Dodaj do ulubionych

Lingwistyczna zandarmeria...

25.01.07, 01:07
w QC zywi sie, oddycha i wydala szalejem.
Od czasu uchwalenia juz przed laty slynnej Ustawy 101, garsc wielkich kompanii
miedzynarodowych ugiela sie pod presja i pozmieniala nazwy na francuskie.
Choc nie musialy, bo Ustawa w teorii nie dotyczy trade marks, nazwy zmienily
dotad:
-Shoppers Drug Mart- na Pharmaprix (ja ich zlosliwie nazywam z angielska
"pharmapricks")
-KFC- na PFK (Poulet Frit Kentucky)
-Staples- na Bureau en Gros
-nieszczesny sztandarowy "Tim Horton's" od czasu wejscia na rynek QC wogole
zmienil nazwe- porzucil niestrawny w QC angielski apostrof i stal sie "Tim
Hortons", niniejszym zmieniajac nazwisko zalozyciela.

Okazuje sie, ze zandarmerii to za malo (mimo, ze Ustawy nikt nie narusza).
Obecnie nawoluje ona quebecka klientele do bojkotowania wielkich firm, ktore
nadal uzywaja nazw angielskich. Pytana, czemu wzywa do bojkotu, skoro
wszystko gra, odpowiada: "Alez my do bojkotu nie wzywamy! Nawolujemy jedynie
do... wywarcia presji przez omijanie tych biznesow. Poza tym, chodzi nam
jedynie o to, by wielkie firmy miedzynarodowe wogole uwzglednialy lokalny
charakter rynkow, na ktorych dzialaja. Globalizacja posunela sie za daleko".

Mimo to, na opublikowanej liscie "zakazanych" interesow widnieja jedynie firmy
angielskojezyczne- szwedzko, niemiecko, japonsko, francusko (z Francji)
jezyczne jak widac oddaja charakter lokalny Quebecu dosc wiernie.

Wielkie zas miedzynarodowe firmy quebeckie jak Bombardier, czy Cirque du
Soleil, swymi nazwami takze odzwierciedlaja lokalny charakter rynku polskiego,
czy amerykanskiego na przyklad.

Siem gubie. Wkurwiony na sto pytam: ja oszalalem, czy oni?
Obserwuj wątek
    • luiza-w-ogrodzie Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 02:50
      Przeczytalam i nie wiedzialam, czy usmiac sie czy w czolo popukac. W koncu
      jezeli firma jest globalna, to jej nazwa laczy sie z tradycja, image etc na
      calym swiecie. Bez sensu jest dostosowywac nazwe do lokalnych jezykow, przeciez
      nie da sie ukryc, ze to ta sama firma, tylko inaczej przechrzcona.
      Przypomina mi to okres w prasie polskiej (chyba w latach 50-tych) gdy na sile
      spolszczano nazwiska (np Jan Wilczychod Goethe...)
      Chris, to oni oszaleli, a nie Ty.
      Pozdrawiam
      Luiza-w-Ogrodzie
      .¸¸><((((º>¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
      Australia-uzyteczne linki
    • ertes Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 07:02
      Dlatego ja uwazam ze bydlo powinno sie jak najszybciej odlaczyc od Kanady.
      Po cholere reszcie Kanady ten wrzod na ktory tylko wydaje sie pieniadze?
      Banda aroganckich francuzikow. Jestem ciekawy jak dlugo by wytrzymali jako
      niepodlegle panstwo. Po kilku latach juz by skamlali zeby stac 51 stanem USA>
      • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 10:23
        Szczerze sie usmialam. Z roznych powodow.

        Po pierwsze: jakby kurczaka nie nazywal KFC, czy PFK, jest to dla mnie
        barbarzynstwo. Czy KFC da sie przelknac, moze sie i da.....
        Shoppers Drug Mart wam sie podoba? Sprawa gustu.....
        Wazniejsze dla mnie byloby gdybys CJ napisal co takie zmiany znacza w zyciu na
        codzien i do jakiego stopnia przeszkadzaja zyc, w koncu etykietki sa tylko
        etykietki, jak dla dzieci.

        Po drugie: dlaczego "firma globalna" (tez dla mnie barbarzynstwo jezykowe) ma
        nosic nazwe anglofonska? I w czym, jeszcze raz, przeszkadza jesli nie ma
        anglofonskiej, albo sie zmienia? W koncu nazwy zmieniaja sie bardzo czesto,
        rownolegle do ruchow ekonomicznych tychze firm.

        Po trzecie: pomylenie Kanady z Francja oddaje kolor smiesznego ale za to bardzo
        jurnego ataku w pustke oraz "prognoz" polityczno-ekonomicznych Quebeku :-)))))

        Ale tak powaznie: jest tam chyba jakis problem w tej Kanadzie, albo jak mowisz
        w czesci Kanady, problem tozsamosci prowincji Quebeku. Czemus to w koncu
        odpowiada i ma jakies podloze, nie jest to wylacznie jakis facet idiota ktory
        spedza czas na wymyslaniu nowego slownictwa o zrodlach starofrancuskich w
        celach przeszkadzania.
        W koncu chca niewiele, chca zeby mowic ich jezykiem. I wcale nie jestem
        przekonana ze oburzenie wylacznie anglojezycznych jest w dobrym guscie.

        A czy cos sie nazywa Wedel czy 22 lipca, mam gleboko gdzies, dla mnie
        najwazniejsze zeby czekoladki byly dobre. A moze w Polsce nazywa sie juz
        Wedel's? i moneta dolarowa? Wcale by mnie to nie zdziwilo, ale nowin z Polski
        nie sledze.

        ;-)))))
        • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 11:20
          Chyba tu juz kiedys o tym pisalam, nie nie jestem pewna.

          Otoz kiedys, dawno temu (okolo polowy lat 80tych) byl sobie tu, we Francji, pan
          minister kultury, Monsieur Toubon, co moznaby przetlumaczyc na Pan Calydobry.
          I w ramach jego osobistej walki z niepotrzebnymi anglicyzmami we francuskim
          nakazywal uzywac odpowiednikow francuskich, czesto dziwacznych i, co ciekawe
          pochodzacych np z Kanady.
          Ale smieszne jest to ze od tego czasu nazywa sie go tu Mr Allgood.

          Moge wam powiedz ze np we Francji, mail nazywa sie courriel ;-)
          • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 11:57
            De Gaulle ktory byl prezydentem Francji w latach 60tych, odbyl wizyte w
            Kanadzie (chyba 65) ze swoim slynnym przemowieniem konczacym sie, ze
            wzniesieniem ramion w gore w formie V Victorii: niech zyje Quebeck wolny!

            Pamietam karykature ktora ukazala sie po smierci de Gaulle'a, gdzie juz
            sztywnego ale ze wzniesionymi w gore ramionami, jak w Quebecku, dwu grabarzy
            usilowalo upchnac do trumny; Nie mogac sobie dac z tym rady, jeden z nich mowi:
            zdecydowal zasrywac nam zycie do konca!

            ;-)
        • blues28 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 14:29
          Jestem odmiennego zdania.
          KFC jest dla mnie jednoznacznym wskaznikiem, ze mam to miejsce omijac z daleka,
          a jakis tam PFK móglby mnie zmylic...;)
          A powaznie: nazwa firmy, marka, produkt sa rejestrowane w stosownych
          rejestrach, powstaje tzw. trade mark registered i jest pod legalna ochrona
          prawa miendzynarodowego.
          Firmy latami pracuja na dobre imie, prestiz swoich produktów czy uslug i zmiany
          tychze nazw z przyczyn (no wlasnie, jakich???) spowodowaloby znizenie uznanych
          produktów do poziomu "BOB" czyli marka "biala" lub marka dystrubutora, bez
          prestizu u klienta.
          Np. jak decydujesz sie na zakup wina, to szukasz marki która lubisz i do której
          masz zaufanie, a nie na zasadzie "poprosze wino czerwone lub biale", prawda?
          Wino winu nierówne...
          Jesli wysylam pieniadze, to tylko poprzez Western Union a nie poprzez firemke,
          która zalozyl Paco Perez, choc Paco Perez jest o wiele tanszy. Ale, jako
          wieloletni klient ufam WU i wiem, ze za pól godziny odbiorca np. w Polsce
          odbiera wplacona kwote. I cieszy mnie, ze prawo w Hiszpanii chroni
          miedzynarodowe rejestry i nie zamienia Western Union w "Unión Occidental".
          Przyklad z Wedlem nie jest dobry, bo i tak wszyscy wiedzieli, ze 22 lipca to
          Wedel, a prócz tego zdaje sie, ze byla jeszcze Goplana i nic wiecej. Bo to nie
          byl wolny, konkurencyjny rynek.
          Na wolnym rynku konkuruje 10-20 czy 100 produktów i ustalona firma czy marka to
          potezny kapital. W imie czego ma rezygnowac z wypracowanego prestizu? Dlaczego
          ma zmieniac nazwe, która symbolizuje okreslona jakosc?
          Mieszkancy Quebecku mówia swoim jezykiem, jest to na dodatek jezyk urzedowy,
          nieprawdaz CJ? Wywieranie presji na firmy by zmienialy nazwy na
          francuskobrzmiace wydaje mi sie duzym nonsensem; jest odbieraniem poczucia
          identyfikacji.
          Troche jak tluczenie biednego Kunta Kinte i zmuszanie go do powtarzania: "my
          name is Toby"
          • ertes Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 16:00
            Ja tam Lucje rozumiem i wcale mnie dziwi to co pisze. Ostatecznie mieszka we
            francji ktora tez od zawsze szuka swojej tozsamosci w odrebnosci. Czesta na sile.
            Tak czy inaczej osobie mieszkajacej poza Kanada lub nie majacej do czenienia na
            codzien problem Queuebc bedzie raczej malo zrozumialy.

            W 95 roku niewiele brakowalo zeby sie odlaczyli. Wtedy siedzialem na brzegu
            krzesla bojac sie co sie stanie z Kanada. Dzis bym ich popieral: fora ze dwora
            jak sie nie podoba.
            • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 17:29
              Uo jezu!
              To znaczy kto fora? i z czyjego dwora?
          • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 17:53
            Piszesz tak jakbys zyl np w solidnej Anglii np w roku 1910. Kiedy to firmy,
            marki......"Istnieje od roku 1824".........solidne wyroby, marzenie.
            Wszystko sie dzis zmienia szybko, bardzo szybko. Dzis nawet nie wiesz co to
            jest twoj Western Union. Dzis idziesz do jednego, drugiego, trzeciego,
            porownujesz jakosc serwisu, ceny, gwarancji i czesc. Przeciez to ty im placisz
            a nie odwrotnie, milosc twoja do Western Union jest absolutnie jednostronna,
            zapewniam cie. Nie wiem jak w dzisiejszych czasach mozna byc "wiernym" jakiejs
            firmie. Chyba wylacznie z lenistwa.

            ;-)))

            Poza tym tu chodzi o panierowanego kurczaka z frytkami (PKzF) a nie zeby pisac
            Marlboreau zamiast Marlboro, nie ma sie czego bac!

            Bylam kiedys w Paryzu w portugalskiej knajpie i danie dnia byl "kurczak po
            amerykansku".
            Pytam wiec kelnera co to takiego,
            na co on po namysle: jak to co, chicken!
            Prawie sie posiusialam ;-)))
            • ertes Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 18:34
              Jak napisalem wczesniej osobie ktora zyje poza Kanada i ma raczej mgliste
              pojecie na temat Canada vs Quebec bedzie sie wydawalo to wszystko bez znaczenia.
              Co jest zupelnie zrozumiale.

              Jednak w Kanadzie jest to problem i to nie tylko kwestii zmian nazw itp itd. Sa
              to lata energii politykow, administracji itp zupelnie stracone na ten bezsens
              jakim jest Quebec ktore mogly zostac spozytkowane w zupelnie innycm kierunku nie
              wspominajc tu juz o takiej drobnetsce jak miliardy dolarow ktore sie wydaje na
              ta cala zakichana "francuskosc" otrzymujac tylko i wylacznie kopa w d*pe.
            • blues28 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 25.01.07, 20:44
              Nie zyje w solidnej Anglii tylko w pogodnej Hiszpanii ;-)
              Nawet jesli wszystkie firmy miedzynarodowe funkcjonujace na terenie QC zmienia
              nazwy na francuskobrzmiace bedzie mi to calkowicie obojetne. Mówie tylko o
              nonsensie takiego postepowania bo to nie uczyni QC bardziej quebeckim. Wyglada
              to bardziej na kompleks nizszosci niz sensowna decyzje.
              Piszesz: "Wszystko sie dzis zmienia szybko, bardzo szybko. (..)Dzis idziesz do
              jednego, drugiego, trzeciego, porownujesz jakosc serwisu, ceny, gwarancji i
              czesc."
              Fakt. Rynek oferuje Ci duzy wybór produktów czy uslug, róznej jakosci i w
              róznych cenach i Ty wybierasz wedlug Twoich potrzeb i mozliwosci.
              Marka pozwala odróznic Twój produkt od konkurencji; zespoly marketingu pracuja
              nad tym by marka ucielesniala jakosc i wszystkie pozytywne cechy, które chcemy
              by konsument automatycznie kojarzyl z naszym produktem/usluga. Ale jesli
              produkt sam w sobie nie posiada reklamowanej jakosci i innych zalet, to caly
              wysilek marketingu i naklady na reklame sa strata czasu i pieniedzy. Jakosci
              nie da sie wmówic, albo produkt ja ma albo nie. A wsród dwóch (trzech, pieciu)
              produktów o podobnej jakosci, jeden z nich “chwyta” na rynku za powodu
              estetyki, funkcjonalnosci, smaku... sprzedaje o wiele wiecej niz konkurenci i
              ksztaltuje sie jako lider w swoim sektorze. I jesli jego jakosc nie
              zaszwankuje, wyrabia sobie prestiz i staje sie juz liderem bezdyskusyjnym. Nie
              mówie tego ja, mówia to badania rynku prowadzone szczególowo i przez firmy
              specjalistyczne. Widzisz, moja praca wymaga analiz raportów rynkowych firmy AC
              Nielsen i jestem na biezaco z sytuacja produktu markowego versus tani,
              bezmarkowy.
              Moze i tak jest, ale jakos nie wierze, ze wybierasz najtansza czekolade (bo jak
              sprawdzisz jakosc dopóki nie zjesz?), kupujesz najtansza pralke, bo niby ma te
              same programy i tez gwarancje, najtansze kremy (bo marki to zdzieranie
              pieniedzy?), najtanszy samochód (bo tez jedzie), najtansze wino (bo tez dobre i
              czerwone – albo biale) i... przyklady moznaby mnozyc. Nie bardzo w to wierze
              Lucjo ;-)
              Owszem, sporo ludzi tak robi, ale nie wiekszosc. Inaczej nie byloby sensu
              inwestowac w marke.
              • lucja7 Czyli ciagle to samo... 27.01.07, 09:23
                Kiedys umieralo sie za Bismarcka, teraz umiera sie za Western Union.
                A ja naiwnie myslalam ze w dzisiejszych czasach jestesmy w naszych demokracjach
                wyzwoleni, dobrze poinformowani i w zwiazku z tym zdolni do dokonywania sami
                naszych wyborow.
                Te mozliwosci rzeczywiscie mamy i o ile z nich nie korzystamy, jest to wynikiem
                wylacznie lenistwa, powtarzam. To ze na dzwonek "Western Union" reagujesz
                aktywnie i pedzisz wysylac pieniadze, znaczy to ze ta firma zamknela ci
                kompletnie horyzont pozostawiajac jedno, jedyne okno: Western Union.

                No i faktem jest ze w krajach najubozszych, afrykanskich, azjatyckich,
                wszystkie dzieci ubrane sa w koszuliny Reebok, Nike i inne takie same, byleby
                nie w sweter ucipany na drutach przez babcie.

                Jest to dla mnie generalne zubozenie i ograniczenie roznorodnosci i
                sprowadzenie sposobow zycia do tragicznej szarosci.

                Odbieglam troche od tematu, ale nie akczptuje twojej, blue, argumentacji.

                ;-)
                • blues28 Nie, nie to samo 27.01.07, 12:12
                  Mówimy o róznych rzeczach. To co napisalam powyzej to tylko wyjasnienie
                  mechanizmu rynku. Zauwaz, ze na wolnym rynku masz do wyboru mnóstwo produktów i
                  to Ty decydujesz czy wybierzesz tanszy, bezmarkowy czy drozszy (uznana marka).
                  Czy to lenistwo czy przekonanie, ze kupuje to co mi najbardziej odpowiada i mam
                  zaufanie do jego jakosci? Wybieram to co chce i jesli zaciekawi mnie jakis
                  produkt o nieznanej marce to kupuje i sprawdzam. O ile spelni moje oczekiwania,
                  kupie go znowu. To jest mechanizm wyrabiania sie marki.
                  Wiekszosc konsumentów nie goni bezmyslnie, w owczym pedzie za marka (choc
                  zdarzaja sie i tacy, ale glupcy sa wszedzie), tylko za okreslona kwote zadaja
                  okreslonej jakosci i nie zawsze maja czas/ochote na loteryjke co dzis dostane,
                  bo nic nie wie o tym produkcie.
                  Idac tokiem Twojego rozumowania, powinnas byc konsekwentna o nie uzywac
                  okularów slonecznych Gucci, tylko nabyc np. okulary chinskie. O wiele, wiele
                  tansze a przy tym satysfakcja uwolnienia sie z tyranii marki, fomentowania
                  róznorodnosci, tepienia lenistwa... ;-)

                  Dodam tylko, ze Western Union nie wywoluje u mnie odruchu Pawlowa, ale mam
                  wrazenie, ze kazda amerykanska firma/nazwa budzi Twoja odruchowa niechec ;-) A
                  to zaweza Ci wybór ;-)

                  P.S. ide po zakupy i znowu bede leniwa: kupie Roquefort;-)

                  Pozdrawiam ze slonecznego, mroznego Madrytu.
                  • lucja7 Re: Nie, nie to samo 27.01.07, 12:42
                    Ja wiem o czym ty piszesz.
                    Ale na litosc boska, oni nie chca zmieniac "Marlboro" na "Marlboreau",
                    lecz "Chicken" na ichniejsza "Kure".
                    Wiec po co wogole ty mi tu robisz wyklady o wielkim rynku?
                    • lucja7 Marki a potrzeby 27.01.07, 15:59
                      Zeby wyjasnic lepiej o czym mowie, dam przyklady:

                      - gdybym byla prezydentem kompanii lotniczej i miala zamiar kupic samoloty,
                      zrobilabym przetarg, proszac producentow o oferty. Tych producentow jest w
                      koncu niewielu na swiecie, jest Boeing, Airbus, Iljuszyn....Sa wiec "marki", i
                      w jakims tam sklepie na rogu sie nie kupi. Z tego co wiem, w Quebecku nie
                      prosza zeby przeinaczac Boeinga na Dupont,
                      - gdybym byla wysokiej klasy sportowcem, producenci ubran i sprzetu sportowego
                      proponowaliby mi ich wyroby, placac mi za pokazywanie ich znaczka w tv. Sa
                      wiec "marki" Nike, Adidas, Converse......., produkowane zreszta w Chinach. Nie
                      slyszalam zeby w Quebecku ktokolwiek chcial zmieniac Nike na Nique czy Dupont
                      (np),
                      - kiedy potrzebuje kupic okulary sloneczne, ide do sklepu ktory nazywa
                      sie "Optyk", albo "Okulary", albo "Optique", ogladam setki, setki modeli,
                      marek, przymierzam te ktore wydaja mi sie najlepsze dla mojego owalu twarzy,
                      wybieram, ogladam sie raz jeszcze, i jeszcze i kupuje. Patrze z bliska i widze:
                      Gucci. OK, wszystkim przyjemnie. I podkreslam ze nie poszlam po okulary Gucci,
                      poszlam do optyka. I podobnie jest ze wszystkim. Nie ide do Jubilera by kupic
                      lancuszek z brylantem Chopard, lecz ide do Jubilera i kupie cos co mi sie
                      spodoba. Nikt nie chce zmienic nazwisk Gucci czy Chopard, a to ze zmienia
                      slowa "Optyk" czy "Jubilera" na ich jezyk, nie sadze by spowodowaloby to zamet
                      ekonomiczny w Quebecku.
                      - gdybym mogla kupic samochod bez marki, kupilabym bez wachania gdyby mi jego
                      parametry odpowiadaly bardziej niz samochodu podpisanego. Ale nie moge, nie
                      znam samochodu bez marki, nie jest to brakiem konsekwencji z mojej strony, jak
                      piszesz, Blues.
                      - o ile zrozumialam chodzi o zmiany nazw jakichs szerokich dystrybucji, gdzie
                      mozna kupic szeroki wachlarz wyrobow roznej masci. Sadze (jestem pewna) ze nikt
                      nie ma zamiaru zmieniac marki cukierka "krowka" na "vachette", czy
                      kalesonow "Armani" na np "Leveque".

                      Z tego co tu przeczytalam, oni chca po prostu nazywac ich "kure" tak jak ja
                      nazywali od pokolen, a nie w jezyku im obcym. Wiem ze kura panierowana
                      jest "Kentucky", no ale kurcze, darujcie sobie i nie mowcie ze juz nie
                      bedziecie wiedzieli o jaka kure chodzi.

                      Co do zarzutu Ertesa ze nie zyjac w Quebecku nie jestem w stanie zdac sobie
                      sprawe z tych wszystkich problemow. Chetnie moge sie z tym zgodzic, sama
                      zapytalam CJ zeby napisal konkretnie na czym polegaja problemy codzienne
                      zwiazane z calym tym "ogolnym zametem i burdelem".
                      Ale wydaje mi sie ze swiezi (pierwsze pokolenie) imigranci z Polski,
                      anglojezyczni (przez czyste widzimisie) w kraju mowiacym innym jezykiem,
                      rowniez nie sa w stanie zrozumiec w pelni problemow imigrantow pochodzenia
                      francuskiego tworzacych historie Kanady od poczatkow jej kolonizacji przez
                      Jacques Cartier do dzisiaj.

                      Nie jest to dla mnie oczywiste (jak kazdej normalnej francuzicy).

                      ;-))
                      • blues28 Re: Marki a potrzeby 28.01.07, 07:44
                        Przyklady wydaja mi sie bardzo logiczne i nie widze sprzecznosci w tym co
                        napisalam wczesniej. Wolny wybór tego co nam najbardziej odpowiada lub na co
                        mozemy sobie pozwolic.
                        Jesli wybieram mniej to nie z lenistwa. Jest to swiadoma decyzja, bo nie znosze
                        zakupów, obojetnie czy zywnosciowych, ubran, butów, dodatków czy innych. Wole
                        ten czas przeznaczyc na cos innego, chocby spacer, wiec sila rzeczy bardziej
                        opieram sie na zaufaniu do danego sklepu czy producenta i nie robie gruntownego
                        przegladu rynku. No, chyba ze jest to ksiegarnia czy antykwariat, wtedy czasu
                        mi nie szkoda. Ale, powtarzam, jest to moja osobista decyzja.

                        Natomiast Chris, w swoim poczatkowym wpisie poruszyl temat o wiele szerszy niz
                        zamiane "Chicken" na ichniejsza "Kure". Ten lekcewazony (przeze mnie zreszta
                        tez ;-)) Kentucky Fried Chicken jest marka komercjalna i nie powiniem byc
                        zmieniany. To nie jest smazalnia kurczaków (hurtowa) to jest lokal czy bar czy
                        hmm... restauracja wlasnie tego nieszczesnego Kentucky Fried Chicken ;-)
                        I to samo jest z reszta przykladów podanych przez Chrisa. Bo nawet dystrybutor
                        rejestruje swoja firme pod okreslona nazwa. Tymbardziej jesli to jest siec
                        miedzynarodowa. I ta nazwa jest pod ochrona prawna i nie nalezy jej tlumaczyc
                        na jezyk miejscowy. Legalnie nie moga tego wymagac (Chris to zaznaczyl) ale
                        wywieranie presji jest dla mnie nieporozumieniem i oznaka kompleksu nizszosci
                        obecnego rzadu QC czy partii, czy innej grupy nacisku.
                        Moja znajomosc sytuacji Quebecku jest powierzchowna ale problem poruszony
                        przez Chrisa nie wydaje mi sie “widzimisie” imigranta anglojezycznego. Mam
                        wrazenie, ze Chris mieszka tam od kilku lat, obserwuje sytuacje i moze odróznic
                        logiczna potrzebe zaznaczenia wlasnej indywidualnosci od raczej absurdalnego
                        przerabiania wszystkiego i wszystkich na francuskobrzmiace.
                        • lucja7 Re: Marki a potrzeby 28.01.07, 12:36
                          Blues pisze:
                          "Mam wrazenie, ze Chris mieszka tam od kilku lat, obserwuje sytuacje i moze
                          odróznic logiczna potrzebe zaznaczenia wlasnej indywidualnosci od raczej
                          absurdalnego przerabiania wszystkiego i wszystkich na francuskobrzmiace."

                          To co pisze CJ to jedno, a to co piszesz ty, to dwa.
                          I wlasnie wartosciowanie typu "logiczna potrzeba zaznaczenia indywidualnosci"
                          oraz "absurdalne przerabianie" jest dla mnie niedopuszczalne.
                          Opierasz te daleko idace opinie bez znajomosci historii Quebecu. I to mnie
                          wkurwia. tak powinno byc! I czesc! A jak nie jest to absurd.
                          Co to za gadanie!? sadze ze nie jest zle od czasu do czasu sie zastanowic!

                          Ja wiem ze cale bogactwo roslinne np Ameryki poludniowej zostalo juz
                          praktycznie w calosci "nagrane" markami chronionymi przez laboratoria
                          farmaceutyczne i alimentarne.
                          Panierowana kura tez.

                          I sie oburzam przeciwko uniformizacji zycia w skali planety.

                          Kompleks nizszosci? Chyba jakies nieporozumienie prawie psychologa ;-)))

                          • blues28 Re: Rozmijanie sie w dyskusji 28.01.07, 13:20
                            Wypowiedzialam sie na temat zachowania "trade mark" i nie tlumaczenia jej na
                            jezyki miejscowe, zgodnie zreszta z prawem miedzynarodowym. W Quebecku czy
                            gdziekolwiek indziej.
                            Nie wiem co to ma wspólnego z "uniformizacja zycia w skali planety",
                            roslinnoscia Ameryki Poludniowej i jej ""nagrane" markami chronionymi przez
                            laboratoria farmaceutyczne i alimentarne".
                            Nie mówie o globalizacji. Mówie, ze masz prawo nazywac sie Lucja tu, w Quebecku
                            i w Chinach... i nikt nie ma prawa zmuszac Cie do zmiany Twojego imienia na
                            miejscowo brzmiace.

                            Poniewaz nie zamierzam "wkurwiac" Cie dalej, koncze wymiane zdan na ten temat.

                            S privietam ;)
                            • maria421 Re: Rozmijanie sie w dyskusji 02.02.07, 18:22
                              blues28 napisała:

                              > Wypowiedzialam sie na temat zachowania "trade mark" i nie tlumaczenia jej na
                              > jezyki miejscowe, zgodnie zreszta z prawem miedzynarodowym. W Quebecku czy
                              > gdziekolwiek indziej.

                              Masz absolutna racje.

      • swiatlo Re: Lingwistyczna zandarmeria... 29.01.07, 19:12
        ertes napisał:

        > Dlatego ja uwazam ze bydlo powinno sie jak najszybciej odlaczyc od Kanady.
        > Po cholere reszcie Kanady ten wrzod na ktory tylko wydaje sie pieniadze?
        > Banda aroganckich francuzikow. Jestem ciekawy jak dlugo by wytrzymali jako
        > niepodlegle panstwo. Po kilku latach juz by skamlali zeby stac 51 stanem USA

        Dokładnie. Od samego początku mojego życia w Kanadzie zastanawiałem się co tak
        powoduje ten ślepy upór Kanadyjczyków w hodowaniu na własnym ciele tego raka.
        • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 29.01.07, 20:14
          Fakt ze sie zastanawiasz Swiatlo, to juz cos!
          Od dawna sie zastanawiasz?
          I do jakich wnioskow dochodzisz? Sa jakies efekty tego myslenia?

          Proponuje ci ewentualna pomoc w zrozumieniu rzeczy w koncu prostych, nigdy nie
          wiadomo....

          :-)
    • pawel_z_melb zadna przesada 25.01.07, 20:49
      nie jest dobra
    • chris-joe Re: Lingwistyczna zandarmeria... 29.01.07, 22:45
      Czy nazwa Shoppers Drug Mart, badz Michelin jest ladna, czy kurczak z KFC jest
      smaczny, czy nie- to temat na zupelnie inna rozmowe.

      Czy nazwy firm globalnych (o wybaczenie z gory prosze :) musza byc
      angielskojezyczne? Nie musza i nie sa. Zandarmerii lokalnej jednak nie
      odpowiadaja jedynie te wlasnie. Jak wyraznie zaznaczylem, na listach "do
      rozwalki" nie umieszczono zadnej firmy globalnej o nazwie
      nie-angielskojezycznej. Stad wniosek, ze autorzy tejze listy najzwyczjniej
      klamia i wode robia z mozgow, gdy twierdza, ze chodzi o wstretna globalizacje.

      I kazde dziecko w QC wie, ze nie globalizacja zandarmom staje w gardle, lecz
      globalizacja po angielsku. I to, ze angielski wlasnie jest lingua franca, a nie
      -dajmy na to- francuski.
      Stad zreszta pochodzi i owa ewenementalna wspominana przez ciebie zandarmeria
      jezykowa we Francji. Te idiotyczne sesje akademikow purystow co roku wydajacych
      we Francji edykty- jakich to sztucznych slow nalezy uzywac miast slow
      angielskopochodnych podbijajacych swiat.
      Szwedzi, czy Holendrzy takimi duperelami sie zbytnio nie zajmuja. Francuzi
      jedynie i Quebekczycy... A szwedzki i holenderski wcale, kurna, nie wymieraja,
      mimo ze to jezyki dosc marginalne -w porownaniu z francuskim na przyklad.

      Francuski w QC tez kwitnie. To angielski wymiera- mimo obecnosci
      miedzynarodowych firm -tfu!- o angielskich nazwach. Z roku na rok zamyka sie
      kolejne szkoly angielskie. Konaja angielskie biblioteki. Mimo, ze angielski
      jest tu obecny od niewielu mniej lat, niz francuski. Ze miasto Montreal bylo
      niemal od zarania miastem dwujezycznym o olbrzymiej populacji angielskiej,
      irlandzkiej i szkockiej. Obecnie angielski jest jezykiem domowym jedynie (ale i
      az) 18% Montrealczykow. Francuski zas 53%.

      W wyniku restrykcyjnej polityki jezykowej angielski topniej bo- anglosi badz to
      uciekaja stad do innych kanadyjskich prowincji, badz sie galicyzuja. Nie masz
      np. prawa poslac swojego dzieciaka do szkoly angielskiej, jesli sama do takiej
      szkoly (W QC) nie uczeszczalas.
      Byloby jednak pol biedy, gdyby szkola francuska gwarantowala nauke angielskiego
      na porzadnym poziomie. Jednak tego nie gwarantuje. Wrecz przeciwnie.
      Angielski jest traktowany po macoszemu.
      To prawda, ze wielu Qubekczykow mowi biegle po angielsku. Sa to jednak jedynie
      ci, ktorzy angielskiego nauczyli sie z podworka. Ci zas, co angielskiego uczyli
      sie w szkole- niemal ni me ni be!
      I to w prowincji, w kraju, na kontynencie, w SWIECIE!- gdzie znajomosc
      angielskiego jest byc-albo-nie-byc dla przyszlosci gowniarza.

      W konsekwencji wiec wiele firm globalnych z QC sie wynosi- chocby do Ontario.
      I nie dlatego koniecznie, ze sa "namawiane" tutaj do zmiany swych nazw, lecz po
      prostu dlatego, ze ten rynek nie jest wystarczajaco nowoczesny i kompetytywny.
      Gdy tu sie przeprowadzilem 6 lat temu, oniemialem gdy odkrylem powszechna niemal
      nieznajomosc angielskiego wsrod mlodziezy!

      Lokalne klasy srednie i wyzsze zdaja sobie z tego sprawe i posylaja swe pociechy
      do szkol prywatnych, badz na prywatne komplety angielskiego. Ich na to stac.
      I nie robia tego wcale z braku patriotyzmu, badz z braku poszanowania dla swej
      tradycji. Raczej z szacunku dla przyszlosci swych bachorow.

      To klasy nizsze przegrywaja. To one glownie nie znaja angielskiego- i znac nie
      chca! Do tych wlasnie klas glownie docieraja ultranacjonalistyczne hasla
      politykierskiej halastry.

      QC dupa sie odwraca od swiata. Wmawia sobie i innym, ze ich tu nie ma, ze sa
      wyspa na odleglych morzach. Ze angielskojezyczna Ameryka Pln. nie istnieje i
      ich nie dotyczy. Ze znajomosc lokalnego joual absolutnie wystarczy, by podbic
      swiat. QC wsrod bogatych prowincji Kanady sie stacza. Widac to po kulturze
      codziennej, po jakosci drog, po stopie zycia.
      Kto na tym traci? Nie Ontario, nie Brytyjska Kolumbia, nie Ottawa.

      Piszesz: "Czemus to w koncu odpowiada i ma jakies podloze, nie jest to wylacznie
      jakis facet idiota ktory spedza czas na wymyslaniu nowego slownictwa o zrodlach
      starofrancuskich w celach przeszkadzania."

      -prawo Parkinsona znasz? Jak masz juz ta zandarmerie, to ona sie musi wykarmic.
      W rezultacie masz niemal codziennie takie cuda, jak rozni natchnieni co lataja
      po miescie z linijka w lapie, by wymierzyc szyldy sklepowe. Albowiem szyldy
      musza byc po francusku, jesli zas koniecznie chcesz miec napis po angielsku, czy
      po chinsku, to musi on byc ponizej napisu francuskiego oraz przepisowo napisany
      mniejsza czcianka (proporcje wielkosci tych napisow sa tu scisle okreslone)!

      Inni znow donosza- zandarmeria musi zas na to reagowac, bo od tego JEST- ze (tu
      znow przyklad autentyczny) pewna knajpa ma co prawda, a jakze, dwa przepisowe
      neony ("taverne" i "tavern"), jednak, o zgrozo, jak donosiciel wyniuchal, z
      pewnego punktu widzenia, zza tego a tego winkla, od strony tej a tej uliczki
      widac jedynie "tavern", a "taverne" wcale nie. Dopiero po kilku krokach neon
      "taverne" sie wylania. Istnieje wiec ten obrzydliwy, wywrotowy i prowokacyjny
      blind spot, z ktorego widac jedynie neon angielski!
      Za ten wiec blind spot, gdzie owo dumne "E" sie zawierusza, wlascicielka knajpy
      musi wybulic spora grzywne plus wyrychtowac nowy neon.

      Jedni sie smieja, drudzy wzruszaja ramionami, inni znow placza, klna, badz
      pakuja manatki. Bo zawsze znajdzie sie lokalny moher, ktory piane wytoczy i
      zandarmow ci na leb sprowadzi.

      Czy mnie to osobiscie dotyczy? Bo ja wiem...?
      Masz w sumie racje: kurczak w KFC i w PFK smakuje tak samo. I tak samo kosc
      staje w gardle.
      • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 09:14
        CJ, piszesz:
        "Czy mnie to osobiscie dotyczy? Bo ja wiem...?
        Masz w sumie racje: kurczak w KFC i w PFK smakuje tak samo. I tak samo kosc
        staje w gardle."

        Pocieszyles mnie, bo zaczelam juz miec wyrzuty sumienia :-)

        Dodam tylko ze tu, we Francji, ale pewno o tym wiesz bos i francuskojezyczny,
        nic nie jest oczywiste, ciagle walkowanie i przekonywanie. Maja za duzo w
        szkolach tych filozofii, ucza ich jakichs retoryk, sposobu argumentacji,
        logiki, widzenia w kontekscie......
        I w porzadku jest dopiero wtedy gdy sie ich przekona i udowodni ze jest tak a
        nie inaczej.
        Pamietam ze w pierwszych latach pobytu bardzo mnie to zaskoczylo i nawet
        denerwowalo.
        Ale fakt zadawania sobie ciagle pytania "dlaczego tak ma byc a nie inaczej?"
        jest dla mnie odruchem czlowieka myslacego, nic na to nie poradze. I
        przeciwienstwem bydlecia.
        Przy okazji dodam ze stanowi to doskonala gimnastyke dla szarych komorek.

        Pisalam tu, poniewaz chcialam zrozumiec problem o ktorym mowisz. Nie potrzebuje
        paragrafow prawa miedzynarodowego, poniewaz jesli to wszystko jest z nim
        niezgodne, to po prostu to co niezgodne nie przejdzie i koniec. Jak rowniez nie
        potrzebuje tlumaczenia co to sa marki albo lekcji psychologii.
        Tu po prostu chodzi o co innego.
        I moze jest to rezultat tepej administracji, czy tez birokracji, jak piszesz.
        Moze, ciagle nie wiem.

        ;-)))
        • jutka1 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 10:53
          Wreszcie znalazlam czas, zeby przeczytac caly watek, i z przyjemnoscia mi sie
          czytalo. Dorzuce swoje 3 grosze jako, ze troche znam i Kanade, i Quebec z powodu
          mezaliansu popelnionego 11 lat temu. :-)))

          Lucjo, frankofoni w Quebec'u nie palaja do Francuzow sympatia, a poprawny
          francuski bez lokalnego akcentu spotyka sie z niechecia, a czasem wrecz z
          wrogoscia. Doswiadczylam na wlasnej skorze, eks-malzonek (urodzony wprawdzie w
          Quebec, ale z obojga rodzicow rdzennych Francuzow, i w domu mowilo sie i mowi
          poprawnym jez. francuskim) i jego siostry opowiadali mi, jak musieli sie nauczyc
          narzecza Quebec, zeby nie dostawac manta na ulicy. Wypytywalam tez wzdluz i w
          szerz i wszyscy potwierdzali. Moze CJ sie wypowie, czy tak jest rzeczywiscie
          teraz tez.

          Quebec oczywiscie ma prawo zadac dwujezycznosci etc. Ale juz zadania
          nadmuchanych sum pieniedzy federalnych na to tamto i owanto, podczas gdy
          pieniadze prowincji sa notorycznie marnowane (popatrzmy na stan ich szkol czy
          ochrony zdrowia) - to rozboj w bialy dzien i bezczelnosc.

          Chca sie odlaczyc? Prosze bardzo. Ale najsmieszniejsze jest to, ze separatysci
          chca po odlaczeniu zachowac walute, paszporty etc. To co? Albo rybki albo pipki,
          i nie widze inaczej.

          PS. I prosze wymazac zupe z zielonego groszku i poutine, bleee. ;-)))))
          • lucja7 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 11:14
            No to tym razem juz odlot.
            Walizka zamknieta....
            ciaooooo ;-))
            • chris-joe Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 11:39
              Stosunek ulicy do poprawnego francuskiego od twych czasow, jutka, sie nie zmienil.
              Mimo, ze lata temu zdecydowano, po dlugiej narodowej debacie, ze to francuski,
              nie joual, ma byc jezykiem oficjalnym prowincji.
              Stosunek do reszty Kanady rowniez nadal niechetny- mimo dwukrotnej decyzji w
              powszechnych referendach, ze jednak NIE dla separacji.

              Kanada zas, w kontekscie kolejnych pomrukiwan QC i kolejnych zadan, nadal
              pozostaje zakladnikiem polityki prowincjonalnej. Nie odwrotnie.
              Stad opinia ertesa i wielu innych: to oderwijcie sie wreszcie do diabla i
              przestancie dupe wszystkim zawracac!

              Przed laty spierdalalem z PL, by zatoczyc luk i znalezc sie w tej
              zakompleksionej malostkowej Polsce Am. Pln.

              Jak w PL- tu sie wszystkich nie znosi: FR, ze przed wiekami porzucila, UK, ze
              przed wiekami przejela.
              Poki QC nie przyjmie do wiadomosci, ze swiat sie zmienil od 18 wieku, poki nie
              dojrzeje, miast sie babrac w anachronicznych kompleksach- pozostanie zadupiem.

              Niepodlegly, czy w federacji- nadal bedzie jednak tkwil w Ameryce Pln. 21 wieku.

              Baw sie, lucja, w Marakeshu. Tez bym chcial :)
            • jutka1 Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 11:49
              Baw sie dobrze! :-)))
        • ertes Re: Lingwistyczna zandarmeria... 30.01.07, 16:59
          Ciekawe ze tam gdzie w szkolach wydaje sie ze sa swietne programy nie widac tego
          pozniej gdy opuszczaja szkole. Gdy slysze od siostry czego uczy sie moja kuzynka
          w 4-rtej klasie szkoly podstawowej to wydaje mi sie ze jest toi szkola dla
          samych geniuszy. Tylko pozniej to wszystko gdzies znika i zanika.
          Podobnie jest widac i we Francji. Choc Francuzi i frankofoni tego nie
          dostrzegaja. Jestem wogole ciekaw czy zauwazyli ze jezyk francuski zostal juz
          dawno w tyle za hiszpanskim?
          Ci z Quebec tego nie zrozumieja gdyz najsilniejsze tenedencje separatystyczne sa
          tam gdzie najbiedniej i paradoksalnie gdzie najwiecej anglosaska Kanada
          doplaca... Dlatego tez wydaje im sie ze z tym swoim smiesznym francuskim sa w
          stanie cokolwiek zwojowac na tym kontynencie ktory powoli robi sie dwujezyczny.
          • swiatlo Re: Lingwistyczna zandarmeria... 02.02.07, 19:59
            Ertes, nie gadaj o głupotach ale powiedz kiedy możemy się gdzieś w plener
            fotograficzny udać... :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka