chris-joe
15.10.07, 13:22
Przez 15 lat niemal mieszkalem nad Oceanem. Trzy przecznice od plazy. I
mimo, ze urodzilem sie i wychowalem daleko od morza, dzis morza bolesnie mi
brakuje. Ostatnie wakacje -i powrot z nich- tylko te tesknote wzmogly.
Brak mi vancouverskiego, wowczas niedocenianego i niedostrzeganego nawyku, gdy
strzasalem ze stop piach plazowy przed wejsciem do domu.
Brak mi bezmyslnego i hipnotycznego wgapywania sie w morski horyzont, w fale
lizace piach na brzegu, z kubkiem kawy wygodnie ulokowany w plazowym grajdole.
Brak mi zapachu ryby, jodu i ozonu- mieszanki, ktora znajduje za kazdym razem,
gdy w bezmorskim Montrealu rozkrawam kule arbuza.
Dzis miasta, gdzie nie mozna wyszukac wzrokiem szarej linii oceanu, sa dla
mnie niepelne, zagubione, sa efektem nieporozumienia.
Sa one zbyt doslownie osadzone w swiecie.
Podczas gdy miasta morskie wisza na krawedzi swiata. Wszechobecnym konceptem
poczatku i konca oferuja metafizyczny podtekst.
Tlumne lazenie po plazy, ta ludzka grawitacja ku morzu- jest jak podswiadome
zagladanie w zaswiaty, podgladanie niebytu. Morze- to znak zapytania bez
zbednej odpowiedzi.
Wiekszosc z nas nie mieszka nad morzem. Z kilkoma chyba wyjatkami. Co myslicie?