truskava
27.05.05, 00:30
Jakiś miesiąc temu spotkała mnie następująca przygoda:
Jechałem sobie ul. Wołoską do centrum od strony Gal-Mok’u (W-wa).
Na skrzyżowaniu z ul. Woronicza lewy pas jest do jazdy „na wprost”
(zakaz skrętu w lewo – nie dotyczy autobusów MZK), natomiast prawy pas
do skrętu w prawo.
Jechałem sobie rekreacyjnie prawym pasem, ale że chciałem jechać prosto,
powinienem w porę znaleźć się na lewym pasie. Tyle tylko, że nie znalazłem się
na tym pasie (zagapiłem, a dokładnie „zagadałem się”) no i pozostało mi:
- albo zgodnie z przepisami skręcić „w prawo”,
- albo wciskać się w środek kolejki na lewym pasie.
Wybrałem trzeci wariant – pojechałem prosto z pasa „do skrętu w prawo”.
Mając świadomość popełnienia grzechu śmiertelnego, starałem się wykonać
ów manewr w sposób nieutrudniający życia innym; podjechałem +/- do połowy
skrzyżowania, przepuściłem wszystkich jadących prosto lewym pasem,
następnie puściłem tych, których miałem po prawej stronie (oni skręcali
w prawo, czyli ostatecznie jechali w tym samym kierunku co ja) i na końcu
sam przejechałem.
Ale jak pech, to pech; 50 m za skrzyżowaniem zhaltował mnie pan władza
(faktycznie często tam stoją i łapią takich niepokornych jak ja,
a pokusa popełnienia grzechu jest niemała, bo na tym skrzyżowaniu często
stoi się 3-4 zmiany świateł, albo cfaniakuje prawym pasem).
No i zaczęła się jazda:
Władza przedstawiła się regulaminowo, rzuciła jakiś paragraf i zapadł wyrok:
„wg taryfikatora należy się 300zł i 6 pkt”.
Qrwunia, 3 stówki za pojechanie prosto z prawoskrętu ?!?!
Gdyby powiedział: 100zł i 2 pkt. to bez słowa, pokornie przyjąłbym mandacior,
ale 300 to przegięcie.
Najpierw tłumaczę się (jak wyżej), że faktycznie złamałem przepisy,
ale pojechałem tak, aby nie utrudniać życia innym.
Władza nieugięta, więc mówię, że chciałbym zobaczyć ten taryfikator,
na co władza stwierdziła, że nie wie czy ma przy sobie taryfikator i w ogóle
to jako kierowca powinienem znać taryfikator na pamięć -
- tu nastąpił mój pierwszy atak śmiechu (na razie w myślach).
Mówię mu, że jako kierowca to powinienem znać przepisy, ale taryfikator to
niekoniecznie. W końcu władza znalazła taryfikator (po 10 minutach i
„obsłużeniu” 3 innych winowajców). No i zaczął się wykład: "za niezastosowanie
się do znaku „nakaz jazdy w prawo” (nie pamiętam symboli identyfikujących te
znaki w kodeksie, ale chodzi o taki niebieski, okrągły, białe strzałki)
taryfikator przewiduje 250zł + 6 pkt . A że ja dodatkowo nie zastosowałem się
do znaku wyznaczającego kierunek jazdy z konkretnych pasów ruchu (znowu nie
pamiętam oznaczenia – prostokątny, też niebieski z białymi strzałkami),
co nie jest ujęte w taryfikatorze, więc władza łaskawie policzy to za 50zł i
bez punktów – czyli razem wychodzi 300 zł + 6 pkt.
Mówię, że wszystko pięknie, ale przed skrzyżowaniem nie ma znaku „nakaz jazdy
w prawo”, a jedynie znak wyznaczający kierunki jazdy z danego pasa (plus
zupełnie nieczytelne strzałki namalowane na jezdni) - gdyby był taki nakaz,
wtedy z obu pasów jechałoby się w prawo. A władza na to: „Nieprawda, jeżeli
nakaz jazdy w prawo stoi po prawej stronie drogi to dotyczy tylko prawego
pasa”!! No tu niezdzierżyłem i parsknąłem śmiechem (nie tylko w myślach
ale i w realu). Odmówiłem przyjęcia mandatu, motywując tym, że władza chce
mnie ukarać z niewłaściwego paragrafu, bo znaku nakazu jazdy w prawo tam nie
ma!! Władza na to: „To niech pan się przejdzie i sprawdzi”. Na co ja
odparowałem, ze nie będę zdzierał zelówek, a już na pewno nie indywidualnie.
No to w końcu podjechaliśmy tam we dwóch (ja i władza – radiowozem),
oczywiście wspomnianego znaku nie było, co władza skomentowała:
„kurde, wczoraj jeszcze był” (ROTFL). No i zaczął się drugi wykład: „zamiast
dwóch znaków: nakaz jazdy w prawo (dla prawego pasa) oraz nakaz jazdy prosto
(dla lewego pasa) postawili znak regulujący kierunki jazdy z konkretnych
pasów”. Tu nastąpił mój kolejny ROTFL. W końcu władza łaskawie odstąpiła od
wymierzenia mi kary, ale nieomieszkała pouczyć, że sprawę w sadzie bym przegrał.
I tak zastanawiam się, czy wszyscy policjanci to tacy debile i ignoranci.
Pewną okolicznością łagodzącą był fakt, że to nie był misiek z drogówki,
tylko taki zwykły, jakiś krawężnik. Ale gość miał przecież prawo jazdy i
takie pierdoły opowiadał. Żenada.
Facet ewidentnie dorabiał sobie do pensji wciskając ludziom ciemnotę;
przy mnie obsłużył 5 delikwentów, czas obsługi jednego nie więcej niż 3 minuty!
Mam nadzieję, że w miarę czytelnie to opisałem i nie zanudziłem czytających.