wipsania
07.11.04, 22:29
Oto, co się u nas przydarzyło:
Młody (przypominam - syn M. z pierwszego małżeństwa), zaproponował parę dni
temu, że weźmie do siebie Małą na sobotę, żeby pobyć razem. Mała zawsze aż
piszczy z radości na taką propozycję, mimo że Młody ma zacięcie dydaktyczne i
przy okazji robi jej koropetycje. Jako nadopiekuńcza matka zapytałam tylko,
czy nakarmi Małą w porze obiadowej, na co Młody zapewnił mnie, że oczywiście.
Mała wróciła późnym popołudniem (bardzo zadowolona) i oznajmiła, że będzie
się odchudzać, ponieważ takie mnóstwo zjadła na obiad.
Obiad był u eksi - matki Młodego. Skład osobowy - ex, jej matka, Młody z żoną
i Mała.
Lekko mnie to zmroziło. Przypomniałam sobie zresztą, że kiedyś była podobna
sytuacja ale Młody powiedział zawczasu, że na obiad idą do mamy i wtedy się
okazało się, że zapomniałam o jakiejś Bardzo Ważnej Rzeczy (wyjazd, zakupy,
coś tam...) i MUSZĘ odebrać Małą przed obiadem. Po prostu stchórzyłam - bałam
się, że ex będzie niezadowolona przybycia z takiego "gościa", że będzie
niemiła dla Małej, powie jej coś przykrego.
Wiem, jestem kretynką. Dlczego miałaby mścić się na dziecku? W końcu jak
spotykamy się przypadkowo, to też nie rzuca się, żeby mi przegryźć tętnicę
szyjną. Zresztą Młody by nie pozwolił, żeby Małej stała się krzywda.
I tyle
Chciałam zawrzeć w tym coś w rodzaju przesłania dla niektórych - podkreślam
NIEKTÓRYCH początkujących macoch, m.in. Lali. Warto pracować nad tym, żeby
przyrodnie rodzeństwo żyło ze sobą jak najlepiej (i z macochą też).
Bo jak powiedział już dawno temu Młody z okrutną dziecięcą szczerością - wy
kiedyś pomrzecie, a my przynajmniej będziemy mieli siebie.
W