wieczorowi sie przejasnia. Zaraz tez zapada zmrok. W planie mamy nocleg w miescie Rio Preto i kolejne wieczorne spotkanie tamze.
Ponad godzine przed celem stwierdzamy, ze konczy nam sie etanol. GPS podaje nam dwa warianty: stacja przy autostradzie za 30 km (nie dojedziemy), albo stacja w jakiejs miescinie 15 km od autostrady. Porzucamy wiec autostrade i wbijamy sie w glusze. W miescinie odkrywamy, ze docelowa stacja nie istnieje, inna zas, istniejaca, juz jest zamknieta. Na oparach w baku nie dojedziemy juz nawet do autostrady. W miescinie ni zywej duszy. Znow zaczyna padac. Wreszcie przed jednym z domow odkrywamy jakis ruch w garazu, wyluszczamy tam dwoch chlopow. "Niee, panie, wszystko tu zamkniete. Hotel? Haha, ni ma zadnego hotelu." Miny nam rzedna, Braz prowadzi jeszcze leniwa gadke z chlopami.
Jeden z nich wreszcie wyciaga telefon i gdzies dzwoni. "Wlasnie gadalem z Joao, tym od stacji, wlasnie je kolacje, ale mowi ze zaraz przyjedzie."
W istocie, po 5 minutach przyjezdza Joao pick-upem, jedziemy za nim na stacje. Jestesmy uratowani.
W Rio Preto wrzucamy czemodany do hotelu i spotykamy sie ze spowinowacona mlodzieza, pyfko, kaszasa, gadki. Dziewczyny jakos sobie radza z angielskim, chlopak zas calkiem biegly, jezdzil do Stanow na wymiane. Spotkanie bardzo przyjemne i znacznie zywsze i ciekawsze niz z pokoleniem ich rodzicow (naszym pokoleniem) na poprzednim przystanku.
Rano, po sniadaniu, znow w droge. Po deszczach ni sladu, temperatura szybko dobija 30-tki i wyzej.
Wczesnym popoludniem dobijamy do celu do zaprzyjaznionej ciotki Heleny mieszkajacej na wiejskim uroczysku na skraju miasteczka Monte Castelo. Obsiadujemy patio, psy i koty obsiadaja nas, co chwile trza zrzucac z siebie jakiegos przylepnego zwierzaka, cos nieustannie czochra sie o nasze nogi.
Wpada paru kuzynow Braza, ale na krotko. O 9 padam, wpierwej wysluchawszy zwyklych juz ostrzezen przed skorpionami i wezami (sprawdzac obuwie, nim sie je wdzieje!).
Budze sie o 4 rano, wszystko spi. Gdy wychodze jednak spod natrysku po porannej toalecie, wszystkie koty i psy juz mnie oblegaja spragnione uwagi i pieszczot. Ludzie spia. Wkrotce wstaje slonce. Ja znow zapadam w druga runde snu.
Pozniej jedziemy do miasteczka po swieze pieczywo. Reszta ranka leniwa w cieniu patio. Upal sie nateza.