chris-joe
25.01.07, 01:07
w QC zywi sie, oddycha i wydala szalejem.
Od czasu uchwalenia juz przed laty slynnej Ustawy 101, garsc wielkich kompanii
miedzynarodowych ugiela sie pod presja i pozmieniala nazwy na francuskie.
Choc nie musialy, bo Ustawa w teorii nie dotyczy trade marks, nazwy zmienily
dotad:
-Shoppers Drug Mart- na Pharmaprix (ja ich zlosliwie nazywam z angielska
"pharmapricks")
-KFC- na PFK (Poulet Frit Kentucky)
-Staples- na Bureau en Gros
-nieszczesny sztandarowy "Tim Horton's" od czasu wejscia na rynek QC wogole
zmienil nazwe- porzucil niestrawny w QC angielski apostrof i stal sie "Tim
Hortons", niniejszym zmieniajac nazwisko zalozyciela.
Okazuje sie, ze zandarmerii to za malo (mimo, ze Ustawy nikt nie narusza).
Obecnie nawoluje ona quebecka klientele do bojkotowania wielkich firm, ktore
nadal uzywaja nazw angielskich. Pytana, czemu wzywa do bojkotu, skoro
wszystko gra, odpowiada: "Alez my do bojkotu nie wzywamy! Nawolujemy jedynie
do... wywarcia presji przez omijanie tych biznesow. Poza tym, chodzi nam
jedynie o to, by wielkie firmy miedzynarodowe wogole uwzglednialy lokalny
charakter rynkow, na ktorych dzialaja. Globalizacja posunela sie za daleko".
Mimo to, na opublikowanej liscie "zakazanych" interesow widnieja jedynie firmy
angielskojezyczne- szwedzko, niemiecko, japonsko, francusko (z Francji)
jezyczne jak widac oddaja charakter lokalny Quebecu dosc wiernie.
Wielkie zas miedzynarodowe firmy quebeckie jak Bombardier, czy Cirque du
Soleil, swymi nazwami takze odzwierciedlaja lokalny charakter rynku polskiego,
czy amerykanskiego na przyklad.
Siem gubie. Wkurwiony na sto pytam: ja oszalalem, czy oni?